Rysuje pan już prawie 40 lat. Czym jest dla pana rysowanie – pracą czy życiem?
– Trudno powiedzieć. Myślę, że to jest życie. Owszem,
rysując zarabiam pieniądze. Mam to szczęście, bo niewielu
rysowników jest w stanie utrzymać się z samego rysowania. A ja
nic innego w życiu nie robiłem. Pamiętam, że cały czas coś rysowałem,
nawet kiedy byłem dzieckiem. Nie rysowałem z natury, wymyślałem jakieś
głupstwa, historyjki.
Mógłby pan zmienić zawód?
– W życiu o tym nie myślałem. Chyba nie. Gdy byłem młody,
chciałem być reżyserem filmowym. Studiowałem jakieś książki, chodziłem
często do kina. Ale wtedy, żeby pójść do Łódzkiej Szkoły
Filmowej trzeba było mieć skończone inne studia. Ponieważ cały czas
rysowałem, robiłem kolaże, wycinałem w papierze, mój brat
namawiał mnie, bym poszedł na Akademię Sztuk Pięknych, gdzie zresztą
studiował. Pomógł mi nawet zrobić portfolio, ale nie chcieli
mnie przyjąć, dostałem się dopiero za czwartym razem.
Na studiach poznałem Daniela Szczachurę, najlepszego
polskiego animatora. On mnie namówił, żebym zapisał się do
sekcji filmowej na Akademii. Byłem pierwszym studentem i jako dyplom
zrobiłem w wytwórni film animowany.
Na Akademii byłem zupełnie bez forsy, więc zacząłem
rysować do różnych czasopism. Debiutowałem w „Wiedzy i
Życiu”. Nawiązałem współpracę ze „Szpilkami”.
Potem wygrałem konkurs na plakat do Teatru Narodowego. Nie dość, że
miałem pieniądze, bo płacili normalne stawki, to zamówili u mnie
całą serię plakatów. Kiedy skończyłem studia byłem więc już dość
znanym rysownikiem.
Dlaczego nie zrobił pan kolejnych filmów?
– Próbowałem, bardziej dla siebie, pisać scenariusze,
ale byłem bardzo zajęty rysowaniem. Pracowałem dla
„Szpilek”, z tygodnika „Kultura” zadzwonił do
mnie zastępca naczelnego i zaproponował mi własną kolumnę. To był wtedy
najbardziej liberalny tygodnik, publikowali tam najlepsi felietoniści:
Janusz Głowacki, Krzysztof Teodor Toeplitz. Chętnie się zgodziłem. W
ten sposób stałem się bardzo zajętym rysowaniem, no i film jakoś
się „rozpłynął”.
A jak pan się znalazł w Londynie?
– Wyjechaliśmy z żoną na Zachód w 1979 roku. Najpierw
przyjechaliśmy do Londynu, ale nie dostaliśmy stałej wizy. W Paryżu
bardziej nam się udało, otrzymaliśmy nawet pozwolenie na pracę.
W 1981 roku Nina Karsov z Londynu wydała mój
wybór rysunków. W ramach promocji książki postanowiła też
zrobić w POSK-u wystawę. Przyjechałem 11 grudnia, dwa dni
później ogłoszono stan wojenny. Nagle to, co przedstawiałem w
moich rysunkach – te owce, wilki i barany – stało się
bardzo rzeczywiste. Zrobiłem w tym czasie bardzo dużo rysunków,
z których wiele opublikowano. BBC zrobiło nawet program o mojej
wystawie. I nagle nie miałem problemu, żeby dostać stałą wizę. Bardzo
nam się tu podobało, więc zostaliśmy. Uważam, że Londyn jest najlepszym
miastem do życia.
Czy od początku było łatwo?
Mimo że do „Guardiana” rysuję już 17 rok, bardzo
późno tu zacząłem. W stanie wojennym moje rysunki były wszędzie,
ale stan wojenny się skończył. Tak jak każda sprawa, która jest
jakiś czas na pierwszych stronach gazet, tak i ta spadła. Wtedy
postanowiłem być niepolskim rysownikiem. Nie chciałem zaszufladkowania
na zasadzie „jestem potrzebny, jak coś się będzie w Polsce
działo”. Zaczynałem od małych lewicujących tygodników, a
lewicowość jest tu pozytywna jeśli chodzi o sztukę, ponieważ tworzyli
ją młodzi, otwarci ludzie. Kiedy próbowałem w
„Timesie”, czy „Telegraphie”, redaktorzy
oglądali moje rysunki i mówili, że są dziwne, ponure, bardzo
kontynentalne i w ogóle nie angielskie. Zresztą wtedy nie było w
gazetach ilustracji, były zdjęcia i komiksy polityczne lub karykatury.
A ja próbowałem robić coś innego, komentarz polityczny
rysunkiem, ponieważ angielski nie jest moim pierwszym językiem.
Wymyśliłem formułę, że nie powinno być żadnych podpisów –
rysunki powinny mówić same za siebie. Krok po kroku zacząłem
zamieszczać coraz więcej rysunków. Jakoś wiązałem koniec z
końcem, moje prace publikowały różne gazety, nawet jedna fińska.
Któregoś razu dostałem od dyrektora londyńskiego teatru Old Vic
propozycję zrobienia plakatów. To podniosło mnie finansowo i
prestiżowo.
W 1989 roku zadzwonił do mnie jeden z
redaktorów „Guardiana” i zapytał, czy nie chciałbym
zrobić dla nich rysunku. Przez pierwszy rok rysowałem dla
„Guardiana” rzadko – raz, czasem dwa razy na miesiąc.
Ale z czasem publikowałem coraz więcej. „The Guardian”
zrobił też ze mnie zajętego artystę. Prawie codziennie rysowałem też
dla najważniejszego fińskiego dziennika, ale to, że zacząłem rysować w
„Guardianie” stało się dużą sprawą. Posypały się propozycje
z innych wydawnictw, ilustracje do książek, od czasu do czasu projekty
okładek. Dzwoniono do mnie a to z Paryża, czy nie zrobiłbym czegoś
okazyjnie, a to z Rzymu, innym razem z Nowego Jorku.
Wydał pan też książki dla dzieci.
– Zrobiłem trzy, ale odszedłem od tego. Myślę, że to raczej
związane to było z moimi dziećmi. Gdy wyrosły, przestało mnie to
interesować. Gdybym miał kogoś, zainteresowanego wydawcę, który
by mnie do tego pchał, to bym to robił. Masę różnych
projektów robię dla siebie. Sam stawiam sobie zadania do
osiągnięcia, niezależnie od tego, co publikuję, i to nie z myślą, że ja
to kiedyś wydrukuję, tylko po prostu dla siebie.
To bardzo pomaga, żeby pracować. Jestem
pracoholikiem i muszę rysować. Jestem też specjalistą od zleceń w
ostatniej chwili. Stąd tyle rysunków w „Guardianie”.
Były tygodnie, że miałem 7-8 rysunków, ponieważ była dziura albo
ktoś nawalił. Do tej pory zdarzają się sytuacje, że dzwonią o 16:00 i
pytają, czy nie zrobię rysunku na 17:00. I robię.
Skąd bierze pan inspiracje?
Nie wiem [śmiech]. To jest pytanie, które nawet moja rodzina
czesto mi zadaje. Dobre pomysły mam szczególnie wtedy, gdy
jestem pod presją. Gdy oceniam swoje rysunki robiąc wybory do wystaw,
za najlepsze uważam te, na które nie miałem czasu. Jak mam za
dużo czasu, zaczynam te rysunki wykańczać i robi się jakiś pseudobarok,
za dużo jest narysowane, a tak nie powinno być.
A jeśli komentuje pan aktualne wydarzenia polityczne w Polsce, np. dla „Rzeczpospolitej”?
– Staram się codziennie przeglądać strony internetowe
największych polskich gazet, żeby mieć dobrą orientację jeśli chodzi o
aktualne wydarzenia polityczne. Czytam też sporo prasy, którą
ciągle ktoś mi podrzuca.
Jaką rolę odgrywa Londyn w pańskiej pracy?
Bardzo mnie napędza. Odpowiada mi wielokulturowość tego miasta. To nie
jest Wielka Brytania, ale Londyn – coś specjalnego. Podobny
charakter ma Nowy Jork, w którym byłem wiele razy. Jestem już za
stary na przeprowadzki, ale gdybym miał się gdzieś przeprowadzać i
zaczynać wszystko od początku, to drugim miastem, które by mnie
napędzało, byłby Nowy Jork. Zawsze po powrocie z Nowego Jorku
natychmiast robiłem masę rysunków związanych z moją wizytą w tym
mieście.
Czy uważa się pan za artystę nowoczesnego?
– Nie, jestem bardzo staroświecki. Nie mam telefonu
komórkowego i jestem chyba jedynym artystą w Londynie,
który nie ma swojej strony internetowej.
Dlaczego?
W ogóle mnie to nie interesuje. Dwanaście lat temu, gdy miałem
studio jeszcze na Fulham, zacząłem współpracować z firmą w
Stanach Zjednoczonych. Musiałem im wysyłać rysunki, więc dali mi
komputer, który mam do dzisiaj. Mój przyjaciel podarował
mi jakiś czas temu specjalny ekran, na którym mogłem rysować.
Ale to nie były moje rysunki, tylko coś sztucznego.
Mnie musi się pochlapać na papierze, muszę to
zobaczyć, poczuć. Uwielbiam pracować stalówką. Pamiętam jak w
Stanach miałem na miejscu robić jakieś rysunki, zrobiło się
zbiegowisko, gdy otworzyłem kałamarz i wziąłem pióro. Otoczyli
mnie młodzi ludzie i zaczęli robić zdjęcia.
Jest pan Polakiem, ma brytyjskie obywatelstwo, mieszka w Londynie. Kim się pan czuje?
– Na pewno czuję się londyńczykiem i Europejczykiem. Londyn
to jest coś specjalnego. Oczywiście, jestem Polakiem, ale nie wiem,
gdzie jest moja przynależność, zawsze mówiłem, że jestem z
Europy. Anglia nigdy mi się obca nie wydawała, może dlatego, że w już
Polsce miałem jakieś „skrzywienie” na ten kraj, zapewne
wpływ na to mieli Beatlesi, Kubuś Puchatek czy Alicja w Krainie
Czarów.
Jak w pańskich oczach
ostatnie dwa i pół roku zmieniły Londyn? Mam na myśli to, że
Londyn nazywany jest siedemnastym polskim województwem.
– Uważam, że piękna rzecz się wydarzyła. Zmiany są bardzo
dobre dla nas, londyńczyków. Polsce to też dobrze zrobi. To
będzie pierwsze pokolenie nie z prowincji. Bo prowincjonalność Polski
jest niesamowita. Też byłem takim prowincjuszem, który
przyjechał na Zachód. Pokolenie, które wróci, bo
większość tych ludzi przecież wróci, zmieni Polskę. Będą się
inaczej zachowywać, przywiozą stąd zaplecze. I to jest bardzo pozytywne.
Robert Trojanowicz NCZ (7)
...............................................................