KIM JESTEŚMY REDAKCJA MARKETING DYSTRYBUCJA OGŁOSZENIA LISTY DO REDAKCJI KONTAKT 18 kwiecień 2021
E-WYDANIE
OGNISKO POLSKIE
* OGNISKO NASZE TO WIĘCEJ NIŻ KLUB…
* DAJMY SZANSĘ OGNISKU
* BITWA O OGNISKO
* FROM VICTORIOUS OGNISKO BACK TO…
PUBLICYSTYKA
REPORTAŻ
LUDZIE I MIEJSCA
TAKIE CZASY
CZAS PRZESZŁY
CZAS TO PIENIĄDZ
DRUGI BRZEG
CZAS NA WYSPIE
AKTUALNOŚCI
ARTFUL FACE
PAN ZENOBIUSZ
REWERS
FAWLEY COURT
DOBRE, BO POLSKIE
SYLWETKI
LONDYN W SUBIEKTYWIE
OPOWIADANIA LONDYŃSKIE
ROZMOWA
KULTURA
RECENZJA
SYLWETKI
ROZMOWA
CO SIĘ DZIEJE
FELIETONY
KRYSTYNA CYWIŃSKA
ANDRZEJ LICHOTA
WACŁAW LEWANDOWSKI
GRZEGORZ MAŁKIEWICZ
V.VALDI
PODRÓŻE
PO LONDYNIE
PO WYSPIE
POLSKIE DROGI
PO ŚWIECIE
W CZASIE I PRZESTRZENI
CZAS NA RELAKS
ZDROWIE POLECAMY
MANIA GOTOWANIA
KRZYŻÓWKA
KRONIKA ABSURDU
NA KOŃCU JĘZYKA
TO I OWO
ARTERIA
ARTYŚCI
GALERIA
EWA OBROCHTA
BASIA LAUTMAN
BEATA KOZŁOWSKA
WOJCIECH SOBCZYŃSKI
RYSZARD SZYDŁO
PAWEŁ KORDACZKA
MARIA KALETA
MAREK BORYSEWICZ
KRZYSZTOF MALSKI
KONRAD GRABOWSKI
JUSTYNA KABAŁA
IWONA ZAJĄC
ELZBIETA PIEKACZ
ELZBIETA CHOJAK
ELA CIECIERSKA
CAROLINA KHOURI
ANIA PIENIĄŻEK
AGNIESZKA KOWAL
A.HANDZEL-KORDACZKA
ANDRZEJ KRAUZE
ANDRZEJ LICHOTA
DAMIAN CHROBAK
GRZEGORZ LEPIARZ
SŁAWEK BLATTON
ANDRZEJ MARIA BORKOWSKI
PAWEŁ WĄSEK
MARCIN DUDEK
JOANNA SZWEJ-HAWKIN
DANUTA SOŁOWIEJ
TOMASZ STANDO
AGNIESZKA STANDO
OLGA SIEŃKO
FOTOREPORTAŻ
AGATA HAMILTON
JOANNA CIECHANOWSKA




Good morning Wietnam
2008.06.06 / Elżbieta Sobolewska
TAGI:
Share |
Opowieść o Wietnamie trudno zacząć od początku. Bo początek to nie Indochiny. A koniec to nie jarmark Europa na Stadionie Dziesięciolecia w Warszawie i budka z zupą o smaku Pho. Początek to pradawne dzieje hinduskiego królestwa Champa, którego ludność przybyła na ziemie obecnego Wietnamu w IV wieku naszej ery. Na współczesny Wietnam patrzymy okiem i obiektywem aparatów Agnieszki Mierzwy i Piotra Apolinarskiego. – Trudno, poza oczywistymi urokami tego kraju – mówią – sprecyzować dlaczego tak bardzo ciągnie nas tam z powrotem…

Wyznawcy hinduizmu wybudowali swoje świątynie na wzgórzach My Son nieopodal miasta Hoi an na południu kraju, które istniały przez stulecia ulegając tylko patynie mijającego czasu. Zniszczyły je amerykańskie bombardowania, teraz My Son to tylko smutne pozostałości dawnej architektonicznej potęgi.

Przez wieki ziemie te pozostawały pod wpływami Chin. Trwały ciągłe walki o niepodległość. Ulice wietnamskich miast noszą imię jednego z ich bohaterów, bogatego ziemianina Le Loi, którego armia na sto lat przegnała Chińczyków. Le Loi ogłosił się cesarzem, a jego mądre panowanie do dzisiaj otoczone jest legendą. Pokonał najeźdźców za pomocą magicznego miecza, który oddał wielkiemu żółwiowi podczas rejsu po jeziorze w Hanoi. Miecz wraz z żółwiem zniknął pod wodą, lecz pojawi się, gdy nadejdzie nowe zagrożenie… Ludzie powiadają, że wielki żółw wystawia z wody swój łeb, kiedy w kraju dzieją się rzeczy doniosłej wagi.

Misjonarze z Phu Quoc
W XVI wieku ziemie Wietnamu zaczęli nawiedzać misjonarze z Europy. Z początku portugalscy, potem duńscy, wreszcie francuscy. Ci pozostali najdłużej i w efekcie przynieśli nową, nieznaną dotąd zależność. Chińczycy dominowali od zawsze, na krócej lub dłużej podbijali te ziemie z systematycznym uporem, do którego się przyzwyczajono. Francuzi podporządkowali sobie Wietnam na przeszło sto lat, a pomijając dyskusję na argumenty przeciw i za, pozostawili jednak Wietnamczykom pamięć o kilku ludziach, którzy narodowi temu wielce się przysłużyli. Obaj byli misjonarzami. A w owych czasach tyleż musieli być posłańcami ducha, co i umysłu, czyli polityki, jeśli los tego kraju rzeczywiście był im bliski.

Aleksander de Rhodes był jezuitą, który prowadził tam misje w pierwszej połowie XVII wieku. Na bazie miejscowego języka w połączeniu z portugalskim i łaciną stworzył alfabet, którym współcześni Wietnamczycy posługują się na co dzień. Rezydował nawet przez jakiś czas na dworze cesarza Trinh Tranga – podarował mu podręcznik do matematyki oraz zegarek, który tak zachwycił monarchę, że łaskawie pozwolił mu zostać i krzewić swoją wiarę wszem i wobec. Szło nieźle do czasu, gdy cesarz zorientował się, że zasady głoszonego dekalogu wymagają od niego rezygnacji z licznych uciech ciała, którymi obdarzały go żony, mieszkanki przydomowego haremu. Postanowił więc ukrócić ten niewygodny dlań proceder nakazu moralności, a sam de Rhodes salwował się ucieczką. Nieraz jednak powracał do Wietnamu, gdzie wreszcie wpadł w ręce służb cesarskich i został skazany na śmierć. Nie minęły jednak trzy tygodnie, jak został ułaskawiony. Zrozumiał też, że przyczyną coraz bardziej rosnącej niechęci tubylców do misjonarzy są panoszący się Portugalczycy, którzy zamiast ewangelizować, barbarzyńsko ich sobie podporządkowują. Wrócił do Francji, po czym zaraz pojechał do Rzymu gdzie próbował przekonać papieża, by cofnął przyzwolenie na dominację tam Portugalii. Bezskutecznie. Wrócił więc na dwór królewski i opowieściami o niestworzonych dobrach i uległości tego narodu, przekonał próżnych Francuzów, że warto o ziemie te powalczyć. Przeszło półtora wieku później powstały Indochiny.

Drugi z bohaterów, Pierre Joseph Georges Pigneau de Behaine, trafił na misję na Phu Quoc, największą wietnamską wyspę tropikalną. Słynącą ze wspaniałych, długich, prawie dzikich i piaszczystych plaż… ale to teraz. Wtedy na Phu Quoc liczyły się nie plaże, lecz seminarium duchowne, a rzecz działa się sto lat po śmierci jego poprzednika. Na wyspę trafił również książę Nguyen Anha, banita, któremu kolejny raz konkurencyjna rodzina magnacka odbiła Sajgon. Misjonarz namówił go, by zechciał przyjąć wsparcie Francji, a sam przekonał kupców, żeby zafundowali mu dwa statki i oręż. Z francuskich dezerterów stworzył armię, ta zaś wyszkoliła 50-tysięczny oddział tubylców. De Chaigneau zyskał prawdziwe zaufanie rodu Nguyenów, którzy wreszcie pobili uzurpatorów. Nguyen Anh obwieścił się cesarzem Gia Long, kraj zaś ponownie nazwał prastarym imieniem – Wietnam. Misjonarz przywrócił Wietnamczykom państwo, nie doczekał jednak triumfu swej dyplomacji. Zmarł na dyzenterię. Jego pogrzeb został odnotowany przez kronikarzy: moment dokonania ceremonii pogrzebowych wybrał astrolog, trumnę z zabalsamowanym ciałem poprzedzało w procesji kilkanaście tysięcy żołnierzy i setki słoni, a za trumną szło kilkadziesiąt tysięcy żałobników, wśród nich sam cesarz.

Phu Quoc teraz
– Mieszkaliśmy w bungalowie, 30 metrów od plaży. Telewizja, klimatyzacja, czysto i przytulnie raptem 30 dolarów za noc. Trochę taniej było w hotelu, gdzie musieliśmy zapłacić 22 dolary za pokój. Jedzenie, które można było zamówić do bungalowu było wliczone w cenę – opowiadają Agnieszka Mierzwa i Piotr Apolinarski, autorzy fotoreportażu. – Wyspa ta ma wyjątkowej urody plaże, na których można poczuć się samotnie, a piasek biały i miękki jak mąka – dodaje Agnieszka. Owoce morza prosto od nienarzucających się miejscowych rybaków, szum kokosowych palm i krystalicznie czysta woda, to główne atuty tej wyspy o bardzo lokalnym charakterze. Ci jednak, którzy ją odwiedzili, przepowiadają jej los tajlandzkiej Phuket, pełnej Niemców, Szwedów i Anglików, potwornie drogiej i komercyjnej. Phu Quoc pewnie też już za jakiś czas straci swój urok dla poszukiwaczy lokalnych, prowincjonalnych uroków, bowiem firma Trustee Suisse Group chce zainwestować dziewięć miliardów dolarów w budowę ogromnego kompleksu rozrywkowo-hazardowego z wysokiej klasy hotelem, halami sportowymi, ekskluzywnym kasynem i halą widowiskową.

Tymczasem wyspa ta wciąż słynie z wytwórni sosu rybnego Khai Hoan, który powstaje z małych rybek i ma wyjątkowo intensywny zapach i fantastyczny smak. – Byliśmy w tej fabryce, nie mieliśmy żadnych problemów z wejściem i gdyby tylko nie ten potworny zapach ciągnący się z beczek, moglibyśmy swobodnie chodzić po wytwórni. Chyba dlatego nie ma żadnego problemu z wejściem, bo nikt z nas nie był w stanie zbyt długo tam wytrzymać, więc nie mogliśmy odkryć sekretów powstawania sosu – śmieje się Agnieszka. – Sos Khai Hoan jest dużo bardziej popularny niż sos sojowy i co ciekawe, nie można wywozić go z wyspy poza Wietnam. Kiedy więc chcieliśmy go kupić, grzecznie nam odmówiono. Przekonaliśmy jednak sprzedawców, tłumacząc iż jest nam niezbędny do przyrządzenia głównego dania wieczoru w hotelu. Sos był nasz.

Poza sosem Khai Hoan, Phu Quoc słynie również z hodowli pereł. W Sajgonie są nawet miejsca, gdzie można kupić perły na wagę, są najtańsze, więc najgorszej jakości. – Za sznur czarnych, hodowlanych pereł wraz z bransoletą zapłaciłam 68 dolarów – mówi Aga. – W Wietnamie powstają też tzw. shell pearls, czyli perły wytwarzane z naturalnego materiału, czyli muszli perłopławów, które przetwarzane są na masę, a z niej formowana jest kulka klejnotu o idealnych kształtach. Nie można jej jednak mylić z plastikowymi czy ceramicznymi „perełkami”.

Ho Chi Minh znaczy Sajgon
Sajgon to dziesiątki drobnych kafejek i garkuchni. Tak naprawdę urodę serwowanego jedzenia można podziwiać tylko w prawdziwych restauracjach. Dania pięknie się prezentują, co jest kulturowym spadkiem po wystawności kuchni cesarskiej, w której główną rolę stanowiły różnorodność i estetyka serwowanych potraw. Jednak restauracje kosztują więcej, a garkuchnie gotują równie smacznie i tanio. Podstawą jest zupa Pho z makaronem ryżowym – rodzaj rosołu na wołowinie, niezwykle aromatyczny, bo doprawiony świeżymi ziołami. Kuchnia Wietnamu słynie w odróżnieniu od chińskiej ze swoich kuszących aromatów, żywych kolorów i lekkości. Spadek po Chińczykach to pałeczki i wok, po Francuzach zostały tylko wszechobecne, „dmuchane” bagietki.

– Byliśmy nimi mocno rozczarowani, bo liczyliśmy również na swojskie pieczywo, a takiego tam po prostu nie ma. Zupę, owoce morza, tycie paszteciki-sajgonki zjada się na ulicy siedząc na małych, często kolorowych taborecikach. Potem przychodzi czas kawy. – Bardzo dobrej, mocnej i pachnącej. Każda szklaneczka ma swój własny zaparzacz. Krople esencjonalnego syropu kawowego ściekają do niej mieszając się z nalanym wcześniej gęstym mlekiem. Po posiłku wsiadamy na skuter. Cały Wietnam porusza się na skuterach. Światło zielone wcale nie oznacza, że trzeba stanąć albo ruszyć, czerwone nie oznacza, że trzeba kogoś przepuścić. Ruch rządzi się własną logiką, którą bardzo łatwo zaobserwować. Taki jeden mały motorek może pomieścić najdziwniejsze składy rodzinne, przewieźć niemal wszystko, od drabiny, po lodówkę. Wynajęcie go kosztuje około dziesięciu dolarów dziennie plus paliwo.

– Wybraliśmy się też poza miasto, na wesele, które odbyło się we wsi Tien Giang, ponad dwie godziny od Sajgonu – opowiada Piotr. – Niewiele miało wspólnego z folklorem, było za to dużo bardziej huczne i zabawowe, niż typowe wesela wietnamskie. Oni nie ucztują całymi godzinami tak jak my. Ale tym razem musiało być inaczej, bo panem młodym był Polak.
Maciek przyjechał do Sajgonu kilka lat temu na wymianę studencką. Tam poznał Tuyen. Nauczył się wietnamskiego i postanowił zostać w Sajgonie. Pracuje w firmie, która wprowadza na wietnamski rynek producentów i marki z Europy. Tacy ludzie jak Maciek i typ pracy, jaką wykonują, to znak czasów, które choć powoli, to jednak zmieniają oblicze Wietnamu, kojarzącego się nadal z czasem wojennej apokalipsy, partyzantką, wyzyskiem i biedotą spędzającą swój żywot w wilgotnych wioskach wietnamskiej dżungli. Turystyka długo jeszcze będzie się tam rozwijać, lecz proces ten już trwa. Wietnam przyciąga urokiem licznych, niemal dziewiczych plaż i tzw. swojskim klimatem, gdzie turyści wzbudzają zainteresowanie bardziej swoją odmiennością, niż możliwością zarobienia na nich pieniędzy.

– Spotykaliśmy się z wielką życzliwością, ale i zwykłym, zabawnym zaciekawieniem. W Sajgonie czy na wsiach czuliśmy się bardzo bezpiecznie, bo przestępczość tam prawie nie istnieje – opowiadają. – Ludzie nie zamykają się w swoich domach, wręcz przeciwnie, prowadzą bardzo otwarte życie, niechcący można niemal w nim uczestniczyć. Od wsi do wsi ciągną się pola ryżowe. A na nich często spotyka się grobowce. Pośród wielkiej połaci zieleni widnieją białe budowle. To zamożni dzierżawcy pól ryżowych chowają w tych grobowcach swoich bliskich. Grzebią ich na swoich polach, by podkreślić związek życia i śmierci. Ryżowe plony stanowią podstawę bytu Wietnamczyków.
Wietnam zjednoczył się pod wspólną banderą Republiki Socjalistycznej w 1976 roku. Zmieniono starą nazwę stolicy południa na Ho Chi Minh od nazwiska polityka dążącego do zjednoczenia północy i południa. Już rok po „szczęśliwym” zjednoczeniu tysiące Wietnamczyków z południa zaczęło uciekać z państwa, najczęściej przez Filipiny do Ameryki, Australii i Europy. Ich ciała wyrzucało morze. Wtedy powstała legenda, że na skorupie wielkiego, morskiego kraba można dostrzec twarz człowieka, któremu morze zabrało życie.

Agnieszka i Piotr pewni są, że wrócą do Wietnamu. – Trudno poza oczywistymi urokami tego kraju, sprecyzować dlaczego tak bardzo ciągnie nas tam z powrotem. Może dlatego, że mogliśmy być tak blisko zwykłego życia, bez folkloru na pokaz, dla turystów. Bez natrętnego narzucania się z masą towarów czy zachętą kulinarną. W Wietnamie panuje spokój. Życie, z turystami czy bez, toczy się jednakowo, ani ospale, ani leniwie, raczej w zgiełku i pośród dziesiątek załatwianych na ulicy spraw. Turyści są tylko jedną z nich.

Tekst: Elżbieta Sobolewska
Fot. Agnieszka Mierzwa i Piotr Apolinarski

Galeria:
Dodaj komentarz:
Autor:
Wpisz hasło z obrazka: (małymi literami)


REKLAMA
PODCASTY
...zobacz inne podcasty
ARTERIA
...zobacz archiwum Arterii
REKLAMA
ENGLISH PAGE
...zobacz inne artykuły
ANKIETA
Czy wyjeżdźasz na wakacje do Polski?
liczba głosów: 38646
Tak

29741
77%
Nie

8905
23%
...zobacz archiwum ankiet
WYSZUKIWANE TAGI

Polsport |usługi kamieniarskie wodzisław | śruby nierdzewne | spawarka inwertorowa Pszów | transport węgiel Rybnik | suplementy diety produkcja
innen aufbereitung Regensburg | pręty gwintowane nierdzewne | podział nieruchomości Rybnik | business English Katowice | sprzęt alpinistyczny