KIM JESTEŚMY REDAKCJA MARKETING DYSTRYBUCJA OGŁOSZENIA LISTY DO REDAKCJI KONTAKT 15 paĽdziernik 2018
E-WYDANIE
PUBLICYSTYKA
REPORTAŻ
LUDZIE I MIEJSCA
TAKIE CZASY
CZAS PRZESZŁY
CZAS TO PIENIĄDZ
DRUGI BRZEG
CZAS NA WYSPIE
AKTUALNOŚCI
ARTFUL FACE
PAN ZENOBIUSZ
FAWLEY COURT
REWERS
DOBRE, BO POLSKIE
SYLWETKI
LONDYN W SUBIEKTYWIE
OPOWIADANIA LONDYŃSKIE
ROZMOWA
LISTY DO REDAKCJI
KULTURA
RECENZJA
SYLWETKI
ROZMOWA
CO SIĘ DZIEJE
FELIETONY
KRYSTYNA CYWIŃSKA
ANDRZEJ LICHOTA
WACŁAW LEWANDOWSKI
GRZEGORZ MAŁKIEWICZ
V.VALDI
SPORT
AKTUALNOŚCI
RELACJA
ROZMOWA
FELIETON
GALERIA
PODRÓŻE
PO LONDYNIE
PO WYSPIE
POLSKIE DROGI
PO ŚWIECIE
W CZASIE I PRZESTRZENI
CZAS NA RELAKS
ZDROWIE POLECAMY
NA ŁAWECZCE
MANIA GOTOWANIA
KRZYŻÓWKA
KRONIKA ABSURDU
NA KOŃCU JĘZYKA
TO I OWO
ARTERIA
ARTYŚCI
GALERIA
EWA OBROCHTA
BASIA LAUTMAN
BEATA KOZŁOWSKA
WOJCIECH SOBCZYŃSKI
RYSZARD SZYDŁO
PAWEŁ KORDACZKA
MARIA KALETA
MAREK BORYSEWICZ
KRZYSZTOF MALSKI
KONRAD GRABOWSKI
JUSTYNA KABAŁA
IWONA ZAJĄC
ELZBIETA PIEKACZ
ELZBIETA CHOJAK
ELA CIECIERSKA
CAROLINA KHOURI
ANIA PIENIĄŻEK
AGNIESZKA KOWAL
A.HANDZEL-KORDACZKA
ANDRZEJ KRAUZE
ANDRZEJ LICHOTA
DAMIAN CHROBAK
GRZEGORZ LEPIARZ
SŁAWEK BLATTON
ANDRZEJ MARIA BORKOWSKI
PAWEŁ WĄSEK
MARCIN DUDEK
JOANNA SZWEJ-HAWKIN
DANUTA SOŁOWIEJ
TOMASZ STANDO
AGNIESZKA STANDO
OLGA SIEŃKO
FOTOREPORTAŻ
AGATA HAMILTON
JOANNA CIECHANOWSKA




Teatr otwarty
2008.07.04 / Elżbieta Sobolewska
TAGI:
Share |
Michał Gieleta żyje w świecie opery i teatru. Mieszka w Londynie, bo tutaj ten świat osiąga najdoskonalszą formę. Dla ludzi sztuki doświadczenia i obserwacje, własne i cudze, stanowią budulec wypowiedzi. Narodowość to rzecz trzeciorzędna. Michał wydaje się być wolny od sentymentów i przywiązań. Żyje tym, co tu i teraz. A teraz w Arcola Theatre można oglądać jego ostatnią sztukę wystawioną z trupą teatralną Cherub Company, którą przejął po innym polskim reżyserze, Andrzeju Wiśniewskim. „Le Mariage” to historia Europejki, która pomaga uchodźcy z Afryki Południowej. Rzecz na wskroś współczesna. I taki teatr chce robić Michał. Aktualny, drażniący, refleksyjny, bo teatr nie może żyć w oderwaniu od rzeczywistości. Z Michałem Gieletą rozmawia Elżbieta Sobolewska.

Twoja ścieżka edukacyjna jest bardzo bogata. Uczyłeś się w Paryżu, Mediolanie, skończyłeś Oksford. Masz też za sobą przygodę z warszawską Szkołą Teatralną.
– Bardzo szybko połknąłem bakcyla teatru. Miałem ...naście lat, kiedy w kilku warszawskich teatrach: Ateneum, Współczesny, Studio, obserwowałem próby. Atmosfera teatru kupiła mnie od razu. Kulisy, zapach, to wszystko było dla mnie absolutnie fascynujące. Z Polski wyjechałem do Paryża pod koniec lat 80. Potem wróciłem i studiowałem w Warszawie. Trudno mi było zaakceptować sposób traktowania studentów. Brak szacunku dla jednostki. Mówienie do nas z góry, autorytatywnie. Ludzie, którzy uczyli mnie na wydziale reżyserii, byli wiodącymi polskimi reżyserami, tylko czy jest to równoznaczne z umiejętnością nauczania? Sporo pracuję w Royal Academy of Dramatic Art i na sobie doświadczam tego, iż w nauczaniu potrzebny jest element duchowej, ludzkiej szczodrości i braku egoizmu w przekazywaniu wiedzy innym.

Spektakle robiłeś już w trakcie studiów w Oksfordzie. Mogę zapytać za co?
– Pierwszej rzeczy, której trzeba się tu nauczyć to szukanie pieniędzy. Tutaj uczy się zrozumienia, że ktoś za sztukę musi zapłacić i że ponosi się odpowiedzialność wobec osoby czy instytucji, która nam je dała i pyta, jak się nimi dokładnie dysponuje i na jakie cele są wydawane. Na samym początku muszę sobie zawsze odpowiedzieć na pytanie, dlaczego chcę zrobić tę sztukę, kto na nią przyjdzie, dlaczego ktoś miałby chcieć kupić na nią bilety. Są to pytania o własną motywację, które były dla mnie kompletnie nowe po kontynentalnej Europie, gdzie ktoś coś robi, ponieważ tak czuje. Pamiętam jedno z moich pierwszych spotkań w sprawie pieniędzy. Powiedziałem właśnie to, że chcę zrobić tę sztukę, ponieważ tak czuję. Patrzono na mnie jak na wariata: to że pan coś tam czuje to świetnie, ale co to ma wspólnego z marketingiem… Ja zresztą od początku w tym angielskim zdrowym rozsądku czułem się jak ryba w wodzie. Pretensjonalność twórcza i obyczajowa działają na mnie jak płachta na byka a ten kraj, moim zdaniem, ma minimalną tolerancję na pozerstwo.

Myślę, że wielu ludzi tutaj ma opinię proporcjonalnie odwrotną do twojej.
– Myślę tak przez pryzmat osobistych doświadczeń. Moja droga przez Anglię była bardzo wąska. Pierwsze cztery lata spędziłem w Oksfordzie żyjąc naprawdę w niezwykłym otoczeniu Trinity College. Moja pierwsza profesjonalna praca to asystentura u słynnego reżysera Christophera Morahana, pół roku spędziłem też w Chichester, bardzo ciekawym teatralnie miejscu, stworzonym przez Laurence’a Oliviera jako letni ekwiwalent National Theatre. Czyli od razu wsiąkłem w bardzo specyficzne środowisko teatralnego Londynu i w przedsięwzięcia międzynarodowe.

A jakie miejsce w twojej pracy zajmuje Cherub Company?
– Cherub powstał w 1978 roku. To była przed laty jedna z wiodących, niezależnych trup teatralnych w Wielkiej Brytanii zanim cały rynek nie został zdominowany różnymi niezależnymi zespołami. Zainteresowania repertuarowe, które miał Andrew, a które mam ja, są trochę inne. Cherub za jego czasów był głównie nastawiony na klasykę, pod moim kierownictwem kompania skupia się na tym, o czym pisze się na świecie dzisiaj.

Czyli chcesz mówić do widza współczesnym językiem o problemach współczesnego człowieka?
– Tak. Mnie interesuje to, co się pisze w Europie nowego i sprawy, o których warto mówić, a prawie się nie mówi. To, że Europa jest zalana dramaturgią brytyjską, to wiadomo. Ale nie jest to kierunek odwrotny. Dla Royal Court Theatre czy Soho Theatre trudno jest znaleźć kontynentalny tekst, który jest dobrze napisany i pozytywnie przejdzie przez krytykę angielską. W komercyjnym teatrze gwiazdą jest Yasmina Reza, autorka popularnych komedii burżuazyjnych, cieszących się tu ogromnym powodzeniem. Z kolei Botto Strauss, który w każdym europejskim teatrze jest bogiem, tutaj jest kompletnie nieznany, ponieważ jego pisarstwo jest oparte na słowie i na abstrakcie.

A czy podobnie nie jest w przypadku francuskiego autora Davida Lescota, którego „Le Mariage” wystawiłeś?
– Dokładnie. „Le Mariage” jest przykładem takiego właśnie stylu. Przecież cała końcowa podróż emocjonalna bohaterki odbywa się poprzez monologi. Dla mnie jest to fascynujące, że Cherub może sobie pozwolić na podjęcie ryzyka robienia teatru, który nie jest oparty na realizmie: kanapa, rozmowa, dialog, światła, rano, zmiana kostiumu itd. Tylko może zrobić sztukę opartą na absurdzie, przenośni, skrócie. Ta sztuka kwestionuje postawę teoretycznej ideologicznej wzniosłości, powtarzania: jakie to straszne, że Afrykańczycy nie mają tych samych praw. My pytamy, co ty człowieku robisz poza tym, że wyrażasz oburzenie? Ta sztuka jest o kobiecie, która usiłuje coś zrobić. Tylko jak to w życiu bywa, realia są bardziej skomplikowane niż dobre intencje.

Południowa Afryka nie jest dla ciebie terytorium nieznanym, sporo tam pracujesz.
– I naprawdę widzę sens tej pracy! Bo nawet z moim niewielkim dorobkiem, to co wiem przekazuję ludziom, którzy w poprzednim systemie nie mieli nawet telewizorów, bo telewizja była antyapartheidowa. Więc to, czego nauczyłem się od Franco Zefirellego, od tych słynnych ludzi, którym asystowałem, mogę teraz przekazać innym. W Afryce Południowej spotkałem sporo osób, które przeszły przez piekło Burundii i Ruandy. Dla mnie to współczesny Holokaust. Ja naprawdę nie widzę różnicy między tym, co przeszli Żydzi w czasie II wojny światowej, a między tym, co przeszli oni. Tylko że holokaust jest tematem światowym, o którym wszyscy mówią, o którym kręci się filmy, o Afryce prawie się nie pamięta. Dla mnie stała się ona bardzo ważnym punktem odniesienia. W tej chwili w Cape Town realizuję „Córkę regimentu”. Z Brytyjczykami, z którymi tam pracowałem, założyliśmy mały klub pomocy pierwszemu pokoleniu czarnych południowoafrykańskich artystów. Chodzi o to, by śpiewacy, aktorzy, członkowie ichniego świata operowo-teatralnego, mogli przyjechać do Europy Zachodniej i Ameryki, zobaczyć co i jak się tutaj gra. Chcemy dać im szansę, by poczuli, że są częścią tego wszystkiego co się w teatrze i operze dzieje na świecie.

Na świecie, czyli również na przykład w Warszawie?
– Warszawy chyba nie stać na angażowanie najlepszych twórców i śpiewaków. Najwyższego poziomu można doświadczyć w Paryżu, Londynie, Salzburgu, Wiedniu, Mediolanie…

Ale nie w Warszawie…
– Ale ilu ja jeszcze miejsc nie wymieniłem! Tego nie doświadczysz również w Sztokholmie, Pradze, Budapeszcie, nawet niekoniecznie we Włoszech. Widziałem tam tak mizerne rzeczy przez ostatni weekend, że nie mogłem wyjść ze zdumienia, iż naród, który stworzył ten unikalny gatunek tak strasznie go morduje.

Na czym polega to, jak mówisz, mordowanie?
– Albo to jest kicz, potworna patetyczność, która staje się trawestacją samej siebie, bo jest tak komediowa; albo tak zwana tradycyjna duża pani w sukni jak namiot, która gra dwudziestolatkę. Ten sposób robienia opery pokutuje na świecie. Takie spektakle widziałem w wielu miejscach Europy i Stanów Zjednoczonych. To nie jest więc problem polskich produkcji, lecz ma skalę międzynarodową. Jest niewielu śpiewaków, którzy są ładni, mają cudowne głosy i potrafią się ruszać jak normalni ludzie, a nie jak śpiewacy operowi.

Czy polski dramat jest poza zasięgiem twoich zainteresowań?
Poprzedni dyrektor londyńskiego Instytutu Kultury Polskiej przysłał mi parę tekstów współczesnych dramaturgów. Ich centrum zainteresowania była Polska, czyli pojawiał się ten sam problem co z polską klasyką. Kogo w Wielkiej Brytanii interesuje problematyka „Wyzwolenia” czy „Wesela”? Byłem w Soho Theatre na sztuce Doroty Masłowskiej i miałem wrażenie, że nie był to najsilniejszy reprezentant standardów, z którymi chciałoby się, by polska kultura była kojarzona. Oczywiście to jest duży sukces, że w ogóle do produkcji wpółczesnej polskiej sztuki w ważnym brytyjskim teatrze doszło. Ale znowu, ten problem nieobecności na brytyjskiej scenie polskiej dramaturgii, dotyczy w ogóle dramaturgii kontynentalnej. Sztuka musi mieć wymiar uniwersalny. To zawsze był problem eksportu polskiej literatury, że przede wszystkim dotyczyła Polski, nie była czytelna dla innych.

W którym momencie będziesz sobie mógł powiedzieć: spełniłem się?
– Moją wielką ambicją jest wrócić do Royal Shakespeare Company jako dojrzały szekspirowski reżyser. Pracowałem tam pod studiach, reżyserowałem drugie obsady, byłem asystentem. To, że reżyseruję Szekspira w Royal Academy of Dramatic Art jest dla mnie wielkim zaszczytem, jako dla nie Brytyjczyka. Jeżeliby mi się udało w tym kraju, w którym mieszkam całe moje dorosłe życie, być szekspirowskim reżyserem, to byłoby to.

Tekst: Elżbieta Sobolewska
Fot.: Piotr Apolinarski

Dodaj komentarz:
Autor:
Wpisz hasło z obrazka: (małymi literami)


REKLAMA
PODCASTY
...zobacz inne podcasty
ARTERIA
...zobacz archiwum Arterii
REKLAMA
ENGLISH PAGE
...zobacz inne artykuły
ANKIETA
Czy wyjeżdźasz na wakacje do Polski?
liczba głosów: 29388
Tak

24438
83%
Nie

4950
17%
...zobacz archiwum ankiet
WYSZUKIWANE TAGI

Polsport |przenośniki taśmowe | śruby nierdzewne | masaż gdańsk | Bodtech | gabinet terapii Cieszyn
sprawy komornicze wodzisław śląski | liny nierdzewne | szkolenia udt sandomierz | szczepienia dla pracowników Jastrzębie Zdrój | botox gdańsk