|
|
|
|
Kto dostanie votum?
tytuł 1
tytuł 2
tekst
Nr 0 (00)
..................................................... do góry
Z Ewą Brzeską, kandydatką na przewodniczącą POSK-u w zbliżających się wyborach rozmawia Elżbieta Sobolewska

fot. Marcin Piniak
Ewa Brzeska od dziesięciu lat jest członkiem zarządu Polskiego Ośrodka
Społeczno-Kulturalnego w Londynie. Właśnie przeszła na emeryturę, ale
tylko tę zawodową, pedagogiczną, bo jej praca społeczna na rzecz POSK-u
może właśnie teraz nabrać tempa. 10 maja członkowie ośrodka wybiorą
nowego przewodniczącego. Brzeska jest jedyną oficjalną kandydatką
zarządu do pełnienia tej funkcji. Kiedy pięć lat temu o prezesurę
ubiegał się Olgierd Lalko, nie miał innego konkurenta. Zwyczajowo, bo
statut ośrodka nie stawia takiego wymogu, przewodniczącym zawsze
zostawał członek zarządu. Zwyczaje jednak czasem się zmieniają, dlatego
tegoroczne wybory mogą odbiegać od przyjętego schematu.
Funkcja przewodniczącego jest nieodpłatna, tak jak
udział w radzie i zarządzie Ośrodka. Jedyną pokusą wydaje się być tu
tylko i wyłącznie chęć oraz potrzeba społecznego działania, bo przecież
nie można na POSK-u zarobić. A jednak od plotek głośno, bo choć żadna
inna kandydatura oficjalnie nie padła, to jednak tym razem
kandydatów może być kilku. Zainteresowany pełnieniem tej funkcji
może „ujawnić się” dopiero w dniu wyborów i,
teoretycznie, może zostać wybrany, wystarczy przeważająca liczba
głosów. To, jak długo jest się członkiem, nie ma znaczenia,
głosuje każdy, kto się do POSK-u zapisał, a teoretycznie mógł
zapisać się tylko po to, by oddać głos. Brzmi jak teoria spiskowa? Do
jej powstania dopuszczają anachronizmy i nieścisłości istniejące w
obowiązującym statucie tej organizacji. Nie powinien zawierać luk, bo
teoria lubi zemścić się praktyką.
Komuś zależy na
funkcji przewodniczącego Ośrodka. Dogaduje się więc z kolegą, by
wprowadzić jak najwięcej nowych członków, którzy po
znajomości przecież zagłosują.
(Aby zostać członkiem POSK-u trzeba mieć rekomendację dwóch
innych członków). Przewodniczącym Polskiego Ośrodka
Społeczno-Kulturalnego może zostać więc ktoś, kto po prostu wprowadził
odpowiednią liczbę ludzi go wspierających. Czy istnieje takie
niebezpieczeństwo?
– Istnieje. W wyborach na funkcję przewodniczącego mogą
kandydować ludzie z sali. Jest wiele nielogicznych zapisów w
statucie POSK-u, dlatego nowo wybrany przewodniczący musi się zająć
dostosowaniem go do obecnych realiów. Statut został napisany
trzydzieści lat temu i wtedy się sprawdzał, ale istnieją w nim na
przykład tak anachroniczne zapisy jak ten, iż z POSK-u można wyrzucić
kogoś, kto jest... komunistą. Składkę opłaca się raz, dożywotnio i to
jest zaledwie 10 funtów. Uważam, że powinny być to roczne
składki. Ostatnio dość dużo ludzi się zapisuje. Do tej pory
przyjmowaliśmy wszystkich. Kto chciał, ten stawał się członkiem
Ośrodka. A organizacja może się do POSK-u wkupić. Po uiszczeniu opłaty
tysiąca funtów, staje się członkiem rady. Tysiąc funtów
to wcale nie tak dużo. Kiedyś to było dużo, lecz organizacje wojskowe,
którym przecież bardzo na istnieniu tego ośrodka zależało,
wpłacały te tysiąc funtów na cel, który był ich
wspólnym celem – utrzymanie miejsca skupiającego życie
Polaków w Londynie. Czy dzisiejsze organizacje kierują się tymi
samymi, szlachetnymi pobudkami? Tysiąc funtów to dla organizacji
głos w radzie, a rada to organ, który dysponuje POSK-owymi
funduszami, zatwierdza projekty i je realizuje.
10 maja zostanie również wybrany nowy zarząd?
– Nie. Nowy przewodniczący musi zwołać w ciągu miesiąca następną
radę, której przedstawia swoje propozycje zarządu. Przeważnie
rada akceptuje te kandydatury. Zwykle tak było, że członkami zarządu
zostawali członkowie rady, ale nie jest to wymóg statutowy.
Jedynym wymogiem jest członkostwo POSK-u.
Kiedy Ośrodek powstawał nie było chyba problemu z pozyskaniem rąk chętnych do pracy społecznej, teraz jest inaczej...
– Jest dużo trudniej niż kiedyś. Gdy powstawał POSK, wszyscy byli
razem. Pracowali tu społecznie moi rodzice, potem mój mąż. Taka
to była generacja. Zawsze oprócz pracy zawodowej była praca
społeczna. Przez to miało się przyjaciół. Ten budynek został
zbudowany z funduszów indywidualnych ludzi, którzy
chcieli mieć tutaj coś swojego. Dopiero do powstania Sali Teatralnej
dołożył się Hammersmith & Fulham Council. Mój ojciec w
Polsce był oficerem, był w społeczeństwie poważany. Przyjechał tutaj i
zaczął pracę w pubie, tam gdzie mógł, jak inni. Oni potrzebowali
po pracy przyjść do POSK-u, do klubu SPK, by spędzić czas z ludźmi tego
samego pokroju. Często nie mieli żadnych angielskich przyjaciół,
nie mieli możliwości poznania w pracy ludzi na swoim poziomie. A ja już
pracowałam tam, gdzie sama chciałam, moja generacja przyjaźniła się z
Anglikami, choć najbliżsi to Polacy. Sytuacja zmieniła się bardzo.
A dlaczego pani kandyduje?
– Gdybym nie twierdziła, że jestem odpowiednią osobą, by
pełnić tę funkcję, nie kandydowałabym. Czuję, że to mój
obowiązek, bo społeczeństwo dało mi bardzo dużo, ukształtowało mnie i
jest moją powinnością, że skoro mogę, muszę dać mu coś w zamian.
Mój ojciec był wielkim społecznikiem. W Polsce skończył Wyższą
Szkołę Wojenną, a po wojnie jak tylko rodzice osiedlili się w
Manchesterze, zaczął prowadzić dom SPK. Pracuję społecznie, bo tak
zostałam wychowana. Prowadziłam drużynę harcerską, potem już tu, w
Londynie, przez pięć lat prowadziłam hufiec harcerski, a harcerstwo
naprawdę dobrze wychowuje. Stowarzyszenie Polskich Kombatantów
było kiedyś naprawdę silną organizacją, a my narzekaliśmy, że dla nas
nic nie ma. Założyliśmy więc własną organizację Polskie Pokolenia
Powojenne.
Ale teraz młodym ludziom
nie są potrzebne organizacje, które by ich scalały, POSK nie
spełni dla nich funkcji jednoczącej, bo taka ich nie interesuje.
Zostaną członkami POSK-u, ale tylko wtedy, kiedy Ośrodek coś im za to
członkowstwo zaoferuje.
– Mam parę planów na POSK, ale jeszcze nie chcę ich
ujawniać. Nie chodzi o organizowanie imprez, lecz o wyjście do nowych
emigrantów, stworzenie im w POSK-u czegoś, co ich przyciągnie,
nie jednorazowo, jak koncert czy kabaret, lecz na stałe. Musi to być
więc działalność, która trwa, i która będzie dla nich
pożyteczna. Wiele osób myśli, że potrafią lepiej. Wiem, że jak
się pracuje społecznie, to trzeba mieć grubą skórę.
Pomysłów na lepszą realizację jakiegoś przedsięwzięcia jest
wiele, ale nikt z tych ludzi nie powie, chcę to zrobić i wziąć na
siebie odpowiedzialność. Zdaję sobie sprawę, że członkostwo powinno coś
oferować i wiem, że jeśli tak się nie stanie, to nie będziemy mieli w
POSK-u młodych ludzi.
POSK został otwarty w 1974
roku, lecz idea jego powstania narodziła się wiele lat wcześniej.
Polacy osiadli w Londynie po II wojnie światowej mieli kilka swoich
miejsc, w których się spotykali. „Polską” dzielnicą
był kiedyś Kensington. Tam do dzisiaj mieści się Ognisko Polskie, w
którym przed laty występowały słynne gwiazdy Teatru
Dramatycznego II Korpusu, przemianowanego potem na Związek
Artystów Scen Polskich za Granicą; w pięknym Orle Białym,
który mieścił się w eleganckiej dzielnicy Knightsbridge,
odbywały się słynne emigracyjne bale. Tworzyły się organizacje i
instytucje, skupiające polityczno-społeczne życie emigracji,
stowarzyszenia krzewiące kulturę i naukę. Według niektórych, w
wynajętych salach i dzierżawionych budynkach – jak pisał
Józef Garliński w książce „Cud nad Tamizą” –
rozpraszano energię, dublując te same prace, tworząc instytucje,
które konkurowały ze sobą, zamiast współpracować. Wiele
lat dyskutowano nad sensem scalenia bogatego życia emigracji w jednym
miejscu. W końcu w 1963 roku, Polish University College Association Ltd
(PUCAL) uchwalił zawiązanie Fundacji Emigracji, która stworzy
podstawy do powstania Ośrodka Polskiego w Londynie. Przewodniczącym
PUCAL-u był wtedy prof. Roman Wajda, on też stał się pierwszym
przewodniczącym Ośrodka, którego rada ukonstytuowała się w 1964
roku. Za myślą i wolą działania musiały pójść pieniądze.
Pierwsze trzysta funtów ofiarowali założyciele POSK-u, kolejne
kwoty, już znacznie wyższe, pochodziły ze sprzedaży nieruchomości
należących do PUCAL-u i Stowarzyszenia Techników Polskich.
Nie sposób wymienić wszystkich darczyńców,
którzy wpłacali drobne i duże sumy, grupowo, organizacyjnie i
prywatnie. Nie sposób wymienić wszystkich osób,
które do stworzenia tego Ośrodka się przyczyniły. Jedno jest
pewne, był to potężny obywatelski zryw, który choć miał swoich
przeciwników i ma ich do dzisiaj, nigdy już w polskim Londynie
się nie powtórzył, żadna inna inicjatywa nie zmobilizowała tylu
ludzi. Chciano, by polskie centrum powstało w Kensington, bo tam
skupiało się życie Polaków, ale władze dzielnicy były temu
przeciwne. Pomysł spotkał się za to z przychylnością radnych dzielnicy
Hammersmith. Kupiono budynki przy King Street, które wyburzono.
6 marca 1971 roku, ks. Biskup Władysław Rubin poświęcił kamień węgielny
przyszłego Ośrodka. „Budowanego przez wolnych Polaków Bogu
na chwałę, Polsce na pożytek”, jak głosi napis umieszczony w holu
POSK-u. (es)
|
|
|