Brixton to serce południowego Londynu, wylęgarnia kultowych zjawisk,
miejsce słynące zarówno z wielkiej kreatywności muzycznej, jak i
ciągłych napięć społecznych. W sercu tej legendy stoi klub Mass –
kościół zamieniony w wielką imprezownię, od razu wprowadzający w
specyficzną, mroczną atmosferę. Znany jest on dobrze bywalcom polskich
imprez, z których wiele odbywało się właśnie tutaj. Tej
nocy dominowały w nim jednak przede wszystkim zabójcze,
dubstepowe brzmienia.
więcej 
..................................
Ksywkę Kadubra należy sobie dobrze
zapamiętać, gdyż jest to w chwili obecnej jeden z dwóch rozpoznawanych
na świecie polskich producentów reggae/dub (obok Mario Dziurexa),
którego płyty winylowe można kupić na każdej z londyńskich imprez
University Of Dub. W jego ostatnim utworze, „Świadomość”, który ukazał
się na 7'' singlu wydanym przez label Rob Pulse Movement, udziela się
weteran brytyjskiej sceny dancehall, Tippa Irie oraz słynący z
nieprzeciętnych możliwości wokalnych Bob One.
..................................
Corsica Studios to skromny klub z niepozornym wejściem na tyłach stacji
Elephant & Castle, do którego trafić jest jednak w miarę
łatwo. Po krótkim przeszukaniu z ostrzeżeniem, że nie wolno
robić fotek, wchodzimy do mrocznego przybytku o dwóch salach, w
których zgromadzony tłum rozgrzewa się do boju browarkami.
Impreza nosi tytuł Flame & Flesh.
..................................
Burial to jedna z gwiazd londyńskiego dubstepu, który od swojego
debiutu płytowego w maju 2006, szybko zaczął być rozpoznawany ze
względu na bardzo dopracowany styl, który podobnie jak muzyka
Shackletona ze Skull Disco, sięga ponad porażanie klubowych
mózgów permanentnym basem, stając się wyrazem
wewnętrznego życia twórcy.
Mimo że w ostatnich dwóch latach dubstep z ekstremalnego
kierunku zaczął powoli obierać kurs w stronę alternatywnego klabingu i
stał się w efekcie gatunkiem masowym, który dociera
zarówno na Wschodnie Wybrzeże Stanów Zjednoczonych, jak i
na Ukrainę, przykład Buriala pokazuje, że wciąż można w jego ramach
tworzyć rzeczy oryginalne.
..................................
|
Japoński budda końca czasów
Masami
Akita aka Merzbow to jeden z najwybitniejszych, współczesnych
artystów tworzących muzykę, określaną w skrócie jako
noise.

Idea niszczenia umysłów dzikimi dźwiękami zrodziła się w
jego głowie podczas studiów w zatłoczonym Tokio, na skutek
zetknięcia się z surrealistycznymi koncepcjami otwierania wrót
podświadomości – spuścizną twórczości Kurta Schwittersa,
Hansa Arpa czy Tristana Tzary. Jego londyński koncert odbył się w auli
ULU, miejscu w którym miło słucha się muzyczki popijając piwko
lub ciderka. Merzbow supportowały dwa angielskie projekty,
laptopowo-power elektroniczny Satori, skupiający się manipulowaniu
samplami na żywo oraz harsh noise'owy, sado-masochistyczny Sutcliffe
Jügend.
Duet nr 2 sprawił, że świdrujący noise stał się
hostią gwałtu, która w bezkompromisowy sposób włamywała
się w każdą komórkę systemu nerwowego niosąc chaos i
zniszczenie. Główną taktyką Sutcliffe Jügend stało się
bazowanie na wysokich częstotliwościach, które wraz z
zaloopowanymi okrzykami, szarżowały po uszach, jak nagłe zrywy sztormu.
Pozbawione litości, pełne furii przekleństwa mieszały się z
przesterowanymi piskami, a scenę opanowywało postindustrialne vodoun,
które z każdą kolejną minutą koncertu stawało się coraz
intensywniejsze. Kiedy Kevin Tomkins drżał i wił się po scenie
podkręcając jednocześnie głośność, niektórzy wymiękali i
uciekali spod sceny.
Krótko po tym, jak angielscy artyści
zakończyli swój występ, na scenie pojawił się laptop ze słynnym
wegańskim przesłaniem: „Meat is Murder” i na scenę wszedł
sam Masami Akita. Jeden z najwybitniejszych artystów naszych
czasów, bojownik o prawa zwierząt i mistrz mentalnego
fetyszyzmu, głoszący potrzebę zniszczenia cywilizacji i zbudowania jej
od nowa, zaczął ostro. W publikę poleciała fala wściekłego noise'u na
prostych, niemal siermiężnych bitach, ładujących we wszystkich porcję
basu.
Już po kilku minutach pojawiło się zrozumienie idei,
które w swojej muzyce głosił Masami Akita. To pozytywne
przesłanie ludzkiej kreaty-
wności, prawdziwej miłości w czasach zagłady i degeneracji. Czysta
świadomość rozkoszy istnienia była niemalże wyczuwalna, kiedy
ekstremalny, noise'owy terror przepływał przez wszystkie komórki
mojego ciała. Zamknąłem oczy i odpłynąłem do magicznej krainy, w
której czas nie ma znaczenia stając się pierwotnym dźwiękiem
wszechświata, bezosobowym, prymordialnym OM.
Koncert trwał długo, ale tylko niewielu zdawało się
odkrywać podczas niego, że kosmiczny rytm, pokrewny haitańskim,
rytualnym polirytmiom, który został na nim wykorzystany przez
Masami Akitę, tworzył niecodzienną jakość stając się wszechobecnym
nawoływaniem do duchowej przemiany. Jak mówili niektórzy,
w jego muzyce wyczuwalna była tak głęboka czystość, że po prostu
przepływała przez ciało, jak fale promieni X. Dziękujemy ci Masami za
tak wspaniały wieczór.
.................................
Obrona Helmowego Jaru
Pamiętam, że kiedy słuchałem pierwszych płyt z metalcore'owego worka,
mówiłem sobie, że skądś znam ten riff, a potem puszczałem płytę
starego, dobrego Death i nagle doznawałem olśnienia. Protest The Hero
to jednak kapela nieco ciekawsza, z jednej strony blisko muzycznie do
wyjętego z kreskówki o He-Manie, zespołu Manowar, a z drugiej
nieobojętna pozostaje jej fascynacja wirtuozami z The Dillinger Escape
Plan, Meshuggah czy badziej mainstreamowego, System Of A Down.
Inspiracje te układają się jednak na nowej płycie w strzałkę,
wskazującą coraz bardziej Killswitch Engage, Unearth czy 3 Inches Of
Blood (ziomki z Kanady) z pewną domieszką math. Jednym słowem, kiedyś
punki, a teraz kombinujące metaluchy odwalają swoją robotę sprawnie i
miło dla ucha z nutką lirycznej fantazji. Na „Fortress”
usłyszeć można zarówno szybkie przejścia z delikatnymi
zwolnieniami, co i diabelskie przyśpieszenia, wykonane z doskonałą,
techniczną sprawnością. Wszystko zaś niezbyt ciężkie i ułożone pod
śliczny wokal Rody'ego Walkera, który pokazuje swoje możliwości
zarówno w tradycyjnym zawodzeniu, jak i w dzikim screamingu,
które używane są ze schizoidalną pewnością siebie. W tle mamy
też od czasu growlingowe chórki. Jeśli chodzi o przesłanie, to
rewolucji nie ma, smoki, miecze, pogańskie bóstwa, skute
łańcuchami demony oraz oczywiście niezdobyte zamki tworzą pełną
namiętności otoczkę. Wobec stylu fantasy, który dzięki metalowi
przeżywa wielkie odrodzenie, należy przy okazji spytać, kiedy wreszcie
na londyńskiej ulicy popularny stanie się styl Conana Barbarzyńcy?
Protest The Hero – Fortress – Underground Operations, Canada – CD/LP/MP3 – luty 2008
.................................
Hip hop blink on Black Myth
If you have ever thought of hip hop lifestyle as nothing but hanging on
the street with homies, smoking weed or even pushing the crack all
night, then you're obviously wrong or omit the real knowledge about
what rapping has all become about now. Fasten your seat belts then and
prepare for the journey into the real source of hip hop power –
The Black Myth dimension.
The
Black Myth has been one of the most present on „the market”
for the last 30 years, but hidden in a niche explored mainly by freaky
jazz musicians, afrobeat prophets and dub poets. It has been until
today, when we're facing the next stage – this time hip hop
subculture brings on The Black Myth into sort of pop vodoun, which is
just a taste of what could be coming.
Let
me introduce you The Black Dot, the most profound rapper you could
imagine, straight from Harlem, NY, author of disconcertingly mad book
Hip Hop Decoded: From its Ancient Origin to its Modern Day Matrix and
DVD series 5 Bloodlines of Hip Hop czy Hip Hop Is Dead.
Watching the 5 Bloodlines of Hip Hop we're acknowledged with the
real Black Myth trace. The Black Dot introduces his vision, in which
black ancestors had stepped to Earth long time ago through Five
Bloodlines, which can be identified by sci-fi freaks as something like
Stargate stuff. These five would be: Earth identified by The Black Dot
with Hierogliphs, Water identified with Dance (shake that booty thing),
Fire identified with Griot (praise singer and wandering musician
among few nations of Western Africa) or Oracle, Air identified with
Sacred Drum (for instance could be haitian Asotor Drum) and Ether
identified with Knowledge.
This
was the way black people gained their precious culture and original
indentity. However, happiness hadn't lasted long, the troubles had come
in forms of deadly and vile vampire-mutants, which sucked up the whole
bloodlines and seized the spiritual connection with ancestors leaving
black nations in long lasting despair.
As
The Black Dot claims, redemption was long to be received for the black
people, which were supressed and abused during all that time waiting
for reclaiming their lost Wisdom. It came eventually in 1973 largely
due to hip hop, when the superheroes appeared such as Afrika Bambaataa
(founder Of The Universal Zulu Nation) and Grandmaster Flash (one of
the best Djs ever), who revitalized the lost bloodlines and brought
them back to life.
The
old ancestors' manifestations have been transformed then into B-boying,
Rap, Graffiti and Turntablism, joined together by Knowledge. Although
the new battle was to begin, vampire-mutants quick started to spread
their agendas again, creating deadly style known as gangsta rap, which
was a nail in the coffin.
The
Black Dot has found, however, the leader of this turmoil, which is
Jay-Z, being mounted amongst many other pop rappers by the forces of
evil. In spite of such difficulties our Harlem's activist has
been still irreconcilable optimist believing that real hip hop is going
to win this war in 2012, when it will approach an Omega Point and tune
in to the rhymes and beats from the highest dimensions.
In
his book The Black Dot also writes about the reasons of starting his
mission explaining why hip hop is dead: I started this story by saying
there's a war going on. It's more than just a rhyme war, or a mind war.
It's also a spiritual vs. a material war with many other factors
involved. Everyone knows that rhyme pays including the "Government". So
when they couldn't shut it down in the early days because of its high
demand, they made sure they got paid a very high percentage before the
product even hit the streets. Yeah mon, gimme mo' of this shit!
Emo z ludzką twarzą
Chyba żaden wyraz nie zrobił w ciągu ostatnich pięciu lat takiej
kariery, jak EMO. Z niszowego określenia stał się powszechnie
rozpoznawanym skrótem oznaczającym jednocześnie muzykę, modę i
styl. Nastolatkom nie trzeba go tłumaczyć, gdyż znajdują się w jego
centrum, słuchają emo, wyglądają emo i żyją emo, zaś starszemu
pokoleniu tłumaczyć można długie godziny... i tak będzie ciężko. Ani
jedni, ani drudzy nie mają jednak pojęcia skąd właściwie wziął się cały
ten zgiełk, podchwycony przez „NME” i „Rolling
Stone”.
W słowniku internetowym Urban Dictionary dostępne są
trzy definicje emo. Pierwsza mówi, że emo to rodzaj muzyki
softcore punk, która służy integracji smutnych, melancholijnych
nastolatek, ubierających się w legginsy, bluzy z misiami i przesadnie
używających cieni do powiek. Druga mówi, że jest to subkultura
gniewnych nastolatków, ale za to z fałszywymi
osobowościami, trzecia zaś, że to odmiana muzyki punk z ostrym
odjazdem estrogenowym. W pewien sposób, każda z nich chwyta
część ogólnego sensu.
Żeby sprawdzić czy wasi znajomi lub wasze dzieci są
emo, wystarczy spytać czy znają takie kapele, jak: My Chemical Romance,
AFI, Hawthorne Heights. Silverstein, Panic At the Disco czy Fall Out
Boy. Jeśli tak, najprawdopodobniej otrzymacie odpowiedź: „Kocham
je wszystkie, są takie fantastycznie emo!” Gorzej będzie z
nazwami takimi, jak: Rites of Spring, Embrace, Gray Matter, Ignition
czy Minor Threat. Tu może się zacząć problem, gdyż waszyngtońska
scena Hard Core pomimo bycia właściwym źródłem naszego
ukochanego określenia, jest przeciętnym pożeraczom MTV znana w stopniu
żadnym lub co najwyżej znikomym. Szybko odsłaniamy jednak fakty...
To właśnie z waszyngtońskiej sceny Hard Core wywodzi
się emo – styl muzyczny jednoczący punkową energię z jednoczesnym
odrzuceniem, reprezentowanych przez tą subkulturę, nihilistycznych
wartości, promujący w zamian ideę Straight Edge, na którą
składała się wstrzemięźliwość od picia alkoholu, palenia tytoniu i
zażywania dragów.
Emo stało się dla sceny waszyngtońskiej wytrychem
będąc po prostu skrótem od wyrazu „emocjonalny” w
sensie buntowniczy i porywczy, mający do przekazania pewną ideę życia.
Idea ta objawiała się oprócz stylu życia także w muzyce,
która była szybka, zbudowana na gitarowych riffach i prostych,
lecz dynamicznych rytmach perkusyjnych, które były dobrym
podkładem pod wściekłe teksty.
Jak można jednak zauważyć spacerując sobie na
przykład po Camden Town, w ostatnich latach emo przekształciło się,
głównie dzięki mediom, w swoją własną karykaturę. Zaproponowano
nastolatkom gotowy, subkulturowy kodeks, na który składa się
moda i styl zachowania. Dzięki temu emo jest dzisiaj jednym z
najbardziej wyrazistych trendów młodzieżowych, który może
przemawiać do każdej jednostki, która szuka sposobu na wyrażenie
swojej własnej indywidualności w kolorowy lecz lekko melancholijny
sposób.
Dyskusja na ten temat wzbudza prawdziwe EMOcje...
głównie wśród emo nastolatek. Jak czytamy na forum
internetowym wypowiedź pewnej użytkowniczki: – EMO to dla mnie
coś, co płynie prosto z serca. Emocje, sposób wyrażania siebie i
własnych poglądów. Emo to głównie muzyka. Według
niektórych emo trzeba się urodzić. Wnerwiają mnie takie
dzieciaczki co mają po 12-13 lat, założą pasek w ćwieki, ubiorą bluzkę
w czaszki i myślą, że świecą.
Odpowiedź innej użytkowniczki jest szybka i
równie błyskotliwa: – Trochę się zgadzam, ale denerwuje
mnie, że znowu sprawa tyczy się wieku. Czym się różni taka
trzynastolatka, która myśli, że jest emo od szesnastolatki,
która też tak myśli? Obydwie są tak samo beznadziejne, więc nie
wiem, po co jest tu mowa o wieku?
Sami też nie wiemy, więc temat do przemyślenia zostawiamy wam.
.................................
Taniec zuluskiego wojownika
Po roku oczekiwania wreszcie nadszedł czas aby... legendarny
król brytyjskiego dubu, imperator basu i ambasador pradawnej,
afrykańskiej tradycji tanecznej we własnej osobie - Jah Shaka, pokazał
się na londyńskiej ziemi. Oczywiście, nie mogło nas zabraknąć w klubie
Silver Spoon na Wembley, gdzie pokazywał na co stać siwego
siedemdziesięciolatka.
Miejscówka sprzyjała rozwijaniu skrzydeł,
gdyż klub jest w zasadzie dużą salą weselną bez bajerów, na
której dziać się może wszystko zależnie od inwencji
twórczej. Jah Shaka od początku postawił na muzyczny trans
wydobywając ze swojego domowego sound systemu, wyglądającego jak
przykład nostalgii za Falloutem, wszystko co tylko się dało.
Gdy pojawiliśmy się koło północy, tłoku
jeszcze nie było, ale klimat już porażał potęgą. Kołysząca się
wokół Jah Shaki publika dawała wyraźnie odczuć, że jest on
witany z wielkim szacunkiem i radością. Obłoki dymu, wydobywające się z
maszyn były zaś najlepszym tego dowodem, gdyż maskowały nie tylko Shakę
popalającego blunty za kolumną, ale także resztę sali, która
jarała, jak w najlepszym, jamajskim filmie. Zapach świętego dla
rastafarian ziela Salomona wybitnie sprzyjał zaś kontemplacji dźwięku.
W selekcji Shaki można było usłyszeć wiele
hiciorów tj. Every knee shall bow w wykonaniu Johnny'ego Clarka,
Down in a Rome Paula Foxa oraz masę dubplate'ów, których
unikatowość jest na scenie reggae niemal legendarna, gdyż wiele z nich
wydanych zostało w limitowanych edycjach i nie były one wznawiane
czasem przez trzydzieści lat. I nawet pomimo tego, iż gwiazda miała
problemy z mikrofonem, nie przycinała górek na mikserze (stopery
ocaliły nam życie) i fałszowała przy próbie śpiewania, to moc
tej nocy należała do niej!
Świadomość faktu, iż słuchamy tune'ów, ktore
usłyszeć gdziekolwiek indziej jest ciężko, tylko dodawała nam skrzydeł.
Kurtka i bluza szybko poleciały pod stopy, a my wskoczyliśmy w krainę
tłustego basu, który masował piersi i stopy prowadząc nas do
pradawnej krainy afrykańskich bóstw światła i życia. Czas leciał
bardzo szybko, a my z każdym następnym kawałkiem robiliśmy się coraz
głodniejsi esencji – przesłania afrykańskiego wojownika.
I doczekaliśmy się! Około czwartej nad ranem
poleciał w końcu jeden jedyny tune, „Kunta Kinte” w jednej
z nowych wersji, który oryginalnie był dubplatem dla Jah Shaki,
nagranym przez skład The Revolutonaries. Wszyscy zerwali się do lotu,
poleciały trzy pull upy pod rząd, a okrzyki ekstazy rozeszły się, jak
drgania trzęsienia ziemi. To było przeżycie jedności w masie
różnokolorowych ciał, które zostały scementowane przez
wspólne przeżycie. Oby to przesłanie duchowego buntu dotarło do
jak największej liczby osób i odsłoniło im oczy na
rzeczywistość, w której każda jednostka ma niezbywalne prawa do
wolności i miłości.
.................................
Powrót psychedelicznych trąbek
Panic At The Disco właśnie przeżywają swoje piętnaście minut, o czym
można przekonać się sprawdzając statystyki Last.fm, które
niepodzielnie oddają im panowanie nad masową widownią. W ciągu
tygodnia od premiery nowej płyty, kawałek We're So Starving osiągnął
83.000 pojedynczych odsłuchań. Jak na zespół, który
ogłosił, że zrywa z etykietką emo i chce być w zamian nowym Radiohead,
całkiem dobrze im idzie. Nowa płyta jednak z klimatami Radiohead
wspólnych punktów nie posiada. Czego jednak na niej nie
ma? Chyba tylko odwołań do Johnny'ego Casha, bo poza tym znajdziemy
wszystko ze szczególnym uwzględnieniem klasycznego rocka
psychedelicznego. Oprócz tego czeka na nas jednak mnóstwo
radosnych, niemal cyrkowych przebojów, jak When The Day Met The
Night, do złudzenia niemal przypominający twórczość Syda
Barretta. Klimat powrotu do lat '60, to generalny kurs, jaki obrali tym
razem Panic At The Disco i trzeba im przyznać, że trzymają się go
konsekwentnie przez całą płytę. W ferworze twórczym wpadła także
do albumu szczypty alt country, mały pęczek britpopu i dobra garść
indie, by dopełnić tę postmodernistyczną stylizację, jednak przyprawy
te nie zdominowała smaku. Oczywiście, rzuca się w oczy niemal kopia
stylu The Beatles z okresu Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band,
którą można usłyszeć np. w kawałku She Had The World i kilku
innych. Czy to dobrze? W obliczu wyciągania przez The Strokes niszowego
stylu 60's garage na powierzchnię, mogę tylko napisać, że chłopcy
dobrze kumają, co w trawie piszczy.
Panic At A Disco – Pretty.
Odd – Decaydance,
US - CD/LP/MP3 – marzec 2008
.................................
Pożegnanie kapitana reggae!
15
marca 2008 w swoim rodzinnym domu w Connecticut, w Stanach
Zjednoczonych, z tym światem pożegnał się Mikey Dread. Urodzony w 1954
w Sant Antonio na Jamajce jako Michael George Campbell, aż do swojej
śmierci pozostawał jednym z najwybitniejszych producentów reggae
na świecie i jeszcze większym jej popularyzatorem. Do jego największych
hitów należą takie utwory, jak: „Roots and Culture”,
„Bank Robber” czy słynny „African Anthem” oraz
mniej znane, tj. „(Only Rasta Know The) Voice of Jah”.

Swoją sławę wypracował na rodzinnej Jamajce dzięki pracy jako DJ i
prezenter muzyczny dla Jamaica Broadcasting Corporation (JBC),
którą podjął w 1976. To dzięki niemu na antenie stacji,
która promowała w tym czasie głównie amerykański pop, po
raz pierwszy zaczęły gościć dźwięki rodzimego reggae. Audycja
„Dread At The Controls”, którą prowadził w sobotnie
noce szybko stała się jedną z największych tub muzyki jamajskiej,
dzięki jego pokaźnej kolekcji płyt winylowych.
W 1979 odszedł ze stacji na dobre i skupił się
produkcji, z której zasłynął już w międzyczasie wycinając kilka
tune’ów dla Lee Perry’ego, Carltona Pattersona i
Sonii Pottinger. Pod skrzydłami jego talentu rozwijać się szybko
zaczęli tacy artysci, jak: Sugar Minott, Junior Murvin, Earl Sixteen,
Wally Bucker, Sunshine, Jah Grundy i Rod Taylor. Dzięki pracy w studiu
jego sława zaczęła się także przedostawać poza Jamajkę,
szczególnie do Wielkiej Brytanii, gdzie londyńskie skupiska
imigrantów odchodziły powoli od tradycyjnego calypso
upowszechniając, szczególnie w południowym Londynie, imprezy
reggae.
W tym samym czasie jego działalnością zainteresował
się legendarny zespół The Clash, który zdążył już nagrać
cover znakomitego tune’a Juniora Murvina, „Police &
Thieves” i namówił do produkcji swojego singla,
„Complete Control” samego Lee Perry’ego. Mikey Dread
przyjął zaproszenie i tak powstał „Bank Robber” z jego
charakterystycznym, natchnionym toastingiem. Dalszą część
współpracy stanowiło wyprodukowanie albumu
„Sandinista”, uważanego bardzo często za najlepszy album
The Clash. Stało się to zaczątkiem stylu punky reggae party,
który zwerbalizował w utworze o tym samym tytule Bob Marley.
Podczas swojego pobytu w Wielkiej Brytanii Mikey
Dread stał się osobowością znanego cyklu telewizyjnego „Rockers
Roadshow” oraz wielce popular-
nego „Deep Roots Music”, dzięki czemu dał możliwość
znacznego rozwinięcia się rynku muzyki jamajskiej na Wyspach. Niedługo
później z audycją „Rockers in the Morning” pojawił
się w Holandii, by dalej kontynuować swoją popularność medialną poprzez
stację MTV, która poświęciła mu odcinek „Yo! MTV
Raps” oraz Caribbean Satellite Network, gdzie zajął stanowisko
dyrektora programowego.
Do jego najbardziej znanych albumów należą
„Evolutionary Rockers” (1979) czy zwracający się bardziej
ku dancehallowi „Pave The Way” (1982). Jego śmierć
pozostawiła w smutku wielu fanów reggae na całym świecie,
którzy jeszcze przez wiele lat będą wracali do jego znakomitych
tune’ów.
.................................
Nowojorski ogień
Kokolo to jeden z najlepszych bandów zza Oceanu, idących
niepokorną ścieżką Czarnego Prezydenta, Feli Kutiego, który
niesie z dumą pochodnię rewolucyjnego afrobeatu. W dialekcie
latynoskich imigrantów z Nowego Jorku „Kokolo”
znaczy tyle, co fanatyczny wyznawca muzyki afrykańskiej i jest to
nazwa, która zgadza się w stu procentach ze stylem grania tego
siedmioosobowego kolektywu.
Jako że albumy Kokolo wydawane są najczęściej przez
londyńskie Freestyle Records, w piątkową noc mieliśmy wielką
przyjemność wybrać się do Jazz Cafe na Camden Town, najprawdopodobniej
jednej z najlepszych miejscówek, serwujących czarną muzę na
świecie. Wyszliśmy z niej, jak z fińskiej sauny. Ogień strawił nasze
ciało do tego stopnia, że trzeba je było gasić, ale on ciągle pali się
w sercu... niepokonany.
Jazz Cafe do złudzenia przypomina mi gdyńskie Ucho,
które kiedyś często odwiedzałem z racji pracy w pewnym
magazynie, klub jest jednak znacznie mniejszy. Mimo tego akustyka,
wystrój i przestrzeń są łudząco podobne, co już na wstępie
zadziałało na mnie pozytywnie. W środku jest drogo, ale gig Kokolo był
warty nawet dwa razy więcej. Na szczęście mój francuski
przyjaciel stawiał piwo, więc nie puściłem majątku.
Chłopcy wyszli na scenę koło 23:45 na dobrze
rozgrzaną przez didżeja publikę, który swój set,
składający się z old skul funk, ska i afrobeat wypośrodkował idealnie,
żeby nie zmęczyć ludzi za szybko. Zaczęło się intensywnie od
„Love International”, a następnie poleciał absolutny hicior
„Mama Don't Want No Gun” i parkiet zaczął nabierać
kolorów. Niektórzy powoli, a inni trochę szybciej zaczęli
przebierać nogami w takt dynamicznego afrobeatu, który mi
osobiście zrobił z mózgu sieczkę, tak że bez opamiętania
rzuciłem się w taneczny trans.
Następna godzina sprawiła, że nagle obok zrobiło się
gęsto od kobiecych nóg (chwała kobietom, które lubią
płonąć), a wkrótce także męskich, czarnych i białych.
Niesamowite conga pobudzały wydzielanie endorfin, gdy afrobeatowy
narkotyk pulsował w żyłach z prędkością światła. Gdy Kokolo zagrało
hiszpańskojęzyczny hit „Candela”, salę ogarnęło szaleństwo.
Chłopcy bisowali długo i namiętnie. Długo będziemy wspominać jeszcze
ten gig, oby takich było więcej!
.................................
Wybuch bomby gwoździowej
Breakcore to jeden z najbardziej skrajnych gatunków, jaki
wytworzyła europejska elektronika klubowa XXI wieku. Początków
stylu dopatrzyć się można w podbitych tempach drum-
'n'bass późnych lat 90., które pojawiły się dzięki
wpływom drill'n'bassowych eksperymentatorów w stylu
Squarepushera i króla Digital HC, Aleca Empire'a. Jednak dopiero
indywidualności takie, jak wielce kochany w Polsce Aaron Spectre
sprawiły, że breakcore zaistniał jako osobny gatunek. „The
Haunter of the Dark” jest dziełem doskonałym, które
pokazuje szerokie możliwości, jakie daje łączenie breakcore'owej
agresji z energetycznym rytmem w stylu gabba. To płyta długo oczekiwana
przez scenę i moim zdaniem będzie jednym z najlepszych albumów
tego roku. Nailbomb Cults użył do jego stworzenia zarówno
ostrego, breakcore'owego pazura, jak i muzycznej inteligencji.
Wysamplował Apollo 440, kankana i dialogi z horrorów, a wszystko
ze zwinnością leśnego elfa. Otrzymujemy więc zmasowany atak szybkich
jak petarda bitów, zapętlonych w dzikie układy, które
nagle z bezlitosnej młocki przechodzą w psychedeliczną zabawę
dźwiękiem. Zanim zdążymy się spostrzec, z gabby lądujemy w old skul
jungle z wiodącym nas za rączkę Amen breakiem, by za chwilę dostać
porcję kwaśnych zamiataczy trawiących nasz mózg. To dzieło,
którego słucha się doskonale. Nie nurzy lecz wciąga, jak sen o
wojnie robotów. Na deser, na płycie umieszczone zostały trzy
remiksy w wykonaniu Hellboya, Jakecore'a i Kragle'a. Pozycja
obowiązkowa dla wszystkich maniaków gatunku!
The Nailbomb Cults – The Haunter of the Dark – CITV Mashup Crew Records, UK - CD/LP/Mp3
marzec 2008
.................................
Turbulencje londyńskiego wojownika
Po ostatnim, nie robiącym furory albumie Bengi wydawało się, że
londyński wojownik wróci do formy i wyda z siebie coś naprawdę
gorącego. Tymczasem jego najnowszy album to koszący lot w dół i
w porównaniu z ostatnimi produkcjami The Bug czy ciągnącym
dubstepowy parowóz Kode9, wypada zdecydowane słabo. Płyta jest
długa, 14 kawałków (3 winyle!) zamęczy każdego, niestety nie jest to w tym wypadku jej zaletą, gdyż są tu zaledwie dwie dobre produkcje, które mają szansę stać
się podziemnymi hiciorami marca. Czy jednak po dubstepie oczekujemy
tanecznych killerów? W mojej opinii scena sama zaczyna nas do
tego przyzwyczajać, wypuszczając wiele doskonałych tune'ów,
które szybko zalęgają się w mózgu wiercąc w nim poważne
dziury i podnosząc jednocześnie poprzeczkę. Niestety Benga
przegiął czerpiąc
ze stylistyki old skulowych 2-stepów i house'ów, starając
się niejako na siłę udobruchać rosnącą w siłę scenę, która
coraz częściej odwołuje się do swoich klubowych korzeni. Mamy tu
wprawdzie charakterystyczne, londyńskie walce, które na dobrym
nagłośnieniu z pewnością spowodują zawał u tańczących, ale nadmiar
gwizdków i kwaśnych zamiataczy powoduje szybki przesyt przy
domowym słuchaniu. Mało producentów potrafi robić rzeczy
uniwersalne, które sprawdzą się w każdej sytuacji i Benga do
nich nie należy. Lepiej sprawdza się chyba w klubie niż w studiu,
odwrotnie niż np. Kode9, od którego mógłby się wiele
nauczyć.
Diary of an Afro Warrior – Tempa,
UK – CD/LP/Mp3 – luty 2008
.................................
Dubstepowa msza
Brixton to serce południowego Londynu, wylęgarnia kultowych zjawisk,
miejsce słynące zarówno z wielkiej kreatywności muzycznej, jak i
ciągłych napięć społecznych. W sercu tej legendy stoi klub Mass –
kościół zamieniony w wielką imprezownię, od razu wprowadzający w
specyficzną, mroczną atmosferę. Znany jest on dobrze bywalcom polskich
imprez, z których wiele odbywało się właśnie tutaj. Tej
nocy dominowały w nim jednak przede wszystkim zabójcze,
dubstepowe brzmienia.
Na miejscu poważny zonk, przywitała nas kolejka, układająca się niemal
w kółko, składająca się w przybliżeniu z 500 osób. Po
krótkim załamaniu odszukaliśmy umówionych ziomów z
krakowskiej ekipy Dub Chanters, by znacznie przybliżyć się dzięki temu
do wejścia. Jak się przy okazji okazało, doskonale zrobiliśmy wpisując
się na listę International Guests. Znalezieni przez Malę z Digital
Mystikz, weszliśmy w końcu poza kolejką bocznym wejściem, witając się z
panem Polakiem stojącym na bramce (cóż, opanowujemy powoli
kolejne sektory).
W środku kręte schody, a na dużej sali atmosfera 100 stopni, bowiem za
didżejką szykował się właśnie duet D1 i Youngsta. Modna w dubstepowym
światku koncepcja grania setów 2 tunes to 2 tunes, którą
podjęli, miała zdominować tą imprezę. Dzięki takiemu graniu publika nie
męczy się, otrzymując co chwilę porcję świeżej energii, a didżeje
zmuszeni są do maksymalnej ostrożności. Szczególnie Youngsta
zasługuje na pochwałę za perfekcyjne wyczucie klimatu i doskonałe
zgrywanie. Pull upy leciały jak złoto.
Wkrótce po nich za didżejkę wszedł LD, by poczęstować nas
znakomitym setem często powracającym do 2 stepu, po nim zaś Quest
napompował atmosferę tłustym basem. Niestrudzony Loefah swoim
toastingiem cały czas podtrzymywał falę ciepła. W końcu to trzecie
urodziny DMZ, jednej z dwóch najważniejszych imprez,
które rozpoczęły dubstepowy kult.
Zaraz potem do akcji wkroczyło dwóch amerykańskich
didżejów, Joe Nice i Dave Q. Reprezentanci Nowego Jorku i
Baltimore szybko zmienili tor muzyczny i poszybowali w stronę old
skulowego hip hopu, ragga jungle i tylko okazyjnie dubstepowych
akcentów. Pomimo ciągłego grania w clashu dwa na dwa ich set był
niespójny i często sprawiał, że publika zastygała w miejscu. Na
pomoc przyszedł nam wtedy jednak pan bluncik, który wyzwolił w
nas naturalne pokłady dobra, dzięki czemu mogliśmy znieść nawet to.
Koło pierwszej pojawił się skład wieczoru, trzech członków DMZ
przystąpiło do zmasowanego ataku, waląc w publikę wszystkimi
najlepszymi produkcjami ostatniego roku jak rakietami. Ta stała się już
jednak jednym ciałem... spoconym i pozbawionym granic, które
tańczyło do jednego rytmu. Przeobrażenie ciała, to msza w prawdziwym
znaczeniu tego słowa. Poza samą muzyką, scena dubstepów
udowodniła tego wieczoru, że ciągle obchodzi się bez gwiazdorstwa i
pozowania, za co należy organizatorom tylko uścisnąć rękę. Za rok
będziemy tam znowu!
.................................
Dubowe przygody Kadubry
Zalewani
co roku nowymi, tandetnymi produktami polskiego przemysłu
fonograficznego, rzadko zdajemy sobie sprawę, jak bardzo rozrosła się w
ostatnich latach polska scena niezależna.
Niestety,
wielkie wytwórnie w Polsce nie są zainteresowane promowaniem rzeczy
świeżych pomimo tego, iż czują na karku zimny oddech, spowodowany
zmniejszającą się ciągle sprzedażą płyt kompaktowych.
W tej
sytuacji doskonale radzą sobie jednak wydawnictwa niezależne, promujące
nośnik winylowy oraz netlabele, wydające nowe utwory jedynie w formacie
mp3. Jednym z niekwestionowanych odkryć polskiej sceny netlabelowej
stał się w ostatnim czasie projekt EchoTM, który dosłownie rozpruł
scenę sound systemową zeszłorocznego Ostróda Reggae Festiwal.
Okrzyknięty przez muzyczne podziemie jednym z najciekawszych odkryć
digitalnego dubu ostatnich lat, wyznacza on polskiej muzyce poziom,
którego próżno oczekiwać od niejednej polskiej gwiazdy.
Skład
projektu stanowią: jeden z najlepszych producentów reggae/dub w Polsce
– Kadubra oraz Ćwirek – producent i dubmaster kultowej formacji
Wszystkie Wschody Słońca. Emisariusze muzycznych eksperymentów od kilku
lat wspólnie eksplorują pole digitalnych, post-jamajskich czeluści
muzyki, konsekwentnie zwracając się w stronę minimal dubu, a czasem
także kolońskiego click techno.
W produkcjach EchoTM tłusty,
zawiesisty bas kreuje nową wizję człowieka surfującego po falach
chaosu, który zmysły traci w szaleńczym transie niskich częstotliwości,
zwracając się tym samym w stronę Eonu Horusa. Dodać należy, iż
zapracowani nad studyjnymi konsolami panowie grają na żywo niezmiernie
rzadko. Jednak nowe produkcje wyrastają jak grzyby po deszczu.
– Obecnie pracuję nad nowym materiałem dla Siódemki.com oraz nad nowym
singlem EchoTM. Co do EchoTM, to mamy praktycznie ukończony cały album.
Pozostała kwestia aranżu, miksów i oczywiście znalezienia wydawcy –
mówi nam z uśmiechem Kadubra.
Ksywkę Kadubra należy sobie dobrze
zapamiętać, gdyż jest to w chwili obecnej jeden z dwóch rozpoznawanych
na świecie polskich producentów reggae/dub (obok Mario Dziurexa),
którego płyty winylowe można kupić na każdej z londyńskich imprez
University Of Dub. W jego ostatnim utworze, „Świadomość”, który ukazał
się na 7'' singlu wydanym przez label Rob Pulse Movement, udziela się
weteran brytyjskiej sceny dancehall, Tippa Irie oraz słynący z
nieprzeciętnych możliwości wokalnych Bob One.
Jak mówi nam sam
Kadubra: – Pomimo tego, iż popularność to chyba niezbyt dobre słowo,
faktem jest że polskie produkcje reggae/dub coraz częściej pojawiają
się w dystrubucjach na Zachodzie. Są chętnie kupowane, grane w
rozgłośniach i prezentowane na imprezach. Pod względem brzmienia nie
mamy się czego wstydzić, a coraz częściej dochodzi także do współpracy
z wokalistami czy producentami z zagranicy, co w dużym stopniu mówi
samo za siebie. A my mówimy: tak trzymać!
.................................
Noc fetyszystów
Corsica Studios to skromny klub z niepozornym wejściem na tyłach stacji
Elephant & Castle, do którego trafić jest jednak w miarę
łatwo. Po krótkim przeszukaniu z ostrzeżeniem, że nie wolno
robić fotek, wchodzimy do mrocznego przybytku o dwóch salach, w
których zgromadzony tłum rozgrzewa się do boju browarkami.
Impreza nosi tytuł Flame & Flesh.
Wszyscy czekają na koncert duetu The
McCarricks, który kręci się nerwowo po scenie, podczas gdy DJ
zapuszcza klasyczną płytę Boards of Canada, In A Beautiful Place Out In
The Country. Powoli robi się nastrojowo, zespół wchodzi na
scenę, by wyjąć z futerałów skrzypce i wiolonczelę, słyszymy
pierwsze dźwięki. VJ świeci po oczach niskobudżetową jazdą miksując to
z ujęciami z życia koreańskiego miasta. Na początku jego starania robią
dobre wrażenie, potem jednak zaczynają nużyć. Gwiazdy zaczynają grać do
ostrego, breakcore’owego rytmu, który jednak z każdym
następnym kawałkiem staje się coraz prostszy, by polecieć w
darkwave'owe łupanie. Harmonika oszczędna, a nawet zupełnie prosta.
Mroczny romantyzm zaczyna wyraźnie dominować po dwóch,
trzech kawałkach, którymi grupa wyzwala w publice wiele emocji.
Koncert trwa niecałą godzinę, duet schodzi z zasłużonymi brawami,
występ przyzwoity.
Idziemy połazić po drugiej sali, by
dokładnie przypatrzeć się instalacji The Gas Organ, która jest
tej nocy głównym aktorem. W bardzo ciekawy sposób
pokazuje ona fuzję technologii i muzyki. Długie, szklane rury pełnią
rolę organów, grających dzięki płomieniom butli gazowych i
kontrolowanym ujściom powietrza. Wszystko chodzi na dwa piloty!
Wracamy na główną sale, gdzie
jesteśmy świadkami performance’u duetu Patient Zero. Klasyczne
środki body artu zostają tu wykorzystane w celu przedstawienia mitu
śmierci i odrodzenia poprzez fizyczne cierpienie. Trochę krwi leci z
przebitej na piersiach skóry młodej kobiety oraz jej partnera,
wysokiego gościa z rozpuchami i śmiesznym tatuażem. Łączą się
wspólnie linkami i ciągną w swoje strony robiąc to długo i z
uporem. Następnie usta mężczyzny zostają zaszyte, a na jego twarz
założona maska. Duet kończy swój performance zastygając w
bezruchu pod czarnymi welonami.
Następny performance to show s/m na
wysokim poziomie. Akcja zostaje osnuta wokół subtelnego
bonadage'u, którego mistrzem jest zamaskowany arafatką
transseksualista w klapkach. Powolnie wiąże swoją uczennicę
demonstrując najróżniejsze sposoby powolnego zadawania
bólu. W tle przygrywa zespół Uniform, złożony z
puzonistki, zamaskowanej niczym wiktoriański zombie, wąsatego,
dekadenckiego didżeja, który pieści Maca i mikrofon oraz
grającego gitarowy noise Japończyka. Dobry shit! Zadowoleni ulatniamy
się koło trzeciej nad ranem.
.................................
Burial - mroczna gwiazda
Burial to jedna z gwiazd londyńskiego dubstepu, który od swojego
debiutu płytowego w maju 2006, szybko zaczął być rozpoznawany ze
względu na bardzo dopracowany styl, który podobnie jak muzyka
Shackletona ze Skull Disco, sięga ponad porażanie klubowych
mózgów permanentnym basem, stając się wyrazem
wewnętrznego życia twórcy.
Mimo że w ostatnich dwóch latach dubstep z ekstremalnego
kierunku zaczął powoli obierać kurs w stronę alternatywnego klabingu i
stał się w efekcie gatunkiem masowym, który dociera
zarówno na Wschodnie Wybrzeże Stanów Zjednoczonych, jak i
na Ukrainę, przykład Buriala pokazuje, że wciąż można w jego ramach
tworzyć rzeczy oryginalne.
Wydany jesienią zeszłego roku drugi album Buriala, „Untrue”
wydaje się być tego najlepszym dowodem. To zdecydowany zwrot w stronę
dubstepowych korzeni, wokalnego 2 stepu, który przez całą płytę
zdaje się przekazywać melancholię za najlepszymi latami rave'u, okresem
bardzo silnie inspirującym artystę. Pomiędzy brudnymi, toksycznymi
tłami, składającymi się na muzyczny obraz współczesnego Londynu,
trafia się więc od czasu do czasu trochę słodkich, łagodnych sampli w
stylu FSOL lub wczesnego Aphex Twina. Wszystkie kawałki mają jednak w
sobie głęboki magnetyzm, który sprawia że płyta bez wątpienia
jest przebojowa, co często staje się zarzutem.
Jak mówi sam Burial w wywiadzie dla Kode9: – Robienie
kawałków zawsze było dla mnie trudne. Zwykle siadałem lub
spacerowałem z nadzieją, że zrobię coś, co mi się spodoba. Pewne wokale
wybierałem, ze względu na nastrój, w którym się
znajdowałem. Chciałem więcej wokali, ponieważ układały się w piosenki,
jest to smutne że wracają do ciebie pod koniec, ale nie chciałem
piosenkarek tylko czegośc innego.
To coś innego, to bez wątpienia specyficzna, liryczna atmosfera,
której kreowanie było zawsze domeną mistrzów ambientu tj.
Brian Williams (Lustmord) lub Markus Popp (Oval, Microstoria, So).
Zdaje się, że Burial może stać się dzięki niej jednym z największych
poetów londyńskiego dubstepu, pomimo tego że na imprezach lubi
ostro podbić tempo. Nie zrażajmy się więc dubstepową wersją
„krainy łagodności”, gdyż niespokojny duch Buriala dopiero
da o sobie znać.
.................................
Nigeryjskie perełki
Wytwórnia Soundway z Brighton to ewenement nawet na bardzo
dynamicznym, brytyjskim rynku niezależnym. Specjalizująca się w
wydobywaniu na światło dzienne nieznanych szerszemu odbiorcy
klasyków z Afryki i Ameryki Łacińskiej, za każdym razem
zaskakuje swoimi wyborami pozostawiając każdego konsesera world music w
stanie zaskoczenia i olśnienia. Tym razem Miles Cleret wraz z załogą
dał nam pod stopy kolejną, doskonałą kompilację w dwóch
częściach, Nigeria Special: Modern Highlife Afro-Sounds & Nigerian
Blues 1970-76. Tropiąca dźwięki, które rządziły w latach 70. w
klubach, do których uczęszczały elity z Lagos, składanka
prowadzi nas przez bujny gąszcz artystów, grających highlife
(czyli zachodnioafrykański jazz) oraz ciepły, afrykański blues i juju.
W sferze rytmicznej rządzą tutaj struktury oparte na tradycyjnych
rytmach narodów Yoruba i Igbo, grane raczej w średnim tempie. To
jednak afrosound natchniony także przez późny europejski bebop,
który iskrzy się partiami instrumentów dętych, podczas
gdy pidgin English mieszając się z plemiennymi językami wciąga nas
głęboko w spiralę czasu. Charakterystyczna, „garażowa”
produkcja tych utworów może szokować niewyrobionego odbiorcę,
ale odzwierciedla wszystko to, co było ważne wówczas w muzyce
nigeryjskiej. To energia surowa, całkowicie inna od kawiarnianego,
europejskiego jazzu, nieznająca ani brzmienia fusion, ani elektrycznego
jazzu, charakteryzująca się jednak naturalnym, niepowtarzalnym ciepłem.
Nigeria Special: Modern Highlife Afro-Sounds & Nigerian Blues
1970-76, Volume I & II – Soundway, UK – CD/LP/Mp3
– styczeń 2008
.................................
Darmowe zasysanie z MySpace
MySpace, największy serwis społecznościowy w sieci, który w
samej Wielkiej Brytanii przyciągnął w styczniu 5 mln realnych
użytkowników miesięcznie, rozpoczął rozmowy z Universal Music,
Sony BMG, Warner Music oraz EMI w celu udostępnienia opcji darmowego
ściągania muzyki.
Ściąganie zapewne zostanie obłożone ciężkim systemem reklamowym,
mającym na celu generowanie większych dochodów ze strony,
której wartość nominalna obliczana jest wprawdzie przez
analityków na $15 mld (£7,5 mld ), ale przynosi swojemu
właścicielowi, News Corp., znacznie mniej.
Dla MySpace może być to dobry ruch, gdyż jak pokazuje doświadczenie,
ściąganie muzyki z sieci nie tylko nie maleje, ale dynamicznie wzrasta
z każdym rokiem. Wprawdzie ściąganie płatne wciąż nie może
równać się z ruchem w sieciach peer-to-peer, gdzie proceder jest
darmowy, ale dzięki popularności iPodów, stało się w ostatnich
latach o wiele popularniejsze i znacznie łatwiejsze.
Wielu artystów już od dłuższego czasu wykorzystywało MySpace do
sprzedaży swoich mp3 dzięki zewnętrznym aplikacjom. Jeśli MySpace
wprowadzi darmowe ściąganie, może przyciągnąć do serwisu jeszcze więcej
użytkowników i jednocześnie zniechęcić do kupowania mp3. Z
drugiej strony, wielu z niezależnych artystów i tak udostępnia
część swojej twórczości na licencjach typu copyleft nie mając
związanych rąk polityką korporacyjną. W ten sposób mp3 ściągać
już można np. z Last.fm.
źródło: FT
|
|
|