KIM JESTEŚMY REDAKCJA MARKETING DYSTRYBUCJA OGŁOSZENIA LISTY DO REDAKCJI KONTAKT 16 grudzień 2018
E-WYDANIE
PUBLICYSTYKA
REPORTAŻ
LUDZIE I MIEJSCA
TAKIE CZASY
CZAS PRZESZŁY
CZAS TO PIENIĄDZ
DRUGI BRZEG
CZAS NA WYSPIE
AKTUALNOŚCI
ARTFUL FACE
PAN ZENOBIUSZ
FAWLEY COURT
REWERS
DOBRE, BO POLSKIE
SYLWETKI
LONDYN W SUBIEKTYWIE
OPOWIADANIA LONDYŃSKIE
ROZMOWA
LISTY DO REDAKCJI
KULTURA
RECENZJA
SYLWETKI
ROZMOWA
CO SIĘ DZIEJE
FELIETONY
KRYSTYNA CYWIŃSKA
ANDRZEJ LICHOTA
WACŁAW LEWANDOWSKI
GRZEGORZ MAŁKIEWICZ
V.VALDI
SPORT
AKTUALNOŚCI
RELACJA
ROZMOWA
FELIETON
GALERIA
PODRÓŻE
PO LONDYNIE
PO WYSPIE
POLSKIE DROGI
PO ŚWIECIE
W CZASIE I PRZESTRZENI
CZAS NA RELAKS
ZDROWIE POLECAMY
NA ŁAWECZCE
MANIA GOTOWANIA
KRZYŻÓWKA
KRONIKA ABSURDU
NA KOŃCU JĘZYKA
TO I OWO
ARTERIA
ARTYŚCI
GALERIA
EWA OBROCHTA
BASIA LAUTMAN
BEATA KOZŁOWSKA
WOJCIECH SOBCZYŃSKI
RYSZARD SZYDŁO
PAWEŁ KORDACZKA
MARIA KALETA
MAREK BORYSEWICZ
KRZYSZTOF MALSKI
KONRAD GRABOWSKI
JUSTYNA KABAŁA
IWONA ZAJĄC
ELZBIETA PIEKACZ
ELZBIETA CHOJAK
ELA CIECIERSKA
CAROLINA KHOURI
ANIA PIENIĄŻEK
AGNIESZKA KOWAL
A.HANDZEL-KORDACZKA
ANDRZEJ KRAUZE
ANDRZEJ LICHOTA
DAMIAN CHROBAK
GRZEGORZ LEPIARZ
SŁAWEK BLATTON
ANDRZEJ MARIA BORKOWSKI
PAWEŁ WĄSEK
MARCIN DUDEK
JOANNA SZWEJ-HAWKIN
DANUTA SOŁOWIEJ
TOMASZ STANDO
AGNIESZKA STANDO
OLGA SIEŃKO
FOTOREPORTAŻ
AGATA HAMILTON
JOANNA CIECHANOWSKA




Spełnione marzenie
2010.09.21 / Teresa Bazarnik
TAGI:
Share |
Bywało, że kiedy zauważyła mnie przed biurem swojej fundacji, wybiegała znienacka, wprawiając w przerażenie ochroniarzy, którzy w samych koszulach i z paniką w oczach wybiegali za nią. - Hello Beata! How is work, how is live, how is your family? Are you still in the same hospital? Krótkie pytania, zdawkowe odpowiedzi. Wracała do biura. Ochroniarze oddychali z ulgą.

Listopad 1991.
– Byłam zafascynowana zarówno architekturą budynku, jak i historią parlamentu brytyjskiego jako instytucji – mówi Beata. – Chodziłam tam bardzo często, przysłuchując się debatom parlamentarnym z galerii dla publiczności, na którą wtedy mógł wejść bez problemu każdy, oczywiście, w określonych godzinach. Ochroniarze w budynku parlamentu mówili o mnie: – That Polish girl, our regular.

– Późny wieczór, prawie noc. Wychodzę z parlamentu. Widzę, że jej samochód odjeżdża nie w kierunku Eaton Square, gdzie mieszkała, ale Great College Street, gdzie była Prime Minister miała swoje biuro, którego użyczył jej na okres przejściowy przyjaciel. Postanowiłam tam podejść. Mała uliczka. Ciemno, cicho, ani żywej duszy, ani jednego samochodu. Ale widziałam, że ona tam przyjechała. Podeszłam do drzwi biura, wyszedł jej sekretarz John Whittingdale, późniejszy poseł konserwatywny.

– Kim jesteś? – pyta. – My cię tu widzimy, ale nie wiemy, skąd jesteś, jak się nazywasz? Co tu robisz? – zadaje pytanie po pytaniu. – Jutro mija rok, odkąd Margaret Thatcher przestała być premierem. Na pewno jest to dla niej smutna rocznica, chciałabym przynieść jej kwiaty. – Jak przyjdziesz jutro o dziesiątej, to gwarantuję ci, że znajdzie dla ciebie czas.

– Przyszłam punktualnie, ona też punktualnie podjechała pod biuro w swoim samochodzie. Oddałam kwiaty sekretarce.

– Good morning – usłyszałam w drzwiach, które szybko się zamknęły. No to po wizycie – pomyślałam. Po chwili jednak te same drzwi znów się otwierają, wystaje z nich palec i zgina się ruchem przywołującym. Był listopad, byłam skostniała z zimna i emocji.

Weszłyśmy do pokoju. Patrzyłyśmy na siebie z niedowierzaniem. Ona charyzmatyczna, wyniosła postać, piękne ręce, włosy, wytworny kostium, biżuteria. Ja w rozciągniętym swetrze, dżinsach. Dwa odległe światy. Podeszła do kominka, rozpaliła ogień i powiedziała: – A teraz mi opowiedz więcej o sobie.

Listopad 1980.
Beata była dwunastoletnią dziewczynką, kiedy zobaczyła ją w telewizji po raz pierwszy. – Piękna, stanowcza kobieta wśród europejskich przywódców. Nie ugięła się, powiedziała im „nie” – wspomina Beata swoje pierwsze wrażenia. Od tej pory zaczęła zbierać wszystkie dostępne materiały na temat brytyjskiej Prime Minister i jej kraju. Wynosiła z piwnicy stare książki ojca i wymieniała się z kolegami na magazyny i gazety. Ojciec, który wychowywał swoje córki twardą ręką, w tym wypadku zdobył się na wyrozumiałość. Tak samo zachowała się nauczycielka rosyjskiego, która idąc do szkoły, zauważyła Beatę w kolejce po gazety przed kioskiem Ruchu. Beata na lekcję nie zdążyła, nieobecność została jednak usprawiedliwiona.

– Znalezienie informacji na temat Zachodu było w tamtych czasach niezmiernie trudne, wszystko było przekręcane, pokazywane w innym świetle – wyjaśnia Beata.

– Uczyłam się sama angielskiego (w szkole miałam rosyjski i niemiecki), by móc zdobywać informacje z Zachodu. Nauczyła się pisać i czytać, z rozmową po angielsku było zdecydowanie gorzej. Zapisała się do międzynarodowego klubu korespondencyjnego, korespondowała z młodymi ludźmi praktycznie z całego świata, z niektórymi z czasem się zaprzyjaźniła. Sporo z tych przyjaźni przetrwało do dziś.

Marzyła o tym, żeby wyjechać do Anglii. W kuchni z mamą i siostrą przepytywały się nawzajem z brytyjskiej historii i geografii, piły w filiżankach zdobytą po znajomości angielską herbatę. Śledziły biografie sławnych Brytyjczyków.

– W szarym, komunistycznym Dęblinie, podzielonym wtedy na dwie strefy: dla uprzywilejowanych – żołnierzy stacjonujących w okolicznych jednostkach i ich rodzin – oraz dla szarej masy zamieszkującej ponure, komunistyczne bloki. Dla nich specjalne, świetnie zaopatrzone sklepy, dla nas puste półki. Po naszej stronie 90 procent mężczyzn, którzy regularnie pili, i zmęczone kobiety, wystające po pracy w długich kolejkach po kawałek mięsa dla swojej rodziny.

Listopad 1992.
Szkoła języka angielskiego na Shepherd’s Bush, Advanced Class. Siedzimy w ustawionych na przeciwko siebie ławkach. Obserwujemy się na wzajem. Na wprost mnie siedzi Beata. Cicha, pracowita, bardzo nieśmiała, nawet wtedy, kiedy odpowiada na zadane na lekcji pytania. Nigdy nie zostawała po zajęciach. Nie chodziła z nami na piwo. Któregoś dnia zauważyłam, że ma dziurawe buty. W Londynie? Wracają wspomnienia z kraju – kiedy chciałam sobie kupić modne w połowie lat osiemdziesiątych oficerki, musiałam w kasie zakładowej najlepszego wtedy teatru w Polsce wziąć 15 tys. pożyczki, a potem przez kolejny rok ją spłacać. Jako redaktor wydawnictw teatralnych zarabiałam – jak zwykła mówić moja mama – na kawę i bilet autobusowy w jedną stronę. Czy w drugą jechałam na gapę? – nie pamiętam. Tutaj, po czterech godzinach sprzątania, mogłam sobie kupić wymarzoną parę butów. Miałam ich więc pod dostatkiem. Taka mała rekompensata za bieganie z miotłą po zajęciach w szkole językowej. Nie oszczędzałam. Chciałam nauczyć się angielskiego i wrócić do Polski. Beata przeciwnie.

Przyjechała tu, by zrealizować marzenie swojego życia. Rano chodziła do szkoły angielskiego, potem biegła na praktyki do szpitala, co miało jej umożliwić nostryfikację dyplomu pielęgniarki. Na płatną pracę zostawało bardzo mało czasu. Zarabiała niewiele. A przecież musiała się utrzymać, zapłacić za szkołę full time, by uzyskać wizę studencką, za przejazdy. Dziurawe buty tak bardzo by jej nie przeszkadzały, gdyby nie deszczowa jesień i ciągłe przeziębienia.

Nie wiedziałam, czy się odważę. W końcu się odważyłam, a ona się nie obraziła. Wzięła ode mnie buty, ciut za duże, ale za to prawie nowe. – Chyba w tych butach poszłam na to pierwsze spotkanie z Margaret Thatcher – śmieje się Beata, kiedy wracamy do tamtych chwil.

Odprowadzałam ją czasem do metra. Opowiadała mi o Dęblinie, fascynacji Wielką Brytanią, Margaret Thatcher… Jej opowieści były przygwożdżone determinacją pozostania tutaj. Nie chciała być sprzątaczką czy opiekunką do dzieci. Była przecież dyplomowaną pielęgniarką. W czasie praktyk zorientowała się, że jej wiedza i umiejętności są znacznie większe niż przeciętnych pielęgniarek pracujących w tutejszych szpitalach. Jeśli zdobędzie uprawnienia, będzie tu kiedyś mogła pracować w swoim zawodzie. Co tam dziurawe buty...

Przebrnęła przez wszystkie niezbędne praktyki i egzaminy językowe, dostała pracę w szpitalu na stały etat. Natychmiast wzięła pożyczkę i kupiła jednosypialniowe, przytulne mieszkanie w Palmers Green w północnym Londynie. W szpitalu wkrótce awansowała.

Listopad 1988.
Margaret Thatcher przyjechała pierwszy raz do Polski w ramach wizyty rządowej. Hala Mirowska w Warszawie. – Udało mi się do niej przecisnąć – wspomina Beata. Poprosiłam ją o autograf. To był mój pierwszy osobisty kontakt z brytyjską premier. Potem Wybrzeże. Pociąg do Gdańska był tak zapchany, że stałam na jednej nodze. Przy kościele św. Brygidy w Gdańsku milicjanci otoczyli nas barierkami. Przedzierałam się pod nimi. Bałam się, że mnie aresztują. Kiedy dochodziłam do stacji, już bili ludzi, już używali gazu łzawiącego.

– Margaret Thatcher lubi Polaków – kontynuuje Beata. – W swojej pierwszej książce bardzo pozytywnie wyraża się o nas jako harworking, patriotic people. W drugiej wspomina mszę świętą w kościele św. Krzyża w Warszawie, kiedy ludzie uczestniczący w nabożeństwie mimo skupienia cały czas ją obserwowali i uśmiechali się do niej. Wtedy nasunęła jej się taka myśl, że w życiu popełniła wiele błędów, ale jak już stanie przed obliczem Stwórcy i będzie za swoje życie sądzona, z pewnością ci Polacy, którzy modlili się razem z nią w kościele św. Krzyża, będą po jej stronie. Czuła, że była wśród przyjaciół, czuła ciepło od nich bijące, w katolickim kościele, ona, anglikanka.

Lipiec 2007.
Jedna z niewielu słonecznych sobót minionego lata. Siedzimy w ogródku, nad stertą albumów fotograficznych, które Beata przywiozła z sobą. Nie pracuje już w szpitalu. Chroniczna choroba nie pozwala jej na to. Jest teraz pielęgniarką środowiskową. Odwiedza ludzi chorych, potrzebujących pomocy w ich domach. Od niełatwej codzienności ucieka, kiedy tylko zdrowie jej na to pozwala, w odległe zakątki świata. Do Kambodży, Peru, Maroka, Wenezuelii, Islandii, Syrii i wielu innych, niezwykłych miejsc. Niekiedy znacznie bliższych. Właśnie wróciła z krótkiego pobytu we Francji – odwiedziła dom Moneta. – Ogród przy jego domu jest imponujący, nie dziwię się, że on tak malował – śmieje się Beata, która sama też w wolnych chwilach maluje. Nawet udało jej się sprzedać kilka olei w lokalnej galerii.

Sprzedała jednosypialniowe mieszkanie w Londynie i na jego obrzeżach kupiła mały dom z ogrodem, który zamieniła w kwitnący eden. I trzy razy w roku odwiedza lady Thatcher, przynosząc jej zawsze piękne kwiaty. Na jej urodziny, na Boże Narodzenie i Wielkanoc.

– Nigdy nie rozmawiamy na temat polityki – mówi Beata – chociaż przeczytałam wszystkie możliwe książki na jej temat, a moją główną fascynacją są właśnie jej polityczne dokonania. Niezłomna kobieta, która zawsze kierowała się swoim instynktem politycznym. Reformowała kraj pomimo krytyki i często otwartej nienawiści wpływowych publicystów. Ostatni polityk wielkiego formatu, z którym liczyli się najwięksi wrogowie. To w końcu Sowieci nadali jej przydomek żelazna dama, z którego była dumna. Ale do tych czasów już nie wraca. Teraz żądzą inni, a była premier, na którą powołują się nawet laburzyści, zgodnie z niepisanym zwyczajem w życiu politycznym już nie uczestniczy. Kiedy przyszłam tam ostatni raz, zdumiał mnie jej widok: szary kostium, szara chustka na głowie, szare pończochy, Taki kamuflaż, żeby w spokoju, nierozpoznana przez nikogo mogła pospacerować w parku. Cieszę się, że mogę spędzić z nią nawet krótką chwilę. Jest chyba dosyć samotna. Miała tylu przyjaciół, ale może w polityce nie ma prawdziwych przyjaźni...

Teresa Bazarnik

Komentarze:
Jagna (11.12.2010) Piekna historia, ciekawie opisana

Dodaj komentarz:
Autor:
Wpisz hasło z obrazka: (małymi literami)


REKLAMA
PODCASTY
...zobacz inne podcasty
ARTERIA
...zobacz archiwum Arterii
REKLAMA
ENGLISH PAGE
...zobacz inne artykuły
ANKIETA
Czy wyjeżdźasz na wakacje do Polski?
liczba głosów: 29899
Tak

24800
83%
Nie

5099
17%
...zobacz archiwum ankiet
WYSZUKIWANE TAGI

Polsport |adwokat wyrok nakazowy warszawa | karabińczyki nierdzewne | kosmetyka gdańsk | ekogroszek Jastrzębie | prasy krawędziowe
zespół muzyczny żory | nity nierdzewne | szkolenia energetyczne sandomierz | badania kierowców Jastrzębie Zdrój | stylistka śląsk