Nowy czas starej APA?
Elżbieta Sobolewska
Od
kilku lat w Stowarzyszeniu Polskich Artystów w Wielkiej Brytanii
(Association of Polish Artists in Great Britain) dzieje się jakby
lepiej. APA (tak zwyczajowo określa się ten związek) zmierza w dobrym
kierunku – mówią członkowie. Zrzeszenie skupia kilka pokoleń artystów i
wciąż dołączają młodzi. Świadczy to o nim dobrze, bo co pokolenie to
doświadczenie, to odrębne widzenie i twórczy ferment. Tak mogłoby być.
A jak jest? O stowarzyszeniu mówią: Janina Baranowska, Paweł Kordaczka,
Wojciech Sobczyński, Agnieszka Handziel i Sławomir Blaton.

fot. Agnieszka Mierzwa
–
To jest związek polskich artystów w Wielkiej Brytanii. Nie ma
większego, który by nas gromadził – mówi Paweł Kordaczka, należący do
najmłodszego pokolenia członków APA, przybyły do Wielkiej Brytanii
cztery lata temu. – Ludziom wydaje się, że związek im w czymś pomoże,
coś im ułatwi. Otworzy drzwi. Mają prawo mieć takie nadzieje, ale to
tylko nadzieje, nic więcej.
– Spotykamy się od czasu do czasu, organizujemy wystawę i tyle
– dodaje Agnieszka Handziel, z tego samego pokolenia.
– APA została stworzona przez praktykujących malarzy o pewnej
reputacji. Skupiali się razem po to, by nie tylko być w grupie podobnie
myślących ludzi, ale również by utrzymywać ze sobą kontakty towarzyskie
i tak dalej – mówi Wojciech Sobczyński, przebywający na Wyspach od. lat
czterdziestych. – Kiedy ja do zrzeszenia doszlusowałem, za namową kilku
osób, zauważyłem, że jest to prawie kółko zajęć plastycznych,
niedzielna szkółka, a nie związek artystów plastyków. Ten okres
prawdziwie twórczy dawno temu się skończył. POSK i jego galeria przez
długi czas były oazą dla tego emigracyjnego, polskiego społeczeństwa. W
tej chwili świat się otworzył. Polska społeczność w Wielkiej Brytanii
nie jest już osaczona, odcięta od swoich korzeni. Teraz więc powinna
powstać nowa forma działania – zarówno tego ośrodka, jak i naszego
stowarzyszenia.
KIEDYŚ
Po
raz pierwszy artyści ni to oficjalnie, ni to towarzysko-zapoznawczo
spotkali się pod koniec lat 40. u Lotników, jeszcze w Kensington, gdzie
wtedy mieściły się siedziby powstających jak grzyby po deszczu grup
emigracyjnych. Spotkanie zorganizował Stefan Knapp (1921-1996). Jeden z
wybitniejszych twórców najstarszego pokolenia, wtedy, rzecz jasna,
bardzo jeszcze młody. Teraz jego słynne murale zdobią wiele
znamienitych budowli na świecie.
–
Byłam na tym pierwszym zebraniu – wspomina Janina Baranowska, malarka
mieszkająca w Wielkiej Brytanii od zakończenia wojny. – Byłam ciekawa,
co chcą robić, ale niewiele zrobili. Powstała grupa młodych plastyków w
1949 roku, która szybko się rozleciała. Dopiero jak się pojawił Marian
Bohusz-Szyszko, coś się zaczęło w tym naszym środowisku dziać.
W
1945 roku Bohusz-Szyszko stworzył przy II Korpusie Szkołę Malarstwa.
Najliczniejszą grupą plastyków, która z końcem wojny znalazła się w
Anglii byli studenci właśnie tej jego szkoły: Janusz Eichler
(1923-2002), Andrzej Bobrowski (1925-2002), Ryszard Demel, Kazimierz
Dźwig (1923-1994), Leon Piesowocki, Tadeusz Znicz-Muszyński
(1921-1988), Antoni Dobrowolski (1919-1987).
Szkoła
Bohusza-Szyszko przekształciła się później w Studium Malarstwa
Sztalugowego pod patronatem Zrzeszenia Profesorów i Docentów Polskich
Szkół Akademickich. Pierwsze dyplomy rozdano w 1948 roku. Studium
przestało działać dopiero trzydzieści lat później. Jedną z jego
absolwentek jest właśnie Janina Baranowska. Studium to było rzeczą
niesłychanie wtedy pożyteczną, bowiem Polakom bardzo trudno było dostać
się na najlepsze artystyczne uczelnie: Royal Academy, Royal College of
Art, Bath Academy czy Slade School w Londynie, w której studiowali
m.in. Stefan Knapp, Andrzej Bobrowski, później Wojciech Sobczyński,
wykładał w niej też Stanisław Frenkiel. W 1949 roku wyłoniła się grupa
artystów skupionych wokół szkoły Bohusza. Tadeusz Beutlich, grafik i
tkacz powołał Grupę 49. Należeli do niej m.in. Bobrowski, Baranowska,
Dźwig, Znicz-Muszyński.
Association
of Polish Artists in Great Britain zostało założone dopiero w roku
1958. Działało też wtedy kilka polskich galerii, choć nasi artyści
wystawiali głównie w galeriach angielskich. Piotr Potworowski, malarz,
wykładowca w Szkole Sztuk Pięknych w Bath wystawiał swoje prace w
Gimpel & Fils przy Davies Street, Knapp w nieistniejącej już
Hannover Gallery. Przez czterdzieści lat, do 1999 roku, Halina Nałęcz
prowadziła Drian Gallery; Mateusz Grabowski stworzył w 1958 roku
Grabowski Gallery, która istniała do połowy lat 70., a Jan Wieliczko
prowadził Centaur Gallery.
–
Nie musiałam pracować – wspomina tamte czasy Janina Baranowska, od 30.
lat kierownik Galerii POSK. – Mój mąż był architektem, powodziło nam
się dobrze, więc przede wszystkim mogłam skupić się na organizowaniu
wystaw, wyszukiwaniu galerii, nie tylko dla siebie, dla innych. To jest
to, czego nie rozumieją teraz młodzi, a może nie mają czasu, bo wszyscy
muszą pracować. Nie rozumieją darmowej pracy na rzecz innych. Choćby
Galeria POSK – kiedy trzeba było ją pomalować, artyści malowali, teraz
trzeba słono płacić robotnikom. Urządzaliśmy wystawy w instytucjach
polskich i w galeriach angielskich. Cały czas dążyłam do tego, by APA
nie była tylko takim małym grajdołkiem, by wyszła na zewnątrz, by
pokazywała się wśród Anglików.
W
1970 roku do Anglii przyjechał ze swoją narzeczoną Sławomir Blaton,
absolwent warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych. Dopiero po pięciu
latach udało mu się zorganizować studio. Do zrzeszenia przystąpił w
latach 80.
–
Przyłącz się, bo potrzebujemy odświeżenia – zachęcali znajomi. – Kiedy
tu przyjechaliśmy, bo przecież „kilku” artystów z kraju wyjechało,
zostaliśmy w Polsce żywcem pogrzebani. Nie chcieli tam słyszeć o
związku, który tu działa, Związek Polskich Artystów Plastyków w kraju
położył na nas krzyżyk. Mieliśmy jechać do Kanady, zostaliśmy jednak
tutaj, bo Londyn był wtedy fantastyczny, ten Londyn twórców, którzy
myśleli innymi kategoriami. Nie uprawiali artystycznej propagandy, by
się ustawić. Spotykaliśmy się i rozmawialiśmy bez podtekstu, ile można
na tym zarobić, mieliśmy czas, teraz ludzie go nie mają. Teraz, choć
moje studio sąsiaduje z wieloma innymi, nie mam pojęcia, kto w nich
pracuje, czym się zajmuje.
Wtedy
siłą, która rozwijała polskie środowisko artystów plastyków była APA,
bo nie było niczego innego. Teraz tworzą się grupy i upadają,
zaznaczając swoją obecność wystawą lub wyłaniając jakieś nazwisko,
które bywa, że zapada nam w pamięć. Apart Arts, Kalamarsada, Przylondek
i, póki co, najlepiej działająca Polish deConstruction. Członkowie
tych grup bywają zrzeszeni w APA, ale często nie czują takiej potrzeby,
bo pytają, co zrzeszenie może im zaoferować. – Nie czują symboliki,
związku polskich artystów w Wielkiej Brytanii, największego, który by
ich gromadził – mówi Paweł Kordaczka.

fot. Agnieszka Mierzwa
Czemu ma służyć galeria POSK
Zrzeszenie
nie ma swojej siedziby. Jak mówi Wojciech Sobczyński: – My biura nie
potrzebujemy, potrzebujemy za to mniej amatorszczyzny.
APA
ma do dyspozycji galerię w POSK-u, w której dwa razy do roku, na jesień
i na wiosnę organizuje swoje wystawy. Jesienna zawsze ma swój temat.
– Tegoroczna zostanie poświęcona martwej naturze – mówi Paweł
Kordaczka. – Będzie to dla nas sprawdzian.
W
ubiegłą niedzielę natomiast odbył się wernisaż wystawy wiosennej. „Nowy
Czas” został poproszony o wytypowanie najlepszej zdaniem redakcyjnego
jury pracy. Nagrodę: roczne członkostwo w Tate Modern, otrzymał właśnie
Paweł Kordaczka za swój „Tryptyk”.
–
Pomysł konkursu był dydaktycznym bodźcem – mówi Sobczyński. – By inni
widzieli, że można być dostrzeżonym, jeśli nie przez kupców, to chociaż
przez jakieś opiniotwórcze środowisko dziennikarzy.
To,
co przemawia na korzyść tej wystawy, to fakt, że jest różnorodna.
Przyciąga uwagę rysunek węglem Andrzeja Dawidowskiego czy akt Sławomira
Blatona, może przypadkiem, a może nie, przywołujący na myśl malarstwo
Egona Schiele, również grafika Alicji Mazur czy fotografia przedziwnego
ogrodu Krzysztofa Malskiego. Gdyby „Nowy Czas” zdecydował się przyznać
wyróżnienia w wielu kategoriach, na pewno byłoby w czym wybierać. To
dobrze rokuje na przyszłość.
Janina
Baranowska, która czuwa nad galerią od trzydziestu lat, zdaje sobie
sprawę, że z poziomem prezentowanej sztuki jest różnie, jednak – jej
zdaniem – galeria działa i spełnia swoją rolę, bo wystawy zmieniają się
co dwa tygodnie, więc świadczy to o prężności placówki. – Ludzie chcą
się u nas pokazywać – mówi.
Jednak
jakie kryteria decydują o tym, że przestrzeń jest udostępniana? Bo
można mieć wrażenie, że wynająć ją może każdy, kto zapłaci trzysta
funtów za dwa tygodnie. Kryteriów zdaje się nie ma, w POSK-u panuje
wolny rynek „sztuki”, raj dla artystów-hobbystów.
–
Galeria ta nie ma ani reputacji, ani klienteli. To nie jest galeria,
która ma profil, bo galeria z prawdziwego zdarzenia nie otwiera komuś
dwutygodniowej luki i na tym koniec, bo taka dwutygodniowa prezentacja
niczego nie daje, niczego nie umożliwia. Z prawdziwego zdarzenia
galerie są zainteresowane konkretnym profilem artystycznym, mają grono
stałych kontaktów, tworzą je potencjalni mecenasi sztuki,
kolekcjonerzy, dilerzy – mówi Wojciech Sobczyński. – Jeśli jedynym
celem istnienia tej galerii jest dochodowość czy zwrot kosztów jej
utrzymania, ktoś powinien przemówić do nowo wybranych władz POSK-u, by
zastanowili się, czy nie powinno się wykluczyć z nazwy tego ośrodka
określenia: kulturalny. Jeśli POSK-u nie stać na dofinansowanie tej
galerii, to znaczy, że nie potrzebuje kultury. Jeśli jest to
organizacja, która została stworzona po to, by utrzymywać i krzewić
polską kulturę nie może mieć na względzie tylko dochodowości – czy
biblioteka jest dochodowa? Dopiero kiedy Galeria POSK zaproponuje
wystawy, na które będzie można bez zastrzeżeń zaprosić ludzi kultury,
może będzie miała szanse stworzyć jakiś program. Stowwarzyszenie APA
powinna mieć pierwszeństwo na propagowanie sztuki swoich członków lub
zaproszonych artystów. APA powinna mieć większą kontrolę nad tą
galerią, mieć możliwość zapraszania swoich członków na retrospektywne
wystawy, ale pod warunkiem istnienia stylistycznego dozoru nad tym, co
proponują. Nie nad językiem obrazu, lecz poziomem artystycznej
wypowiedzi.
Jaka APA?
Agnieszka
Handziel i Paweł Kordaczka od trzech lat są członkami tego związku.
Być może uda im się wpłynąć również na jego jakość, bo – jak twierdzą –
krok po kroku wszystko idzie do przodu.
– Z wystawy na wystawę widzimy postęp, a to jest bardzo skostniałe
stowarzyszenie – mówi Paweł. – Jestem jednak pewien, że można pchnąć je
do przodu. Ponad dziesięć osób działa w nim aktywnie, a to jest dużo,
jak na związek kilkudziesięcioosobowy, jakim jest APA. Istnieje zarząd,
ale nie ma prezesa, choć uważam, że powinien być ktoś, kto nada
kierunek. Nie przyszliśmy do związku ot tak, dla towarzystwa, dzięki
tym wystawom wszyscy uświadomiliśmy sobie na razie jedno, że muszą one
być tematyczne. Chcemy, by były retrospektywą tego, co się zrobiło
ostatnio, prace nie mogą być więc starsze niż dwuletnie, nie można
przecież na takiej wystawie pokazywać obrazu z 25-letnim stażem. A
takie propozycje się zdarzały.
– Należałoby APA doprowadzić do takiego stanu, by miała uznanie wśród
polskiej społeczności, tak jak miała kiedyś, bo nie ma właściwie
instytucji, która by krzewiła i propagowała sztuki wizualne – mówi
Wojciech Sobczyński. – Warto być w tym związku, by włączać się w to, co
prowokuje jakiś mały postęp. On istnieje, jest coraz mniej prac
zdjętych znad kominka, nie przyjęliśmy też kilku komercjalnych
tuzinkowców, amatorów, którym przychodzi ochota czy też czują potrzebę
wyrażenia się w języku sztuki. Z pewnością w APA musi być prowadzona
twarda selekcja doboru nie tylko obrazów na wystawy, ale przede
wszystkim przyjmowania członków. I to nie według reguły ukończenia
właściwej uczelni, lecz przede wszystkim według kryteriów dorobku i
praktyki.
.................................
Akcja przedwyborcza w POSK-u
Elżbieta Sobolewska
Dwa dni przed wyborami rady
i przewodniczącego Polskiego Ośrodka Społeczno-Kulturalnego w Londynie,
Komitet Obywatelski II i III RP Za Granicą zorganizował spotkanie z
Ryszardem Żółtanieckim, który jest jednym z kandydatów na tę funkcję.
Chociaż
w Sali Szafirowej Ośrodka spotkało się zaledwie kilkanaście osób,
dyskusja była gorąca. Obecność Ryszarda Żółtanieckiego i krótki program
wyborczy, który przedstawił, stały się pretekstem do ostrej wymiany
zdań i informacji, a nawet licytacji na znajomość historii Ośrodka. Im
głębiej w las, tym więcej drzew, tak w przysłowiowym skrócie można
określić obecną sytuację POSK-u, przynajmniej sądząc po problemach,
które tego wieczoru poruszono. Zaczęto od pytania konkretnego: – Jakie
ma pan doświadczenie, co predestynuje pana do kandydowania na to
stanowisko?
Ryszard Żółtaniecki związany jest z Ośrodkiem od 37 lat.
Jako młodzieniec zbierał z przyjaciółmi pieniądze na rzecz jego budowy,
od lat zasiada w jego radzie. Zdaje sobie sprawę z faktu, iż młodzi
ludzie z tzw. inicjatywą od POSK-u uciekają. Chce więc przyciągnąć do
Ośrodka nie tylko tych z ostatniej fali emigracji, ale uważa, iż należy
ściągnąć również to pokolenie, które tu się wykształciło, ludzi
czterdziestoletnich, którzy znają się jeszcze z harcerstwa i szkół
sobotnich i przyjaźnią się ze sobą, lecz sprawy społeczne, wynikające z
działalności Ośrodka, są im obce, wolą spotykać się w pubach, a jak
mówi Żółtaniecki – to tutaj powinni mieć swoje miejsce. Za miejsce
jednak trzeba płacić.
– Lecz trzeba pójść ludziom na rękę, nie
mówię o oddaniu im sali całkowicie za darmo, ale jakieś preferencyjne
warunki mogą ich tu przyciągnąć – mówił Żółtaniecki, który zdaje się
rozumieć, że to nie na tego typu wynajmie sal i powierzchni poskowych
można zarobić.
– Potrzebna jest komisja zajmująca się marketingiem
i promocją. Musimy zadbać o ochronę kapitału fundacji POSK-u, bo z tym
było różnie. Wśród wielu spraw podniesionych na spotkaniu, padła
oczywiście kwestia statutu.
– Powinien być dostępny po polsku, bo
nie wszyscy członkowie czy ludzie zainteresowani przynależnością do
Ośrodka znają angielski na tyle, by dobrze go zrozumieli, a przecież on
stanowi podstawę naszej działalności – mówiła jedna z osób
uczestniczących w tym spotkaniu.
– A budynek przy 9 Ravenscourt
Park, który stoi bezużytecznie? – Kolejna burzliwa kwestia, która
„załatwia się” już dwadzieścia lat. Kiedyś ktoś proponował, by
stworzono tam hotelik, teraz mówi się o wynajmie mieszkań, a póki co
stracono tysiące funtów z powodu ogólnej niemożności. Albo pozornie tak
drobna rzecz, jak wydawana co roku książeczka-raport z działalności
Ośrodka. W całości finansowana z funduszy własnych.
– Trzeba
postarać się o sponsoring, który w zamian za reklamę sfinansuje jej
druk, pozwalając zaoszczędzić kolejne tysiące – mówi Żółtaniecki,
podkreślając przy tym fakt niezbędności stworzenia systemu
przejrzystości finansowej POSK-u.
Nie zabrakło również drażliwego,
jak się okazało, tematu członkostwa młodych emigrantów. – Jak to, chcą
coś w zamian, skoro samo członkostwo im nie wystarcza, to widać są go
niegodni, mamy ich przekupywać? – grzmiała jedna z pań, kiedy
Żółtaniecki stwierdził, że trzeba cokolwiek zaoferować młodym, by
zechcieli stać się członkami POSK-u.
Żółtaniecki w wielu kwestiach
uzupełnia się z Ewą Brzeską, oficjalną kandydatką zarządu na stanowisko
przewodniczącej Ośrodka. Mają podobne lub nawet tożsame poglądy.
Najprawdopodobniej oboje znajdą się w radzie – kto by nie wygrał, ten
będzie z tym drugim współpracował, miejmy nadzieję, że gwoli
namacalnego rozwoju POSK-u. Trudno przymykać oczy na fakt, że młodzi
ludzie poza obiadem w jednej z restauracji i kabaretem w Sali
Teatralnej nie interesują się jego społeczną czy integracyjną rolą. Bo
niewiele więcej POSK może im teraz zaoferować i to trzeba zmienić, by
za kilka, kilkanaście lat nie upadł.
..................................
Tam i z powrotem
tytuł 1
tytuł 2
tekst
Nr 0 (00)
..................................................... do góry
Mikołaj Skrzypiec
Institute
of Public Policy Research (IPPR) opublikował najnowszy raport co do
liczby imigrantów zarobkowych z Europy Środkowo-Wschodniej. Wynika z
niego, iż około pół miliona osób, które przyjechały do Wielkiej
Brytanii w 2004 roku, powróciło już do swoich krajów. To nie oznacza
jednak gwałtownego spadku ich liczby na Wyspach – co roku wciąż
przyjeżdżają tu wielkie rzesze innych.
Około miliona imigrantów przybyło na Wyspy między rokiem 2004 a
2007, to dane, które w swoim raporcie podaje IPPR. Jest to pierwsze tak
duże opracowanie zawierające bardzo dokładne dane co do liczby
imigrantów. Wcześniejsze, w szczególności rządowe dane rozmijały się z
prawdą, począwszy od przewidywanych w 2004 roku kilkunastu tysiącach
ludzi (o których mówił rząd Blaira przed naszym wstąpieniem do Unii),
na danych z Home Office kończąc (dwa lata temu podawano liczbę około
300 tys.).
Według
IPPR nadal bardzo trudno jest oszacować dokładną liczbę pracowników z
nowej Unii Europejskiej: żadna inna grupa społeczna nie cechuje się
bowiem taką mobilnością. Pracowników z Polski, Litwy czy innych krajów
znajdziemy dziś w każdym praktycznie zakątku Wielkiej Brytanii. To
zdaniem autorów raportu zupełnie nowe zjawisko, które nazwano
supermobility. Opisuje ono skłonność imigrantów do poszukiwania pracy
bez oglądania się na to, gdzie ta praca się znajduje. Częste
przeprowadzki są jednym z elementów życia na Wyspie, podobnie jak
przemieszczanie się między krajem rodzinnym a Wielką Brytanią – wynika
z danych raportu.
Raport podaje bardzo dużo danych dotyczących
przemieszczania się imigrantów w ostatnich latach. Wynika z nich, iż
imigranci wciąż przyjeżdżają na Wyspy (168 tys. w drugiej połowie 2006)
jednakże stopniowo liczby te zmniejszają się – przyjeżdża nas co roku
coraz mniej (137 tys. w pierwszej połowie 2007). 541 tys. imigrantów
wyjechało między 2004 i 2007 rokiem, a ogólna liczba imigrantów to
około 665 tys. ludzi.
Autorzy raportu przy jego opracowywaniu
posłużyli się m.in. danymi przewoźników, linii lotniczych i operatorów
lotnisk. Ze zgromadzonych danych dowiadujemy się np., iż w grudniu 2004
roku ruch pasażerów między Warszawą i Krakowem a trzema miastami w
Wielkiej Brytanii wyniósł 40 tys. pasażerów. W grudniu 2007 roku liczba
ta zwiększyła się do 385 tys.
– To niesamowite zjawisko –
powiedział dr Dhananjayan Sriskandarajah z IPPR w telewizyjnym
programie BBC Newsnigh. – Możemy po raz pierwszy zobaczyć jak to
działa. Owszem, otworzyliśmy imigrantom drzwi, ale wcześniej nie widać
było, że to drzwi obrotowe! Bardzo dużo imigrantów wraca po jakimś
czasie szukać szczęścia w Polsce czy w innych krajach. A sytuacja w
tych krajach szybko się poprawia, kwitnie przemysł, ich waluty się
umacniają – dodał dr Sriskandarajah.
Raport pokazuje również, że
liczby imigrantów powoli się wyrównują. Wiadomo już, że Polacy i inne
narody z Europy Środkowo-Wschodniej będą na Wyspach obecne zawsze, ich
liczba jednak będzie się stopniowo zmniejszać.
W tym samym programie
BBC wziął udział szef organizacji Migration Watch, sir Andrew Green.
Większość jego wcześniejszych wypowiedzi co do imigracji z krajów
nowej Unii Europejskiej była niezmiernie krytyczna. Wiele razy sir
Green obwiniał rząd brytyjski za otworzenie granic dla setek tysięcy
osób, za nietrafione dane oraz brak kontroli nad imigracją. Tym razem
przyznał jednak, że na podstawie opracowania IPPR można uznać, że to
nie imigracja z Europy Środkowo-Wschodniej jest problemem – tylko jeden
na pięciu imigrantów pochodzi z tych krajów, reszta to ludzie z krajów
Trzeciego Świata.
– Nie powinniśmy się martwić Europejczykami –
powiedział szef Migration Watch. – Na przykładzie Niemiec czy Hiszpanii
widać, że Wielką Brytanię wciąż zamieszkuje około ćwierć miliona
obywateli tych krajów, i podobnie będzie z Polakami, Czechami itd.
Liczby się stopniowo wyrównają, ale rząd powinien lepiej kontrolować
napływ ludzi z krajów całej reszty świata – powiedział sir Andrew
Green.
To pierwsza taka wypowiedźczłowieka, który przez wiele lat
krytykował zjawisko masowej imigracji z krajów postkomunistycznych.
Świadczy to o powolnej zmianie postrzegania migracji zarobkowej przez
brytyjskie społeczeństwo. Problem wróci, gdy wyjazdy Polaków i innych
narodowości naprawdę rozpoczną się na masową skalę.
..................................
Wybory w Londynie, skutki w kraju? Mikołaj Skrzypiec
To być może najważniejsze w ostatnich latach wybory lokalne w Wielkiej
Brytanii. Ich wyniki mogą zapoczątkować odwrócenie
trendów i preferencji wyborczych w całym kraju.
W aktualnych sondażach premier Gordon Brown jest najmniej popularnym
premierem od czasów Nevilla Chamberlaina, premiera w latach 30.
Wybory lokalne w Londynie mogą być dowodem na wciąż malejące poparcie
dla obecnej władzy.
Laburzyści powoli tracą w kraju poparcie, polityka gabinetu jest
obiektem nieustających ataków konserwatystów,
liberałów oraz mediów. Kanclerz Alistair Darling
przyznał, że elektorat się oddala, a to nieoczekiwana samokrytyka z
niezwykle ważnej pozycji. Krytyka również niefrasobliwa, gdyż
jej autor sam został ostro potraktowany po niezbyt udanym debiucie
budżetu, zaprezentowanym przez gabinet w marcu. Podobną wypowiedź
(ostrożniejszą jednakże), wystosował również minister spraw
zagranicznych David Miliband. Zupełnie wyraźne już widmo kryzysu
ekonomicznego, spadek wartości nieruchomości w całym kraju, do tego
ewidentne potknięcia w polityce międzynarodowej Browna, (jak np.
niezbyt udana wizyta w Ameryce) sprawiają, że zaufanie do premiera
„z nadania Blaira” szybko spada. Brytyjczycy mogą zechcieć
odwrócić kartę, zarówno w Londynie, jak i na całej
Wyspie, np. w wyborach parlamentarnych. Te odbędą się nie
później niż za dwa lata, jednakże wiele głosów sugeruje,
iż może stać się to dużo szybciej – również w zależności
od wyników w wyborach lokalnych. Londyn i jego zawiłe reformy
dla wielu symbolizują brak szerszej wizji wśród ludzi Gordona
Browna dotyczącej przyszłości kraju.
więcej 
..................................
Nie szok tylko talk
Elżbieta Sobolewska
Podczas
gali w jednym z londyńskich hoteli, tę językową „ściągę”
nagrodzono pierwszą nagrodą, a panią Krystynę uznano najlepszym
wolontariuszem roku. Wręczono jej kryształową kostkę z wygrawerowanym
napisem Shining Star, a z nią przydział na pięć tysięcy funtów.
– Przyznane mi pieniądze pozostają w rękach BAA Communities
Trust, ale zostaną przeznaczone na koszty związane z uruchomieniem
portalu językowego o nazwie Lingvasos czyli Lingva S.O.S.
Krystyna Dulak-Kulej pracuje na lotnisku Heathrow już ponad dwadzieścia
lat. Pełniła różne funkcje, była m.in. stewardessą, a przez
ostatnie pięć lat pracuje w informacji na terminalu czwartym lotniska
Heathrow. Kiedy rozmawiamy, co chwilę ktoś nam przerywa, a pani
Krystyna spokojnie tłumaczy, w którą stronę się kierować lub jak
rozwiązać jakiś podróżniczy problem. Mieszka w Slough i już
kilka lat temu prowadziła przy polskiej parafii zajęcia z podstaw
języka angielskiego, które odbywały się w niedzielę wieczorem po
mszy. – Pamiętajcie, że angielski jest waszym chlebem –
powtarzała swoim uczniom. Pochodzi z nowosądeckiej Piwnicznej, więc
gdzie jak nie tam powtarza się po góralsku: „Uc sie uc, a
nie bedzie cie bida tłuc”...
– Wyspecjalizowałam się w kompilowaniu mini słowniczków.
Na papierze formatu A3, można umieścić około 600 słów,
dwujęzycznie, z wymową. Taka „ściąga” nic nie waży, nie
zajmuje miejsca, mieści się w kieszeni, notesie, pod czapką. Można ją
powielać, powiększać, mieć za lustrem przy goleniu i wkuwać
słówka. Wymowa dla Polaków zapisana jest metodą
Ratzingera, czyli polskimi dźwiękami, a dla Anglików,
międzynarodowym zapisem fonetycznym.
Pani Krystyna już dwukrotnie była wyróżniana w konkursie BAA.
– Kilkaset funtów z poprzednich nagród w konkursie
pracy wolontariackiej I – Volunteer pozwoliło mi na wydrukowanie
i rozprowadzenie około czterech tysięcy różnojęzykowych ściąg na
lotniskach i wśród Polaków. Dużą popularnością
cieszy się ,,Budowa-Konstrakszn’’, a w opracowaniu jest
,,Dom-Domestic’’. Poparcia na piśmie, bardzo przydatnego
przy uzasadnieniu mojego zgłoszenia do tegorocznej nagrody, udzielił mi
dr Olgierd Lalko, [prezes Polskiego Ośrodka Społeczno-Kulturalnego w
Londynie – red.] czego niestety nie mogę powiedzieć o
innych osobistościach rządowych i kościelnych, którym ten
projekt rozdawałam i przedstawiałam. Wierzę, że teraz się coś odmieni.
Na poszerzenie jej działalności wpłynęła również tragiczna
śmierć Roberta Dziekańskiego na lotnisku w Vancouver, który
kompletnie nie znając języka, nie potrafił odnaleźć się w potężnej
przestrzeni kanadyjskiego lotniska, wpadł w panikę, a jego dziwne
zachowanie spowodowało ingerencję policji. Panika przerodziła się w
agresję, a policja nie mogąc się z nim porozumieć, użyła paralizatora
by go obezwładnić. Czekański zmarł. Wstrząśnięta tym wypadkiem,
postanowiła działać jeszcze szybciej i radykalniej. Do serii
poprzednich mini-słowniczków dołączyła zatem ściągę
,,Travel-Podróż’’, którą nadal udoskonala i
modyfikuje tak, aby mogła również służyć policji. Na potrzeby
lotniska i Polaków z nowej fali emigracji powstało już
dziesięć projektów w ośmiu językach. – Dzięki dobrej woli
esperantystów rozsianych po całym globie, wiem że możliwa jest
globalna pomoc językowa. Aby już nie szok, tylko talk.
..................................
DRUGA STRONA MEDALU
Mikołaj Skrzypiec
W
związku z artykułami o sprzedaży Fawley Court, listami, które
nadeszły w tej sprawie od czytelników oraz licznymi telefonami
do redakcji „Nowego Czasu”, publikujemy wywiad z ojcem
Wojciechem Jasińskim ze Zgromadzenia Ojców Marianów,
który przeprowadziliśmy 22 kwietnia, tuż po rozpoczęciu
oficjalnej procedury sprzedaży.

fot.Marek Wezdenko
A więc stało się, w
poniedziałek, 21 kwietnia, Fawley Court oficjalnie został wystawiony do
otwartej sprzedaży. Cena – 22 miliony funtów. Czy musiało
do tego dojść?
– Myślę, że poświęciliśmy wystarczająco dużo czasu obserwując to,
co się dzieje w Fawley Court. Przyglądaliśmy się od wielu lat temu, kto
przyjeżdża, do czego
służy w dzisiejszych czasach ośrodek, zastanawiając się, jaka jest w
związku z tym nasza misja. Koszty utrzymania ośrodka są bardzo duże, a
dochody od grup polonijnych, które przyjeżdżają do ośrodka, to
może około 7 proc. całości wpływów w skali ostatnich 10 lat. Te
polskie grupy religijne, które przyjeżdżają, na palcach jednej
ręki można wymienić: Polska Misja Katolicka (dwa razy w roku,) księża
Chrystusowcy (pięć-sześć razy w roku) Polska Macierz Szkolna (raz w
roku), Zespół Pieśni i Tańca Tatry (jeden-dwa razy w roku),
czasami harcerze, raz do roku korzysta z terenu kilka szkół
sobotnich: z Ealingu, Reading, Slough organizując spotkanie na
zakończenie roku szkolnego. Oczywiście organizujemy wciąż Zielone
Świątki, trochę osób spędza z nami Boże Narodzenie i Wielkanoc.
Kilka razy w roku przyjeżdża z grupą około 50 osób ks. Darek
Kwiatkowski z Ealingu. Raz w miesiącu organizujemy dzień skupienia,
zwany Szkołą Modlitwy, w którym bierze udział około 15-20
osób. Oczywiście są jeszcze angielskie katolickie i
chrześcijańskie grupy, ale i tak stanowi to w sumie tylko około 40
proc. dochodów z wynajmu domu rekolekcyjnego. Na mszę świętą w
niedziele uczęszcza tylko około 120-150 osób, a w ostatnią
niedzielę na mszy świętej o godz. 12.00 było tylko około 70
osób. Trudno w takiej sytuacji prowadzić działalność
duszpasterską, stąd też nasza decyzja o sprzedaży.
więcej
..................................
Komu potrzebny jest Fawley Court?
Wojciech Goczkowski
Artykuł
ten nie powstał w celu obrażenia lub zgorszenia kogokolwiek, a
szczególnie Zgromadzenia Księży Marianów,
którego zasługi i pracę misyjną doceniam i szanuję. Ale w
obliczu gorszących faktów, których wszyscy jesteśmy
świadkami, zachowanie milczenia jest prostą drogą do cynizmu i
oschłości serca – na to nikt nie może sobie pozwolić, a na pewno
nie za cenę zachowania „świętego spokoju”.

Fot. Marek Wezdenko
Jak zinterpretować to, co od kilku lat dzieje się w Fawley Court? Zła
wola, ignorancja czy nieporadność w zarządzaniu dobrem
zgromadzonym przez dwa pokolenia? Jak powinna zareagować polska
społeczność w Wielkiej Brytanii na pomysł wystawienia na sprzedaż
symbolu naszej obecności w Wielkiej Brytanii po II wojnie światowej?
Oburzeniem czy współczuciem? Gniewem czy obojętnością? U
wielu sprawa ta wywołuje uczucie smutku i rozczarowania. Czy
można wyznaczyć cenę wartościom, które do tej pory wydawały się
nie podlegać prawom rynku? Czy można zlicytować świadectwa nadziei i
bohaterstwa? Smutne, że Marianie zachowują się tak, jakby trzeba
im było to tłumaczyć.
Sprzedaż Fawley Court prowokuje pytania o teraźniejszość i przyszłość
polskiej społeczności w Londynie i na Wyspach, o jej tożsamość i
zdolność samoorganizacji. Czy jesteśmy jeszcze jedną etniczną grupą w
strukturze współczesnej wieży Babel, rozpoznającą się jedynie
przez obyczajowe przyzwyczajenia, czy też stać nas na wysiłek
podtrzymywania pamięci i kształtowania wizji przyszłości? Dla
stworzenia wspólnoty i wychowania jednostki ważne jest
połączenie tych dwóch elementów. Zdawał sobie z tego
sprawę założyciel Fawley Court, ksiądz Józef Jarzębowski.
Dlatego w szkole, którą założył w 1953 znalazło się miejsce dla
muzeum polskiej historii i polowego ołtarza w pałacowej kaplicy.
Dzisiejsi następcy księdza Jarzębowskiego wydają się tego nie
rozumieć.
Zdałem sobie z tego sprawę, gdy po raz pierwszy odwiedziłem Fawley
Court w 2005 roku. Pojechałem, zachęcony przez spotkanych w Londynie
Polaków, którzy opowiedzili mi o możliwości zwiedzenia
Muzeum i poznania historii bohaterskiego księdza. Zgromadzenie
Marianów kojarzyło mi się z Licheniem i kilkoma wykładowcami z
czasów studiów.
Kiedy wyjeżdżałem z Fawley Court moja wiedza poszerzyła się o
wiele nowych faktów, ale niestety poznałem też w pełni czym są
tzw. „mieszane uczucia”. Powodem moich wewnętrznych
niepokojów była rozmowa z jednym z zakonników
na temat przyszłości wspomnianego ołtarza. W opinii Marianina ołtarz
powinien zostać usunięty z prezbiterium, ponieważ jego symbolika
nie koresponduje ze współczesnością, a militarne elementy
(skrzydła husarskie i głownia miecza) fałszują pokojowe przesłanie
chrześcijaństwa. Wizerunek Matki Boskiej Ostrobramskiej nie został
poddany krytyce, ale już jego historyczne związki z Kultem Miłosierdzia
Bożego przedstawiały się mojemu rozmówcy dosyć mgławicowo i
mętnie. Z naszej dyskusji wynikało, że tym co powstrzymuje
Ojców Marianów przed przeniesieniem ołtarza do muzeum
jest obawa przed reakcją, już coraz mniej licznych, ale wciąż żyjących
ludzi z pokolenia, którego doświadczenie ten ołtarz przekazuje.
Teraz już wiem (fakty o tym mówią), że zdaniem Marianów
również cała posiadłość nie odpowiada nowym czasom. Otóż
głębokim nieporozumieniem jest myśleć, że ołtarz i Fawley Court jest
dzisiaj potrzebne wojennemu pokoleniu. Dla nich spełniły już
swoją rolę. Dawały oparcie w czasie wojny i chroniły przed upadkiem w
rozczarowanie i bezradność po przegranej wojnie. Przesłanie, jakie
niesie niechciany ołtarz i jego otoczenie potrzebne jest przede
wszystkim młodemu pokoleniu. Myślę, że w ten sposób
rozumował również ksiądz Jarzębowski gromadząc pamiątki po
Powstaniu Styczniowym i zachowując świadectwa czasów jemu
współczesnych. Jak prowadzić pracę wychowawczą i duszpasterską
nie mogąc pokazać materialnych świadectw ludzi, którzy w
najtrudniejszych momentach swojego życia, Polski i historii Europy nie
utracili wiary i nadziei? Fawley Court to nie
historyczne sentymenty, ale miejsce, które powinno
należeć do przyszłości. Historia w nim opowiedziana może służyć
następnym pokoleniom. Gdyby takiego miejsca nie było, należałoby
je stworzyć.
Święto Zesłania Ducha Świetego, obchodzone co roku w Fawley Court,
wyznacza horyzont myślenia o przyszłości tego ośrodka, który
musi wrócić do idei prowadzenia pracy edukacyjnej w poszerzonej
i unowocześnionej formule. Jest w Fawley Court wystarczający potencjał,
aby stało się centrum spotkania ludzi z różnych ras, kultur i
narodów, którzy potrafią się porozumieć mimo
różnic językowych i cywilzacyjnych. W ten sposób
powstałaby również przestrzeń, w granicach której
pojawiłaby się szansa podzielenia się z innymi własną historią i
pamięcią pokoleń, co w kontekście zachodzących procesów
jednoczenia się Europy ma wyjątkowe znaczenie. Wszystko jednak
wskazuje na to, że władze Zakonu Marianów wolą widzieć
przyszłość Europy bez historii Polski.
Przeniesienie zbiorów księdza Jarzębowskiego do Lichenia jest
tego wystarczającym dowodem i żadne słowa wyjaśnień nie mogą
usunąć sprzed oczu tych niemożliwych do zaakceptowania
faktów.
..................................
Fawley Court pod młotek
Mikołaj Skrzypiec
Historyczna
posiadłość o niezwykłej wadze dla naszej tu historii, Fawley Court w
Henley-on-Thames, zostanie wystawiona na sprzedaż w połowie kwietnia.
Wartość rynkową unikatowego obiektu szacuje się na niebagatelne 20 mln
funtów.

fot:Mikołaj Skrzypiec
Rozległy park i tereny rekreacyjne, położone nad samą
Tamizą, zabytkowa rezydencja i przylegające zabudowania od lat
pięćdziesiątych są w posiadaniu Ojców Marianów. Zakon
postanowił zakończyć działalność swojej placówki misyjnej
w tym miejscu wbrew wielu głosom sprzeciwu polskiej społeczności.
Decyzja ta oznacza koniec wyjątkowej karty historii Polski i
Polaków w Wielkiej Brytanii w tym cennym, szczególnie dla
powojennej emigracji, miejscu.
Pierwsze wzmianki o posiadłości w Henley-on-Thames sięgają XI wieku, a
w roku 1684 na tym terenie stanęła rezydencja Fawley Court,
zaprojektowana przez Christophera Wrena, (słynnego architekta,
twórcy m.in. londyńskiej St. Paul’s Cathedral). Budynek, w
nieco zmienionym kształcie, przetrwał do dziś. W posiadaniu
Ojców Marianów znajduje się (według informacji z samego
zakonu), od 1952 roku, kiedy zakupili ją od ostatnich właścicieli. Na
terenie posiadłości w ciągu lat utworzono szkołę dla chłopców (
latami wspieraną przez emigracyjne instytucje i stowarzyszenia),
Kolegium Miłosierdzia Bożego oraz muzeum polskiej historii. Stało się
to przede wszystkim dzięki poświęceniu i charyzmie ks. Józefa
Jarzębowskiego, pierwszego ojca przełożonego w Fawley Court.
więcej
..................................
Rzecz o ważnym spotkaniu
Teresa Bazarnik
W
pięknej sali Ogniska Polskiego przy Exhibition Road w Londynie spotkały
się w ubiegłą niedzielę zaproszone przez konsula RP, Roberta
Rusieckiego, organizacje polonijne. Stare i młode.

W dniu maratonu londyńskiego, w niedzielę, 13 kwietnia, odbył się również maraton polski.
W przeciwieństwie do londyńskiego, nikt nie biegł, wszyscy wytrwale siedzieli.
W
pięknej sali Ogniska Polskiego przy Exhibition Road w Londynie spotkały
się w ubiegłą niedzielę zaproszone przez konsula RP, Roberta
Rusieckiego, organizacje polonijne. Stare i młode. Nie wszystkie nawet
wiedziały o sobie, i nie o wszystkich, organizując konferencję wiedział
konsul. Zabrakło tych, które działają poza Londynem. Ale to nieważne,
liczy się początek, dobry początek.
więcej
..................................
Zostaną rozliczeni
Mikołaj Skrzypiec
W
środę, 9. kwietnia, w Methodist Hall, w samym sercu Londynu odbyło się
walne zgromadzenie organizacji London Citizens, w związku z
nadchodzącymi wyborami na burmistrza Londynu. W
wypełnionej bo brzegi auli czterej kandydaci na urząd burmistrza,
odpowiadali na postulaty tej największej z organizacji zrzeszającej
londyńczyków.

Do
udziału w trzecim już walnym zgromadzeniu zaproszono czterech
najpopularniejszych w sondażach kandydatów na urząd burmistrza Londynu.
Są to Ken Livingstone, urzędujący burmistrz i labourzysta,
konserwatysta Boris Johnson, Brian Paddick, kandydat liberalnych
demokratów oraz Siam Berry z Partii Zielonych. Według organizatorów,
spotkanie zorganizowane przez London Citizens to największe z wydarzeń
w toku obecnej kampanii wyborczej – uczestniczyło w nim ponad 2,5 tys.
osób.
Obliczone na rezultaty – tak w skrócie opisują zgromadzenie
aktywiści z London Citizens. Podczas całego kilkugodzinnego forum
poruszone były wątki, które uzgodniono w toku wcześniejszych
konsultacji – w ramach najmniejszych komórek organizacji, a więc w
szkołach, parafiach, związkach zawodowych itd. Postulaty, jakie
przedstawiono kandydatom na urząd burmistrza są według organizatorów,
głosem 50 tys. rodzin mieszkających w stolicy, które reprezentuje
London Citizens. Najważniejsze z nich to bezpieczeństwo, sprawiedliwość
społeczna, kwestie mieszkaniowe oraz otwartość miasta na migrację z
całego świata. Każdy z tych punktów zawiera szczegółowe postanowienia,
które ubiegający się o urząd burmistrza, według przyjętej formuły
spotkania, mogli na forum zgromadzenia zaakceptować bądź odrzucić. Po
wyborach London Citizens będzie rozliczać następnego burmistrza z jego
obietnic.
Ken Livingstone, jako urzędujący burmistrz, miał okazję
przekonać się, jak silną organizacją jest London Citizens. Wypełnił
wszystkie udzielone w toku wcześniejszych kampanii wyborczych
obietnice, za wyjątkiem jednej, co zresztą na zgromadzeniu mu
przypomniano. Niezastosowanie się do wcześniej złożonych obietnic
mogłoby zaowocować porażką wyborczą, dlatego też należy poważnie
traktować rolę takich zgromadzeń. Kandydaci zaaprobowali wszystkie z
postulatów, które przedstawiono im na forum, co spotkało się z aplauzem
zgromadzonych. W dwuminutowych wystąpieniach politycy mieli również
okazję do bliższego ustosunkowania się do poszczególnych punktów, co
wykorzystali do swoich oratorskich popisów, szczególnie znany z tego
Boris Johnson.
Chociaż każdy z postulatów powinien nam być bliski,
najważniejsze z naszego punktu widzenia są kwestie tzw. London Living
Wage oraz sprawy mieszkaniowe. Minimalna płaca dla zatrudnionych w
stolicy ma wynosić 7,20 na godzinę. Działania w tym celu zobowiązali
się podjąć wszyscy z kandydatów na burmistrza, chociaż trudno
powiedzieć, jakie będą tego rezultaty. Wszyscy zobowiązali się też do
działań w kwestiach mieszkalnictwa, czyli budowy nowych, tanich
mieszkań w Londynie. Ken Livingstone i Boris Johnson obiecali
wybudowanie nawet do 50 tys. nowych mieszkań w Londynie do roku 2012.
Te obietnice będą najtrudniejsze do zrealizowania, a London Citizens z pewnością przypomni o nich nowo wybranemu burmistrzowi.
..................................
Zjednoczenie Polskie nie odpuszcza
Zjednoczenie
Polskie w Wielkiej Brytanii (Federation of Poles in Great Britain)
czyli największa organizacja polonijna w Wielkiej Brytanii podtrzymuje
swą skargę na „Daily Mail”, którą miesiąc temu wystosowała do Press Complaints Commission.
Press
Complaints Commission (PCC) to instytucja rozpatrująca wszelkie skargi
dotyczące brytyjskiej prasy. Zjednoczenie Polskie zarzuciło dziennikowi
Daily Mail celowe budowanie negatywnego wizerunku Polaków mieszkających
w Wielkiej Brytanii.
List uzupełniający tę skargę o analizę 96
artykułów prasowych opublikowanych na łamach Daily Mail od listopada
2006 roku otrzymały w środę, 26 marca, wszystkie największe tytuły
prasowe w Polsce oraz polonijna prasa na Wyspach. Wiktor Moszczyński
pełniący funkcję rzecznika prasowego Zjednoczenia, powołał się na
podstawę prawną i oskarżył dziennik o prowadzenie „systematycznej
kampanii nastawionej na wywołanie negatywnych emocji” wobec Polaków.
Ponadto w liście tym Zjednoczenie podkreśliło fakt naruszenia przez
Daily Mail kodeksu postępowania wydawców prasowych (Editor's Code of
Practice) w artykułach i ich nagłówkach. Kodeks ten nakazuje redaktorom
wyraźne rozróżnienie między komentarzem a faktem czy domysłem oraz
niepublikowanie doniesień nie sprawdzonych, które powodują wyciąganie
przez czytelnika fałszywych wniosków. List Zjednoczenia oskarża gazetę
o złamanie dwóch prawnie sankcjonowanych zakazów: angażowania się
dziennikarzy w szykanowanie i prowadzenie systematycznej nagonki, a
także podkreślania czyjejś rasy, religii, ułomności fizycznej lub
orientacji seksualnej, jeśli elementy te nie są istotne dla
publikowanego artykułu.
Wiktor Moszczyński w liście do PCC
sugeruje, iż rzeczywistym celem ataków ze strony Daily Mail mogą być
polityka imigracyjna rządu brytyjskiego oraz Unia Europejska, która
traktuje swobodny przepływ ludności jako jedną ze swoich podstawowych
wartości. (es)
Pełną treść listu >>
..................................
Ci dobrzy imigranci
Aleksandra Łojek-Magdziarz
Justyna
Pers przyjechała do Irlandii po pobycie w Londynie, w którym życie
pędziło zbyt szybko. Z Polski nie wyjechała w pogoni z pieniędzmi,
szukała zmiany, odkryć, doświadczeń. Jest jedną z bohaterek wystawy
Ordinary Lives zorganizowanej przy współudziale rządu Irlandii
Północnej i północnoirlandzkiego oddziału British Council.

Wystawa
prezentowana w siedzibie parlamentu irlandzkiego, Stormont, w
Belfaście, pokazuje poplątane, ale i dość podobne losy imigrantów z
Estonii, Polski, Czech, Litwy, Portugalii, Hiszpanii.
Zdjęcia Christophera Tribble’a przedstawiają imigrantów, którzy szukają
wyzwań, owszem, również stabilizacji finansowej, ale żyją nie tylko
nadzieją spełnienia materialnego. Na wystawie prezentowane są zdjęcia
z ich ojczystych krajów, zatrzymane na kliszy fotograficznej fragmenty
ich życia, książki, kawiarnie, zwykłe dni codzienne, dni spędzane w
dwóch krajach.
Przedstawione obok zdjęć biografie, spisane również przez Tribble’a,
oparte na rozmowach z imigrantami, pokazują, jak wiele łączy
przemieszczających się współczesnych wędrowców, a jak niewiele ich
dzieli. Te same lęki, problemy asymilacyjne, konflikty wewnętrzne,
tęsknoty, rozdarcia, nieznajomość niepisanych reguł, rządzących nową
rzeczywistością. Choćby to, że w Irlandii Północnej nie rozmawia się
głośno w środkach transportu publicznego o niedawnej historii, czyli o
kwestiach konfliktu zakończonego Porozumieniem Wielkopiątkowym w 1998
roku. Za świeże rany, za dużo jeszcze w ludziach buzuje emocji, więc w
autobusie czy pociągu jest to temat tabu, czego mogą nie wiedzieć
imigranci.
Często
przewijającym się tematem były rozważania dotyczące powrotów. Justyna
Pers, tłumaczka, chce wracać, a powody swojej decyzji widzi w typie
osobowości. – Życie tutaj nie jest walką, jak życie w Polsce, które
obserwowałam, patrząc na rodziców, ale chcę wracać, choć tu, w
Irlandii, po przeniesieniu się z Londynu,odzyskałłam spokój – opowiada.
Justyna podejmuje temat, który jest transnarodową bolączką imigranta,
czyli wyjście poza własną tożsamość. W swoim kraju nagle imigrant staje
się z lekka obcokrajowcem, na obczyźnie nie jest i pewnie nigdy nie
będzie tubylcem.
– Ludzie pokazywani na zdjęciach nie są
stereotypowymi emigrantami, to ambitni, bardzo medialni i
intelektualnie rozwinięci Polacy – powiedziała mieszkająca od 12 lat w
Irlandii Grażyna. – Wybrano osoby, które dekonstruują wizerunek
biednego, zdesperowanego emigranta. Laitmotivem wystawy i narracji
bohaterów zdjęć jest zdecydowanie spokój. Widać, że nowi emigranci
czują się w Irlandii dobrze i bezpiecznie.
– Irlandia daje dużo
wytchnienia – mówi jeden z gości wernisażu, Irlandczyk. – Nie czuje się
tu biegu za sukcesem i nikt nie przygląda się kolorowi skóry czy
pochodzeniu. Być może dlatego, ze my sami jesteśmy narodem emigrantów,
więc rozumiemy tych, którzy przyjeżdżają do nas. Co więcej, dobrze, że
przyjeżdżają, bo wprowadzają trochę świeżości do naszego świata.
Na otwarcie wystawy przyszło wielu Polaków, ale i Irlandczyków.
Atmosfera wernisażu była bardzo nieformalna mimo obecności komisarzy UE
i przedstawicieli rządu irlandzkiego. W kącie dwóch młodych mężczyzn
grało na gitarze. Było tak spokojnie, jak na zdjęciach – ciepło i
domowo. W parlamencie.
..................................
Nic o nas bez nas
tytuł 1
tytuł 2
tekst
Nr 0 (00)
..................................................... do góry
Tomasz Tułasiewicz
Jest
nas, Polaków, na Wyspach sporo. Nic dziwnego, że zauważyła to także
policja londyńskiej dzielnicy Hounslow, która postanowiła nawiązać
kontakt z polską społecznością, by lepiej poznać nasze potrzeby i nas
samych. Kontakt został nawiązany. Rozmowa z inspektorm Huw Evansem z
policji okręgu Hounslow.

W jaki sposób nowa fala emigracji z Polski jest odczuwana przez policję w Anglii, Londynie i w samym Hounslow?
–
Dysponuję udokumentowanymi danymi jedynie na temat Hounslow. Informacje
dotyczące całego kraju dostępne są w mediach. Fala emigracji dotyka
całej Wielkiej Brytanii, polska społeczność nie osiadła tylko w
Londynie. Wielu przybyszy z Europy Wschodniej mieszka na wsiach,
ponieważ pracują oni w przemyśle rolnym, nie jest to więc sprawa tylko
miast. Policja zawsze stara się działać jak najlepiej, traktując
każdego człowieka indywidualnie, co oznacza, że chcemy dostosować swoje
działania do jego potrzeb.
O ile np. na Hammersmith polska
społeczność istnieje od bardzo dawna, napływ Polaków oraz przybyszy z
innych krajów Europy Wschodniej do Hounslow jest zjawiskiem stosunkowo
nowym, to kwestia ostatnich dziesięciu lat. W tej chwili poznajemy te
społeczności, tak jak i one uczą się funkcjonowania w Londynie. Oprócz
rodzin, które mieszkają tu od dłuższego czasu, w Hounslow osiedlają się
nowo przybyli młodzi ludzie, którzy przyjechali tu do pracy.
Znalezienie kontaktu z nimi nie jest łatwe, a chcielibyśmy to zrobić,
by móc wymieniać informacje, poznać wzajemnie nasze kultury. Również
gdyby doszło do jakiegoś bardzo poważnego zdarzenia, mogłaby być
potrzebna współpraca kogoś z lokalnej polskiej społeczności. W tej
chwili zatrudniamy osoby z Europy jako pracowników cywilnych lub
oficerów służby pomocniczej (Community Support Officers), jak np.
Czeszka Maria, która dobrze mówi po polsku. Mogą oni też zostać
pełnoetatowymi oficerami policji.
więcej
..................................
Cały wielki teatr Borisa
Mikołaj Skrzypiec
Boris
Johnson, kandydat konserwatystów na burmistrza Londynu, gościł w
ubiegłą środę w Sali Teatralnej w POSK-u. Zaproszony przez Zjednoczenie
Polskie, zafundował zebranej publice próbkę politycznego
przedstawienia w najlepszym stylu.
Na spotkanie z Polakami pan Johnson przybył mocno spóźniony,
zatrzymały go obowiązki parlamentarzysty – jest bowiem posłem
torysów z Henley-on-Thames (gdzie posiada drugi dom).
Publiczność powitała go gromkimi brawami, i po krótkim
streszczeniu biografii gościa, wygłoszonym przez prezesa
Zjednoczenia, Jana Mokrzyckiego, Boris Johnson z właściwą sobie
charyzmą przeszedł do zaprezentowania swojego programu. Barwne,
kilkunastominutowe przemówienie zawierało główne
postulaty, które w pełni odzwierciedlają politykę jego
ugrupowania: ograniczenie wydatków biura burmistrza, odchudzenie
budżetu, co miałoby udostępnić środki na dodatkowych
policjantów, którzy będą gwarantem poprawy bezpieczeństwa
na ulicach stolicy Wielkiej Brytanii, nowe domy, dostępne dla każdego,
oraz poważne zmiany w transporcie publicznym.
Wyślemy Kena w kosmos!
Boris Johnson nie szczędził podczas całego wystąpienia
komplementów publiczności: zapytany na samym wstępie o kwestię
Unii Europejskiej i stanowiska torysów co do emigracji, szybko
przypomniał nasz udział w Bitwie o Wielką Brytanię oraz dzielnych
polskich pilotów.
Wśród licznych, skierowanych przeciwko
urzędującemu Kenowi Livingstone’owi, żartobliwych i kąśliwych
uwag, na które widzowie reagowali, zgodnie z założeniem,
śmiechem i brawami, przewijały się powtarzane niejednokrotnie slogany i
bardzo ogólnikowe wyjaśnienia pomysłu na zmiany w Londynie.
Johnson mówił o „cmentarzysku autobusów
przegubowych na Oxford Street”, wysłaniu Livingstone’a
rakietą w kosmos, i wydaniu mu darmowego biletu (freedom pass), by ten
mógł po przegranych wyborach „w pełni korzystać z
transportu publicznego”.
Wszystko dla Polaków
Podczas drugiej części spotkania, kandytat konserwatystów
odpowiadał na pytania gości, dziennikarzy oraz przedstawicieli
organizacji polonijnych. Debatę prowadził Jan Mokrzycki, a kolejne
pytania zdawały się nie sprawiać większego problemu Johnsonowi,
który niezrażony obiecał Polakom rozwiązanie praktycznie każdego
z przedstawianych mu problemów. Starsza pani nazwała nowe
londyńskie autobusy „autobusami śmierci”, Borys Johnson
obiecał, że się ich pozbędzie. Ich miejsce zajmą nowe, piękne
„piętrusy”, z możliwością transportu osób
niepełnosprawnych. Zapomniał wspomnieć, iż większość z działających
double-deckerów ma rampę dla wózków inwalidzkich.
Obiecał również entuzjastycznej widowni walkę
o ogrody i zieleń w mieście, po tym, jak wcześniej mówił o
dziesiątkach tysięcy nowych domów. I to domów nie byle
jakich – pięknych, tanich, wygodnych, dostępnych dla
każdego, których zbuduje już nie 50 a może nawet 100 tys.
– nie wiadomo jednak dokładnie gdzie i za co te domy mają stanąć.
Ani ile z nich będzie dostępnych dla imigracji. Kiedy zapytano go o
kwestie finansowania kursów językowych dla Polaków,
poparł gorliwie i ten pomysł. Zapewnił następnie, iż przyjrzy się
dostępnym opcjom. Zapomniał dodać, iż nie zgadza się to pomysłami
torysów, a najlepszym tego przykładem są niektóre debaty
w parlamencie, jednakże publiczność, w większości, przyjęła wszystko z
zadowoleniem, co Borys umiejętnie wykorzystał.
Będzie i karnawał
Jako że trudnych pytań praktycznie nie było, Jan Mokrzycki postanowił
przypomnieć również o obietnicy Kena Livingstone’a,
który podczas swojej zeszłorocznej wizyty w POSK-u, obiecał
Polakom karnawał, oraz obchody rocznicy 11 listopada. Borys nie miał
wyboru, poprze karnawał. I wszystkie inne pomysły, tylko najlepiej,
jakby był na to sponsor. Może jakiś producent wódki. Publiczność
reaguje owacją. Oczywiście, karnawał będzie, i wódka też, z całą
masą kiełbasy wyborczej.
..................................
Kampania London Elects
Elżbieta Sobolewska
Na łamach polskiej prasy w Londynie od kilku tygodni pojawiają się
ogłoszenia i teksty zachęcające do udziału w wyborach lokalnych 1 maja.
Autorem tej kampanii jest organizacja London Elects. Na ulicach można
spotkać młodych ludzi, którzy rozdają formularze do rejestracji
i tłumaczą, w jaki sposób wybory te mogą dotyczyć nas,
Polaków. Jak wygląda głosowanie i czym jest London Assembly
tłumaczy Matt Bright, menedżer ds. komunikacji w London Elects
Czy Polacy mogą wybierać premiera Wielkiej Brytanii?
– Nie, obywatele Unii Europejskiej nie wybierają premiera
Wielkiej Brytanii. W tego rodzaju wyborach biorą udział tylko obywatele
brytyjscy.
Ale możemy wybierać London
Assembly (czlonków rady miasta). Można odnieść wrażenie,
że przedwyborcza kampania kładzie nacisk głównie na wybór
burmistrza, dlaczego?
– Nie zgadzam się z tym stwierdzeniem, że kampania zogniskowana
jest tylko wokół głosowania na burmistrza Londynu. Główne
hasło na wszystkich naszych materiałach promocyjnych brzmi:
„Wybory burmistrza Londynu i Rady Miasta”. Pierwsze
ogłoszenia pojawiły się już w styczniu, ale z główną kampanią,
London Elects wystartuje 25 marca. Będziemy obecni w telewizji, radiu i
prasie, a w mieście pojawią się plakaty. Jeden rodzaj materiałów
promocyjnych będzie dotyczył roli i sensu głosowania na burmistrza
Londynu, w innych ogłoszeniach położyliśmy nacisk na wybór
członków Rady Miasta a część będzie po prostu dotyczyła samej
idei Wyborów w Londynie".
W jaki sposób głosujemy na członków Rady Miasta – na konkretną osobę, czy na partię?
– Rada Miasta liczy 25 członków. Czternastu z nich, tzw.
Constituency Assembly Members, to reprezentanci 33 dzielnic –
gmin miejskich zwanych borougs [przy czym jeden radny może
reprezentować kilka dzielnic – przyp. red.], a jedenastu to
reprezentanci gmin, które leżą na obrzeżach miasta, ale znajdują
się w jego granicach (London-wide Assembly Members). Na karcie do
głosowania koloru żółtego wyborca będzie zaznaczał
przedstawiciela swojej dzielnicy, który jego zdaniem powinien
być członkiem Rady Miasta. Ich nazwiska będą ułożone w kolejności
alfabetycznej. Jeśli są reprezentantami jakiejś partii politycznej,
będzie to odnotowane wraz z krótkim opisem tej partii. Na
kartach do głosowania koloru pomarańczowego będzie można oddać głos na
konkretną partię albo kandydata niezależnego – ten głos dotyczy
wyboru jednego z jedenastu członków reprezentujących w Radzie
Miasta gminy podmiejskie.
Organizacja Polish
Proffesionals in London rozpoczęła już kampanię „Polacy
głosują”. Czy London Elects zamierza wspierać ich działania?
– Spotkaliśmy się z członkami Polish Proffesionals, którzy
zainicjowali tę kampanię i jesteśmy jedną z wielu organizacji,
która ich wspiera. Dostali od nas formy do rejestracji w języku
polskim, które będą rozdawać podczas swoich imprez. Czekamy
teraz na rozwój tej kampanii i na propozycje, w jaki
sposób moglibyśmy ją konkretnie wspomóc.
Czy kamania wyborcza prowadzona jest również wśród społeczności z innych państw Europy Środkowo-Wschodniej?
– Aby dotrzeć do jak największej liczby różnych
społeczności żyjących w Londynie, współpracujemy z ponad setką
grup i organizacji działających tutaj. Chcemy uświadomić im, jak ważna
jest rejestracja na listach wyborców danej dzielnicy i udział w
głosowaniu.
Ilu Polaków już się zarejestrowało?
– Mamy dane, ale dotyczące ogólnej liczby obywateli Unii
Europejskiej, którzy już się zarejestrowali. 1 grudnia 2007 roku
było ich 349 tys. 451 osób. Termin rejestracji upływa 16
kwietnia. Formę, którą trzeba wypełnić można ściągnąć ze strony
internetowej www.londonelects.org.uk albo skontaktować się z siedzibą
lokalnych władz.
Zamierzacie organizować
spotkania z kandydatami na członków Rady Miasta i urząd
burmistrza, skierowane wyłącznie do polskiej społeczności?
– London Elects jest organizacją niezależną i ponadpolityczną. To
od kandydatów zależy, w jaki sposób będą prowadzili
kampanię zachęcającą ludzi do oddania im swego głosu.
Czy są jakieś analizy dotyczące stopnia zaangażowania Polaków w społeczno-polityczne życie Londynu?
– Nic mi na ten temat nie wiadomo.
..................................
Nowa Europa – kim jesteśmy?
Ewa Stawińska
Czy
Polacy się integrują? Czy zamykają się w gettach? Kim są Portugalczycy
w Wielkiej Brytanii? Czy Rumuni zalali liczebnie Wielką Brytanię?
Portugalski nauczyciel Jose Agular, rumuńska doktorantka z UCL Raluca
Pernes i polska socjolożka Aleksandra Łojek-Magdziarz spotkali się na
panelu dyskusyjnym „Kim jesteś, Europo?”
– zorganizowanym w Soho Theatre i prowadzonym przez pisarza
Marka Kaźmierskiego w kameralnej sali Soho Theatre.

fot.Piotr Apolinarski
Pretekstem do spotkania była wystawiana tam sztuka Doroty Masłowskiej, pt. „Biedni polskojęzyczni Rumuni”.
Każdy z przedstawicieli trzech narodowości opisał
sytuację imigrancką „swoich ludzi”. Okazało się, że
Portugalczycy mają swoje getta – największe ich skupisko znajduje
się w Lambeth, szczególnie ciekawej dzielnicy, bo tam
również mieszka bardzo wielu Polaków i
Somalijczyków. Rumuni są na razie mniej terytorialnie
skoncentrowani, być może wynika to z faktu, że wbrew obawom
przeciwników wejścia Rumunii do UE, nie emigrowali masowo do
Wielkiej Brytanii. Od wielu lat pracowali we Włoszech, bo kraj ten jest
im dużo bliższy geograficznie, kulturowo i językowo.
Getta tworzą Polacy i Portugalczycy, co wynika głównie z ich
liczebności. Zastanawiano się, czy tylko liczebność jest powodem, dla
którego ludzie trzymają się „swoich”.
Problem gettoizacji zaczyna być niepokojący wtedy,
gdy proces ten trwa za długo. Na początku pobytu w obcym środowisku
chęć otoczenia się rodakami jest pragnieniem całkiem naturalnym.
Dlatego trudno ocenić w tej chwili, czy nowa fala polskich
imigrantów to ludzie, którzy się nie integrują, czy też
wciąż znajdują się na etapie, w którym organizowanie sobie życia
w Wielkiej Brytanii bez wsparcia rodziny i polskich znajomych
może wydawać się zbyt trudne. Zupełnie inaczej jest, gdy z getta nie
wychodzą całe pokolenia. To musi rodzić napięcia i prowadzić do
alienacji.
Temat dyskusji zdominowała sprawa polska. Obecni
wśród publiczności potomkowie polskich emigrantów
opowiadali o swoich doświadczeniach z nową falą. Poł-Irlandka
pół-Polka, która przez jakiś czas nie miała ochoty nawet
mówić po polsku nagle poczuła, że chce przyjrzeć się swojej
polskiej tożsamości. Kiedy zaczęła rozumieć, co się mówi
wokół niej w zdominowanym przez Polaków metrze, poczuła
wstyd. Przekleństwa, prymitywizm językowy, brak kultury – to ją
przeraziło i trudno jej było bronić nowo przybyłych Polaków
przez słownymi atakami ze strony Brytyjczyków, którzy jej
mówili, że Polacy to prości i niekulturalni ludzie. Na
szczęście, rozsądnie uznała, że ci dobrze wychowani Polacy są
niewidoczni właśnie z racji dobrego wychowania.
Pojawiła się też kwestia powrotów do Polski,
o których tyle piszą media. Czy Polacy rzeczywiście wracają?
Jeśli tak, to czy kierują się tylko motywami ekonomicznymi? I ci,
którzy zostaną, będą się integrować? W jaki sposób, jak
długo im to zajmie?
Jose, przypominając doświadczenia portugalskiej
emigracji, podkreślił istotę wyciągania wniosków z
wcześniejszych podobnych zdarzeń. Jego zdaniem wszystkie fale
emigracyjne są do siebie adaptacyjnie podobne. Problemy i napięcia z
nich wynikające są niemal zawsze takie same, niezależnie od kraju
pochodzenia. Spekulowanie, jakie będą losy imigrantów, czy
dojdzie do integracji, wymaga odpowiedzi na kilka pytań natury
ekonomicznej.
Konkluzja płynąca z tego spotkania mogła być
właściwie jedna: żyjemy w ciekawych czasach. Nasz przyjazd (mowa teraz
o trzeciej fali, czyli o przyjezdnych po wejściu Polski do UE) do
Wielkiej Brytanii zbiegł się z kryzysem tożsamościowym
Brytyjczyków, któremu poświę
ca się wiele czasu i miejsca. Być może dlatego tak wiele mówi
się o Polakach i ich odmiennej kulturze. Ale podobnie było w przypadku
Irlandczyków czy Indusów.
..................................
O nas na Soho
Elżbieta Sobolewska
Soho
Theatre przy Dean Street przedstawia londyńskiej publiczności
twórczość dramaturgów z Europy Środkowo-Wschodniej.
Prowadzi też spotkania z twórcami i publicznością. 11 marca
tematem spotkania będą Polacy mieszkający w Wielkiej Brytanii. Dyskusję
poprowadzi pisarz i publicysta Marek Kaźmierski.
O czym będziecie dyskutować?
– Będą to oczywiście tematy obracające się wokół migracji.
Poruszymy na pewno problem dyskryminacji rasowej, która jest
jednym z najpoważniejszych problemów toczących zjednoczoną
Europę i może w ogóle jest najgorszą chorobą społeczeństw.
Zastanowimy się, czy Europa bez granic jest Europą bez kształtu, czym
jest ta nowa, coraz większa i coraz bardziej różnorodna Europa,
jakie są jej szanse i jakie niebezpieczeństwa.
Sam dobierasz sobie dyskutantów?
– Oczywiście. Będą to na pewno przedstawiciele miejscowej
społeczności rosyjskiej i rumuńskiej, ponadto ktoś z Centrum Kultury
Rumuńskiej i, oprócz mnie, dwoje Polaków: redaktor
naczelny „Nowego Czasu” Grzegorz Małkiewicz i dziennikarka
współpracująca z polskimi i brytyjskimi mediami Aleksandra
Łojek-Magdziarz.
W Soho Theatre organizowane są
zajęcia dla młodych pisarzy i dramaturgów; aktorzy teatru biorą
na warsztat slamową twórczość nastolatków i przedstawiają
najlepsze teksty; w ramach programu Soho Connect organizuje się zajęcia
dla ludzi w każdym wieku, które mają im uświadomić jak teatr i
inne formy sztuki mogą pozytywnie wpływać na ich rozwój
osobowościowy, umiejętności ekspresji swoich potrzeb i pragnień. Są to
warsztaty, które mają przyciągnąć do teatru nowych
widzów, scalać lokalną społeczność i wyławiać talenty:
pisarskie, aktorskie. Ponadto co tydzień odbywają się panele
dyskusyjne, które zawsze są organizowane przy okazji nowej
sztuki. Ta dotycząca ściśle komediodramatu Doroty Masłowskiej „A
couple of Poor, Polish-Speaking Romanians” odbędzie się 17 marca.
więcej 
..................................
Zwolnieni z pracy z powodu Polaków