_
 
   

p

travel

victoria

PODRÓŻE Z NOWYM CZASEM


Amsderdam
Milena Adaszek

Miasto to postrzegane jest jako najbardziej liberalne miejsce w Europie, kojarzone głównie ze słynną czerwoną dzielnicą – Red Light District, z dealerami narkotyków i coffee shopami, w których można legalnie kupić i palić marihuanę.

Pierwsze zaskoczenie już na lotnisku – wszyscy mówią świetnie po angielsku, nawet ekspedientki w sklepach czy kioskach. Ba, nawet żebracy wykonują swą profesję w dwóch językach. Każdy jest bardzo sympatyczny i chętny do pomocy. Ludzie na ulicy udzielają wyczerpujących informacji, uśmiechają się przyjaźnie, chętnie rozpoczynają rozmowę. W hotelu, gdy kończy się już doba hotelowa można przechowywać bagaże bez żadnych dodatkowych opłat, a w sklepach można liczyć na zniżkę, gdy zabraknie nam paru centów.

amsterdam

    W Amsterdamie nie widzi się na ulicach pijanych osiemnastolatków, którzy wracają z imprezy lub zmieniają miejsce zabawy. Ludzie nie chodzą po ulicach z alkoholem w ręku, nie są hałaśliwi. Głośne śmiechy i krzyki w miejscach publicznych oznaczają zbliżających się nastoletnich turystów. Tubylcy są pogodni, uśmiechnięci i kulturalni.
    To, co charakterystyczne dla Amsterdamu, to jazda na rowerach. Jest tam ponoć tyle, ilu mieszkańców. Na rowerze jeździ niemalże każdy. Chodzą przeważnie turyści. Co ciekawe, rowery, na których poruszają się Holendrzy są najczęściej bardzo stare – nowy mógłby być szybko ukradziony. W środku dnia częstym widokiem jest pani w butach na obcasach i z torebeczką na ramieniu, wracająca z pracy na rowerze oraz równie elegancki, towarzyszący jej pan. Wieczorową porą spacerującego turystę mijają grupy młodych ludzi, jadących na spotkanie ze znajomymi, właśnie na rowerach. Wracają nocą w kilkuosobowych grupach, dzielnie pedałując, nawet jeśli miasto tonie w deszczu. Wydaje się, że nawet najbardziej niekorzystne warunki atmosferyczne nie są w stanie zniechęcić Holendrów do ich ulubionego środka lokomocji i nawet gdy leje deszcz, a oni mokną, na twarzach rowerzystów gości uśmiech i zadowolenie. Patrząc na niezrażonych ponurą pogodą rowerzystów, sama przestawałam tak dotkliwie przeżywać brak słońca.
    Amsterdam ma w sobie coś takiego, co nastraja optymistycznie, uspokaja. Może są to radosne kolory, może duża liczba tulipanów, a może widok wylegujących się przy wystawowych szybach kotów? Albo po prostu uśmiechnięci ludzie i malownicza sceneria? Najpewniej wszystko razem. Można tam nacieszyć oczy, można odpocząć, ale można też rozkoszować się kontaktem z kulturą wysoką. Niewątpliwie zachwycające jest Muzeum Van Gogha.  Przechadzka wśród ogromnej liczby obrazów, zarówno autorstwa wielkiego Vincenta jak i artystów, którzy mieli wpływ na rozwój jego twórczości jest doskonałą lekcją historii sztuki. Informacje przy każdym dziele poszerzają wiedzę oglądającego i pomagają zrozumieć intencje artysty.
    Warto również wybrać się do muzeum narodowego – Rijksmuseum, które prezentuje liczne dzieła malarskie, np. Rembrandta, jak i staroholenderskie meble, broń, rzeźby, etc. Oczywiście w Amsterdamie muzeów jest o wiele więcej, ale te dwa są chyba najbardziej znane i nie można ich pominąć zwiedzając miasto.

amsterdam

    Po uczcie duchowej warto spróbować również holenderskich serów. Te jednak najlepiej zakupić na tradycyjnym targu, gdzie przy wielkich, starodawnych straganach stoją przekupnie i bardzo głośno zachwalają swe produkty. Jest tam ogromny wybór ryb, serów, tulipanów etc. Urokliwa atmosfera jest po trosze wiejska, a po trosze archaiczna, co wywołuje wrażenie przeniesienia się w czasie.
    Oczywiście nie można w Amsterdamie pominąć miejsc niezwykle kontrowersyjnych, czyli wspomnianej już tu czerwonej dzielnicy znajdującej się w ścisłym centrum miasta. Red Light District to bardzo specyficzne miejsce, silnie kontrastujące z tradycyjnym targiem. To zespół uliczek, na których znajdują się przede wszystkim sex kluby, sex shopy i oświetlone na czerwono wystawy. I właśnie te wystawy są główną atrakcją turystyczną. To na nich stoją bardzo skąpo ubrane, wyzywające kobiety.  Jeśli przechodzącemu panu spodoba się któryś z „towarów” z wystawy, drzwi się otwierają i mężczyzna wchodzi do środka w wiadomym celu.  Na tych wystawach atrakcje jednak się nie kończą. Parę kroków dalej można bowiem oglądać przedstawienia erotyczne – od tańca gogo po seks na żywo. W tym miejscu wszystko jest na sprzedaż – największa nawet intymność.
    Nie tylko seksu szukają jednak amatorzy tej dzielnicy. Przychodzą tu również narkomani, gdyż na każdym kroku można spotkać dealera, który niemalże każdemu przechodzącemu proponuje kokainę, haszysz i inne narkotyki. Na rogach znajdują się również liczne coffee shopy, z których bucha dym palonej marihuany.
    Pobyt w Red Light District jest szokujący – to miejsce fascynujące i przerażające zarazem. Fascynujące z socjologicznego i psychologicznego punktu widzenia, a przerażające etycznie i tak po prostu po ludzku. Można odczuwać współczucie, wstręt, bulwersację, ale niewątpliwie towarzyszy tej mieszance i ciekawość, która powoduje, że do Red Light District warto się wybrać, bo tego miejsca nie sposób sobie wyobrazić. To, że słyszałam wiele uwag i informacji na temat sławetnej dzielnicy, w żaden sposób nie osłabiło szoku, jaki przeżyłam, gdy ujrzałam to wszystko na własne oczy.
    Amsterdam to miasto kontrastów. Z jednej strony lekcja sztuki wśród imponujących eksponatów muzealnych, usportowiony tryb życia zapalonych rowerzystów, bogactwo kolorów, malownicze sieci kanałów i mostków, przepiękne stare budowle i tradycyjne targi, a z drugiej wyuzdana erotyka i pełna dostępność narkotyków w samym centrum miasta.
    Warto więc zobaczyć to miejsce. Z Londynu, lub innych miast Wysp można się wybrać nawet na weekend.

Wyspy Zielonego Przylądka, czyli Afryka, która chce być Europą
Claudia Fabian


Głośna muzyka reggae przerywa ciszę afrykańskiej nocy. W przerwy pomiędzy kolejnymi utworami wkrada się monotonny, groźny szum oceanu. Ośmiu dobrze zbudowanych, ciemnoskórych młodych mężczyzn ubranych w  tradycyjne, kolorowe długie koszule i wąskie spodnie, ciasno otacza mojego męża, który sumiennie odlicza pieniądze przy ledwo widocznym świetle płonącej zapałki.
To jedyna plamka światła, która rozprasza ciemności. W jej migotliwym świetle widzę błysk metalowego przedmiotu. Po chwili rosły, ciemnoskóry mężczyzna pochyla się ku ziemi i wyjmuje z walizki małe pudełko, które wręcza memu mężowi  – zakup zostaje dokonany. Raz jeszcze błyska w świetle zapałki metalowy zamek walizki, którą mężczyzna zamyka na mały kluczyk. Oddalamy się w ciemność nocy z paczką papierosów Marlboro Light kupioną od ulicznego handlarza, żegnani jego grzecznym „dziękuję” w języku kreolskim. Jego współziomkowie, którzy pomagali memu mężowi odliczyć odpowiednią sumę w tutejszej walucie – escudos rozsiadają się znów na ziemi wokół sklepiku-walizki, chętni pomóc kolejnemu turyście, który zapragnie kupić papierosy. Taka jest Afryka.

a
fot. Claudia Fabian

Krwawe diamenty nie są fikcją

Pomysł wyjazdu do Afryki zrodził się po tym, gdy mój mąż, zmęczony londyńską gonitwą od rana do wieczora, wyznał, że chciałby kupić farmę gdzieś na wsi, z dala od zgiełku miasta-molocha. Gdzieś, gdzie są białe plaże i lazurowy ocean. Jeden z naszych znajomych wspomniał Cape Verde (nazwa używana w języku angielskim na określenie Wysp Zielonego Przylądka) – archipelag położony na Atlantyku w połowie drogi pomiędzy Portugalią a Brazylią. I tak kilka tygodni później wylądowaliśmy na Sal, jednej z Wysp Zielonego Przylądka.
    Moje pierwsze afrykańskie doświadczenie było jak kadr z filmu „Krwawe diamenty”, z Leonardo Di Caprio w roli głównej. Nie, nie spotkałam Leonardo na super nowoczesnym, choć małym lotnisku w Sal, ale tuż po wylądowaniu podszedł do mnie ciemnoskóry, nastoletni chłopiec z wyciągniętą w żebrzącym geście dłonią. Miał tylko jedną, druga była ucięta ponad nadgarstkiem. Po obejrzeniu filmu i przeczytaniu kilku wstrząsających artykułów w prasie na temat konfliktów w krajach zachodniej Afryki,  wiedziałam, że chłopiec pochodzi z Angoli, Sierra Leone lub Wybrzeża Kości Słoniowej, w którym działały grupy partyzanckie przeciwne rządowi. Narkotyki i nielegalny handel złożami mineralnymi, takimi jak diamenty, pomagały juntom przeżyć i kupić broń do walki. W krajach tych nawet dzieci padały ofiarami niesnasek i wojen domowych, a za nawet najmniejsze nieposłuszeństwo jedna czy druga grupa rebeliancka mściła się na rzeczywistych lub wyobrażonych przeciwnikach obcinając im siekierą kończyny.
    Stojąc twarzą w twarz z tą  wstrząsającą ludzką tragedią, otoczona olbrzymim pustkowiem spalonej słońcem ziemi i targana silnym, suchym wiatrem znad oddalonej o setki kilometrów Sahary, zrobiłam to, co robią zazwyczaj zachodnioeuropejscy turyści – rozłożyłam swoje wymanikiurowane, zadbane dłonie w geście bezradności i powiedziałam: No money. No money. 

Maryja przyniosła wodę

Archipelag Wysp Zielonego Przylądka leży na południe od Wysp Kanaryjskich i 480 kilometrów na zachód od wybrzeży Afryki Zachodniej, a konkretnie Senegalu. Zostały utworzone miliony lat temu pod wpływem tektonicznych ruchów Ziemi, które „wypchnęły” wulkaniczne wyspy ponad poziom Atlantyku. Jeszcze 200 lat temu wyspy te były rajem dla przemierzających Atlantyk żaglowców – pełne roślinności, stanowiły strategiczny punkt, gdzie podróżnicy mogli zaopatrzyć się w żywność i świeżą wodę oraz odpocząć w cieniu palmowych gajów. Były również ważnym punktem handlu niewolnikami. Początek XX wieku przyniósł jednak ze sobą „chude” lata. Straszliwa susza i fakt, że statki napędzane ropą nie musiały już przystawać na środku Atlantyku, przyniosły zubożenie i koniec okresu, w którym stanowiły one ważny punkt strategiczny i handlowy. Legenda głosi, że wtedy wieśniaczka z południa wyspy Sal, zdesperowana brakiem wody i jakichkolwiek perspektyw, wybrała się w poszukiwaniu lepszego jutra, po czym powróciła na południe z dzbanem wody dla spragnionych współziomków. Wioskę leżącą na południu wyspy nazwano potem jej imieniem – Santa Maria.
    Dziś Wyspy Zielonego Przylądka, o pięknie brzmiących nazwach: Sal, Boa Vista, Santo Antao, Santa Luzia, Sao Nicolau, Santiago, Fogo, Maio i Brava  oferują, nawet najbardziej wymagającemu turyście, wielką różnorodność: od płaskich połaci suchej, spalonej słońcem ziemi, gdzie nic nie rośnie, ale gdzie znajdują się kilometrami ciągnące się czyste plaże z białym piaskiem, poprzez górzyste wyspy porośnięte zielenią, a kończąc na świetnych warunkach do surfingu i sportów wodnych.
    Wyspy Zielonego Przylądka były kolonią portugalską do 1975 roku, kiedy to uzyskały niepodległość. Po świetności kolonialnej, gdy przyszły gorsze lata, republikański rząd postanowił postawić na rozwój turystyki. Premier rządu, Jose Maria Neves, zapewnił wyspom specjalny status w obrębie Unii Europejskiej i związał finanse i rozwój ekonomiczny z Europą. Decyzje te, na pewno istotne dla biednego afrykańskiego kraju, który  musi importować żywność i nie posiada żadnych złóż mineralnych, z których mógłby czerpać finansowe korzyści, prowadzą jednak do dziwnych anomalii, bo t-shirt kosztuje tu 35 euro, a paczka soli do kąpieli ze słynnej solanki Pedra de Lume sprzedawana jest za 8 euro – ceny, które są wręcz astronomicznie wysokie dla tutejszej ludności.
    Mimo że należą do najlepiej rozwiniętych w Afryce Zachodniej, Wyspy Zielonego Przylądka to wciąż biedny kraj afrykański, gdzie przychód na głowę mieszkańca jest wciąż bardzo niski, a warunki pracy daleko różniące się od tych, które znamy z Europy. Rząd stawia na rozwój turystyki, oferując potencjalnym deweloperom dobre warunki biznesowe. Euro używane jest tutaj jako moneta płatnicza na równi z escudos. Ceny posiadłości są jednak bardzo „europejskie” – aby stać się właścicielem trzypokojowego mieszkania, trzeba zapłacić 350, tys. euro. Niektórzy deweloperzy zachęcają potencjalnych inwestorów do kupna na wyspach, oferując mieszkania już za 50 tys. euro. Nie wspominają jednak, że posiadłości te budowane będą na wyspach, które nie posiadają jeszcze żadnej infrastruktury ani dróg, ani restauracji, ani nawet sklepu, gdzie można byłoby kupić żywność.   

W sercu czynnego wulkanu

Malutki, kilkuosobowy samolot przemierza dobrze sobie znaną podniebną trasę z Sal na wyspę Fogo. Dwie turbiny zawieszone na skrzydłach, popychają maszynę do przodu. Pod nami rozległe połacie Atlantyku. Po godzinie lotu, zza chmur wyłaniają się kształty wysokiej, brunatnej góry. Jej wierzchołek schowany jest w chmurach. To czynny wulkan o wysokości 1600 m.n.p.m., który po raz ostatni wybuchł w 1995 roku.  Jadąc przez liczne, malutkie wioski w stronę wulkanicznego krateru spotkaliśmy dużo dzieci z umorusanymi wulkanicznym pyłem buziami, które sprzedają na rozpalonej słońcem drodze małe, wykonane z wulkanicznej lawy domki pokryte słomianymi dachami – pamiątki dla turystów. Nawet malutkie, dwu- lub trzylatki wyciągają ręce pełne pamiątek wykonanych z czarnej, chropowatej lawy w błagalnym geście, aby zamożni turyści kupili ich wyroby. Lokalna przewodniczka mówi nam, że większość mieszkańców wyspy nie stać nawet na kupno bananów dla dzieci.  Na Fogo jest trochę zieleni i rośnie kilka plantacji bananów i winogron, z których wyrabiane jest tutejsze wino i plantacja  kawy, położona w kraterze wulkanu. Wulkaniczna gleba jest niezwykle żyzna, ale mieszkańcy żyją i pracują pod presją wybuchu tej groźnie wyglądającej góry, która zdominowała krajobraz wyspy. Nawet piasek na plażach jest koloru czarnego (!).
    Natomiast pokolonialne miasteczko Sao Filipe różni się zdecydowanie od otaczających je biednych wiosek. Niektóre ze starych domów są pięknie odrestaurowane, często za pieniądze południowoafrykańskich lub europejskich deweloperów, którzy zakochali się w tym urokliwym zakątku świata. Nie na darmo mówi się, że Afryka to kontynent kontrastów.

a2

Sal, Wyspa Soli 

Stolicą Sal jest Espargos, gdzie mieszka i pracuje większość mieszkańców wyspy. To typowo afrykańskie miasteczko z niską zabudową kolorowych domów, nie zachwyci raczej europejskiego turystę. Dużo bardziej interesujące są duże solne jeziora, zwane Pedra de Lume. Kiedyś stanowiły źródło dochodu, dziś są atrakcją turystyczną. Przewodnik zachęca nas do wejścia do solanki, gdzie nasycenie soli jest tak duże, że ciało z łatwością utrzymuje się na powierzchni wody. Wchodzimy – nie toniemy. Nad nami rozżarzone afrykańskim słońcem, bezchmurne niebo i silny, ciepły wiatr znad Sahary.
    W niedzielę idziemy na mszę do rzymskokatolickiego kościoła,  znajdującego się w centrum Santa Maria. Oprócz nas w małym, skromnie udekorowanym kościółku o przybrudzonych, błękitnych ścianach i ozdobionym kwiatami ołtarzu, są inni europejscy turyści: dwie eleganckie Włoszki siedzą w ławce za nami, a rodzina Anglików z Manchesteru usiadła po przeciwnej stronie. W pierwszych rzędach siedzą tutejsze dzieci, od kręcących się ciągle pięcio- i sześciolatków, aż do szepcących sobie do ucha rozchichotanych nastolatków. Chłopcy i dziewczynki. Wszyscy starannie uczesani i ubrani w czyste, ładne ubrania; I am the boss – głosi napis na koszulce nastoletniej modnisi. Tuż przed nami usiadła mała dziewczynka o oliwkowej cerze, błękitnych oczach i mocno skręconej fryzurze afro… koloru blond.
    Kościół powoli zapełnia się wiernymi. Msza powinna rozpocząć się o 11.30, ale nikt nie zaczyna się modlić aż do południa. Wtedy to dzieci zaczynają śpiewać: Panie, gdy jesteś z nami – wszystko jest możliwe. Wszystko jest możliwe! Ich głosy są tak piękne, zharmonizowane i wyrażają tyle emocji, że nie sposób nie podziwiać tej cudownej melodii. Zaraz po wstępnej pieśni chór zaczyna śpiewać kolejny, równie wzruszający hymn. Siedzący przede mną wysoki, barczysty, ciemnoskóry mężczyzna ogląda się i  podaje mi kartkę papieru z wydrukowanymi tekstami pieśni – po kreolsku. Po chwili zaczynam „łapać” melodię i słowa, choć niektóre są tak trudne, że mogę tylko wymówić ich część. Włoszki siedzące za mną też dostały tekst i też mamroczą słowa pieśni. Kazanie jest krótkie i oczywiście zupełnie dla nas niezrozumiałe. Obserwujemy siedzące w pierwszych rzędach dzieci – niektóre słuchają z uwagą, inne wciąż szepczą do ucha sobie tylko znane sekrety. I znów zaczynamy śpiewać: „Panie, gdy jesteś z nami – wszystko jest możliwe. Wszystko jest możliwe! – powtarzam refren wesoło brzmiącej pieśni. Obok księdza, przy ołtarzu usługują trzy dziewczynki ubrane w białe, proste, długie alby. Ciekawe, czy spotkane wczoraj, zakurzone wulkanicznym pyłem dzieci z Fogo też śpiewają dziś w kościele? Czy mają na sobie czyste ubrania?
    Afryka – kontynent naznaczony piętnem wojen domowych, korupcji, wyzysku, nędzy i głodu. Ląd zamieszkały przez przyjaznych ludzi mówiących setkami języków, dialektów i narzeczy. Świat dzikiej zwierzyny i cudów natury. Afryka – której część chce być Europą. Czy u schyłku swego życia będę mogła napisać tak jak Isak Dinesen, duńska pisarka, autorka książki „Pożegnanie z Afryką”, że „...miałam farmę w Afryce...”? Czy spotkam kiedyś jeszcze nastoletniego żebraka z Angoli, by móc podzielić się z nim tym, co i tak mam w nadmiarze, by naprawić swój błąd nowicjusza?  Tak bardzo bym chciała. Przecież właśnie tam otrzymałam najważniejszą i najpiękniejszą lekcję w życiu.
    Rezerwujemy bilety  lotnicze do Afryki na maj –  wszystko jest  możliwe. Wszystko jest możliwe! 

victoria