_
 
   


Kariera frajera
Paweł Rosolski

Marek przyjechał na Wyspy w drugiej połowie 2005 roku. Jak wielu z „naszych” w ostatnich latach. Jednak jak niewielu z „naszych” wcale nie musiał tego robić. Tutaj też nietypowo zaczynał – jego dziewczyna miała już pracę z polecenia, więc o start nie musieli się martwić. Oboje po studiach, z bagażem doświadczeń i pełnym prawem do zapisania nowej, wyspiarskiej karty w swoim życiorysie. Biegły angielski dawał im przewagę na starcie. Jak miało się okazać kilka lat później, dla nas język to rzecz najważniejsza, dla wielu Anglików to zdecydowanie za mało...
   
k


Marek zakładał, że zostanie tu co najwyżej cztery miesiące. Anglia od lat nie jest już krajem (jak się wciąż wydaje tym, którzy jeszcze tu nie dotarli), w którym pracodawcy czekają na przybyszów z Kontynentu z otwartymi rękami. Potrzebna jest odrobina szczęścia i tzw. perfect timing. Markowi się powiodło – po tygodniu poszukiwań znalazł pub w londyńskiej dzielnicy uznawanej za oazę spokoju, gdzie akurat zwalniały się etaty. Po szybkiej, konkretnej rozmowie z managerem, na „ładne oczy”, bez doświadczenia, wskoczył za bar nie mając pojęcia czym się różni lager od ale, czy też gin od sherry.
    Początki były ciężkie – geograf z wykształcenia, musiał wznosić się nieraz na wyżyny intelektualne, by zrozumieć kulturę i mentalność „zamawiaczy” drinków. Postaci przewijające się codziennie przez pub często na twarzy miały wypisany zagmatwany życiorys. Począwszy od pijącego po kryjomu tanią whisky Willy’ego poprzez bezimiennego prawnika z trzema szklankami rose w okolicach południa, ludzie ci tworzyli niespójny aczkolwiek wyrazisty obraz pubowej rzeczywistości. Jeżeli dodać do tego poranny przegląd prasy, znajomość ostatnich raportów Sky Sports News i perypetii bohaterów najpopularniejszych seriali oraz znane wszystkim bywalcom pubu problemy osobiste innych „przesiadywaczy”, Marek miał czasami wrażenie, że gdyby tylko studiował socjologię, po dwóch tygodniach miałby gotową pracę magisterską.
    W ciągu miesiąca przeszedł przez wszystkie szczeble edukacji  pubowej – poznał najdrobniejsze nawet sekrety działania małej jednostki ekonomicznej, jaką jest pub w Wielkiej Brytanii. Po czterech miesiącach nadszedł czas na zastanowienie się co dalej. Jednak stała praca i niezłe zarobki zadecydowały o podjęciu decyzji, by zostać i chwytać wiatr w żagle. Cieszył się stuprocentowym zaufaniem managera więc z barmana szybko awansował na pozycję headbar, po kilku miesiącach został asystentem managera, a licencje zrobione następnego roku pozwoliły mu na samodzielne prowadzenie pubu podczas nieobecności przełożonego. Mijały więc tygodnie, miesiące, mnożyły się większe i mniejsze problemy, ale nie brakowało też przyjemnych momentów. I tak dzień po dniu aż do września 2007 roku...
    Spokojna, słoneczna, wrześniowa niedziela – już po sesji meczów Premiership. Pub powolutku pustoszeje, rodziny wychodzą z dziećmi na patio, by zaczerpnąć świeżego powietrza. Do baru podchodzi Bill – stały klient, od lat pijący kieliszek tego samego wina cabernet sauvignon.
    – Mark, jakiś podpity koleś na zewnątrz jest lekko niespokojny, możesz coś z tym zrobić? – Rutyna – pomyślał Marek i za chwilę, w asyście swojego headbara, również z Polski, spotkał się twarzą w twarz ze 165-centymetrowym typowym przedstawicielem weekendowego binge-drinkowania. Krótka, uprzejma sentencja z cyklu „zwolnij trochę” zwykle załatwiała sprawę. Nie tym razem. Podpity koleś szybko zdał sobie sprawę, że ma do czynienia z obcym akcentem, więc wybełkotał niewyraźnie, lecz głośno:
– I own this pub! You don’t even speak English' [Ja tu rządzę, ty nawet nie mówisz po angielsku – przyp. red.].
    Marek zignorował tę uwagę – nie pierwszy raz ktoś nie mógł się pogodzić, że Polak  gra pierwsze skrzypce w angielskim pubie...
    Pięć minut później koleś leżał już związany w kaftanie bezpieczeństwa. Krzyki i wulgaryzmy było słychać daleko poza pubem. Zanim zaciągnięto go do samochodu policyjnego, minęło kolejne piętnaście minut...
    Dla Marka te kilkanaście minut szybko zapisało nowy rozdział w jego wyspiarskim życiorysie. Pęknięty i wciąż krwawiący nos z raną ciętą na długość 1 cm (zapewne od obrączki na palcu kolesia) nie bolał. W marka głowie przewijały się sekwencje wypadków. Wiedział, że nie mógł ciosu oddać – to tylko skomplikowałoby ewentualne sprawy w sądzie. Wiedział, że na Wyspach atak na pracownika pubu jest równoznaczny z atakiem na policjanta. Wspomagany przez przepisy prawa i kamery rejestrujące wszystkie zdarzenia miał świadomość, że odpowiedzialny jest za ład i porządek w tak ważnym dla angielskiego życia publicznego miejscu pracy, jakim jest pub.Wiedział, że na wsparcie może liczyć tylko ze strony swojego jedynego przyjaciela w pubie, headbara Andrzeja. Dzięki jego pomocy oraz głównego managera, który szybko wybiegł ze swojego mieszkania nad pubem, koleś nie był w stanie uciec. Brakiem reakcji ze strony stałych klientów, z którymi przecież przez dwa lata Marek miał, jak mu się wydawało, znakomite kontakty, nie był zaskoczony – raczej trochę zawiedziony. Oni wciąż oglądali pasjonującą powtórkę rozegranego tego dnia meczu, kiedy w „ich” pubie zaatakowano jakiegoś tam Polaka...
    Jamie W. wyrokiem sądu niższej instancji został uznany winnym rasistowskiej napaści na pracownika pubu, zakłócenia porządku publicznego pod wpływem alkoholu i utrudnianie pracy policji. Otrzymał karę czterech miesięcy więzienia w zawieszeniu na rok, dwunastomiesięczny nadzór policyjny, konieczność odbycia dziewięciomiesięcznej kuracji odwykowej oraz nakaz przepracowania 60 godzin na rzecz lokalnej społeczności. Jako rekompensatę dla poszkodowanego Marka sąd zarządził karę w wysokości 250 funtów. Policja do 30 kwietnia 2008 roku wciąż ustala obecne miejsce pobytu Jamiego W. W rzeczywistości oznacza to, że po siedmiu miesiącach od zdarzenia żadne z postanowień sądu nie zostało wprowadzone w życie. Marek najprawdopodobniej nigdy nie zobaczy należnych mu 250 funtów...
    Wysokość zasądzonego odszkodowania nie była w żadnym stopniu adekwatna do upokorzenia i bólu, jakie musiał znieść – to jednak nie było dla niego najważniejsze. Ważna była odpowiedź na pytanie o skuteczność egzekwowania wyroku na Wyspach – odpowiedź tę chyba już znamy...
    Pracował w tym pubie jeszcze cztery miesiące – bardziej z przekory, niż zdrowego rozsądku. Kilka dni spędzonych na rozmyślaniu po operacji plastycznej nosa w jednym z londyńskich szpitali zaprowadziły go donikąd. Niby chciał się wyrwać, coś jednak kazało mu trwać w przekonaniu, że to wciąż jego powołanie. Dostał ogromne wsparcie od managera i współpracowników, żadnego od firmy...
Od tamtej pory każdy dzień był pytaniem – kiedy zdarzy się następny raz?
    Historia, jakich nie publikuje się w codziennej prasie brukowej. Jednak coś nakazuje zastanowić się, czy to tylko zbieg okoliczności, czy musi nadejść czas zapłaty za ambicje i plany na obcej ziemi. Pytań rodzi się wiele... Na największych polskich portalach internetowych wirtualni dziennikarze powtarzają tłustym drukiem te same tematy: Polacy pożądani na Wyspach, Polscy fachowcy w cenie. Generalizowanie to zmora współczesnego społeczeństwa. Niepoparte żadnymi konkretami tezy stawiane przez internetowych „bogów dziennikarstwa” tworzą płaski obraz rzeczywistości Polaków pracujących na Wyspach. Może historia Marka da choć niektórym trochę do myślenia na temat naszego miejsca tutaj.