Dziś
Londyn roi się od imigrantów. W pewnym sensie imigrantem jest
także mój brytyjski kolega pochodzący z malutkiego miasteczka w
Kornwalii, wcześniej znający stolicę swojego kraju tylko z
filmów i opowieści. Andy tak wyraził swoje pierwsze wrażenie:
– Czy ja ciągle jestem w Anglii? Przyzwyczajony do tego, że
angielska prowincja jest nie tylko biała, ale i anglojęzyczna, był po
prostu zszokowany tym, co zobaczył.
W podobnym tonie wypowiada się mój daleki
kuzyn Eddie, Polak z pochodzenia, lecz londyńczyk z urodzenia. Jakieś
dwadzieścia lat temu pojechał do Stanów Zjednoczonych. –
Kim jest rodowity Amerykain? – pyta, nie mając oczywiście na
myśli Indian, określanych tu mianem amerykańskich Indian. Mnogość ras i
kultur, jakie wtedy zobaczył, zrobiła na nim duże wrażenie. Teraz widzi
wyraźnie, że tamta rzeczywistość zapukała do jego domu. I doń weszła.
– Mnie to nie przeszkadza – mówi
Eddie. Należy jednak pamiętać, że w Eddiem więcej Anglika niż Polaka, a
na moje stwierdzenie, że Anglicy są zbyt polite, by wprost powiedzieć,
że taki obrót sprawy może im się nie podobać, tylko się
uśmiecha. Poza tym jako bardzo dobrze wykształcony i inteligentny
człowiek, syn profesora uniwerytetu w Cambridge polskiego pochodzenia,
kwestię imigracji może postrzegać nieco inaczej niż Anglik,
którego, dla uproszczenia, nazwiemy statystycznym.
O ile ten „statystyczny” Anglik
zamieszkujący małe miasta zalane od paru lat Polakami, którzy
– bądźmy szczerzy, bo hipokryzji nienawidzę – diametralnie
zmienili owych miast charakter jest niekiedy naszym rodakom wrogi, to
„statystyczny” londyńczyk podejście do imigrantów ma
o wiele bardziej luźne. Nie, żeby wychodził do nich z ideą lub chęcią
integracji. Nauczony doświadczeniem, po prostu ich akceptuje, tak jak
wszystkich innych imigrantów. Akceptuje ich z musu. Londyńczycy
płci męskiej bardzo chętnie integrują się z młodymi Polkami,
które często sens życia widzą w stabilizacji swojej sytuacji
materialnej; prawdopodobnie z tych samych, finansowych, względów
związki Polaków z Brytyjkami należą do rzadkości. Czyżby taka
była kobieca natura? A wszystko to wiąże się z problemem języka, o
którym wspomniałem we wstępie, a który pozostaje
podstawowym warunkiem tak mocno podkreślanej przez media integracji.
– Ju must du dat – usłyszałem w moim
pierwszym angielskim miejscu pracy, pod Liverpoolem, od tamtejszego
autochtona. Celowo użyłem polskiej pisowni. Ten człowiek powiedział
must, nie mast. Tak samo było na przykład z pieczarkami, uporczywie
nazywanymi przez tamtejszych Anglików muszrums. Cóż,
regionalizm, rzecz naturalna także i w Polsce. Proszę wyobrazić sobie
zatem angielszczyznę pracujących tam Polaków i
Portugalczyków – praktycznie jedynych zatrudnionych w tym
„obozie pracy” narodowości! Jako ciekawostkę podam tylko,
że Polacy klęli po portugalsku, a Portugalczycy po polsku. Nie
zagrzałem pod Liverpoolem długo miejsca, z czego bardzo się cieszę.
Dzięki uprzejmości rodziny mogłem przenieść się do Londynu, od
którego oczekiwałem nie tylko pracy, ale i pogłębienia
znajomości języka Szekspira. No, może w bardziej współczesnej
formie.
Pierwsze tygodnie nie zawiodły mnie. Mieszkałem z
Anglikami na najwyższym poziomie, zarówno intelektualnym jak i
językowym. Piękna, wyraźna angielszczyzna wartkim potokiem wlewała się
w moje uszy, rzeźbiąc odpowiedzialne za to zwoje mózgowe. Jakiś
czas potem zacząłem pracę z Andym, którego wcześniej
wspomniałem. Kontynuował on londyńską tradycję uczenia mnie dobrego
angielskiego, za co jestem mu bardzo wdzięczny, pozostając cały czas
świadomym, że tak naprawdę niewiele w tym jego zasługi –
zwyczajnie mówił w swoim ojczystym języku, który nie miał
naleciałości, że się tak wyrażę, cockneyowskich. Cockney dopadł mnie
później.
Początkowo myślałem, że ten dziwny rodzaj
angielskiego z wszechobecnym innit jest dla mnie po prostu za szybki.
Stopniowo zacząłem go odróżniać. Ło-a – woda. Be-a –
lepiej. Laj-a – zapalniczka. O ile bardzo sobie cenię mądrość
ludową, która mówi po polsku: „Jeśli wejdziesz
między wrony, musisz krakać jak i ony”, a po angielsku: If you
can’t beat them join them, tym razem z całą świadomą
stanowczością postanowiłem się jej sprzeciwić. Jeśli już tu jestem, to
nie dla cockneya, a dla angielskiego.
Kolejna moja praca opierała się na kontakcie z
samymi Polakami i z językiem wyłącznie polskim – zostałem
korektorem jednego z większych polonijnych tygodników wydawanych
w Wielkiej Brytanii. Nie powiem, bardzo mnie to cieszyło, w końcu
studia polonistyczne właśnie temu miały służyć. Jednak co z angielskim?
Później musiałem wrócić do Polski.
Półroczny pobyt w ojczyźnie zaowocował wprawdzie kilkoma
językowej natury spostrzeżeniami dotyczącymi slangu budowlańców,
aczkolwiek mój angielski leżał w tym czasie odłogiem.
I znowu Londyn, znów nowe nadzieje.
Tymczasowa praca w sklepie z elektroniką na Ealingu. Rodowici Anglicy,
nawet ci posługujący się cockneyem, nie stanowili chyba nawet połowy
kupujących. To samo ze sprzedawcami. Jeśli tylko jeden z polskich
klientów usłyszał, że mówię po polsku, daleko ruszyć się
nie mogłem. – Przepraszam, pan mówi po polsku! Mam
pytanie... – zwracał się do mnie co chwilę inny klient. Na
równi z innymi polskojęzycznymi pracownikami często służyłem za
tłumacza.
Drugim zawodem, którym w tamtym czasie się
parałem, był zawód... kucharza, mimo że z kuchnią wiele
wcześniej do czynienia nie miałem. Pizzeria, jeden z oddziałów
wielkiej kompanii. W kuchni dwóch Polaków, Chińczyk i
Syryjczyk. Kelnerzy to Polki, znów Syryjczyk, Iranka, urocza,
wielojęzyczna Mołdawianka, Słowaczki, Ukrainka, Rosjanka, a
główny supervisor to Azerbejdżanin urodzony w Iranie –
zresztą bardzo kompetentny i uczciwy gość. W podziemiu, czyli na
cleanerce znów Chińczycy i Syryjka. Żadnego Anglika. Ani
jednego.
Czy tego typu praca w tętniącym sercu Anglii jest w
stanie w jakikolwiek sposób poprawić nasz angielski?
Przewrotnie odpowiem, że tak, zastrzegając przy tym,
że jednocześnie nie. Argumentując za „tak”, posłużę się
przykładem wspomnianego wyżej Chińczyka, który sam porzucił
pracę w chińskiej restauracji, by nauczyć się po angielsku
mówić. Bo czytać i pisać umie, studiuje w końcu chłopak w
Londynie informatykę (może chce zostać hakerem – twierdzi, że
chiński rząd to very nice guys), jednakże jego akcent jest, jak to się
mówi na Wyspach, strong. Bardzo nawet strong –
któregoś dnia ze śmiechem zakomunikował mi, że ma nowe zadanie:
musi print the stockroom. – Print??? – dopytywałem z
niedowierzaniem. – Wy/za/drukować magazyn? – Yes, print
– odpowiada, imitując z uśmiechem ruchy pędzla na ścianie. On nie
pomylił słów. Chciał powiedzieć paint, czyli pomalować. Takie
właśnie doświadczenia wzbogacają nasz język, bowiem uczą nas czujności
i otwartości na różne akcenty.
Wydaje mi się, że nie ma na świecie kraju, ba
– nawet narodu, który by nie miał swojego reprezentanta w
Londynie. Co kraj, to obyczaj, ale i sposób artykulacji
angielskich głosek.
A argument na „nie”? Przyjechaliśmy tu
również po to, by uczyć się języka. Cudze błędy mogą wzbogacić
naszą wiedzę, owszem, ale tylko pod warunkiem, że je dostrzegamy. A co,
jeśli nie? Odpowiedź jest prosta – bierzemy je za dobrą monetę,
włączając automatycznie do naszego idiolektu, czyli zasobu słów
i nawyków językowych. W takim przypadku Londyn służyć nam nie
może, a i my specjalnie mu się nie przydamy. Mowa ciągle o
angielszczyźnie, nie o pracy, jak pamiętamy.
Nasuwa mi się skojarzenie z narodowym sportem
Anglików – polowaniem na lisy. Został on niedawno zakazany
i to raczej nie z pobudek humanitarnych. Kuriozum i przewrotność
– dziś łatwiej o pięknego lisa w londyńskiej metropolii niż na
wsi, a w Londynie trudniej niż na wsi o piękny angielski. Czyż nie
mieli racji rzymscy założyciele miasta zwanego wówczas Londinium
mówiąc, że fortuna kołem się toczy?