_
 
   
Czas na Wyspie


Cały wielki teatr Borisa
Mikołaj Skrzypiec

Boris Johnson, kandydat konserwatystów na burmistrza Londynu, gościł w ubiegłą środę w Sali Teatralnej w POSK-u. Zaproszony przez Zjednoczenie Polskie, zafundował zebranej publice próbkę politycznego przedstawienia w najlepszym stylu.

więcej
............................

Bezdomni w Londynie
Mikołaj Skrzypiec

Aż 18 proc. bezdomych na ulicach Londynu pochodzi z Europy Środkowo- Wschodniej, wynika z raportu przygotowanego przez organizację Homeless Link. Te alarmujące dane pochodzą z końca ubiegłego roku i dotyczą problemu, którego władze brytyjskie, jak i polskie, jeszcze nie zdążyły zauważyć. Ponad połowa  bezdomnych imigrantów w Londynie to Polacy.

więcej
............................


Horror na Jersey

Wyspa mrocznych tajemnic
Roman Stankiewicz

To była wyspa straceńców, miejsce, gdzie gwałcono młodocianych pensjonariuszy poprawczaka, a tych najbardziej opornych po prostu zabijano.
 Tak się działo latami i teraz  policja wyposażona w sprzęt elektroniczny i specjalnie przeszkolone psy poszukuje na wyspie Jersey  szczątków dzieci w zamurowanej piwnicy dawnego domu poprawczego Haut de la Garenne w miejscowości St Martin.
    Kiedy odnajdują kolejne czaszki specjaliści nabierają podejrzeń, że ofiar mogło być bardzo dużo. I wszyscy zadają sobie pytanie: dlaczego tak długo tolerowano ten koszmar i kto za to odpowiada? Im więcej wychodzi na jaw szczegółów, tym bardziej Brytyjczycy są przekonani, że z takim horrorem jeszcze się nie spotkali.
więcej
............................



Koncert i aukcja na rzecz

 Jacka Zielińskiego

 Sześć lat temu Medical Aid for Poland Fund (MAPF) opublikował w „Dzienniku Polskim” apel o pomoc dla Jacka Zielińskiego, który w 2001 roku stracił w wypadku autobusowym obie ręce. Był wtedy tuż po studiach. Jego historia wstrząsnęła Polską, zorganizowano zbiórkę pieniędzy. Z prośbą o pomoc zwrócono się też do fundacji Medical Aid for Poland Fund, która wystosowała ów apel i dzięki niemu zebrano 11 tys. funtów. Dzięki zbiórkom kupiono dla Jacka protezy i przeprowadzono modernizację jego łazienki, by mógł korzystać z niej samodzielnie. Jakiś czas temu Jacek znów poprosił Medical Aid o pomoc. Protezy się psują i wzrasta koszt ich napraw. Suma pieniędzy, którą MAPF ma zdeponowaną, nie wystarczy na zakup nowych protez, a fundacji nie stać na wykorzystanie w tym celu swojego ogólnego funduszu.   
    14 marca w POSK-u odbędzie się koncert pianisty Janusza Kohuta i aukcja obrazów, z której dochód zostanie przeznaczony na pomoc Jackowi Zielińskiemu. Organizatorzy przyjmują jeszcze zgłoszenia od artystów, którzy chcieliby oddać swoje obrazy na aukcję.  Chętni proszeni są o kontakt mailowy:
ania.ars-via@hotmail.com

............................


Normana Daviesa
droga do Polski

Łucja Piejko

Niedzielne spotkanie z profesorem Normanem Daviesem, które odbyło się w podziemiach polskiego kościoła na Devonii w Londynie, okazało się strzałem w dziesiątkę. Nie zawiódł główny bohater wieczoru, licznie zgromadzona publiczność, dziennikarze "Gońca Polskiego" prowadzący spotkanie. Jedynie księgarnia Polish Books nie dostarczyła zapowiadanych wcześniej książek autorstwa bohatera wieczoru.

............................

Koszty pomocy
Remigiusz Farbotko

Organizatorzy zganili dziennikarzy, że przy tak szlachetnej akcji próbują doliczyć się kilku brakujących biletów czy kilkuset funtów. Odebrali je sobie ze społecznych pieniędzy. Przecież ponieśli koszty...

Nie można planować tak poważnego przedsięwzięcia, jak finałowa zbiórka na rzecz WOŚP kilka tygodni przed terminem imprezy
więcej

............................

Konopnicka i skype
Anna Rączkowska

Liczba polskich dzieci w wieku szkolnym regularnie uczęszczających do szkół brytyjskich sięga 170 tysiecy. Tak przynajmniej wynika z raportu IPPR (Institute for Public Policy Research). Nic więc dziwnego, że pojawia się wiele problemów wynikajacych z powszechnie obowiazującą edukacją.
więcej 

............................

Ja nie zgwałciłem
Bartosz Rutkowski

Kiedy pojawiła się sugestia, że może być zamieszany w sprawę gwałtu, sam zgłosił się na policję. Polskiemu studentowi grozi nawet dożywocie.

- Nie jest źle, ale nie jestem w stanie przewidzieć, jaki może być finał tej sprawy - mówił po kolejnej rozprawie w Exeter, obrońca polskiego studenta, Mariusz Paplaczyk.
więcej

............................

Po wypadku na Heathrow
Waldemar Rompca

 Co bysię stało, gdyby ważący ponad 150 ton samolot stracił moc przelatując nad centrum miasta? I czy rzeczywiście jest to najbezpieczniejszy model amerykańskiego Boeinga?

Awaryjne lądowanie samolotu British Airways na londyńskim lotnisku tylko pozornie skończyło się dobrze. Pojawiły się dziesiątki pytań, na które odpowiedzi szukają specjaliści: inżynierowie, spece od wypadków lotniczych, ludzie z firmy produkującej silniki, przedstawiciele Boeinga, a także tęgie głowy od public relations.
Przypomnijmy: lecący z Pekinu Boeing 777 linii British Airways (lot BA38) nie zdołał wylądować na pasie lotniska Heathrow. Początkowo wszystko szło jak powinno: samolot krążył przez kilka minut nad Londynem przygotowując się do obrania ostatniej prostej na lotnisko Heathrow. To rutynowa droga, którą każdego dnia przelatuje prawie 700 samolotów z całego świata. W tym czasie samolot nie tylko schodzi z pułapu, ale także powoli zwalnia, tak by gdy wleci już na ostatnią prostą, w ciągu kilku minut wylądować bezpiecznie na ziemi.
więcej 

............................

 

Nowy czas starej APA?
Elżbieta Sobolewska

Od kilku lat w Stowarzyszeniu Polskich Artystów w Wielkiej Brytanii (Association of Polish Artists in Great Britain) dzieje się jakby lepiej. APA (tak zwyczajowo określa się ten związek) zmierza w dobrym kierunku – mówią członkowie. Zrzeszenie skupia kilka pokoleń artystów i wciąż dołączają młodzi. Świadczy to o nim dobrze, bo co pokolenie to doświadczenie, to odrębne widzenie i twórczy ferment. Tak mogłoby być. A jak jest? O stowarzyszeniu mówią: Janina Baranowska, Paweł Kordaczka, Wojciech Sobczyński, Agnieszka Handziel i Sławomir Blaton. 

a
fot. Agnieszka Mierzwa

– To jest związek polskich artystów w Wielkiej Brytanii. Nie ma większego, który by nas gromadził – mówi Paweł Kordaczka, należący do najmłodszego pokolenia członków APA, przybyły do Wielkiej Brytanii cztery lata temu. – Ludziom wydaje się, że związek im w czymś pomoże, coś im ułatwi. Otworzy drzwi. Mają prawo mieć takie nadzieje, ale to tylko nadzieje, nic więcej.
    – Spotykamy się od czasu do czasu, organizujemy wystawę i tyle – dodaje Agnieszka Handziel, z tego samego pokolenia.
    – APA została stworzona przez praktykujących malarzy o pewnej reputacji. Skupiali się razem po to, by nie tylko być w grupie podobnie myślących ludzi, ale również by utrzymywać ze sobą kontakty towarzyskie i tak dalej – mówi Wojciech Sobczyński, przebywający na Wyspach od. lat czterdziestych. – Kiedy ja do zrzeszenia doszlusowałem, za namową kilku osób, zauważyłem, że jest to prawie kółko zajęć plastycznych, niedzielna szkółka, a nie związek artystów plastyków. Ten okres prawdziwie twórczy dawno temu się skończył. POSK i jego galeria przez długi czas były oazą dla tego emigracyjnego, polskiego społeczeństwa. W tej chwili świat się otworzył. Polska społeczność w Wielkiej Brytanii nie jest już osaczona, odcięta od swoich korzeni. Teraz więc powinna powstać nowa forma działania – zarówno tego ośrodka, jak i naszego stowarzyszenia.

KIEDYŚ

Po raz pierwszy artyści ni to oficjalnie, ni to towarzysko-zapoznawczo spotkali się pod koniec lat 40. u Lotników, jeszcze w Kensington, gdzie wtedy mieściły się siedziby powstających jak grzyby po deszczu grup emigracyjnych. Spotkanie zorganizował Stefan Knapp (1921-1996). Jeden z wybitniejszych twórców najstarszego pokolenia, wtedy, rzecz jasna, bardzo jeszcze młody. Teraz jego słynne murale zdobią wiele znamienitych budowli na świecie. 
– Byłam na tym pierwszym zebraniu – wspomina Janina Baranowska, malarka mieszkająca w Wielkiej Brytanii od zakończenia wojny. – Byłam ciekawa, co chcą robić, ale niewiele zrobili. Powstała grupa młodych plastyków w 1949 roku, która szybko się rozleciała. Dopiero jak się pojawił Marian Bohusz-Szyszko, coś się zaczęło w tym naszym środowisku dziać.
W 1945 roku Bohusz-Szyszko stworzył przy II Korpusie Szkołę Malarstwa. Najliczniejszą grupą plastyków, która z końcem wojny znalazła się w Anglii byli studenci właśnie tej jego szkoły: Janusz Eichler (1923-2002), Andrzej Bobrowski (1925-2002), Ryszard Demel, Kazimierz Dźwig (1923-1994), Leon Piesowocki, Tadeusz Znicz-Muszyński (1921-1988), Antoni Dobrowolski (1919-1987).
Szkoła Bohusza-Szyszko przekształciła się później w Studium Malarstwa Sztalugowego pod patronatem Zrzeszenia Profesorów i Docentów Polskich Szkół Akademickich. Pierwsze dyplomy rozdano w 1948 roku. Studium przestało działać dopiero trzydzieści lat później. Jedną z jego absolwentek jest właśnie Janina Baranowska. Studium to było rzeczą niesłychanie wtedy pożyteczną, bowiem Polakom bardzo trudno było dostać się na najlepsze artystyczne uczelnie: Royal Academy, Royal College of Art, Bath Academy czy Slade School w Londynie, w której studiowali m.in. Stefan Knapp, Andrzej Bobrowski, później Wojciech Sobczyński, wykładał w niej też Stanisław Frenkiel. W 1949 roku wyłoniła się grupa artystów skupionych wokół szkoły Bohusza. Tadeusz Beutlich, grafik i tkacz powołał Grupę 49. Należeli do niej m.in. Bobrowski, Baranowska, Dźwig, Znicz-Muszyński.
Association of Polish Artists in Great Britain zostało założone dopiero w roku 1958. Działało też wtedy kilka polskich galerii, choć nasi artyści wystawiali głównie w galeriach angielskich. Piotr Potworowski, malarz, wykładowca w Szkole Sztuk Pięknych w Bath wystawiał swoje prace w Gimpel & Fils przy Davies Street, Knapp w nieistniejącej już Hannover Gallery. Przez czterdzieści lat, do 1999 roku, Halina Nałęcz prowadziła Drian Gallery; Mateusz Grabowski stworzył w 1958 roku Grabowski Gallery, która istniała do połowy lat 70., a Jan Wieliczko prowadził Centaur Gallery.
 – Nie musiałam pracować – wspomina tamte czasy Janina Baranowska, od 30. lat kierownik Galerii POSK. – Mój mąż był architektem, powodziło nam się dobrze, więc przede wszystkim mogłam skupić się na organizowaniu wystaw, wyszukiwaniu galerii, nie tylko dla siebie, dla innych. To jest to, czego nie rozumieją teraz młodzi, a może nie mają czasu, bo wszyscy muszą pracować. Nie rozumieją darmowej pracy na rzecz innych. Choćby Galeria POSK – kiedy trzeba było ją pomalować, artyści malowali, teraz trzeba słono płacić robotnikom. Urządzaliśmy wystawy w instytucjach polskich i w galeriach angielskich. Cały czas dążyłam do tego, by APA nie była tylko takim małym grajdołkiem, by wyszła na zewnątrz, by pokazywała się wśród Anglików.
W 1970 roku do Anglii przyjechał ze swoją narzeczoną Sławomir Blaton, absolwent warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych. Dopiero po pięciu latach udało mu się zorganizować studio. Do zrzeszenia przystąpił w latach 80.
– Przyłącz się, bo potrzebujemy odświeżenia – zachęcali znajomi. – Kiedy tu przyjechaliśmy, bo przecież „kilku” artystów z kraju wyjechało, zostaliśmy w Polsce żywcem pogrzebani. Nie chcieli tam słyszeć o związku, który tu działa, Związek Polskich Artystów Plastyków w kraju położył na nas krzyżyk. Mieliśmy jechać do Kanady, zostaliśmy jednak tutaj, bo Londyn był wtedy fantastyczny, ten Londyn twórców, którzy myśleli innymi kategoriami. Nie uprawiali artystycznej propagandy, by się ustawić. Spotykaliśmy się i rozmawialiśmy bez podtekstu, ile można na tym zarobić, mieliśmy czas, teraz ludzie go nie mają. Teraz, choć moje studio sąsiaduje z wieloma innymi, nie mam pojęcia, kto w nich pracuje, czym się zajmuje.
Wtedy siłą, która rozwijała polskie środowisko artystów plastyków była APA, bo nie było niczego innego. Teraz tworzą się grupy i upadają, zaznaczając swoją obecność wystawą lub wyłaniając jakieś nazwisko, które bywa, że zapada nam w pamięć. Apart Arts, Kalamarsada, Przylondek i, póki co, najlepiej działająca  Polish deConstruction. Członkowie tych grup bywają zrzeszeni w APA, ale często nie czują takiej potrzeby, bo pytają, co zrzeszenie może im zaoferować. – Nie czują symboliki,  związku polskich artystów w Wielkiej Brytanii, największego, który by ich gromadził – mówi Paweł Kordaczka.

k
fot. Agnieszka Mierzwa

Czemu ma służyć galeria POSK

Zrzeszenie nie ma swojej siedziby. Jak mówi Wojciech Sobczyński: – My biura nie potrzebujemy, potrzebujemy za to mniej amatorszczyzny.
APA ma do dyspozycji galerię w POSK-u, w której dwa razy do roku, na jesień i na wiosnę organizuje swoje wystawy. Jesienna zawsze ma swój temat. – Tegoroczna zostanie poświęcona martwej naturze – mówi Paweł Kordaczka. – Będzie to dla nas sprawdzian.
W ubiegłą niedzielę natomiast odbył się wernisaż wystawy wiosennej. „Nowy Czas” został poproszony o wytypowanie najlepszej zdaniem redakcyjnego jury pracy. Nagrodę: roczne członkostwo w Tate Modern, otrzymał właśnie Paweł Kordaczka za swój „Tryptyk”.
– Pomysł konkursu był dydaktycznym bodźcem – mówi Sobczyński. – By inni widzieli, że można być dostrzeżonym, jeśli nie przez kupców, to chociaż przez jakieś opiniotwórcze środowisko dziennikarzy.
To, co przemawia na korzyść tej wystawy, to fakt, że jest różnorodna. Przyciąga uwagę rysunek węglem Andrzeja Dawidowskiego czy akt Sławomira Blatona, może przypadkiem, a może nie, przywołujący na myśl malarstwo Egona Schiele, również grafika Alicji Mazur czy fotografia przedziwnego ogrodu Krzysztofa Malskiego. Gdyby „Nowy Czas” zdecydował się przyznać wyróżnienia w wielu kategoriach, na pewno byłoby w czym wybierać. To dobrze rokuje na przyszłość.
Janina Baranowska, która czuwa nad galerią od trzydziestu lat, zdaje sobie sprawę, że z poziomem prezentowanej sztuki jest różnie, jednak – jej zdaniem – galeria działa i spełnia swoją rolę, bo wystawy zmieniają się co dwa tygodnie, więc świadczy to o prężności placówki. – Ludzie chcą się u nas pokazywać – mówi.
 Jednak jakie kryteria decydują o tym, że przestrzeń jest udostępniana? Bo można mieć wrażenie, że wynająć ją może każdy, kto zapłaci trzysta funtów za dwa tygodnie. Kryteriów zdaje się nie ma, w POSK-u panuje wolny rynek „sztuki”, raj dla artystów-hobbystów.
– Galeria ta nie ma ani reputacji, ani klienteli. To nie jest galeria, która ma profil, bo galeria z prawdziwego zdarzenia nie otwiera komuś dwutygodniowej luki i na tym koniec, bo taka dwutygodniowa prezentacja niczego nie daje, niczego nie umożliwia. Z prawdziwego zdarzenia galerie są zainteresowane konkretnym profilem artystycznym, mają grono stałych kontaktów, tworzą je potencjalni mecenasi sztuki, kolekcjonerzy, dilerzy – mówi Wojciech Sobczyński. – Jeśli jedynym celem istnienia tej galerii jest dochodowość czy zwrot kosztów jej utrzymania, ktoś powinien przemówić do nowo wybranych władz POSK-u, by zastanowili się, czy nie powinno się wykluczyć z nazwy tego ośrodka określenia: kulturalny. Jeśli POSK-u nie stać na dofinansowanie tej galerii, to znaczy, że nie potrzebuje kultury. Jeśli jest to organizacja, która została stworzona po to, by utrzymywać i krzewić polską kulturę nie może mieć na względzie tylko dochodowości – czy biblioteka jest dochodowa? Dopiero kiedy Galeria POSK zaproponuje wystawy, na które będzie można bez zastrzeżeń zaprosić ludzi kultury, może będzie miała szanse stworzyć jakiś program. Stowwarzyszenie APA powinna mieć pierwszeństwo na propagowanie sztuki swoich członków lub zaproszonych artystów. APA powinna mieć większą kontrolę nad tą galerią, mieć możliwość zapraszania swoich członków na retrospektywne wystawy, ale pod warunkiem istnienia stylistycznego dozoru nad tym, co proponują. Nie nad językiem obrazu, lecz poziomem artystycznej wypowiedzi.

Jaka APA?

Agnieszka Handziel i Paweł Kordaczka  od trzech lat są członkami tego związku. Być może uda im się wpłynąć również na jego jakość, bo – jak twierdzą – krok po kroku wszystko idzie do przodu.
    – Z wystawy na wystawę widzimy postęp, a to jest bardzo skostniałe stowarzyszenie – mówi Paweł. – Jestem jednak pewien, że można pchnąć je do przodu. Ponad dziesięć osób działa w nim aktywnie, a to jest dużo, jak na związek kilkudziesięcioosobowy, jakim jest APA. Istnieje zarząd, ale nie ma prezesa, choć uważam, że powinien być ktoś, kto nada kierunek. Nie przyszliśmy do związku ot tak, dla towarzystwa, dzięki tym wystawom wszyscy uświadomiliśmy sobie na razie jedno, że muszą one być tematyczne. Chcemy, by były retrospektywą tego, co się zrobiło ostatnio, prace nie mogą być więc starsze niż dwuletnie, nie można przecież na takiej wystawie pokazywać obrazu z 25-letnim stażem. A takie propozycje się zdarzały.
    – Należałoby APA doprowadzić do takiego stanu, by miała uznanie wśród polskiej społeczności, tak jak miała kiedyś, bo nie ma właściwie instytucji, która by krzewiła i propagowała sztuki wizualne – mówi Wojciech Sobczyński. – Warto być w tym związku, by włączać się w to, co prowokuje jakiś mały postęp. On istnieje, jest coraz mniej prac zdjętych znad kominka, nie przyjęliśmy też kilku komercjalnych tuzinkowców, amatorów, którym przychodzi ochota czy też czują potrzebę wyrażenia się w języku sztuki. Z pewnością w APA musi być prowadzona twarda selekcja doboru nie tylko obrazów na wystawy, ale przede wszystkim przyjmowania członków. I to nie według reguły ukończenia właściwej uczelni, lecz przede wszystkim według kryteriów dorobku i praktyki.

.................................

Akcja przedwyborcza w POSK-u

Elżbieta Sobolewska

Dwa dni przed wyborami rady i przewodniczącego Polskiego Ośrodka Społeczno-Kulturalnego w Londynie, Komitet Obywatelski II i III RP Za Granicą zorganizował spotkanie z Ryszardem Żółtanieckim, który jest jednym z kandydatów na tę funkcję.

Chociaż w Sali Szafirowej Ośrodka spotkało się zaledwie kilkanaście osób, dyskusja była gorąca. Obecność Ryszarda Żółtanieckiego i krótki program wyborczy, który przedstawił, stały się pretekstem do ostrej wymiany zdań i informacji, a nawet licytacji na znajomość historii Ośrodka. Im głębiej w las, tym więcej drzew, tak w przysłowiowym skrócie można określić obecną sytuację POSK-u, przynajmniej sądząc po problemach, które tego wieczoru poruszono. Zaczęto od pytania konkretnego: – Jakie ma pan doświadczenie, co predestynuje pana do kandydowania na to stanowisko?
Ryszard Żółtaniecki związany jest z Ośrodkiem od 37 lat. Jako młodzieniec zbierał z przyjaciółmi pieniądze na rzecz jego budowy, od lat zasiada w jego radzie. Zdaje sobie sprawę z faktu, iż młodzi ludzie z tzw. inicjatywą od POSK-u uciekają. Chce więc przyciągnąć do Ośrodka nie tylko tych z ostatniej fali emigracji, ale uważa, iż należy ściągnąć również to pokolenie, które tu się wykształciło, ludzi czterdziestoletnich, którzy znają się jeszcze z harcerstwa i szkół sobotnich i przyjaźnią się ze sobą, lecz sprawy społeczne, wynikające z działalności Ośrodka, są im obce, wolą spotykać się w pubach, a jak mówi Żółtaniecki – to tutaj powinni mieć swoje miejsce. Za miejsce jednak trzeba płacić.
– Lecz trzeba pójść ludziom na rękę, nie mówię o oddaniu im sali całkowicie za darmo, ale jakieś preferencyjne warunki mogą ich tu przyciągnąć – mówił Żółtaniecki, który zdaje się rozumieć, że to nie na tego typu wynajmie sal i powierzchni poskowych można zarobić.
– Potrzebna jest komisja zajmująca się marketingiem i promocją. Musimy zadbać o ochronę kapitału fundacji POSK-u, bo z tym było różnie. Wśród wielu spraw podniesionych na spotkaniu, padła oczywiście kwestia statutu.
– Powinien być dostępny po polsku, bo nie wszyscy członkowie czy ludzie zainteresowani przynależnością do Ośrodka znają angielski na tyle, by dobrze go zrozumieli, a przecież on stanowi podstawę naszej działalności – mówiła jedna z osób uczestniczących w tym spotkaniu.
– A budynek przy 9 Ravenscourt Park, który stoi bezużytecznie? – Kolejna burzliwa kwestia, która „załatwia się” już dwadzieścia lat. Kiedyś ktoś proponował, by stworzono tam hotelik, teraz mówi się o wynajmie mieszkań, a póki co stracono tysiące funtów z powodu ogólnej niemożności. Albo pozornie tak drobna rzecz, jak wydawana co roku książeczka-raport z działalności Ośrodka. W całości finansowana z funduszy własnych.
– Trzeba postarać się o sponsoring, który w zamian za reklamę sfinansuje jej druk, pozwalając zaoszczędzić kolejne tysiące – mówi Żółtaniecki, podkreślając przy tym fakt niezbędności stworzenia systemu przejrzystości finansowej POSK-u.
Nie zabrakło również drażliwego, jak się okazało, tematu członkostwa młodych emigrantów. – Jak to, chcą coś w zamian, skoro samo członkostwo im nie wystarcza, to widać są go niegodni, mamy ich przekupywać? – grzmiała jedna z pań, kiedy Żółtaniecki stwierdził, że trzeba cokolwiek zaoferować młodym, by zechcieli stać się członkami POSK-u.
Żółtaniecki w wielu kwestiach uzupełnia się z Ewą Brzeską, oficjalną kandydatką zarządu na stanowisko przewodniczącej Ośrodka. Mają podobne lub nawet tożsame poglądy. Najprawdopodobniej oboje znajdą się w radzie – kto by nie wygrał, ten będzie z tym drugim współpracował, miejmy nadzieję, że gwoli namacalnego rozwoju POSK-u. Trudno przymykać oczy na fakt, że młodzi ludzie poza obiadem w jednej z restauracji i kabaretem w Sali Teatralnej nie interesują się jego społeczną czy integracyjną rolą. Bo niewiele więcej POSK może im teraz zaoferować i to trzeba zmienić, by za kilka, kilkanaście lat nie upadł.



..................................



Tam i z powrotem

Mikołaj Skrzypiec

Institute of Public Policy Research (IPPR) opublikował najnowszy raport co do liczby imigrantów zarobkowych z Europy Środkowo-Wschodniej. Wynika z niego, iż około pół miliona osób, które przyjechały do Wielkiej Brytanii  w 2004 roku, powróciło już do swoich krajów. To nie oznacza jednak gwałtownego spadku ich liczby na Wyspach – co roku wciąż przyjeżdżają tu wielkie rzesze innych.


   Około miliona imigrantów przybyło na Wyspy między rokiem 2004 a 2007, to dane, które w swoim raporcie podaje IPPR. Jest to pierwsze tak duże opracowanie zawierające bardzo dokładne dane co do liczby imigrantów. Wcześniejsze, w szczególności rządowe dane rozmijały się z prawdą, począwszy od przewidywanych w 2004 roku kilkunastu tysiącach ludzi (o których mówił rząd Blaira przed naszym wstąpieniem do Unii), na danych z Home Office kończąc (dwa lata temu podawano liczbę około 300 tys.).
Według IPPR nadal bardzo trudno jest oszacować dokładną liczbę pracowników z nowej Unii Europejskiej: żadna inna grupa społeczna nie cechuje się bowiem taką mobilnością. Pracowników z Polski, Litwy czy innych krajów znajdziemy dziś w każdym praktycznie zakątku Wielkiej Brytanii. To zdaniem autorów raportu zupełnie nowe zjawisko, które nazwano supermobility. Opisuje ono skłonność imigrantów do poszukiwania pracy bez oglądania się na to, gdzie ta praca się znajduje. Częste przeprowadzki są jednym z elementów życia na Wyspie, podobnie jak przemieszczanie się między krajem rodzinnym a Wielką Brytanią – wynika z danych raportu.
Raport podaje bardzo dużo danych dotyczących przemieszczania się imigrantów w ostatnich latach. Wynika z nich, iż imigranci wciąż przyjeżdżają na Wyspy (168 tys. w drugiej połowie 2006) jednakże stopniowo liczby te zmniejszają się – przyjeżdża nas co roku coraz mniej (137 tys. w pierwszej połowie 2007). 541 tys. imigrantów wyjechało między 2004 i 2007 rokiem, a ogólna liczba imigrantów to około 665 tys. ludzi.
Autorzy raportu przy jego opracowywaniu posłużyli się m.in. danymi przewoźników, linii lotniczych i operatorów lotnisk. Ze zgromadzonych danych dowiadujemy się np., iż w grudniu 2004 roku ruch pasażerów między Warszawą i Krakowem a trzema miastami w Wielkiej Brytanii wyniósł 40 tys. pasażerów. W grudniu 2007 roku liczba ta zwiększyła się do 385 tys.
– To niesamowite zjawisko – powiedział dr Dhananjayan Sriskandarajah z IPPR w telewizyjnym programie BBC Newsnigh. – Możemy po raz pierwszy zobaczyć jak to działa. Owszem, otworzyliśmy imigrantom drzwi, ale wcześniej nie widać było, że to drzwi obrotowe! Bardzo dużo imigrantów wraca po jakimś czasie szukać szczęścia w Polsce czy w innych krajach. A sytuacja w tych krajach szybko się poprawia, kwitnie przemysł, ich waluty się umacniają – dodał dr Sriskandarajah.
Raport pokazuje również, że liczby imigrantów powoli się wyrównują. Wiadomo już, że Polacy i inne narody z Europy Środkowo-Wschodniej będą na Wyspach obecne zawsze, ich liczba jednak będzie się stopniowo zmniejszać.
W tym samym programie BBC wziął udział szef organizacji Migration Watch, sir Andrew Green. Większość  jego wcześniejszych wypowiedzi co do imigracji z krajów nowej Unii Europejskiej była niezmiernie krytyczna. Wiele razy sir Green obwiniał rząd brytyjski za otworzenie granic dla setek tysięcy osób, za nietrafione dane oraz brak kontroli nad imigracją. Tym razem przyznał jednak, że na podstawie opracowania IPPR można uznać, że to nie imigracja z Europy Środkowo-Wschodniej jest problemem – tylko jeden na pięciu imigrantów pochodzi z tych krajów, reszta to ludzie z krajów Trzeciego Świata.
– Nie powinniśmy się martwić Europejczykami – powiedział szef Migration Watch. – Na przykładzie Niemiec czy Hiszpanii widać, że Wielką Brytanię wciąż zamieszkuje około ćwierć miliona obywateli tych krajów, i podobnie będzie z Polakami, Czechami itd. Liczby się stopniowo wyrównają, ale rząd powinien lepiej kontrolować napływ ludzi z krajów całej reszty świata – powiedział sir Andrew Green.
To pierwsza taka wypowiedźczłowieka, który przez wiele lat krytykował zjawisko masowej imigracji z krajów postkomunistycznych. Świadczy to o powolnej zmianie postrzegania migracji zarobkowej przez brytyjskie społeczeństwo. Problem wróci, gdy wyjazdy Polaków i innych narodowości naprawdę rozpoczną się na masową skalę.

..................................

Wybory w Londynie, skutki w kraju?    Mikołaj Skrzypiec

To być może najważniejsze w ostatnich latach wybory lokalne w Wielkiej Brytanii. Ich wyniki mogą zapoczątkować odwrócenie trendów i preferencji wyborczych w całym kraju.


W aktualnych sondażach premier Gordon Brown jest najmniej popularnym premierem od czasów Nevilla Chamberlaina, premiera w latach 30. Wybory lokalne w Londynie mogą być dowodem na wciąż malejące poparcie dla obecnej władzy.
Laburzyści powoli tracą w kraju poparcie, polityka gabinetu jest obiektem nieustających ataków konserwatystów, liberałów oraz mediów. Kanclerz Alistair Darling przyznał, że elektorat się oddala, a to nieoczekiwana samokrytyka z niezwykle ważnej pozycji. Krytyka również niefrasobliwa, gdyż jej autor sam został ostro potraktowany po niezbyt udanym debiucie budżetu, zaprezentowanym przez gabinet w marcu. Podobną wypowiedź (ostrożniejszą jednakże), wystosował również minister spraw zagranicznych David Miliband. Zupełnie wyraźne już widmo kryzysu ekonomicznego, spadek wartości nieruchomości w całym kraju, do tego ewidentne potknięcia w polityce międzynarodowej Browna, (jak np. niezbyt udana wizyta w Ameryce) sprawiają, że zaufanie do premiera „z nadania Blaira” szybko spada. Brytyjczycy mogą zechcieć odwrócić kartę, zarówno w Londynie, jak i na całej Wyspie, np. w wyborach parlamentarnych. Te odbędą się nie później niż za dwa lata, jednakże wiele głosów sugeruje, iż może stać się to dużo szybciej – również w zależności od wyników w wyborach lokalnych. Londyn i jego zawiłe reformy dla wielu symbolizują brak szerszej wizji wśród ludzi Gordona Browna dotyczącej przyszłości kraju.

więcej 


..................................

Nie szok tylko talk
Elżbieta Sobolewska

Podczas gali w jednym z londyńskich hoteli, tę językową „ściągę” nagrodzono pierwszą nagrodą, a panią Krystynę uznano najlepszym wolontariuszem roku. Wręczono jej kryształową kostkę z wygrawerowanym napisem Shining Star, a z nią przydział na pięć tysięcy funtów. – Przyznane mi  pieniądze pozostają w rękach BAA Communities Trust, ale zostaną przeznaczone na koszty związane z uruchomieniem portalu językowego o nazwie Lingvasos czyli Lingva S.O.S.
 

Krystyna Dulak-Kulej pracuje na lotnisku Heathrow już ponad dwadzieścia lat. Pełniła różne funkcje, była m.in. stewardessą, a przez ostatnie pięć lat pracuje w informacji na terminalu czwartym lotniska Heathrow. Kiedy rozmawiamy, co chwilę ktoś nam przerywa, a pani Krystyna spokojnie tłumaczy, w którą stronę się kierować lub jak rozwiązać jakiś podróżniczy problem. Mieszka w Slough i już kilka lat temu prowadziła przy polskiej parafii zajęcia z podstaw języka angielskiego, które odbywały się w niedzielę wieczorem po mszy. – Pamiętajcie, że angielski jest waszym chlebem – powtarzała swoim uczniom. Pochodzi z nowosądeckiej Piwnicznej, więc gdzie jak nie tam powtarza się po góralsku: „Uc sie uc, a nie bedzie cie bida tłuc”... 
– Wyspecjalizowałam się w kompilowaniu mini słowniczków. Na papierze formatu A3, można umieścić około 600 słów, dwujęzycznie, z wymową. Taka „ściąga” nic nie waży, nie zajmuje miejsca, mieści się w kieszeni, notesie, pod czapką. Można ją powielać, powiększać, mieć za lustrem przy goleniu i wkuwać słówka.  Wymowa dla Polaków zapisana jest metodą Ratzingera, czyli polskimi dźwiękami, a dla Anglików, międzynarodowym zapisem fonetycznym.
Pani Krystyna już dwukrotnie była wyróżniana w konkursie BAA. – Kilkaset funtów z poprzednich nagród w konkursie pracy wolontariackiej I – Volunteer pozwoliło mi na wydrukowanie i rozprowadzenie około czterech tysięcy różnojęzykowych ściąg na lotniskach i wśród Polaków.  Dużą popularnością cieszy się ,,Budowa-Konstrakszn’’, a w opracowaniu jest ,,Dom-Domestic’’. Poparcia na piśmie, bardzo przydatnego przy uzasadnieniu mojego zgłoszenia do tegorocznej nagrody, udzielił mi dr Olgierd Lalko, [prezes Polskiego Ośrodka Społeczno-Kulturalnego w Londynie – red.] czego niestety nie  mogę powiedzieć o innych osobistościach rządowych i kościelnych, którym ten projekt rozdawałam i przedstawiałam. Wierzę, że teraz się coś odmieni.
Na poszerzenie jej działalności wpłynęła również tragiczna śmierć Roberta Dziekańskiego na lotnisku w Vancouver, który kompletnie nie znając języka, nie potrafił odnaleźć się w potężnej przestrzeni kanadyjskiego lotniska, wpadł w panikę, a jego dziwne zachowanie spowodowało ingerencję policji. Panika przerodziła się w agresję, a policja nie mogąc się z nim porozumieć, użyła paralizatora by go obezwładnić. Czekański zmarł. Wstrząśnięta tym wypadkiem, postanowiła działać jeszcze szybciej i radykalniej. Do serii  poprzednich mini-słowniczków dołączyła zatem ściągę ,,Travel-Podróż’’, którą nadal udoskonala i modyfikuje tak, aby mogła również służyć policji. Na potrzeby lotniska i Polaków z nowej fali  emigracji powstało już dziesięć projektów w ośmiu językach. – Dzięki dobrej woli esperantystów rozsianych po całym globie, wiem że możliwa jest globalna pomoc językowa. Aby już nie szok, tylko talk.


..................................

DRUGA STRONA MEDALU
Mikołaj Skrzypiec

W związku z artykułami o sprzedaży Fawley Court, listami, które nadeszły w tej sprawie od czytelników oraz licznymi telefonami do redakcji „Nowego Czasu”, publikujemy wywiad z ojcem Wojciechem Jasińskim ze Zgromadzenia Ojców Marianów, który przeprowadziliśmy 22 kwietnia, tuż po rozpoczęciu oficjalnej procedury sprzedaży.

f
fot.Marek Wezdenko

A więc stało się, w poniedziałek, 21 kwietnia, Fawley Court oficjalnie został wystawiony do otwartej sprzedaży. Cena – 22 miliony funtów. Czy musiało do tego dojść?

– Myślę, że poświęciliśmy wystarczająco dużo czasu obserwując to, co się dzieje w Fawley Court. Przyglądaliśmy się od wielu lat temu, kto przyjeżdża, do czego
służy w dzisiejszych czasach ośrodek, zastanawiając się, jaka jest w związku z tym nasza misja. Koszty utrzymania ośrodka są bardzo duże, a dochody od grup polonijnych, które przyjeżdżają do ośrodka, to może około 7 proc. całości wpływów w skali ostatnich 10 lat. Te polskie grupy religijne, które przyjeżdżają, na palcach jednej ręki można wymienić: Polska Misja Katolicka (dwa razy w roku,) księża Chrystusowcy (pięć-sześć razy w roku) Polska Macierz Szkolna (raz w roku), Zespół Pieśni i Tańca Tatry (jeden-dwa razy w roku), czasami harcerze, raz do roku korzysta z terenu kilka szkół sobotnich: z Ealingu, Reading, Slough organizując spotkanie na zakończenie roku szkolnego. Oczywiście organizujemy wciąż Zielone Świątki, trochę osób spędza z nami Boże Narodzenie i Wielkanoc. Kilka razy w roku przyjeżdża z grupą około 50 osób ks. Darek Kwiatkowski z Ealingu. Raz w miesiącu organizujemy dzień skupienia, zwany Szkołą Modlitwy, w którym bierze udział około 15-20 osób. Oczywiście są jeszcze angielskie katolickie i chrześcijańskie grupy, ale i tak stanowi to w sumie tylko około 40 proc. dochodów z wynajmu domu rekolekcyjnego. Na mszę świętą w niedziele uczęszcza tylko około 120-150 osób, a w ostatnią niedzielę na mszy świętej o godz. 12.00 było tylko około 70 osób. Trudno w takiej sytuacji prowadzić działalność duszpasterską, stąd też nasza decyzja o sprzedaży.

więcej 

..................................


Komu potrzebny jest Fawley Court?
Wojciech  Goczkowski

Artykuł ten nie powstał w celu obrażenia lub zgorszenia kogokolwiek, a szczególnie  Zgromadzenia Księży Marianów, którego zasługi i pracę misyjną doceniam i szanuję. Ale w obliczu gorszących faktów, których wszyscy jesteśmy świadkami, zachowanie milczenia jest prostą drogą do cynizmu i oschłości serca – na to nikt nie może sobie pozwolić, a na pewno nie za cenę zachowania „świętego spokoju”.


f
Fot. Marek Wezdenko

Jak zinterpretować to, co od kilku lat dzieje się w Fawley Court? Zła wola, ignorancja  czy nieporadność w zarządzaniu dobrem zgromadzonym przez dwa pokolenia? Jak powinna zareagować polska społeczność w Wielkiej Brytanii na pomysł wystawienia na sprzedaż symbolu naszej obecności w Wielkiej Brytanii po II wojnie światowej? Oburzeniem czy współczuciem?  Gniewem czy obojętnością? U wielu sprawa ta wywołuje uczucie  smutku i rozczarowania. Czy można wyznaczyć cenę wartościom, które do tej pory wydawały się nie podlegać prawom rynku? Czy można zlicytować świadectwa nadziei i bohaterstwa? Smutne,  że Marianie zachowują się tak, jakby trzeba im było to tłumaczyć.
Sprzedaż Fawley Court prowokuje pytania o teraźniejszość i przyszłość polskiej społeczności w Londynie i na Wyspach, o jej tożsamość i zdolność samoorganizacji. Czy jesteśmy jeszcze jedną etniczną grupą w strukturze współczesnej wieży Babel, rozpoznającą się jedynie przez obyczajowe przyzwyczajenia, czy też stać nas na wysiłek podtrzymywania pamięci i kształtowania wizji przyszłości? Dla stworzenia wspólnoty i wychowania jednostki  ważne jest połączenie tych dwóch elementów. Zdawał sobie z tego sprawę założyciel Fawley Court, ksiądz Józef Jarzębowski. Dlatego w szkole, którą założył w 1953 znalazło się miejsce dla muzeum polskiej historii i polowego ołtarza w pałacowej kaplicy. Dzisiejsi  następcy księdza Jarzębowskiego wydają się tego nie rozumieć.
Zdałem sobie z tego sprawę, gdy po raz pierwszy odwiedziłem Fawley Court w 2005 roku. Pojechałem, zachęcony przez spotkanych w Londynie Polaków, którzy opowiedzili mi o możliwości zwiedzenia Muzeum i poznania historii bohaterskiego księdza. Zgromadzenie Marianów kojarzyło mi się z Licheniem i kilkoma wykładowcami z czasów studiów.
Kiedy wyjeżdżałem z  Fawley Court moja wiedza poszerzyła się o wiele nowych faktów, ale niestety poznałem też w pełni czym są tzw. „mieszane uczucia”. Powodem moich wewnętrznych niepokojów  była  rozmowa z jednym z zakonników na temat przyszłości wspomnianego ołtarza. W opinii Marianina ołtarz powinien zostać usunięty z prezbiterium, ponieważ  jego symbolika nie koresponduje ze współczesnością, a militarne elementy (skrzydła husarskie i głownia miecza) fałszują pokojowe przesłanie chrześcijaństwa. Wizerunek Matki Boskiej Ostrobramskiej nie został poddany krytyce, ale już jego historyczne związki z Kultem Miłosierdzia Bożego przedstawiały się mojemu rozmówcy dosyć mgławicowo i mętnie.   Z naszej dyskusji wynikało, że tym co powstrzymuje Ojców Marianów przed przeniesieniem ołtarza do muzeum jest obawa przed reakcją, już coraz mniej licznych, ale wciąż żyjących ludzi z pokolenia, którego doświadczenie ten ołtarz przekazuje. Teraz już wiem (fakty o tym mówią), że zdaniem Marianów również cała posiadłość nie odpowiada nowym czasom. Otóż głębokim nieporozumieniem jest myśleć, że ołtarz i Fawley Court jest dzisiaj potrzebne wojennemu pokoleniu. Dla nich  spełniły już swoją rolę. Dawały oparcie w czasie wojny i chroniły przed upadkiem w rozczarowanie i bezradność po przegranej wojnie. Przesłanie, jakie niesie niechciany ołtarz i jego otoczenie potrzebne jest przede wszystkim młodemu pokoleniu.  Myślę, że w ten sposób rozumował również ksiądz Jarzębowski gromadząc pamiątki po Powstaniu Styczniowym i zachowując świadectwa czasów jemu współczesnych. Jak prowadzić pracę wychowawczą i duszpasterską nie mogąc pokazać materialnych świadectw ludzi, którzy w najtrudniejszych momentach swojego życia, Polski i historii Europy nie utracili  wiary i nadziei?  Fawley Court   to nie historyczne sentymenty,  ale miejsce, które powinno  należeć do przyszłości. Historia w nim opowiedziana może służyć następnym pokoleniom.  Gdyby takiego miejsca nie było, należałoby je stworzyć.
Święto Zesłania Ducha Świetego, obchodzone co roku w Fawley Court, wyznacza horyzont myślenia o przyszłości tego ośrodka, który musi wrócić do idei prowadzenia pracy edukacyjnej w poszerzonej i unowocześnionej formule. Jest w Fawley Court wystarczający potencjał, aby stało się centrum spotkania ludzi z różnych ras, kultur i narodów, którzy potrafią się porozumieć mimo różnic językowych i cywilzacyjnych. W ten sposób powstałaby  również przestrzeń, w granicach której pojawiłaby się szansa podzielenia się z innymi własną historią i pamięcią pokoleń, co w kontekście zachodzących procesów jednoczenia się Europy ma wyjątkowe znaczenie.  Wszystko jednak wskazuje na to, że władze Zakonu Marianów wolą widzieć przyszłość  Europy bez historii Polski.
Przeniesienie zbiorów księdza Jarzębowskiego do Lichenia jest tego wystarczającym dowodem i żadne słowa wyjaśnień nie mogą usunąć  sprzed oczu tych niemożliwych do zaakceptowania faktów.


..................................



Fawley Court pod młotek

Mikołaj Skrzypiec


Historyczna posiadłość o niezwykłej wadze dla naszej tu historii, Fawley Court w Henley-on-Thames, zostanie wystawiona na sprzedaż w połowie kwietnia. Wartość rynkową unikatowego obiektu szacuje się na niebagatelne 20 mln funtów. 

Fawley

fot:Mikołaj Skrzypiec

Rozległy park i tereny rekreacyjne, położone nad samą Tamizą, zabytkowa rezydencja i przylegające zabudowania od lat pięćdziesiątych są w posiadaniu Ojców Marianów. Zakon postanowił zakończyć  działalność swojej placówki misyjnej w tym miejscu wbrew wielu głosom sprzeciwu polskiej społeczności. Decyzja ta oznacza koniec wyjątkowej karty historii Polski i Polaków w Wielkiej Brytanii w tym cennym, szczególnie dla powojennej emigracji, miejscu.
Pierwsze wzmianki o posiadłości w Henley-on-Thames sięgają XI wieku, a w roku 1684 na tym terenie stanęła rezydencja Fawley Court, zaprojektowana przez Christophera Wrena, (słynnego architekta, twórcy m.in. londyńskiej St. Paul’s Cathedral). Budynek, w nieco zmienionym kształcie, przetrwał do dziś. W posiadaniu Ojców Marianów znajduje się (według informacji z samego zakonu), od 1952 roku, kiedy zakupili ją od ostatnich właścicieli. Na terenie posiadłości w ciągu lat utworzono szkołę dla chłopców ( latami wspieraną przez emigracyjne instytucje i stowarzyszenia), Kolegium Miłosierdzia Bożego oraz muzeum polskiej historii. Stało się to przede wszystkim dzięki poświęceniu i charyzmie ks. Józefa Jarzębowskiego, pierwszego ojca przełożonego w Fawley Court.

więcej 

..................................


Rzecz o ważnym spotkaniu
Teresa Bazarnik

W pięknej sali Ogniska Polskiego przy Exhibition Road w Londynie spotkały się w ubiegłą niedzielę zaproszone przez konsula RP, Roberta Rusieckiego, organizacje polonijne. Stare i młode.

s

W dniu maratonu londyńskiego, w niedzielę, 13 kwietnia, odbył się również maraton polski.
W przeciwieństwie do londyńskiego, nikt nie biegł, wszyscy wytrwale siedzieli.
W pięknej sali Ogniska Polskiego przy Exhibition Road w Londynie spotkały się w ubiegłą niedzielę zaproszone przez konsula RP, Roberta Rusieckiego, organizacje polonijne. Stare i młode. Nie wszystkie nawet wiedziały o sobie, i nie o wszystkich, organizując konferencję wiedział konsul. Zabrakło tych, które działają poza Londynem. Ale to nieważne, liczy się początek, dobry początek.

więcej 

..................................


Zostaną rozliczeni
Mikołaj Skrzypiec


W środę, 9. kwietnia, w Methodist Hall, w samym sercu Londynu odbyło się walne zgromadzenie organizacji London Citizens, w związku z nadchodzącymi wyborami na burmistrza Londynu.
W wypełnionej bo brzegi auli czterej kandydaci na urząd burmistrza, odpowiadali na postulaty tej największej z organizacji zrzeszającej londyńczyków.

metodist

Do udziału w trzecim już walnym zgromadzeniu zaproszono czterech najpopularniejszych w sondażach kandydatów na urząd burmistrza Londynu. Są to Ken Livingstone, urzędujący burmistrz i labourzysta, konserwatysta Boris Johnson, Brian Paddick, kandydat liberalnych demokratów oraz Siam Berry z Partii Zielonych. Według organizatorów,  spotkanie zorganizowane przez London Citizens to największe z wydarzeń w toku obecnej kampanii wyborczej – uczestniczyło w nim ponad 2,5 tys. osób.
Obliczone na rezultaty – tak w skrócie opisują zgromadzenie aktywiści z London Citizens. Podczas całego kilkugodzinnego forum poruszone były wątki, które uzgodniono w toku wcześniejszych konsultacji – w ramach najmniejszych komórek organizacji, a więc w szkołach, parafiach, związkach zawodowych itd. Postulaty, jakie przedstawiono kandydatom na urząd burmistrza są według organizatorów, głosem 50 tys. rodzin mieszkających w stolicy, które reprezentuje London Citizens. Najważniejsze z nich to bezpieczeństwo, sprawiedliwość społeczna, kwestie mieszkaniowe oraz otwartość miasta na migrację z całego świata. Każdy z tych punktów zawiera szczegółowe postanowienia, które ubiegający się o urząd burmistrza, według przyjętej formuły spotkania, mogli na forum zgromadzenia zaakceptować bądź odrzucić. Po wyborach London Citizens będzie rozliczać następnego burmistrza z jego obietnic.
Ken Livingstone, jako urzędujący burmistrz, miał okazję przekonać się, jak silną organizacją jest London Citizens. Wypełnił wszystkie udzielone w toku wcześniejszych kampanii wyborczych obietnice, za wyjątkiem jednej, co zresztą na zgromadzeniu mu przypomniano. Niezastosowanie się do wcześniej złożonych obietnic mogłoby zaowocować porażką wyborczą, dlatego też należy poważnie traktować rolę takich zgromadzeń. Kandydaci zaaprobowali wszystkie z postulatów, które przedstawiono im na forum, co spotkało się z aplauzem zgromadzonych. W dwuminutowych wystąpieniach politycy mieli również okazję do bliższego ustosunkowania się do poszczególnych punktów, co wykorzystali do swoich oratorskich popisów, szczególnie znany z tego Boris Johnson.
Chociaż każdy z postulatów powinien nam być bliski, najważniejsze z naszego punktu widzenia są kwestie tzw. London Living Wage oraz sprawy mieszkaniowe. Minimalna płaca dla zatrudnionych w stolicy ma wynosić 7,20 na godzinę. Działania w tym celu zobowiązali się podjąć wszyscy z kandydatów na burmistrza, chociaż trudno powiedzieć, jakie będą tego rezultaty. Wszyscy zobowiązali się też do działań w kwestiach mieszkalnictwa, czyli budowy nowych, tanich mieszkań w Londynie. Ken Livingstone i Boris Johnson obiecali wybudowanie nawet do 50 tys. nowych mieszkań w Londynie do roku 2012.
Te obietnice będą najtrudniejsze do zrealizowania, a London Citizens z pewnością przypomni o nich nowo wybranemu burmistrzowi.

..................................

Zjednoczenie Polskie nie odpuszcza


Zjednoczenie Polskie w Wielkiej Brytanii (Federation of Poles in Great Britain) czyli największa organizacja polonijna w Wielkiej Brytanii podtrzymuje swą skargę na „Daily Mail”, którą miesiąc temu wystosowała  do Press Complaints Commission.

Press Complaints Commission (PCC) to instytucja rozpatrująca wszelkie skargi dotyczące brytyjskiej prasy. Zjednoczenie Polskie zarzuciło dziennikowi Daily Mail celowe budowanie negatywnego wizerunku Polaków mieszkających w Wielkiej Brytanii.
    List uzupełniający tę skargę o analizę 96 artykułów prasowych opublikowanych na łamach Daily Mail od listopada 2006 roku otrzymały w środę, 26 marca, wszystkie największe tytuły prasowe w Polsce oraz polonijna prasa na Wyspach. Wiktor Moszczyński pełniący funkcję rzecznika prasowego Zjednoczenia, powołał się na podstawę prawną i oskarżył dziennik o prowadzenie „systematycznej kampanii nastawionej na wywołanie negatywnych emocji” wobec Polaków.
    Ponadto w liście tym Zjednoczenie podkreśliło fakt naruszenia przez Daily Mail kodeksu postępowania wydawców prasowych (Editor's Code of Practice) w artykułach i ich nagłówkach. Kodeks ten nakazuje redaktorom wyraźne rozróżnienie między komentarzem a faktem czy domysłem oraz niepublikowanie doniesień nie sprawdzonych, które powodują wyciąganie przez czytelnika fałszywych wniosków. List Zjednoczenia oskarża gazetę o złamanie dwóch prawnie sankcjonowanych zakazów: angażowania się dziennikarzy w szykanowanie i prowadzenie systematycznej nagonki, a także podkreślania czyjejś rasy, religii, ułomności fizycznej lub orientacji seksualnej, jeśli elementy te nie są istotne dla publikowanego artykułu.
    Wiktor Moszczyński w liście do PCC sugeruje, iż rzeczywistym celem ataków ze strony Daily Mail mogą być polityka imigracyjna rządu brytyjskiego oraz Unia Europejska, która traktuje swobodny przepływ ludności jako jedną ze swoich podstawowych wartości. (es)


Pełną treść listu >>


..................................

Ci dobrzy imigranci

 
Aleksandra Łojek-Magdziarz

Justyna Pers przyjechała do Irlandii po pobycie w Londynie,  w którym życie pędziło zbyt szybko. Z Polski nie wyjechała w pogoni z pieniędzmi, szukała zmiany, odkryć, doświadczeń. Jest jedną z bohaterek wystawy Ordinary Lives zorganizowanej przy współudziale rządu Irlandii Północnej i północnoirlandzkiego oddziału British Council.

emigranci

Wystawa prezentowana w siedzibie parlamentu irlandzkiego, Stormont, w Belfaście, pokazuje poplątane, ale i dość podobne losy imigrantów z Estonii, Polski, Czech, Litwy, Portugalii, Hiszpanii.

    Zdjęcia Christophera Tribble’a przedstawiają imigrantów, którzy szukają wyzwań, owszem, również stabilizacji finansowej, ale żyją nie tylko nadzieją  spełnienia materialnego. Na wystawie prezentowane są zdjęcia z ich ojczystych krajów, zatrzymane na kliszy fotograficznej fragmenty ich życia, książki, kawiarnie, zwykłe dni codzienne, dni spędzane w dwóch krajach.
    Przedstawione obok zdjęć biografie, spisane również przez Tribble’a, oparte na rozmowach z  imigrantami, pokazują, jak wiele łączy przemieszczających się współczesnych wędrowców, a jak niewiele ich dzieli. Te same lęki, problemy asymilacyjne, konflikty wewnętrzne, tęsknoty, rozdarcia, nieznajomość niepisanych reguł, rządzących nową rzeczywistością. Choćby to, że w Irlandii Północnej nie rozmawia się głośno w środkach transportu publicznego o niedawnej historii, czyli o kwestiach konfliktu zakończonego Porozumieniem Wielkopiątkowym w 1998 roku.  Za świeże rany, za dużo jeszcze w ludziach buzuje emocji, więc w autobusie czy pociągu jest to temat tabu, czego mogą nie wiedzieć imigranci.
    Często przewijającym się tematem  były rozważania dotyczące powrotów. Justyna Pers, tłumaczka, chce wracać, a powody swojej decyzji widzi w typie  osobowości. – Życie tutaj nie jest walką, jak życie w Polsce, które obserwowałam, patrząc na rodziców, ale chcę wracać, choć tu, w Irlandii, po przeniesieniu się z Londynu,odzyskałłam spokój –  opowiada.  
    Justyna podejmuje temat, który jest transnarodową bolączką imigranta,  czyli wyjście poza własną tożsamość. W swoim kraju nagle imigrant staje się z lekka obcokrajowcem, na obczyźnie nie jest i pewnie nigdy nie będzie tubylcem.
     – Ludzie pokazywani na zdjęciach nie są stereotypowymi emigrantami, to ambitni,  bardzo medialni i intelektualnie rozwinięci Polacy – powiedziała mieszkająca od 12 lat w Irlandii Grażyna. – Wybrano osoby, które dekonstruują wizerunek biednego, zdesperowanego emigranta. Laitmotivem wystawy i narracji bohaterów zdjęć jest zdecydowanie spokój. Widać, że nowi emigranci czują się w Irlandii dobrze i bezpiecznie.
    – Irlandia daje dużo wytchnienia – mówi jeden z gości wernisażu, Irlandczyk. – Nie czuje się tu biegu za sukcesem i nikt nie przygląda się kolorowi skóry czy pochodzeniu. Być może dlatego, ze my sami jesteśmy narodem emigrantów, więc rozumiemy tych, którzy przyjeżdżają do nas. Co więcej, dobrze, że przyjeżdżają, bo wprowadzają trochę świeżości do naszego świata.
    Na otwarcie wystawy przyszło wielu Polaków, ale i Irlandczyków. Atmosfera wernisażu była bardzo nieformalna mimo obecności komisarzy UE i przedstawicieli rządu irlandzkiego. W kącie dwóch młodych mężczyzn grało na gitarze. Było tak spokojnie, jak na zdjęciach – ciepło i domowo. W parlamencie.

..................................

Nic o nas bez nas

Tomasz Tułasiewicz

Jest nas, Polaków, na Wyspach sporo. Nic dziwnego, że zauważyła to także policja londyńskiej dzielnicy Hounslow, która postanowiła nawiązać kontakt z polską społecznością, by lepiej poznać nasze potrzeby i nas samych. Kontakt został nawiązany. Rozmowa z inspektorm Huw Evansem z policji okręgu Hounslow.

policjant

W jaki sposób nowa fala emigracji z Polski jest odczuwana przez policję w Anglii, Londynie i w samym Hounslow?
– Dysponuję udokumentowanymi danymi jedynie na temat Hounslow. Informacje dotyczące całego kraju dostępne są w mediach. Fala emigracji dotyka całej Wielkiej Brytanii, polska społeczność nie osiadła tylko w Londynie. Wielu przybyszy z Europy Wschodniej mieszka na wsiach, ponieważ pracują oni w przemyśle rolnym, nie jest to więc sprawa tylko miast. Policja zawsze stara się działać jak najlepiej, traktując każdego człowieka indywidualnie, co oznacza, że chcemy dostosować swoje działania do jego potrzeb.
O ile np. na Hammersmith polska społeczność istnieje od bardzo dawna, napływ Polaków oraz przybyszy z innych krajów Europy Wschodniej do Hounslow jest zjawiskiem stosunkowo nowym, to kwestia ostatnich dziesięciu lat. W tej chwili poznajemy te społeczności, tak jak i one uczą się funkcjonowania w Londynie. Oprócz rodzin, które mieszkają tu od dłuższego czasu, w Hounslow osiedlają się nowo przybyli młodzi ludzie, którzy przyjechali tu do pracy. Znalezienie kontaktu z nimi nie jest łatwe, a chcielibyśmy to zrobić, by móc wymieniać informacje, poznać wzajemnie nasze kultury. Również gdyby doszło do jakiegoś bardzo poważnego zdarzenia, mogłaby być potrzebna współpraca kogoś z lokalnej polskiej społeczności. W tej chwili zatrudniamy osoby z Europy jako pracowników cywilnych lub oficerów służby pomocniczej (Community Support Officers), jak np. Czeszka Maria, która dobrze mówi po polsku. Mogą oni też zostać pełnoetatowymi oficerami policji.

więcej 

..................................


Cały wielki teatr Borisa
Mikołaj Skrzypiec

Boris Johnson, kandydat konserwatystów na burmistrza Londynu, gościł w ubiegłą środę w Sali Teatralnej w POSK-u. Zaproszony przez Zjednoczenie Polskie, zafundował zebranej publice próbkę politycznego przedstawienia w najlepszym stylu.

Na spotkanie z Polakami pan Johnson przybył mocno spóźniony, zatrzymały go obowiązki parlamentarzysty – jest bowiem posłem torysów z Henley-on-Thames (gdzie posiada drugi dom). Publiczność powitała go gromkimi brawami, i po krótkim streszczeniu biografii gościa, wygłoszonym przez prezesa Zjednoczenia,  Jana Mokrzyckiego, Boris Johnson z właściwą sobie charyzmą przeszedł do zaprezentowania swojego programu. Barwne, kilkunastominutowe przemówienie zawierało główne postulaty, które w pełni odzwierciedlają politykę jego ugrupowania: ograniczenie wydatków biura burmistrza, odchudzenie budżetu, co miałoby udostępnić środki na dodatkowych policjantów, którzy będą gwarantem poprawy bezpieczeństwa na ulicach stolicy Wielkiej Brytanii, nowe domy, dostępne dla każdego, oraz poważne zmiany w transporcie publicznym.

borys

Wyślemy Kena w kosmos!
Boris Johnson nie szczędził podczas całego wystąpienia komplementów publiczności: zapytany na samym wstępie o kwestię Unii Europejskiej i stanowiska torysów co do emigracji, szybko przypomniał nasz udział w Bitwie o Wielką Brytanię oraz dzielnych polskich pilotów.
    Wśród licznych, skierowanych przeciwko urzędującemu Kenowi Livingstone’owi, żartobliwych i kąśliwych uwag, na które widzowie reagowali, zgodnie z założeniem, śmiechem i brawami, przewijały się powtarzane niejednokrotnie slogany i bardzo ogólnikowe wyjaśnienia pomysłu na zmiany w Londynie. Johnson mówił o „cmentarzysku autobusów przegubowych na Oxford Street”, wysłaniu Livingstone’a rakietą w kosmos, i wydaniu mu darmowego biletu (freedom pass), by ten mógł po przegranych wyborach „w pełni korzystać z transportu publicznego”.

Wszystko dla Polaków
Podczas drugiej części spotkania, kandytat konserwatystów odpowiadał na pytania gości, dziennikarzy oraz przedstawicieli organizacji polonijnych. Debatę prowadził Jan Mokrzycki, a kolejne pytania zdawały się nie sprawiać większego problemu Johnsonowi, który niezrażony obiecał Polakom rozwiązanie praktycznie każdego z przedstawianych mu problemów. Starsza pani nazwała nowe londyńskie autobusy „autobusami śmierci”, Borys Johnson obiecał, że się ich pozbędzie. Ich miejsce zajmą nowe, piękne „piętrusy”, z możliwością transportu osób niepełnosprawnych. Zapomniał wspomnieć, iż większość z działających double-deckerów ma rampę dla wózków inwalidzkich.
    Obiecał również entuzjastycznej widowni walkę o ogrody i zieleń w mieście, po tym, jak wcześniej mówił o dziesiątkach tysięcy nowych domów. I to domów nie byle jakich – pięknych, tanich, wygodnych, dostępnych dla każdego,  których zbuduje już nie 50 a może nawet 100 tys. – nie wiadomo jednak dokładnie gdzie i za co te domy mają stanąć. Ani ile z nich będzie dostępnych dla imigracji. Kiedy zapytano go o kwestie finansowania kursów językowych dla Polaków, poparł gorliwie i ten pomysł. Zapewnił następnie, iż przyjrzy się dostępnym opcjom. Zapomniał dodać, iż nie zgadza się to pomysłami torysów, a najlepszym tego przykładem są niektóre debaty w parlamencie, jednakże publiczność, w większości, przyjęła wszystko z zadowoleniem, co Borys umiejętnie wykorzystał.

borys

Będzie i karnawał
Jako że trudnych pytań praktycznie nie było, Jan Mokrzycki postanowił przypomnieć również o obietnicy Kena Livingstone’a, który podczas swojej zeszłorocznej wizyty w POSK-u, obiecał Polakom karnawał, oraz obchody rocznicy 11 listopada. Borys nie miał wyboru, poprze karnawał. I wszystkie inne pomysły, tylko najlepiej, jakby był na to sponsor. Może jakiś producent wódki. Publiczność reaguje owacją. Oczywiście, karnawał będzie, i wódka też, z całą masą kiełbasy wyborczej.

..................................

Kampania London Elects

Elżbieta Sobolewska

Na łamach polskiej prasy w Londynie od kilku tygodni pojawiają się ogłoszenia i teksty zachęcające do udziału w wyborach lokalnych 1 maja. Autorem tej kampanii jest organizacja London Elects. Na ulicach można spotkać młodych ludzi, którzy rozdają formularze do rejestracji i tłumaczą, w jaki sposób wybory te mogą dotyczyć nas, Polaków. Jak wygląda głosowanie i czym jest London Assembly tłumaczy Matt Bright, menedżer ds. komunikacji w London Elects



Czy Polacy mogą wybierać premiera Wielkiej Brytanii?

– Nie, obywatele Unii Europejskiej nie wybierają premiera Wielkiej Brytanii. W tego rodzaju wyborach biorą udział tylko obywatele brytyjscy.

Ale możemy wybierać London Assembly (czlonków rady miasta).  Można odnieść wrażenie, że przedwyborcza kampania kładzie nacisk głównie na wybór burmistrza, dlaczego?
– Nie zgadzam się z tym stwierdzeniem, że kampania zogniskowana jest tylko wokół głosowania na burmistrza Londynu. Główne hasło na wszystkich naszych materiałach promocyjnych brzmi: „Wybory burmistrza Londynu i Rady Miasta”. Pierwsze ogłoszenia pojawiły się już w styczniu, ale z główną kampanią, London Elects wystartuje 25 marca. Będziemy obecni w telewizji, radiu i prasie, a w mieście pojawią się plakaty. Jeden rodzaj materiałów promocyjnych będzie dotyczył roli i sensu głosowania na burmistrza Londynu, w innych ogłoszeniach położyliśmy nacisk na wybór członków Rady Miasta a część będzie po prostu dotyczyła samej idei Wyborów w Londynie".

W jaki sposób głosujemy  na członków Rady Miasta – na konkretną osobę, czy na partię?
– Rada Miasta liczy 25 członków. Czternastu z nich, tzw. Constituency Assembly Members, to reprezentanci 33 dzielnic – gmin miejskich zwanych borougs [przy czym jeden radny może reprezentować kilka dzielnic – przyp. red.], a jedenastu to reprezentanci gmin, które leżą na obrzeżach miasta, ale znajdują się w jego granicach (London-wide Assembly Members). Na karcie do głosowania koloru żółtego wyborca będzie zaznaczał przedstawiciela swojej dzielnicy, który jego zdaniem powinien być członkiem Rady Miasta. Ich nazwiska będą ułożone w kolejności alfabetycznej. Jeśli są reprezentantami jakiejś partii politycznej, będzie to odnotowane wraz z krótkim opisem tej partii. Na kartach do głosowania koloru pomarańczowego będzie można oddać głos na konkretną partię albo kandydata niezależnego – ten głos dotyczy wyboru jednego z jedenastu członków reprezentujących w Radzie Miasta gminy podmiejskie.

Organizacja Polish Proffesionals in London rozpoczęła już kampanię „Polacy głosują”. Czy London Elects zamierza wspierać ich działania?
– Spotkaliśmy się z członkami Polish Proffesionals, którzy zainicjowali tę kampanię i jesteśmy jedną z wielu organizacji, która ich wspiera. Dostali od nas formy do rejestracji w języku polskim, które będą rozdawać podczas swoich imprez. Czekamy teraz na rozwój tej kampanii i na propozycje, w jaki sposób moglibyśmy ją konkretnie wspomóc. 

Czy kamania wyborcza prowadzona jest również wśród społeczności z innych państw Europy Środkowo-Wschodniej?
– Aby dotrzeć do jak największej liczby różnych społeczności żyjących w Londynie, współpracujemy z ponad setką grup i organizacji działających tutaj. Chcemy uświadomić im, jak ważna jest rejestracja na listach wyborców danej dzielnicy i udział w głosowaniu.

Ilu Polaków już się zarejestrowało?
– Mamy dane, ale dotyczące ogólnej liczby obywateli Unii Europejskiej, którzy już się zarejestrowali. 1 grudnia 2007 roku było ich 349 tys. 451 osób. Termin rejestracji upływa 16 kwietnia. Formę, którą trzeba wypełnić można ściągnąć ze strony internetowej www.londonelects.org.uk albo skontaktować się z siedzibą lokalnych władz. 

Zamierzacie organizować spotkania z kandydatami na członków Rady Miasta i urząd burmistrza, skierowane wyłącznie do polskiej społeczności?
– London Elects jest organizacją niezależną i ponadpolityczną. To od kandydatów zależy, w jaki sposób będą prowadzili kampanię zachęcającą ludzi do oddania im swego głosu. 

Czy są jakieś analizy dotyczące stopnia zaangażowania Polaków w społeczno-polityczne życie Londynu?
– Nic mi na ten temat nie wiadomo.

..................................

Nowa Europa – kim jesteśmy?

Ewa Stawińska

Czy Polacy się integrują? Czy zamykają się w gettach? Kim są Portugalczycy w Wielkiej Brytanii? Czy Rumuni zalali liczebnie Wielką Brytanię? Portugalski nauczyciel Jose Agular, rumuńska doktorantka z UCL Raluca Pernes i polska socjolożka Aleksandra Łojek-Magdziarz spotkali się na panelu dyskusyjnym  „Kim jesteś, Europo?” – zorganizowanym w Soho Theatre i prowadzonym przez pisarza Marka Kaźmierskiego w kameralnej sali Soho Theatre.

nowaeuropa
fot.Piotr Apolinarski

Pretekstem do spotkania była wystawiana tam sztuka Doroty Masłowskiej, pt. „Biedni polskojęzyczni Rumuni”.
    Każdy z przedstawicieli trzech narodowości opisał sytuację imigrancką „swoich ludzi”. Okazało się, że Portugalczycy mają swoje getta – największe ich skupisko znajduje się w Lambeth, szczególnie ciekawej dzielnicy, bo tam również mieszka bardzo wielu Polaków i Somalijczyków.  Rumuni są na razie mniej terytorialnie skoncentrowani, być może wynika to z faktu, że wbrew obawom przeciwników wejścia Rumunii do UE, nie emigrowali masowo do Wielkiej Brytanii. Od wielu lat pracowali we Włoszech, bo kraj ten jest im dużo bliższy geograficznie, kulturowo i językowo.
Getta tworzą Polacy i Portugalczycy, co wynika głównie z ich liczebności. Zastanawiano się, czy tylko liczebność jest powodem, dla którego ludzie trzymają się „swoich”.
    Problem gettoizacji zaczyna być niepokojący wtedy, gdy proces ten trwa za długo. Na początku pobytu w obcym środowisku chęć otoczenia się rodakami jest pragnieniem całkiem naturalnym. Dlatego trudno ocenić w tej chwili, czy nowa fala polskich imigrantów to ludzie, którzy się nie integrują, czy też wciąż znajdują się na etapie, w którym organizowanie sobie życia w Wielkiej Brytanii  bez wsparcia rodziny i polskich znajomych może wydawać się zbyt trudne. Zupełnie inaczej jest, gdy z getta nie wychodzą całe pokolenia. To musi rodzić napięcia i prowadzić do alienacji.
    Temat dyskusji zdominowała sprawa polska. Obecni wśród publiczności  potomkowie polskich emigrantów opowiadali o swoich doświadczeniach z nową falą. Poł-Irlandka pół-Polka, która przez jakiś czas nie miała ochoty nawet mówić po polsku nagle poczuła, że chce przyjrzeć się swojej polskiej tożsamości. Kiedy zaczęła rozumieć, co się mówi wokół niej w zdominowanym przez Polaków metrze, poczuła wstyd. Przekleństwa, prymitywizm językowy, brak kultury – to ją przeraziło i trudno jej było bronić nowo przybyłych Polaków przez słownymi atakami ze strony Brytyjczyków, którzy jej mówili, że Polacy to prości i niekulturalni ludzie. Na szczęście, rozsądnie uznała, że ci dobrze wychowani Polacy są niewidoczni właśnie z racji dobrego wychowania.
    Pojawiła się też kwestia powrotów do Polski, o których tyle piszą media. Czy Polacy rzeczywiście wracają? Jeśli tak, to czy kierują się tylko motywami ekonomicznymi? I ci, którzy zostaną, będą się integrować? W jaki sposób, jak długo im to zajmie?
    Jose, przypominając doświadczenia portugalskiej emigracji, podkreślił istotę wyciągania wniosków z wcześniejszych podobnych zdarzeń. Jego zdaniem wszystkie fale emigracyjne są do siebie adaptacyjnie podobne. Problemy i napięcia z nich wynikające są niemal zawsze takie same, niezależnie od kraju pochodzenia. Spekulowanie, jakie będą losy imigrantów, czy dojdzie do integracji, wymaga odpowiedzi na kilka pytań natury ekonomicznej.
    Konkluzja płynąca z tego spotkania mogła być właściwie jedna: żyjemy w ciekawych czasach. Nasz przyjazd (mowa teraz o trzeciej fali, czyli o przyjezdnych po wejściu Polski do UE) do Wielkiej Brytanii zbiegł się z kryzysem tożsamościowym Brytyjczyków, któremu poświę
ca się wiele czasu i miejsca. Być może dlatego tak wiele mówi się o Polakach i ich odmiennej kulturze. Ale podobnie było w przypadku Irlandczyków czy Indusów.

..................................


O nas na Soho
Elżbieta Sobolewska
Soho Theatre przy Dean Street przedstawia londyńskiej publiczności twórczość dramaturgów z Europy Środkowo-Wschodniej. Prowadzi też spotkania z twórcami i publicznością. 11 marca tematem spotkania będą Polacy mieszkający w Wielkiej Brytanii. Dyskusję poprowadzi pisarz i publicysta Marek Kaźmierski.

O czym będziecie dyskutować?
– Będą to oczywiście tematy obracające się wokół migracji. Poruszymy na pewno problem dyskryminacji rasowej, która jest jednym z najpoważniejszych problemów toczących zjednoczoną Europę i może w ogóle jest najgorszą chorobą społeczeństw. Zastanowimy się, czy Europa bez granic jest Europą bez kształtu, czym jest ta nowa, coraz większa i coraz bardziej różnorodna Europa, jakie są jej szanse i jakie niebezpieczeństwa.
Sam dobierasz sobie dyskutantów?
– Oczywiście. Będą to na pewno przedstawiciele miejscowej społeczności rosyjskiej i rumuńskiej, ponadto ktoś z Centrum Kultury Rumuńskiej i, oprócz mnie, dwoje Polaków: redaktor naczelny „Nowego Czasu” Grzegorz Małkiewicz i dziennikarka współpracująca z polskimi i brytyjskimi mediami Aleksandra Łojek-Magdziarz.

W Soho Theatre organizowane są zajęcia dla młodych pisarzy i dramaturgów; aktorzy teatru biorą na warsztat slamową twórczość nastolatków i przedstawiają najlepsze teksty; w ramach programu Soho Connect organizuje się zajęcia dla ludzi w każdym wieku, które mają im uświadomić jak teatr i inne formy sztuki mogą pozytywnie wpływać na ich rozwój osobowościowy, umiejętności ekspresji swoich potrzeb i pragnień. Są to warsztaty, które mają przyciągnąć do teatru nowych widzów, scalać lokalną społeczność i wyławiać talenty: pisarskie, aktorskie. Ponadto co tydzień odbywają się panele dyskusyjne, które zawsze są organizowane przy okazji nowej sztuki. Ta dotycząca ściśle komediodramatu Doroty Masłowskiej „A couple of Poor, Polish-Speaking Romanians” odbędzie się 17 marca.


więcej 


..................................

Zwolnieni z pracy z powodu Polaków