KIM JESTEŚMY REDAKCJA MARKETING DYSTRYBUCJA OGŁOSZENIA LISTY DO REDAKCJI KONTAKT 13 grudzień 2018
E-WYDANIE
PUBLICYSTYKA
REPORTAŻ
LUDZIE I MIEJSCA
TAKIE CZASY
CZAS PRZESZŁY
CZAS TO PIENIĄDZ
DRUGI BRZEG
CZAS NA WYSPIE
AKTUALNOŚCI
ARTFUL FACE
PAN ZENOBIUSZ
FAWLEY COURT
REWERS
DOBRE, BO POLSKIE
SYLWETKI
LONDYN W SUBIEKTYWIE
OPOWIADANIA LONDYŃSKIE
ROZMOWA
LISTY DO REDAKCJI
KULTURA
RECENZJA
SYLWETKI
ROZMOWA
CO SIĘ DZIEJE
FELIETONY
KRYSTYNA CYWIŃSKA
ANDRZEJ LICHOTA
WACŁAW LEWANDOWSKI
GRZEGORZ MAŁKIEWICZ
V.VALDI
SPORT
AKTUALNOŚCI
RELACJA
ROZMOWA
FELIETON
GALERIA
PODRÓŻE
PO LONDYNIE
PO WYSPIE
POLSKIE DROGI
PO ŚWIECIE
W CZASIE I PRZESTRZENI
CZAS NA RELAKS
ZDROWIE POLECAMY
NA ŁAWECZCE
MANIA GOTOWANIA
KRZYŻÓWKA
KRONIKA ABSURDU
NA KOŃCU JĘZYKA
TO I OWO
ARTERIA
ARTYŚCI
GALERIA
EWA OBROCHTA
BASIA LAUTMAN
BEATA KOZŁOWSKA
WOJCIECH SOBCZYŃSKI
RYSZARD SZYDŁO
PAWEŁ KORDACZKA
MARIA KALETA
MAREK BORYSEWICZ
KRZYSZTOF MALSKI
KONRAD GRABOWSKI
JUSTYNA KABAŁA
IWONA ZAJĄC
ELZBIETA PIEKACZ
ELZBIETA CHOJAK
ELA CIECIERSKA
CAROLINA KHOURI
ANIA PIENIĄŻEK
AGNIESZKA KOWAL
A.HANDZEL-KORDACZKA
ANDRZEJ KRAUZE
ANDRZEJ LICHOTA
DAMIAN CHROBAK
GRZEGORZ LEPIARZ
SŁAWEK BLATTON
ANDRZEJ MARIA BORKOWSKI
PAWEŁ WĄSEK
MARCIN DUDEK
JOANNA SZWEJ-HAWKIN
DANUTA SOŁOWIEJ
TOMASZ STANDO
AGNIESZKA STANDO
OLGA SIEŃKO
FOTOREPORTAŻ
AGATA HAMILTON
JOANNA CIECHANOWSKA




Turecka herbata i anioł skrzydlaty. O wielokulturowości Niemiec
2008.02.15 / Aleksandra Solarewicz
TAGI:
Share |
Tutaj Rosjanka ma rodziców Niemców, Niemka nosi nazwisko Gorecki, lecz nie zna ani słowa po polsku, księża od św. Kamila są Polakami, a Turek nazywa się Schmiede i ma niebieskie oczy.

Na pustym, lśniącym peronie nowego dworca Berlin Hauptbahnhof zauważyłam dwie panie. Jedna na oko trzydziestolatka, druga ma może około sześćdziesiątki. Podchodzę do nich, pytam o automat z biletami. – Niestety, nie wiemy, gdzie jest. Ale my mamy taki bilet na cztery osoby, może pani jechać z nami.

Z wdzięcznością przycupnęłam koło obu kobiet, które przyglądają mi się z zainteresowaniem. – Skąd pani przyjechała? – pyta starsza z nich, słysząc wyraźnie obcy akcent. – Z Polski – odpowiadam już swobodniej. – Z Wrocławia – dodaję. Przytakują obie. Tak, słyszały o Wrocławiu. Wyjaśniam, że przybyłam na projekt dziennikarski Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej i Fundacji Genshagen. – A panie są tutejsze? – drążę, bo według mnie delikatnie różnią się od Niemek, i urodą, i skromnym strojem. – Ja już urodziłam się tutaj – odpowiada starsza z nich, widząc zainteresowanie. – Ale moich rodziców Stalin wypędził znad Wołgi w okolice Krasnojarska. – A więc Niemcy nadwołżańscy! – coś we mnie aż drgnęło. Pani tymczasem smutnieje. – Co to były za czasy i co to za ziemia – wzdycha, jak gdyby widziała je własnymi oczami. – Mój stryj opowiada, jak kopał tę zmarzniętą ziemię na Syberii. Tyle osób umierało z wycieńczenia. Tam jest grób na grobie. Najczęściej bezimienny – głos jej się załamuje. – A panie są już tutaj urodzonymi Niemkami? – myślę głośno. W odpowiedzi słyszę: – Ależ nie. My jesteśmy Rosjanki!

Bóg chrześcijan, Bóg nomadów

Moment na chodzenie z wizytą wydaje się być najgorszy: z nieba leje się lodowaty deszcz, który siecze niemiłosiernie, zatapiając stare chodniki. Zostawiam za sobą Warschauerstrasse, z piękną stacyjką kolei miejskiej z początku wieku i okropnym, NRD-owskim blokowiskiem z drugiej strony torów. Razem z moją grupą zanurzam się w smutne zaułki Skalitzererstrasse, poszukując siedziby Gminy Tureckiej, gdzie mamy umówione spotkanie. Z trudem znajdujemy obskurny budynek-dziwo, z ciasną klatką schodową, gdzie mieści się biuro Gminy Tureckiej w Berlinie. Przez korytarz raz po raz przemykają się cicho pracownicy, ciekawie przyglądający się gościom, którzy mówią miękkim, śpiewnym językiem. Mieszkanie jest skromnie urządzone, aneks kuchenny sąsiaduje ze stołem obrad, a okna pokoju wychodzą na betonowe podwórko. Z fotografii wiszącej nad stołem konferencyjnym spogląda Kemal AtatÜrk, który nasrożył krzaczaste brwi jak marszałek Piłsudski.

Bekir Yilmaz, niedawno wybrany przewodniczący, jest wyraźnie onieśmielony grupą dziennikarzy z Polski. Kiedy mówi o działalności Gminy, kuli się w sobie, a oczy ma wbite w blat stołu. Właściwie nie tyle mówi, co czyta ulotkę informacyjną. – On się cały trzęsie – zauważa szeptem koleżanka. Ale Polacy nie byliby narodem emigrantów i wygnańców, gdyby nie potrafili znaleźć z niemieckim Turkiem wspólnego języka. Pan Yilmaz ożywia się i zaczyna opowiadać o tym, co boli przybyszów z Południa. Skarży się na przykład, że tylko Turcy muszą zdawać egzaminy językowe w Instytucie Goethego, gdy starają się o pobyt stały, podczas gdy inni cudzoziemcy nie muszą. Liczba imigrantów tureckich wynosi teraz 2,7 miliona, co czyni ich największą grupą narodowościową po samych Niemcach. Wciąż napływają nowi tułacze, pojedynczo, rodzinami, całymi klanami. – Rząd niemiecki uważa, że najlepszą drogą do współpracy jest asymilacja. A my się nie chcemy asymilować. My się chcemy integrować – mówi z żalem w głosie.

Popijamy herbatę turecką o kolorze ciemnego bursztynu, gorzkawą, pyszną .– Polska? Jasne, Turcy znają i lubią ten kraj. Z Polakami nigdy nie mieliśmy problemu – uśmiecha się przewodniczący.

Faktycznie, od czasu bitwy wiedeńskiej nikt nikomu w drogę nie wchodzi. Pogodna gawęda kończy się oczywiście dyskusją o meczecie w Kolonii. Muzułmanie są zadowoleni z projektu, nad którym czuwa Hassan Schmiede z kolońskiej gminy (spotkam go kilka dni później). – To będzie coś na miarę naszych potrzeb – mówi pan Yilmaz. Protesty chrześcijan, których oprócz gabarytów budynku, niepokoi wizja śpiewu z 55-metrowej wieży, trochę go dziwią. – A czy w Stambule nie biją codziennie dzwony? Nikomu to nie przeszkadza.

Fakt – myślę. Chrześcijanie w Turcji nie budują jednak tak okazałych świątyń, a w ogromnej większości nie mają prawa własności do budynków sakralnych.

Wychodzę na ulicę, mokrą od deszczu i złotych liści. Na środku skweru stoi kościół z czerwonej cegły. To znaczy, budowla, która kiedyś była kościołem. Bo teraz ma wymienione okna i drzwi na białe PCV, a tabliczka głosi, że mieści się tutaj szkoła. Poszłabym dalej, nie zatrzymując się, bo będąc w Anglii widziałam już świątynie zamienione na salony samochodowe i domy mieszkalne. Ale nad drzwiami tego budynku ostało się złociste malowidło, przedstawiające Chrystusa i Jego uczniów, a nad nimi słowa: Bleibe bei uns, Herr, denn es will Abend werden (Zostań z nami, Panie, gdyż ciemno już i ma się ku wieczorowi – ŁK 24,29). Widać wyraźnie: On, Mistrz odsunął się trochę na bok – jakby podjął decyzję, że odchodzi stąd, wybiera się w dalszą drogę. Oni stoją i proszą. Tak jakby wiedzieli, przewidzieli, jaki los spotka świątynię. Nie będzie już księdza i parafian, ale oni chcą Go tam za wszelką cenę zatrzymać. Czy zostanie tu? Czy może, jak pisze Staff w jednym z wierszy, zniechęcony, „beznadziejny – pójdzie… zbawiać ludy…”? Postacie zastygły na chwilę w bezruchu.

Pięć dni później jestem już w Nadrenii. W niedzielę, ciemnymi ulicami Bonn idę do jednej z czynnych, jakby za dużych jak na dzisiejsze Niemcy, świątyń. W neoromańskiej przestrzeni kościoła St. Elisabeth modli się garstka wiernych, która u nas nazwana by była nie parafią, a co najwyżej kręgiem modlitewnym, pod przewodnictwem księdza, który w Polsce byłby już na zasłużonej emeryturze. Echo śpiewu i muzyki organowej niesie się po strzelistych murach. Pustka. Na kolumnę przy ołtarzu pada cień skrzydlatej postaci, trzymającej w ręce włócznię. Nie widać samej figury, ale cień trwa, nieruchomy, jak wierny rycerz swego Pana. W pustce, przerywanej dźwiękiem nieznanych mi pieśni, cień anioła mówi, że On – tam jest. Gdyby nie ten anioł, sądziłabym, że w kraju, gdzie Bóg nomadów buduje meczet-centrum dla dwu tysięcy wiernych, Bóg chrześcijan wycofuje się z własnych kościołów.

Wszystkie groby są nasze

Nadrenia jest osnuta wiecznymi mgłami, nie darmo jest krainą legend i baśni. W Bonn, na tle tej szarości, widać pałacyki i ruiny twierdz. W bukowych lasach stoją budynki z grubo ciosanego kamienia, resztki średniowiecznego kościoła i wyludniający się klasztor. Tu i ówdzie można spotkać tablice z rzymskimi jeszcze inskrypcjami i pomniki lokalnych bohaterów, różne kolumny i płaskorzeźby. Czasami nawet nie ma potrzeby zastanawiania się, kto je postawił i kiedy. Gdybym była w ludnym Berlinie, dociekałabym kto, co i kiedy. Tutaj wydaje mi się, że wszystko urodziło się w nieokreślonym „kiedyś”.

Pałacyki, niegdysiejsze ambasady, są domami prywatnymi, a pałac prezydencki stoi ciemny i cichy. Widniejąca w oddali wieża już nie jest budynkiem parlamentu, tylko siedzibą poczty. Po cichym Renie czasem leniwie przepływa barka, poza tym srebrzysty nurt jest monotonny i chichy. – Mam za miedzą dwa cmentarze – pisze znajomy publicysta, który mieszka pod Kolonią. – Wszystkie narodowości, w tym Niemcy, Polacy i Rosjanie. Zapraszam na wyprawę. Zapalimy świeczkę symbolicznie, odmówimy stosowną modlitwę i starą tradycją wychylimy nad grobem kielonka za tych, co przed nami. Bo z latami wszystkie groby są nasze. Znajomy świetnie mówi po polsku, ale kiedyś wyrażał się z sympatią o Herbercie Hupce, więc pytam, czy jest Niemcem. – Ślązak z Sosnowca – odpowiada.– Taki żart historii.

Pod domem Beethovena

Z zaplanowanych w ramach tego projektu spotkań nie wyszło tylko spotkanie z nadreńską Polonią. Gdyby nie moja własna inicjatywa, nigdy bym nie odkryła, że miejsce, w którym szukam śladów polskich, jest centrum Związku Wypędzonych. Tymczasem stoję właśnie pod domem Beethovena i wiję się w wygibasach, by zmieścić w obiektywie czerwoną kamienicę. – Sie studieren hier? (Czy pani tutaj studiuje?) – słyszę nagle z boku i spotykam wzrok wyfiokowanej sześćdziesięciolatki w różowym kostiumie i takiejże dzianinie. – Sie ist schon nach der Promotion (Ona zrobiła już doktorat) – uprzedza mnie stojąca obok koleżanka. Chcę dodać od siebie, że pochodzę z Wrocławia, ale Nadrenia to nie Berlin i ludzie tutaj czasem nie kojarzą nazw. – Ich komme aus Breslau (Jestem z Wrocławia) – stwierdzam więc męczeńsko. Starsza dama drgnęła. – Sie haben „Breslau” gesagt. Gut. Wir sind in Deutschland und hier spricht man Deutsch. Wir haben oft Misverständnisse mit Polen, denn sie nutzen nur polnische Namen. Absichtlich! (Powiedziała pani Breslau. Dobrze. Tu są Niemcy i tu się mówi po niemiecku. My mamy często nieporozumienia z Polakami, bo oni używają tylko polskich nazw. Robią to celowo!). – I ja się im nie dziwię – pomyślałam. – Aber jetzt sind wir zusammen in der Europäischen Union und das spielt keine Rolle mehr (Ale teraz wszyscy jesteśmy w Unii i to już nie gra roli) – podsumowała z błyskiem w oku. Zainteresowanie tej pani i jej argumenty dały mi do myślenia, że spotkałam przypadkiem jedną z ziomków. – O rety… Zapadła chwila ciszy, w której zrozumiałam, że utrwalam niemieckie nazewnictwo własnej krainy. Aż tu nagle – Also wie man sagt (Zatem, jak to się mówi…): szehokiej dhogi! – wypaliła radośnie dama i zanim otrząsnęłam się ze zdziwienia, dała nura w tłum.

Tekst i Fot.: Aleksandra Solarewicz

Dodaj komentarz:
Autor:
Wpisz hasło z obrazka: (małymi literami)


REKLAMA
PODCASTY
...zobacz inne podcasty
ARTERIA
...zobacz archiwum Arterii
REKLAMA
ENGLISH PAGE
...zobacz inne artykuły
ANKIETA
Czy wyjeżdźasz na wakacje do Polski?
liczba głosów: 29873
Tak

24783
83%
Nie

5090
17%
...zobacz archiwum ankiet
WYSZUKIWANE TAGI

Polsport |usługi kamieniarskie wodzisław | śruby kwasoodporne | dom opieki Gliwice | transport ekogroszek Rydułtowy | suplementy diety produkcja kontraktowa
zespół muzyczny rybnik | cyklinowanie Skierniewice | medycyna pracy Rybnik | leczenie bólu Rybnik | system asekuracji