Co to znaczy, że interesuje was wydawanie książek transgresyjnych?
– Interesuje nas wydawanie takich książek, które zmuszają
ludzi do przełamywania dotychczasowych schematów myślowych,
które w rezultacie w jakimś stopniu mogą wpływać na zmiany
zachowań, sposób odczuwania i postrzegania świata. To wszystko
po to, aby wzbogacić odbiorców o większą paletę możliwości, niż
te, które są oferowane przez otaczającą nas medialną papkę.
Okultura, jak sami
piszecie, zajmuje się ukrytym i wypartym wymiarem kultury. Co was
skłoniło do stworzenia tego typu propozycji wydawniczej w Polsce?
– Główna motywacja do powstania tego typu wydawnictwa
wiązała się z tym, że polski rynek książki jest bardzo ubogi. Był to
pomysł na książki, które nie powtarzają schematów,
stereotypów i nie są kolejnym potokiem popkulturowych
sloganów. Na Zachodzie ukazuje się tego typu publikacji
dość sporo, a w Polsce niewiele, dlatego uznałem, że trzeba wypełnić tę
lukę materiałami źródłowymi. Ta podstawa w
późniejszym czasie zachęci ludzi do publikowania własnych dzieł,
do tworzenia obiektów sztuki i własnych „stref
autonomicznych”.
Macie poczucie, że wasza praca w Polsce trafia na podatny grunt?
– Przede wszystkim czuję, że istnieje coś takiego, jak
„wkurw pierworodny”, czyli poczucie niezadowolenia z tego,
co się dzieje, a jeżeli to już ma miejsce, to ludzie po pierwsze
szukają racjonalizacji dla swoich tęsknot i niespełnień i być może
znajdują to w tych książkach, po drugie zaś czerpią z nich inspiracje.
Nasza praca to nadrabianie kilkudziesięcioletniej luki. W pewnym sensie
w kulturę polską została rzucona „bomba atomowa” –
komunizm. W peerelowskiej rzeczywistości z jednej strony mieliśmy do
czynienia z presją ze strony systemu, który wszystkich
ujednolicał, z drugiej zaś z presją opozycji, która była
solidnie związana z jedną opcją ideową – Kościołem katolickim.
Znalezienie jakiegoś „powietrza” pomiędzy tymi dwoma
dusznymi środowiskami było dość trudne. Okultura wywodzi się z takich
prób znalezienia trzeciej drogi poza represyjnym państwem i
Kościołem. Obecnie przejawia się to raczej w poszukiwaniu przestrzeni
pomiędzy tradycjonalizmem a popkulturą. Mamy potężne zaplecze na
świecie, ponieważ mądrych autorów i ciekawych książek jest moc.
Co decyduje o waszej ofercie wydawniczej, jakiego rodzaju impuls powoduje decyzję o wydaniu konkretnej książki?
– Podstawowym kluczem wydawniczym Okultury była chęć wydawania
książek, które po prostu nam się podobają. Kiedyś,
posiadając przywilej znajomości języka angielskiego, mogłem samemu
czytać ciekawe rzeczy, ale jednocześnie nie widziałem niczego podobnego
na polskim rynku. Pracując jako tłumacz i dziennikarz zauważyłem, że
niektóre tematy są niechętnie przyjmowane i puszczane w obieg.
Miast tego drukuje się opracowania na temat opracowań i tak dalej
– trzeciorzędne źródła. Moim zdaniem jest to efekt
lenistwa mentalnego, które z kolei bywa wspierane poprzez tabu.
Pewne tematy są niewygodne. Większości ludzi jest dobrze wtedy, gdy
mogą poczuć się w grupie. Pozwolę sobie teraz na powiedzenie czegoś
niepopularnego, ale większość ludzi jest powierzchowna i nie poszukuje
głębszych doznań poza czystą wegetacją – jest to rodzaj
samonapędzającego się marazmu i apatii. Łatwo jest powtarzać coś za
kimś – stwarza to poczucie bezpieczeństwa, zachowania tak zwanego
rytmu życia. Nasze książki mają wybijać z tego rytmu. Mają być
niewygodne i niemiłe, a dzięki temu na swój sposób
fascynujące.
Komu przeszkadza niewygoda
tych książek, czy istnieje jakikolwiek rodzaj opozycji wobec
waszych propozycji wydawniczych?
– Opozycja ma przede wszystkim naturę strukturalną. Największy
problem tak naprawdę stanowi struktura polskiego rynku księgarskiego.
No właśnie. W jednym z
wywiadów wspomniałeś o korporacyjno-towarzyskich układach w
środowisku wydawniczym. Jak to wygląda?
– W praktyce sprowadza się to do prostej zasady kapitalizmu, że
ten, kto większy, jest silniejszy. Będąc małym wydawcą i nie mając
dużych obrotów nie jesteś traktowany na tych samych prawach co
wielcy wydawcy. Polski rynek wydawniczy funkcjonuje na zasadzie
odwlekania spłaty. Oznacza to, że nie ma bezpośredniego obiegu
gotówki. Księgarze i hurtownicy biorą książki w zastaw. Trwa to
tygodnie, a nawet miesiące, zanim pieniądze dotrą do wydawcy. W
międzyczasie tworzy się zator. Większy wydawca uzyskuje wpływy od razu.
Poza tym publikacje „dużych graczy” są wykładane na
widoczne miejsca w księgarniach, stosuje się profity dla
dystrybutorów i tak dalej. Rynek księgarniany w Polsce ulega
korporatyzacji. Zmniejsza się liczba małych księgarń, duże firmy
przejmują ich potencjał. To sprawia, że korporacje księgarskie
mogą narzucać reguły gry. Trudno z nimi negocjować. To jest taki
łańcuch trawienny, na końcu którego jest biedny drukarz,
zmuszony do funkcjonowania na zasadzie odwleczonej spłaty, co często
jest powodem bankructwa drukarni.
Stanowicie raczej mały zespół „multiinstrumentalistów”. Jak wygląda wydawnictwo Okultura od środka?
– Żeby utrzymać się w tych realiach, trzeba być bardzo mobilnym,
skłonnym do innowacji i do szukania najprostszych rozwiązań.
Najprostszym rozwiązaniem przy rynku zdominowanym przez dużych graczy,
a my jesteśmy raczej małą firmą entuzjastów wydawania książek,
jest internet. Tu jest najprościej – sieć nie wymaga dużych
nakładów finansowych, błyskawicznie rozprzestrzenia informacje i
jest o wiele bardziej demokratyczna niż dystrybucja
„naziemna”. I to właśnie dzięki internetowi możemy
funkcjonować. Tak naprawdę połowa naszej sprzedaży odbywa się przez
internet. Jeżeli chodzi o poziom redakcyjny, mamy „trójcę
świętą”: arcy-grafika, arcy-designera i arcy-wydawcę. Nie ma
innej możliwości. Dla zachowania adekwatności formy i treści niezbędna
jest wyrazistość graficzna. Praca przy publikacjach wymaga pomysłu,
konsekwencji i wypracowania sobie struktury. Mamy rdzeń trzyosobowy i
jednocześnie sporą grupę przyjaciół, którzy pomagają nam
pod względem edytorskim czy redakcyjnym. Bo choć jesteśmy w pewnym
sensie wydawnictwem undergroundowym, staramy się zachować rzetelność na
każdym poziomie procesu wydawniczego. Nie zbijamy na tym
kokosów. Robimy to dla zabawy i idei.
Masz wyobrażenie, kim jest wasz potencjalny czytelnik, do kogo trafia Okultura?
– On się ewidentnie zmienia. Na pewno jest to czytelnik młody.
Istnieje kilka grup. Największą z nich tworzy młodzież studencka,
kontrkulturowa, artyści, później młodzi naukowcy, miłośnicy
wszelakiej maści ezoteryki, którzy są znudzeni rynkiem new age.
Kolejna grupa to ludzie zainteresowani psychologią transpersonalną czy
kulturą psychodeliczną. Nazywam ich pogranicznikami, czyli ludźmi
transgresyjnymi. Są wśród nich także przedstawiciele
„środowiska informatycznego”. Nie brakuje też pisarzy,
redaktorów naczelnych różnych magazynów czy też
nawet top-modelek! Kłopotliwi bywają niektórzy miłośnicy
„wiedzy tajemnej”, zbyt poważnie traktujący słowa.
Zapominają, że „mapa to nie terytorium”, a „menu to
nie posiłek”. Zdarzało się nam w przeszłości otrzymywać dużo
listów od tzw. antychrystów. Nasz kraj jest pod tym
względem bardzo bogaty. Wielu ludzi odreagowuje swój katolicyzm.
Ale nas to nie interesuje. Nie temu ma służyć Okultura. Bywamy
postrzegani jako wydawnictwo demoniczne, bo wydajemy dzieła Crowleya,
który błędnie bywa utożsamiany z satanizmem. W przeciwieństwie
do nas, wielu czytelników nie potrafi podchodzić do
tekstów z dystansem. Zbyt poważnie traktują siebie. Nie oznacza
to wcale, że jesteśmy cyniczni. Wręcz przeciwnie. Ponieważ mamy bardzo
poważne podejście do rzeczywistości, uważamy, że nie trzeba jej
traktować zbyt serio. Wtedy traci się właściwy obraz rzeczy. Etykietka
satanistów i anarchistów, którą nam przypinają,
często funkcjonuje na zasadzie klątwy, która ma ograniczać nas w
działaniu. Stanowi rodzaj tresury, okiełznywania niebezpiecznych
zjawisk. Tymczasem są tylko etykiety. Anarchia to dla mnie postawa
samostanowienia o swoim losie i nie oglądania się na panów i
plebanów. Taka definicja bardziej mi odpowiada.
Na waszej stronie internetowej pojawiła się informacja, że książki Okultury mają się pojawić w Londynie. Zatem, co i gdzie?
– Udało się nam nawiązać współpracę z księgarnią
Treadwells na Tavistock Street przy Covent Garden, stanowiącą swego
rodzaju ezoteryczne centrum Londynu. Będzie można w niej kupić lub
zamówić wszystkie pozycje z naszego katalogu, m.in. Wykradając
ogień z nieba Stephena Mace’a – rzecz o tworzeniu własnych
symboli i alfabetów pragnień, Zen bez mistrzów zen
Camdena Benaresa – zabawny przewodnik po medytacji, czy Pokarm
bogów Terence’a McKenny – historię obcowania naszego
gatunku z substancjami zmieniającymi świadomość. To samo dotyczy
naszych przyszłych publikacji, takich jak Cyberia Douglasa Rushkoffa
– przełomowe dzieło na temat tego, jak miłośnicy
psychodelików przyczynili się do stworzenia internetu i innych
zaawansowanych technologii, czy Psychologia kwantowa Roberta Antona
Wilsona – książka o przezwyciężaniu nawyków swego umysłu i
wykorzystywaniu w pełni jego potencjału.
Reprezentujecie dobrze
funkcjonujący model samowystarczalności. Robicie to, co chcecie i to na
własnych warunkach. W dobie lenistwa i łatwych karier na czyichś
plecach, robi to wrażenie.
– Od siedmiu lat staramy się robić coś z niczego. Jednak tym, co
daje nam siłę, jest miłość do książek jako medium, a jednocześnie
troska o to, by nie były to martwe słowa. Przerabiamy je na własnej
skórze. Dbamy o to, by nie było rozdźwięku między naszymi ideami
i czynami. I nawet jeśli nie ze wszystkimi wydawanymi przez nas
autorami zgadzamy się w stu procentach, posiadają oni wspólną
cechę – nawołują do brania odpowiedzialności za swoje czyny i
kreowania swego życia. Staramy się wydawać książki, które mają
otwierać ludziom oczy na nowe możliwości w świecie. O to nam chodzi.
Okultura w sieci:
okultura.pl