KIM JESTEŚMY REDAKCJA MARKETING DYSTRYBUCJA OGŁOSZENIA LISTY DO REDAKCJI KONTAKT 25 czerwiec 2018
E-WYDANIE
PUBLICYSTYKA
REPORTAŻ
LUDZIE I MIEJSCA
TAKIE CZASY
CZAS PRZESZŁY
CZAS TO PIENIĄDZ
DRUGI BRZEG
CZAS NA WYSPIE
AKTUALNOŚCI
ARTFUL FACE
PAN ZENOBIUSZ
FAWLEY COURT
REWERS
DOBRE, BO POLSKIE
SYLWETKI
LONDYN W SUBIEKTYWIE
OPOWIADANIA LONDYŃSKIE
ROZMOWA
LISTY DO REDAKCJI
KULTURA
RECENZJA
SYLWETKI
ROZMOWA
CO SIĘ DZIEJE
FELIETONY
KRYSTYNA CYWIŃSKA
ANDRZEJ LICHOTA
WACŁAW LEWANDOWSKI
GRZEGORZ MAŁKIEWICZ
V.VALDI
SPORT
AKTUALNOŚCI
RELACJA
ROZMOWA
FELIETON
GALERIA
PODRÓŻE
PO LONDYNIE
PO WYSPIE
POLSKIE DROGI
PO ŚWIECIE
W CZASIE I PRZESTRZENI
CZAS NA RELAKS
ZDROWIE POLECAMY
NA ŁAWECZCE
MANIA GOTOWANIA
KRZYŻÓWKA
KRONIKA ABSURDU
NA KOŃCU JĘZYKA
TO I OWO
ARTERIA
ARTYŚCI
GALERIA
EWA OBROCHTA
BASIA LAUTMAN
BEATA KOZŁOWSKA
WOJCIECH SOBCZYŃSKI
RYSZARD SZYDŁO
PAWEŁ KORDACZKA
MARIA KALETA
MAREK BORYSEWICZ
KRZYSZTOF MALSKI
KONRAD GRABOWSKI
JUSTYNA KABAŁA
IWONA ZAJĄC
ELZBIETA PIEKACZ
ELZBIETA CHOJAK
ELA CIECIERSKA
CAROLINA KHOURI
ANIA PIENIĄŻEK
AGNIESZKA KOWAL
A.HANDZEL-KORDACZKA
ANDRZEJ KRAUZE
ANDRZEJ LICHOTA
DAMIAN CHROBAK
GRZEGORZ LEPIARZ
SŁAWEK BLATTON
ANDRZEJ MARIA BORKOWSKI
PAWEŁ WĄSEK
MARCIN DUDEK
JOANNA SZWEJ-HAWKIN
DANUTA SOŁOWIEJ
TOMASZ STANDO
AGNIESZKA STANDO
OLGA SIEŃKO
FOTOREPORTAŻ
AGATA HAMILTON
JOANNA CIECHANOWSKA




Między nami sąsiadami
2009.12.19 / Michał Opolski
TAGI:
Share |
Niektórzy mawiają, że prawda leży tam, gdzie ją pogrzebano. Rolą historyków jest ją jednak odkry- wać i przedstawiać, bez względu na jej polityczny wydźwięk. W przypadku ludobójstwa na Wołyniu stało się nie inaczej – historia jest znana. Niestety, nasi politycy nie robią jednak zbyt wiele, by dać temu wyraz na arenie międzynarodowej. Polityczna kalkulacja, którą kierujemy się w naszych kontaktach z Ukrainą, nie tylko wygrywa z poszanowaniem elementarnych wartości, ale nie przynosi również oczekiwanych rezultatów.

Jest dobrze, będzie jeszcze lepiej
Relacje polsko-ukraińskie kształtują się znakomicie. Tak przynajmniej wynika z wypowiedzi naszych polityków, którzy w ogólnej euforii sukcesu zapominają o przykrych faktach. Doktorat honoris causa KUL, który przyznano kilka miesięcy temu prezydentowi Wiktorowi Juszczence, to w zamyśle władz uczelni i naszych polityków, ukoronowanie wzajemnej przyjaźni oraz pochwała ukraińskiej demokracji. To opinia obiegowa, funkcjonująca dla „dobra sprawy”, lecz gdy przyjrzeć się naszym wzajemnym stosunkom, zauważyć można, że budowa sojuszu z Ukrainą uświęca coraz więcej zakłamań i przemilczeń, skazując nasze wzajemne relacje na oczywiste patologie. I tym razem alarmują o tym tylko nieliczni – „jątrzyciele” i „malkontenci”. Polityczna poprawność nakazuje bowiem myśleć inaczej. Słuszna wykładnia brzmi mniej więcej tak: Rzeczywiście w zachodniej części Ukrainy odżywają nacjonalistyczne resentymenty rodem z czasów II wojny światowej, ale nie zmienia to faktu, że od kilku lat nasza współpraca z tym państwem jest coraz lepsza. Międzypaństwowy sojusz dawno zaś usankcjonowany został naszym poparciem dla „pomarańczowej rewolucji” z 2004 roku, dlatego też domaganie się prawdy o ludobójstwie na Kresach właśnie teraz może tylko zaognić nasze dobre stosunki. Cóż, czasy się może i zmieniły, ale wciąż są tematy, które lepiej pozostawiać w cieniu.

Kilkanaście dni temu otrzymałem e-mail z prośbą o poparcie akcji protestacyjnej przeciwko sesji naukowej poświęconej greckokatolickiemu biskupowi Andrzejowi Szeptyckiemu. Ściśle mówiąc, przeciwko sesji, która od początku wykluczała zaangażowanie w nią krytyków jego osoby. Taką to wolność badawczą mamy dziś w Polsce, że dyskutantów dobiera się tak, by dyskusji nie było. Ale nie ma się czemu dziwić, skoro wszelkie argumenty podważające czyjąś „nieskazitelną” biografię zwykliśmy traktować jednoznacznie – jako głos zawistników i wichrzycieli. A wypadałoby stworzyć panel dyskusyjny nieco szerszy, w końcu Szeptycki po dziś dzień budzi ogromne kontrowersje. Dla jednych – hitlerowski kolaborant, na którego barkach spoczywa współodpowiedzialność za eksterminację Polaków na Wołyniu, dla drugich – mąż stanu, patriota, bohater, „ukraiński Schindler”.

Gdy piszę ten tekst, sesję i protesty mamy już za sobą. Wnioski z nich skłaniają zaś do pewnych refleksji, nie tyle dotyczących samego Szeptyckiego, ale przede wszystkim na temat aktualnych stosunków polsko-ukraińskich, i zagadnień, które siłą rzeczy wokół nich orbitują.

Co z tym Wschodem?
Polska polityka zagraniczna jest dziś niespójna, w wielu miejscach niekonsekwentna, potrzebuje ugruntowanej myśli – pisał o tym kilka tygodni temu Grzegorz Małkiewicz (NC, 131, 10-23.10.2009), odnosząc się, jak sądzę, do kilku polemicznych artykułów, które ukazały się wcześniej na łamach „Rzeczpospolitej”. Fakt to bezsporny, trudno z nim polemizować, choć słuchając naszych polityków wydawać się może, że mają na tym polu same zasługi.

By jednak dobrze zrozumieć patologię, która zagościła ostatnio w naszych stosunkach z Ukrainą, przede wszystkim należy przypomnieć sobie wydarzenia z 2004 roku, gdy podczas „pomarańczowej rewolucji” udzieliliśmy wsparcia procesowi demokratyzacji u naszych wschodnich sąsiadów. Osobnym, acz istotnym tematem jest fakt, czy był to ruch właściwy, słowem – opłacalny z punktu widzenia naszej racji stanu. Głosy są podzielone, choć osobiście skłaniam się ku stwierdzeniu, że nasze poparcie wynikało wtedy ze słusznych pobudek, co niestety nie zmienia faktu, że późniejsza polityka względem Ukrainy przybierała coraz to bardziej kuriozalną formę. Nie atakowałbym więc samej idei, tym bardziej z perspektywy 2004 roku, lecz działania, które potem prowadzono. Podzielam więc głosy sprzeciwu wobec bezrefleksyjnego popierania prezydenta Juszczenki, gdyż jego aktualna działalność mocno rozmija się z tym, co zwykliśmy określać kanonem demokracji. Nasi czołowi politycy udają tymczasem, że problemu nie ma, przymykając oczy na bezczelne zakłamywanie historii uprawiane przez ukraińskich pogrobowców Bandery, którym prezydent Juszczenko konsekwentnie udziela wsparcia, odwołując się do nacjonalistycznych resentymentów drzemiących w zachodniej Ukrainie. Rafał Ziemkiewicz, publicysta „Rzeczpospolitej”, pisze wprost – „plują nam w twarz”. Mocne to stwierdzenie, ale niestety jest w nim dużo racji. Wystarczy prześledzić, chociażby doniesienia z portalu kresy.pl, by przekonać się, że nie jest to opinia bezzasadna.

„Prezydent Wiktor Juszczenko apeluje do rządu ukraińskiego o przyśpieszenie prac nad uznaniem UPA za organizację walczącą o niepodległość Ukrainy” – przeczytałem kilkanaście dni temu na wymienionym wyżej portalu.

W tej sytuacji zastanawia, dlaczego na linii Warszawa-Kijów wciąż jest tak sielsko-anielsko. I tu nie sposób pominąć naszego rządu i osobę prezydenta Lecha Kaczyńskiego, którego polityka wschodnia oparta jest na planach budowy silnego regionu, właśnie do spółki z Ukrainą i Litwą. Ba, ten wschodni kurs jest nawet jednym z priorytetów jego kadencji.

Nie ukrywam, że nasze aspiracje, by wespół z Ukrainą i Litwą budować silny region wschodni (Białoruś raczej należy wykluczyć), osobiście mi odpowiadają, choć znowu przyznam rację Ziemkiewiczowi, że w obecnej sytuacji, po zmianie układów politycznych na świecie, są one raczej bez szans. I przyznaję to z ubolewaniem, gdyż mówiąc po chłopsku, jak zwykł mawiać, znany mi skądinąd, pewien mądry człowiek – „Wszystko to, co osłabi Ruskich, wzmocni nas – Polaków”. I proszę nie traktować powyższego wniosku w kategoriach jakichś antyrosyjskich, nacjonalistycznych fobii, a jedynie tylko jako stwierdzenie nagiego faktu, zwłaszcza w momencie, gdy rosyjscy „demokraci” wciąż pałają do nas „szczególną” estymą.

W Unii Europejskiej nie ma jednak, póki co, chęci by powiększyć grupę 27 państw o Ukrainę, szczególnie teraz, gdy w niektórych jej regionach odradzają się tendencje nacjonalistyczne. Prawdopodobnie nie będzie takiej chęci również w przyszłym roku, kiedy to – dając wiarę analitykom – w fotelu prezydenta zamiast Juszczenki zasiądzie kolejny promoskiewski polityk. Tym bardziej dziwią nasze umizgi względem Kijowa, które w imię wyżej wymienionej koncepcji, nie pozbawione są półsłówek, przemilczeń, źle obliczonych kalkulacji. Nie oznacza to oczywiście, że Ukraina nie jest dla nas partnerem i należy ją omijać szerokim łukiem. Wręcz przeciwnie, jest i będzie, i należy ją wspierać politycznie, jeśli oczywiście są ku temu okoliczności, ale nie powinno odbywać się to kosztem pamięci dla ofiar ludobójstwa na Wołyniu, a dokładniej na Kresach Południowo-Wschodnich.

W końcu można wespół z Ukraińcami zorganizować kopanie piłki na Euro 2012, mało tego, można robić z nimi przeróżne biznesy, ale jednocześnie nie wyklucza to tego, że trzeba zdecydowanie potępić działalność OUN-UPA, którą w neobanderowskiej propagandzie porównuje się do polskiej AK. Tego jednak nie robimy, wychodząc z założenia, że mogłoby to zaszkodzić wzajemny interesom. Jakim? Biznesom mniejszych lub większych przedsiębiorców? Wybaczcie Państwo ten cynizm (zauważam tylko na czym świat stoi), ale jeśli można zarobić trochę złotówek i hrywien, to ofiary ludobójstwa nie mają w tym momencie najmniejszego znaczenia, stąd głęboko powątpiewam w fakt, że mówienie prawdy jest tu jakimś zagrożeniem.

Najnowsza historia i ofiary politycznie niewygodne
Prezydent Lech Kaczyński nie kryje, że prócz koncepcji budowania silnego regionu na Wschodzie, jego ambicją jest również tzw. polityka historyczna, którą swego czasu tak zaciekle atakowano, obrzucając jej zwolenników określeniami w stylu – „policjanci pamięci”. Przykłady owej „policyjnej” pamięci znaleźć nietrudno, wystarczy wspomnieć te najświeższe, czyli wypowiedzi związane z obchodami rocznicy wybuchu II wojny światowej, kiedy to „policjant” Kaczyński zadbał o to, by przynajmniej przez najbliższy czas nie kazano nam kajać się za wywołanie wojny, „polskie obozy śmierci” czy zbrodnie przeciwko sowieckiemu żołnierzowi – „wyzwolicielowi”. I dobrze, jestem za, każdy przy zdrowych zmysłach jest, ale nie podoba mi się bardzo (podobnie jak wszystkim „malkontentom” i „wichrzycielom”), gdy ten sam prezydent swoją politykę historyczną traktuje wybiórczo i instrumentalnie. Bo skoro podkreśla on swój szacunek dla ofiar hitlerowskich i stalinowskich mordów, to dlaczego nie stosuje tej zasady w stosunku do ofiar ludobójstwa na Wołyniu, gdzie według różnych danych, z rąk ukraińskich nacjonalistów z OUN-UPA zginęło podczas II wojny światowej kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Wśród nich byli nie tylko Polacy, ale także pomagający im Ukraińcy oraz inne mniejszości etniczne, zamieszkujące dawne tereny II Rzeczpospolitej: Żydzi, Rosjanie, Ormianie.

Nieżyjący już prof. Paweł Wieczorkiewicz mówił o liczbie wahającej się pomiędzy 70-114 tys. zamordowanych, zaznaczając, że dane te obejmują tylko ofiary narodowości polskiej. Same zbrodnie opisywał zaś w ten sposób: „Rzezie na Wołyniu swoim okrucieństwem i metodami działania można porównać tylko do eksterminacji Ormian przez Turków w czasie I wojny światowej i walk etnicznych na Bałkanach w czasie II wojny światowej.”

Czy dziś są to wciąż ofiary drugiej kategorii, z etykietkami – „tu leżą politycznie niewygodni”? Najwidoczniej tak, skoro ani polski parlament, ani rząd, ani prezydent, nie interweniują, gdy zbrodniarzom z OUN-UPA stawia się na Ukrainie pomniki, organizuje ku ich czci uroczyste akademie, rowerowe rajdy, oraz nazywa ich imieniem ulice i place. I mam tu na myśli, przede wszystkim interwencję międzypaństwową, skierowaną do prezydenta Juszczenki, który podobnym wyda-
rzeniom patronuje. Czy to tak wiele? Okazuje się, że tak, zwłaszcza że o zbrodniach dokonanych na Polakach mówi się dalej bojaźliwie i przy użyciu eufemizmów, nierzadko sprowadzając temat do politycznych przepychanek, w których prawda zawsze znajduje się w głębokiej pogardzie. I dotyczy to niemal wszystkich polityków, tak z lewej, jak i z prawej strony sceny politycznej. Poseł Stefan Niesiołowski, który jeszcze kilka lat temu nazywał Katyń ludobójstwem, dziś, by nie wyjść poza ramy politycznej poprawności, zdecydowanie przeciwstawia się faktom, mówiąc o „zbrodni wojennej”. Jest to określenie na tyle pokrętne i nieadekwatne, że pozwolę sobie podsumować je ulubioną frazą Pana posła – „to jakiś bełkot”. Zresztą takie niejasne stwierdzenia funkcjonują u nas od dawna, wystarczy przytoczyć te najbardziej znane typu: „tragedia wołyńska” czy „wypadki wołyńskie”. Grunt to powiedzieć tak, by nikogo nie urazić, jednocześnie sprowadzając temat do rozgrywających się gdzieś w zamierzchłej przeszłości zdarzeń, w których wina rozkłada się na obie strony konfliktu. A skoro Polacy wiedzą o tych „wypadkach” wciąż nie za wiele, pomijając już wiedzę samych Ukraińców, o których jeszcze wspomnę, to takie postawienie kwestii jest rzeczywiście bardzo kompromisowym rozwiązaniem. Póki co, co powiecie Państwo na nowe, „poprawne” i kompromisowe definiowanie zbrodni, dajmy na to: „wydarzenia oświęcimskie” lub „wypadki bałkańskie”. Przykładów takiej nowomowy można by wymienić jeszcze kilka, ale czy o to chodzi w prawdzie, by pomijać jej istotę. W końcu gwałciciela też nazwać można winnym działań o charakterze gwałtu.

W tym duchu utrzymana jest uchwała Sejmu RP z 15 lipca bieżącego roku, którą i tak nazwać można faktem znaczącym, zwłaszcza w kontekście wieloletniego milczenia na temat mordów na Kresach Wschodnich II RP. Czytamy w niej m.in. „W lipcu 2009 roku mija kolejna – 66. rocznica rozpoczęcia przez Organizację Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińską Powstańczą Armię na Kresach II Rzeczypospolitej tzw. antypolskiej akcji – masowych mordów o charakterze czystki  etnicznej i znamionach ludobójczych. Sejm RP składa hołd pomordowanym Rodakom i obywatelom polskim innych narodowości oraz członkom Armii Krajowej, Samoobrony Kresowej i Batalionów Chłopskich, którzy podjęli dramatyczną walkę w obronie polskiej ludności cywilnej i przywołuje bolesną pamięć o ukraińskich cywilnych ofiarach.”

Informację o wyżej wymienionej uchwale znalazłem przez przypadek na portalu kresy.pl, szukając zupełnie innych treści. Tym większe było moje zaskoczenie, gdy próbowałem odnaleźć ją później na stronach ogólnopolskich dzienników, co mi się nie udało. Skąd to milczenie? Najwidoczniej jest tu nam znowu nie po drodze, bo przecież nagłaśniając taką uchwałę narazilibyśmy się na protesty ukraińskich nacjonalistów, kto wie może samego Juszczenki, a tak mamy święty spokój. Można by powiedzieć, że wilk syty i owca cała. Sejm spełnił swój obowiązek, więc w razie, gdy jacyś „jątrzyciele” będą biadolić o wołyńskich krzywdach, pokażemy im stosowną uchwałę.

Czyli problem pozostaje?
Kilkanaście lat po tym, jak Ukraina odzyskała niepodległość, wciąż nie rozpoczął się w naszych wzajemnych stosunkach żaden nowy, spektakularny rozdział. Nie czuję się osobą na tyle kompetentną, by wypowiadać na temat naszych kilkusetletnich relacji jakieś kategoryczne sądy. Pozostawię tę kwestię historykom, mając nadzieję, że jeśli rzeczywiście zależy im na rzetelnym badaniu przeszłości, zapomną o wzajemnych animozjach i skupią się na faktach. Nie trzeba jednak być historykiem, by wśród znanych już faktów dotyczących ludobójstwa na Wołyniu, znaleźć istotę rzeczy i poddać ją pod rozwagę Czytelnika.

Prawdą jest, że między Polakami i Ukraińcami nie nastąpiła dotąd ekspiacja win, szczególnie tych związanych z historią XX w. Są one po obu stronach, czy nam się to podoba, czy nie. Należy jednak zauważyć, a nawet poczuwam się do takiego obowiązku, że rozkładają się one zupełnie niesymetrycznie i nie można ich porównywać. I nie jest to opinia tylko polskich badaczy, którym oczywiście można zarzucić stronniczość, ale szczególnie ukraińskich, którzy podczas seminarium „Polska – Ukraina: trudne pytania” nie znaleźli dowodów na to, by winy te w jakikolwiek sposób móc zrównoważyć.

Nie było żadnych oficjalnych planów AK, by na cywilnej ludności ukraińskiej dokonywać odwetów, co często sugerują neobanderowcy, lansując lichą tezę polskiej współodpowiedzialności za zbrodnię. Wręcz przeciwnie, każdy akt nieposłuszeństwa wobec rozkazu zaniechania zemsty na cywilach, uznawany był za zbrodnie i karany przed sądem polowym. Owszem, należy przyznać, że mimo tego zdarzały się akty zemsty ze strony żołnierzy AK, których rodziny zostały w bestialski sposób zamordowane, ale były to zjawiska incydentalne i skali tych zbrodni nie da się porównać z ludobójstwem dokonanym przez nacjonalistów z OUN-UPA. Trudno doszukać się podobnych analogii także nieco wcześniej, dajmy na to przed wojną, kiedy to mniejszość ukraińska była na ziemiach polskich represjonowana – co do tego nie ma wątpliwości. Ale czy używanie przemocy fizycznej i psychicznej wobec ukraińskich więźniów obozu w Berezie Kartuskiej, może wytrzymać porównanie z bestialskimi mordami na Kresach? Czy akcje polonizacyjne skierowane w stosunku do Ukraińców, którym tuż przed wojną burzono cerkwie na Chełmszczyźnie, były tego samego rodzaju zbrodniami? Nie, nie były, co oczywiście wcale naszych działań nie usprawiedliwia. Jednak na takich wydarzeniach buduje się dziś skalę porównawczą, sprowadzając ludobójstwo z Kresów Wschodnich do zwykłej zemsty za doznane krzywdy. Jedno z takich wydarzeń opisywał prof. Paweł Wieczorkiewicz, odnosząc się do pacyfikacji ukraińskich nacjonalistów w Małopolsce Wschodniej.

„ (…) We współczesnej martyrologii ukraińskich nacjonalistów pacyfikacja owa, która była w perspektywie drobnym epizodem, urosła do wymiarów zbrodni, bodaj czy nie ich zdaniem:  porównywalnej z Holocaustem, a na pewno z „tzw. zbrodnią wołyńską”. Wybatożenia zadków, często słusznego, nie można stawiać na równi z odcinaniem głów, otwieraniem brzuchów, wyrywaniem języków, wyłupianiem oczu, czego dopuszczali się Ukraińcy na Wołyniu i później”

Kilka lat temu padły słowa, będące nawiązaniem do legendarnego listu polskich biskupów do biskupów niemieckich. „Przebaczamy i prosimy o przebaczenie” – napisał w liście do Adama Michnika – wówczas jeszcze premier – Wiktor Juszczenko. Mniejsza o to, że powinien on poszerzyć listę adresatów tego apelu, gdyż w tej formie sprowadzał się on raczej do prywatnej korespondencji, nie zaś oficjalnej odezwy do Polaków. Zadziwiające jest jednak to, że dziś – już jako prezydent – swoją proneobanderowską polityką zaprzecza temu, co tak pięknie niegdyś ujął. I co? I nic? Ciekaw jestem, czy gdyby Angela Merkel, po wystąpieniach na Westerplatte objęła swoim patronatem stawianie pomników Himmlerowi, licząc na poparcie neonazistów, mogłaby cieszyć się uznaniem katolickiej uczelni i polskich polityków?

Nie staliśmy się więc świadkami historycznego pojednania, do jakiego doszło przecież z Niemcami. A można było tego przecież oczekiwać, pokładając jakieś nadzieje we wspomnianej wcześniej „pomarańczowej rewolucji”. Te okazały się jednak złudne i trochę na wyrost, co nie zmienia faktu, że wspieranie demokratyzacji na Ukrainie dalej powinno być naszym celem.

A skoro nie ma pojednania, nie będzie też historycznego „katharsis”, dzięki któremu mogli-
byśmy budować prawdziwe partnerstwo. Nie oczekujmy tego, zwłaszcza teraz, gdy Ukraińcy sami mają problemy, by jasno określić się jako naród i sprecyzować poglądy na przyszłość. Dowodem na to są wyraźne podziały wewnątrz kraju, które uosabiają różne koncepcje myślenia.

O ludobójstwie na Wołyniu wie 62 proc. Polaków powyżej 55 roku życia. 51 proc. Polaków w wieku od 18 do 24 lat nic o tych wydarzeniach nie słyszało. Tylko 8 proc. młodych Polaków zna historię mordów wołyńskich.

Na pytanie „Kim były ofiary?” 31 proc. uważa, że Polacy, 4 proc. za ofiary podaje zarówno Polaków, jak i Ukraińców.

Michał Opolski

Dodaj komentarz:
Autor:
Wpisz hasło z obrazka: (małymi literami)


REKLAMA
PODCASTY
...zobacz inne podcasty
ARTERIA
...zobacz archiwum Arterii
REKLAMA
ENGLISH PAGE
...zobacz inne artykuły
ANKIETA
Czy wyjeżdźasz na wakacje do Polski?
liczba głosów: 28454
Tak

23763
84%
Nie

4691
16%
...zobacz archiwum ankiet
WYSZUKIWANE TAGI

Polsport |usługi kamieniarskie wodzisław | liny nierdzewne | fizjoterapia wodzisław | Leczenie poronień | czaszkowo-krzyżowa Cieszyn
zespół muzyczny rybnik | liny nierdzewne | szkolenia sandomierz | badania profilaktyczne Żory | sprzęt alpinistyczny