KIM JESTEŚMY REDAKCJA MARKETING DYSTRYBUCJA OGŁOSZENIA LISTY DO REDAKCJI KONTAKT 20 czerwiec 2018
E-WYDANIE
PUBLICYSTYKA
REPORTAŻ
LUDZIE I MIEJSCA
TAKIE CZASY
CZAS PRZESZŁY
CZAS TO PIENIĄDZ
DRUGI BRZEG
CZAS NA WYSPIE
AKTUALNOŚCI
ARTFUL FACE
PAN ZENOBIUSZ
FAWLEY COURT
REWERS
DOBRE, BO POLSKIE
SYLWETKI
LONDYN W SUBIEKTYWIE
OPOWIADANIA LONDYŃSKIE
ROZMOWA
LISTY DO REDAKCJI
KULTURA
RECENZJA
SYLWETKI
ROZMOWA
CO SIĘ DZIEJE
FELIETONY
KRYSTYNA CYWIŃSKA
ANDRZEJ LICHOTA
WACŁAW LEWANDOWSKI
GRZEGORZ MAŁKIEWICZ
V.VALDI
SPORT
AKTUALNOŚCI
RELACJA
ROZMOWA
FELIETON
GALERIA
PODRÓŻE
PO LONDYNIE
PO WYSPIE
POLSKIE DROGI
PO ŚWIECIE
W CZASIE I PRZESTRZENI
CZAS NA RELAKS
ZDROWIE POLECAMY
NA ŁAWECZCE
MANIA GOTOWANIA
KRZYŻÓWKA
KRONIKA ABSURDU
NA KOŃCU JĘZYKA
TO I OWO
ARTERIA
ARTYŚCI
GALERIA
EWA OBROCHTA
BASIA LAUTMAN
BEATA KOZŁOWSKA
WOJCIECH SOBCZYŃSKI
RYSZARD SZYDŁO
PAWEŁ KORDACZKA
MARIA KALETA
MAREK BORYSEWICZ
KRZYSZTOF MALSKI
KONRAD GRABOWSKI
JUSTYNA KABAŁA
IWONA ZAJĄC
ELZBIETA PIEKACZ
ELZBIETA CHOJAK
ELA CIECIERSKA
CAROLINA KHOURI
ANIA PIENIĄŻEK
AGNIESZKA KOWAL
A.HANDZEL-KORDACZKA
ANDRZEJ KRAUZE
ANDRZEJ LICHOTA
DAMIAN CHROBAK
GRZEGORZ LEPIARZ
SŁAWEK BLATTON
ANDRZEJ MARIA BORKOWSKI
PAWEŁ WĄSEK
MARCIN DUDEK
JOANNA SZWEJ-HAWKIN
DANUTA SOŁOWIEJ
TOMASZ STANDO
AGNIESZKA STANDO
OLGA SIEŃKO
FOTOREPORTAŻ
AGATA HAMILTON
JOANNA CIECHANOWSKA




Rozmówki polskie?
2010.03.01 / Michał Opolski
TAGI:
Share |
Fresz po przedawkowanej nocy, po czym brifing w radiu, przed południem sejle, bo można złapać ap to 50% bergejn. Jeśli nie potraficie się na tym sfokusować, zawsze możecie liczyć na pomoc kołcza. Gdybyście opadli z sił i wasz imidż na tym ucierpiał, sandwicz na pewno pomoże wam odzyskać świeży luk.
Wizyty w Polsce zmuszają do ciekawych przemyśleń. Ostatnia skłoniła mnie do refleksji nad sensem i mocą prawną ustawy o języku polskim – bądź co bądź dokumentu ważnego, ba, dla polskiej kultury nawet fundamentalnego. Skoro jednak w telewizji publicznej czy całodobowej stacji informacyjnej mówi się żałosnym polsko-angielskim żargonem, to chyba możemy być zgodni, że ustawa o języku polskim jest czymś bezużytecznym.

Zwis męski i podpłomyk z farszem?
Nie lubię skrajności i boję się wszelkiego jarzma, również językowego. Nie domagam się więc lustracji polszczyzny i wykarczowania z niej wszelkich zapożyczeń, które nagromadziły się w naszym języku przez wieki. Musielibyśmy bowiem od nowa uczyć się komunikowania. Leżą mi na sercu, jak zwykle, tylko dwie kwestie – zdrowy rozsądek i proporcje.

Mamy krawaty, więc nie róbmy z nich zwisów męskich, z pizzy zaś – podpłomyka z farszem. Zżymam się jednak, gdy obserwuję, jak importuje się nad Wisłę bez jakichkolwiek zahamowań słowa angielskie, których używa się coraz częściej tam, gdzie doskonale można by posłużyć się istniejącymi słowami polskimi.

Jakikolwiek import ma sens, gdy sprowadzany towar jest u jego nabywcy deficytowy lub po prostu opłaca się go importować. Na razie w przypadku zasobów leksykalnych naszego języka deficyt nie jest tak duży, jak może to wynikać z szaleńczego importu, nie wiadomo też, jak uzasadnić jego opłacalność. Na własne życzenie oraz przez własną głupotę zrobiliśmy z naszego języka leksykalne śmietnisko, przez co porozumiewamy się coraz częściej nie za pomocą polszczyzny, lecz używając koszmarnego konglomeratu językowego. Rzuciłem okiem tu i ówdzie. Naprawdę było i śmieszno, i straszno…

Brifing księdza proboszcza?
To jasne, że w jakimś tam telewizyjnym programiku o modzie pewna dama mówi: haj lajf, imidż lub luk, bo wyższe sfery, wizerunek lub wygląd to przecież nie to samo – brzmią prowincjonalnie, przaśnie. Ale czy w związku z tym, że dama ta ma wobec Zachodu coś do nadrobienia, mam za nią gonić i dostawać angielskiej obstrukcji językowej? Oczywiście, że nie. Nic prostszego – przełączam na inny program, naiwnie wierząc w to, że nie wszyscy zwariowali na punkcie językowych implantów.

Co usłyszałem w kolejnej, tym razem poważnej stacji informacyjnej, której doniesienia śledziłem podczas urlopu w Polsce?

– Zapraszamy na krótki brifing premiera Tuska. Na co? Bo nie chwytam? Chodzi o krótkie spotkanie informacyjne, tak? A, to już rozumiem, ale jestem pewien, że wielu Polaków nie zrozumiało (i nie ma się czemu dziwić), choć to do nich adresowano tę zapowiedź. Ale to już oczywiście ich wina, bo gdyby uczyli się języków obcych, to rozumieliby polski. Czy doczekamy się kiedyś brifingu księdza proboszcza zamiast ogłoszeń duszpasterskich? Czekam z niecierpliwością!

Trzeba się sfokusować, pomoże nam kołcz
Znów zmieniam kanał telewizyjny. Znalazłem poważny program publicystyczny. Skoncentrowałem się na odbiorze w dwójnasób, choć dziś wiem, że wypadałoby się raczej „sfokusować”, bo właśnie tego słowa użył gospodarz programu. Bidula, jak on się wyrażał, zanim przyszła do nas moda na angielszczyznę? Milczał czy jak?

Moda ta przyszła do nas już dawno. Kiedy kilka lat temu podjąłem pracę w pewnej instytucji, zanim pozwolono mi i moim kolegom pracować samodzielnie, musieliśmy przejść gruntowne szkolenie. Uczył nas – oczywiście – najlepszy kołcz z Warszawy. W prowincjonalnym Lublinie mówiliśmy jeszcze wtedy – instruktor lub szkoleniowiec. Nie wykluczam, że i te ostatnie słowa mogą być zapożyczeniami z języków obcych, ale powtórzę raz jeszcze – za cholerę nie rozumiem, dlaczego na siłę zastępujemy wyrazy już istniejące zwrotami angielskimi. Bo komuś ubzdurało się, że tak będzie brzmieć dużo lepiej, światowo? Moim zdaniem brzmi coraz bardziej groteskowo i żałośnie.

Fresz na kaca
Jaki jest najlepszy sposób radzenia sobie ze skutkami zarwanej nocy? Każdy ma swój. Nie wiedziałem tylko, że dobrym sposobem na poranne dolegliwości jest fresz”. Tak przynajmniej doradzał w polskiej telewizji pewien jegomość. Niewtajemniczonym wyjaśniam – chodziło o sok wyciskany ze świeżych owoców lub warzyw, a dowiedziałem się o tym tylko dzięki uprzejmości telewizyjnego prezentera, który w porę przetłumaczył radę z „polskiego” na nasz. Pijącym doradzam naukę angielskiego, gdyż lada dzień bez tego nie będą w stanie dobrze wytrzeźwieć.

Naoglądałem się tej naszej telewizji bez tołku – jak mawiała moja świętej pamięci Babcia. A umiar trzeba przecież znać. Dlatego postanowiłem zaczerpnąć trochę świeżego powietrza i pospacerować po mieście, zwłaszcza że uwielbiam polskie siarczyste zimy. I gdyby nie spacer, to może odpuściłbym sobie ten wywód na temat naszego języka, kwitując całą sprawę śmiechem z zakompleksionej Polski. Ale problem jest dużo szerszy, gdyż nie dotyczy już tylko kilku lub kilkunastu osób, które w mediach posługują się nieszczęsnym konglomeratem językowym, tylko niemal wszystkich – od pucybuta po prezydenta. Ten ostatni bowiem, w rozmowach z politykami nie stawia już spraw w sposób delikatny lub twardy, tylko soft lub taf, wyraźnie łamiąc sobie przy tym język.

Martwy zapis, żywy język, czyli ap tu 50% of
Nadszedł czas, by na chwilę zatrzymać się przy ustawie o języku polskim. Czytamy w niej m.in.: „Obcojęzyczne opisy towarów i usług oraz obcojęzyczne oferty i reklamy wprowadzane do obrotu prawnego muszą jednocześnie mieć polską wersję językową”. Przy czym obrót prawny opisywany jest w ten oto sposób: „Języka polskiego używa się w obrocie prawnym na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej pomiędzy podmiotami polskimi oraz gdy jedną ze stron jest podmiot polski. Dotyczy to w szczególności nazewnictwa towarów i usług, ofert, reklamy, instrukcji obsługi, informacji o właściwościach towarów i usług, warunków gwarancji, faktur, rachunków i pokwitowań”.

Jak to się ma do rzeczywistości? Nijak. Odwiedziłem w Polsce kilka sklepów i po prostu oniemiałem. Wszechobecne sejle biją po oczach z każdego składu, który oferuje przeceny – bez wyjątku. Mało tego, w niektórych sklepach można nabyć ciuszki – tu uwaga – nawet ap tu 50% of. Okazja! A raczej wypadałoby po nowemu stwierdzić – niezły bergejn. Szkoda tylko, że w żadnym z opisywanych sklepów nie znalazł się jakiś prowincjusz, który byłby łaskaw zamieścić również zwykłą informację w języku polskim – przecena do 50%. Znaleźli się za to „światowcy”, którzy nie omieszkali przetłumaczyć tej angielszczyzny na inne obce języki. Przepraszam, ale nie zwróciłem uwagi na jakie dokładnie, bo poczułem, że zaraz trafi mnie szlag.

Nie mam nic przeciwko angielskim napisom w sklepach i na ulicach – skoro jesteśmy Europejczykami, to powinniśmy się na tę Europę otworzyć. Pełna zgoda. Jest tylko jeden mały problem. Prócz cudzoziemców, którzy przyjeżdżają nad Wisłę, mamy jeszcze kilkadziesiąt milionów polskich obywateli. Niektórzy z nich nie mówią po angielsku, inni zaś – do tego grona ja się zaliczam – są poirytowani faktem, że we własnym kraju zmuszeni są obcować tylko z angielszczyzną, mimo że w wielu sytuacjach zabrania tego ustawa o języku polskim.

Do tej pory sądziłem, że cenimy sobie w Polsce niezależność, ale najwyraźniej zmierzamy do tego, by na gruncie językowym stać się kolonią brytyjską. A wystarczyłoby zamieścić informację o ofercie w kilku językach, również i w polskim, i taki Opolski nie miałby się do czego przyczepić. A tak, pozwolę sobie przytoczyć jeszcze jeden ustęp naszej ustawy, argumentując – po raz wtóry – swoją wcześniejszą opinię o jej przydatności.

„Kto w obrocie prawnym na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej stosuje wyłącznie obcojęzyczne nazewnictwo towarów i usług, ofert, reklam, instrukcji obsługi, informacji o właściwościach towarów i usług, warunków gwarancji, faktur, rachunków i pokwitowań, z pominięciem polskiej wersji językowej, podlega karze grzywny”.

Świeże sandwicze dla zakompleksionych Pariasów
Znam argumentację wszystkich tych, którzy mówią o żywotności języka. W wielu kwestiach się z nią zgadzam, ale tylko pod tym warunkiem, że mają uzasadnienie lingwistyczne. Co ma żywotność języka do natrętnego importu? Czy jedyną metodą rozwoju polszczyzny jest małpie, bezmyślne ulepszanie?

Niech mi kaktus na dłoni wyrośnie, jeśli reklama, którą zobaczyłem na polskim lotnisku, ma coś wspólnego z rozwojem języka. Otóż, przed jedną z lotniskowych jadłodajni było napisane – świeże sandwicze. Zastanawiam się tylko, kto – prócz wracających na Wyspy Polaków – ofertę tę zrozumiał? Przytaczam tego językowego potworka w oryginalnej formie, pochodzącej – jakkolwiek by patrzeć – z lotniska w Europie.

Nie twierdzę, że w XXI wieku nasz język osiągnął stopień ostatecznego rozwoju i nie będą nam potrzebne kolejne zapożyczenia. Śmiem tylko zauważyć, że wywieszanie w Polsce napisów w stylu Merry Christmas będzie prowadzić do powstawania coraz to nowych potworków językowych. Już teraz mógłbym mnożyć przykłady niemal w nieskończoność, dlatego strach pomyśleć, co stanie się z naszym językiem, jeśli nie zaczniemy w końcu kierować się zdrowym rozsądkiem.

Dawno, dawno temu, polska arystokracja ukochała sobie francuszczyznę, często popadając w swoim uwielbieniu w zwykłą śmieszność. Dziś Polacy ukochali sobie angielszczyznę. Trudno jednak mówić o jakiejś wyraźnej symetrii, gdyż ta pierwsza, mimo wszystko, miała bardzo duży wpływ na naszą rodzimą kulturę, druga natomiast, przynajmniej w tej formie, o której wcześniej wspomniałem, sprowadza nas do roli zakompleksionych pariasów, którzy na siłę próbują zaadaptować obcy język.

Michał Opolski

Dodaj komentarz:
Autor:
Wpisz hasło z obrazka: (małymi literami)


REKLAMA
PODCASTY
...zobacz inne podcasty
ARTERIA
...zobacz archiwum Arterii
REKLAMA
ENGLISH PAGE
...zobacz inne artykuły
ANKIETA
Czy wyjeżdźasz na wakacje do Polski?
liczba głosów: 28417
Tak

23734
84%
Nie

4683
16%
...zobacz archiwum ankiet
WYSZUKIWANE TAGI

Polsport |usługi kamieniarskie wodzisław | nity nierdzewne | kosmetyka gdańsk | Safety Clamps | suplementy diety produkcja kontraktowa
Zespół muzyczny Krapkowice | wkręty nierdzewne | mapa do celów projektowych Rybnik | badania do pozwolenia na broń Jastrzębie Zdrój | radca prawny wodzisław śląski