KIM JESTEŚMY REDAKCJA MARKETING DYSTRYBUCJA OGŁOSZENIA LISTY DO REDAKCJI KONTAKT 21 sierpień 2019
E-WYDANIE
PUBLICYSTYKA
REPORTAŻ
LUDZIE I MIEJSCA
TAKIE CZASY
CZAS PRZESZŁY
CZAS TO PIENIĄDZ
DRUGI BRZEG
CZAS NA WYSPIE
AKTUALNOŚCI
ARTFUL FACE
PAN ZENOBIUSZ
FAWLEY COURT
REWERS
DOBRE, BO POLSKIE
SYLWETKI
LONDYN W SUBIEKTYWIE
OPOWIADANIA LONDYŃSKIE
ROZMOWA
LISTY DO REDAKCJI
KULTURA
RECENZJA
SYLWETKI
ROZMOWA
CO SIĘ DZIEJE
FELIETONY
KRYSTYNA CYWIŃSKA
ANDRZEJ LICHOTA
WACŁAW LEWANDOWSKI
GRZEGORZ MAŁKIEWICZ
V.VALDI
SPORT
AKTUALNOŚCI
RELACJA
ROZMOWA
FELIETON
GALERIA
PODRÓŻE
PO LONDYNIE
PO WYSPIE
POLSKIE DROGI
PO ŚWIECIE
W CZASIE I PRZESTRZENI
CZAS NA RELAKS
ZDROWIE POLECAMY
NA ŁAWECZCE
MANIA GOTOWANIA
KRZYŻÓWKA
KRONIKA ABSURDU
NA KOŃCU JĘZYKA
TO I OWO
ARTERIA
ARTYŚCI
GALERIA
EWA OBROCHTA
BASIA LAUTMAN
BEATA KOZŁOWSKA
WOJCIECH SOBCZYŃSKI
RYSZARD SZYDŁO
PAWEŁ KORDACZKA
MARIA KALETA
MAREK BORYSEWICZ
KRZYSZTOF MALSKI
KONRAD GRABOWSKI
JUSTYNA KABAŁA
IWONA ZAJĄC
ELZBIETA PIEKACZ
ELZBIETA CHOJAK
ELA CIECIERSKA
CAROLINA KHOURI
ANIA PIENIĄŻEK
AGNIESZKA KOWAL
A.HANDZEL-KORDACZKA
ANDRZEJ KRAUZE
ANDRZEJ LICHOTA
DAMIAN CHROBAK
GRZEGORZ LEPIARZ
SŁAWEK BLATTON
ANDRZEJ MARIA BORKOWSKI
PAWEŁ WĄSEK
MARCIN DUDEK
JOANNA SZWEJ-HAWKIN
DANUTA SOŁOWIEJ
TOMASZ STANDO
AGNIESZKA STANDO
OLGA SIEŃKO
FOTOREPORTAŻ
AGATA HAMILTON
JOANNA CIECHANOWSKA




Wyspa - odcinek 33
2010.10.18 / Jacek Ozaist
TAGI:
Share |
Kucharz podchodzi do jednej z szafek i ostentacyjnym ruchem wyjmuje butelkę whisky, po czym wychodzi bez słowa.
Przez moment stoimy bez ruchu. Kilkunastu klientów siedzących na sali nie ma pojęcia, że awantura w kuchni może pozbawić ich długo wyczekiwanego posiłku.
– Co robimy? – pyta Aneta drżącym głosem.
– Rzućmy monetą – śmieję się głupkowato, by rozładować napięcie.
– Nie pójdę na salę! Obiecałam sobie, że już nigdy nie będę kelnerką.
– Lepiej myć kible?
– Pewnie, że lepiej. Kibel nie bywa chamski. Co najwyżej brudny.
Rozkładam bezradnie ramiona.
– Stajesz za kuchnią czy zwijamy interes? Klient od piętnastu minut czeka na „zbója”. Aneta bez wahania rzuca kurtkę i sięga po miskę z utartymi ziemniakami. Moja bohaterka!

Biegnę na salę przeprosić klienta za opóźnienie. Na szczęście, trafiam na wyrozumiałą osobę. Nikt zresztą nie ma wobec nas wielkich oczekiwań. Wszyscy raczej zastanawiają się, co też wymyślimy smacznego w pubie na tym zadupiu.

Od początku moim założeniem było gotowanie domowych obiadów, czyli tego, co w przeszłości sami robiliśmy w domu lub zapamiętaliśmy z kuchni naszych mam. Domowe, czyli nie z mrożonek ani żadnych półproduktów. Mieliśmy wydawać tylko to, co sami wytworzymy. Dlatego nasza kuchnia zaczęła przypominać manufakturę, gdzie się lepi pierogi, kluski śląskie i kopytka, uciera ziemniaki i tak dalej. Miałem niezły ubaw, eliminując z menu dziwnie brzmiące nazwy, takie jak fasolka po bretońsku, kotlet szwajcarski, śledź po japońsku, placek po węgiersku – i inne tego typu pułapki. Oczyma wyobraźni widziałem te uśmieszki, docinki, złośliwości i pytania, co to za polska kuchnia? Zostawiłem jedynie pierogi ruskie, a kotleta paryskiego zamieniłem na warszawski. Na cześć kucharza warszawiaka, Cezarego, który nagle opuścił stanowisko pracy z butelką whisky pod pachą, bo nie pozwoliliśmy mu niszczyć naszej wątłej reputacji.

Szczerze mówiąc, od początku miałem wątpliwości co do jego dyscypliny zawodowej, ale z braku laku dobra i alternatywa. Marzyliśmy o kuchni w pubie, lecz żadne z nas nie chciało tam gotować. Cezary pojawił się nagle jako znajomy znajomego, a przede wszystkim jako człowiek, który pomoże rozkręcić biznes, a jego zarobki będą rosły wraz z obrotami firmy. Układ niemal idealny. Fakt, że byłem ślepy, delikatnie pominę. Cezary jeszcze niedawno pomagał rozkręcić inną polską restaurację, którą rzekomo zorganizował od zera. Potem ci niewdzięczni ludzie wyrzucili go na bruk. Nie przyszło mi, niestety, do głowy, by zastanowić się lub dowiedzieć, dlaczego tak się stało. Ubolewałem wraz z nim, obiecując naiwnie, że u nas to się nie powtórzy.

Cezary rozpoczął naszą znajomość od delikatnego zbadania gruntu.
– Wszyscy kucharze piją – zagaił, wydmuchując w moją stronę kwaśnawe powietrze.
Właśnie rozważaliśmy, gdzie w przyszłej kuchni umieścić piec gazowy, lodówki, zamrażarki, stoły pomocnicze, półki. Pomieszczenie było jeszcze puste, a kafelki lśniły nowością.
– Ja to piję głównie piwo – dodał Cezary po chwili.
Wkurzył mnie, więc przyjąłem wzrok jego natrętnych oczu.
– Ja też – odpowiedziałem spokojnie. – Wino piję czasem do kolacji, a wódę walę jedynie na weselach.
Przygasł na moment i od razu odzyskał rezon.
– Święta racja – przyznał i sięgnął do siatki, którą trzymał. – Jeszcze nie zaczęliśmy pracy, więc...
Śmiałym ruchem wyjął dwie butelki piwa i podał mi jedną z nich. Przepiliśmy za przyszłość nowego interesu. Uścisnąłem wielką, owłosioną łapę Cezarego i życzyłem mu miłego leniuchowania, zanim nie rozpoczniemy pracy.
– Fajnie będzie się nam pracowało – stwierdził i zniknął w drzwiach.

Muszę przyznać, że trzymał się dzielnie przez sześć tygodni. Pił regularnie, ale w sposób umiarkowany. Mówił składnie, a obiady wydawał pewną ręką. Nie miałem zastrzeżeń, klienci też. Przybywało ich z każdym dniem coraz więcej i więcej. Jeśli ktoś był niezadowolony, nie mówił mi o tym. Wtedy uwierzyłem, że mój pijący kucharz należy do elitarnego grona tych nielicznych, którzy pijąc codziennie, nie wpadają w ciąg zakończony kłopotami w pracy czy w domu.

W życiu jest jednak tak, że mimowolnie przyciągamy do siebie takich, a nie innych ludzi. Mój ojciec pił, wujkowie pili, koledzy i znajomi także. Pili moi koledzy ze szkoły i z podwórka. Pił mój były wspólnik, pił kucharz, w którego uwierzyłem. Powinienem się tego spodziewać, ale, jak zwykle, miałem więcej optymizmu niż rozumu. Alkohol był wokół mnie od kolebki, więc byłem pewien, że ktoś wywróci się z flaszką wódki podczas mojego pogrzebu i zaleje nią moje ostatnie chwile na tym padole. Dlaczego miałoby być inaczej?

Tamtego feralnego dnia Aneta wskoczyła na miejsce Cezarego i już tak zostało. Nagle odkryła, że zarządzanie paroma metrami kwadratowymi smakowitości to jej żywioł. Zaczęła wiedzieć, jak zaplanować, przyrządzić, sprzedać. Ruch mieliśmy już wtedy naprawdę duży. Zwłaszcza w weekendy. Sto kilkadziesiąt obiadów w ciągu jednego popołudnia to naprawdę spore wyzwanie. Kto nigdy nie robił w gastronomii, ten nie wie, ile to jest zup, głównych dań, dodatków, surówek, napojów.

I tak zostałem właścicielem knajpy, z którą liczyła się nawet przyszła konkurencja. Skąd wiem? A stąd, że ciągle ktoś przyjeżdżał na przeszpiegi, nieudolnie kopiował menu i ceny, robił zdjęcia, coś tam sobie nagrywał potajemnie. Umieraliśmy z Anetą ze śmiechu, że robimy coś od paru miesięcy, a już zyskało to tak dobrą opinię, że stale ktoś wpada, by nas sprawdzić.

Najgorsze było jednak to, że ludzie zaczęli przychodzić do mnie jak do bankomatu. Ten po dychę, tamten po dwie. Ten do piątku, tamten do niedzieli. Ten potem znika i nigdy nie wraca, a tamten omija mnie szerokim łukiem, udając, że nie wie, o co chodzi. Jeszcze gorzej, że nie można człowiekowi odmówić posiłku. On przecież jutro przyniesie, zapłaci, no, bez jaj!

Dajemy, żywimy, wierzymy, że Bóg odpłaci i tak mija dzień za dniem. Zaczyna nam powoli przeszkadzać socjalna polityka rządu, która polega na bezgranicznej pomocy bez jakiejkolwiek polisy na sprawdzenie beneficjenta owej pomocy. Mark nie ma tej samej litości. Wyciąga rękę po czynsz i gówno go obchodzi, czy mamy kasę, czy nie. Nasze relacje zmieniły się do tego stopnia, że nie jesteśmy w stanie wypić po piwie i pogadać jak dawniej. Ja jestem płatnikiem, on skarbnikiem. Przeszłe zasługi i zarobione kiedyś pieniądze nie grają roli. Gość otwiera następny pub, choć wygląda na to, że nie radzi sobie z dwoma, które już ma. Wziął się za jakąś ruderę na wybrzeżu i tylko o niej teraz myśli.
Ostatnio przyszedł do mnie list zaadresowany tak:
Jacek Ozaist
The Duke of Cambridge


Zerknąłem w lustro, ale zamiast mojej lordowskiej mości, była tam moja polska gęba z rozwianym włosem i przekrwionymi ślepiami. Cóż, każdemu wolno marzyć. Nie mam zdolności kredytowej Marka, więc nie mam rozmachu, jakim on się kieruje. Mam jednak marzenia, które pozwalają wierzyć, że krok po kroku dotrę na szczyt tej cholernej góry.

Mark ma polską dziewczynę. Zwykle lata do niej. Spotykają się w Gdańsku, Poznaniu, Wrocławiu, Krakowie. Czasem lecą na urlop do Malagi, Lizbony czy na Barbados. Pewnego dnia pomyślałem, że ja też mogę. Wszyscy, słownie i dosłownie, wszyscy moi znajomi pojechali w zimie do Polski, a my z Anetą polecieliśmy na Dominikanę.

Dodaj komentarz:
Autor:
Wpisz hasło z obrazka: (małymi literami)


REKLAMA
PODCASTY
...zobacz inne podcasty
ARTERIA
...zobacz archiwum Arterii
REKLAMA
ENGLISH PAGE
...zobacz inne artykuły
ANKIETA
Czy wyjeżdźasz na wakacje do Polski?
liczba głosów: 31672
Tak

25922
82%
Nie

5750
18%
...zobacz archiwum ankiet
WYSZUKIWANE TAGI

Polsport |kamieniarstwo wodzisław | nity nierdzewne | mezoterapia mikroigłowa gdańsk | ekogroszek Pszów | psychoterapia Cieszyn
kuchnie rybnik | nakrętki nierdzewne | dietary supplements manufacturers europe | medycyna tropikalna Jastrzębie Zdrój | alpinizm przemysłowy