KIM JESTEŚMY REDAKCJA MARKETING DYSTRYBUCJA OGŁOSZENIA LISTY DO REDAKCJI KONTAKT 25 wrzesień 2018
E-WYDANIE
PUBLICYSTYKA
REPORTAŻ
LUDZIE I MIEJSCA
TAKIE CZASY
CZAS PRZESZŁY
CZAS TO PIENIĄDZ
DRUGI BRZEG
CZAS NA WYSPIE
AKTUALNOŚCI
ARTFUL FACE
PAN ZENOBIUSZ
FAWLEY COURT
REWERS
DOBRE, BO POLSKIE
SYLWETKI
LONDYN W SUBIEKTYWIE
OPOWIADANIA LONDYŃSKIE
ROZMOWA
LISTY DO REDAKCJI
KULTURA
RECENZJA
SYLWETKI
ROZMOWA
CO SIĘ DZIEJE
FELIETONY
KRYSTYNA CYWIŃSKA
ANDRZEJ LICHOTA
WACŁAW LEWANDOWSKI
GRZEGORZ MAŁKIEWICZ
V.VALDI
SPORT
AKTUALNOŚCI
RELACJA
ROZMOWA
FELIETON
GALERIA
PODRÓŻE
PO LONDYNIE
PO WYSPIE
POLSKIE DROGI
PO ŚWIECIE
W CZASIE I PRZESTRZENI
CZAS NA RELAKS
ZDROWIE POLECAMY
NA ŁAWECZCE
MANIA GOTOWANIA
KRZYŻÓWKA
KRONIKA ABSURDU
NA KOŃCU JĘZYKA
TO I OWO
ARTERIA
ARTYŚCI
GALERIA
EWA OBROCHTA
BASIA LAUTMAN
BEATA KOZŁOWSKA
WOJCIECH SOBCZYŃSKI
RYSZARD SZYDŁO
PAWEŁ KORDACZKA
MARIA KALETA
MAREK BORYSEWICZ
KRZYSZTOF MALSKI
KONRAD GRABOWSKI
JUSTYNA KABAŁA
IWONA ZAJĄC
ELZBIETA PIEKACZ
ELZBIETA CHOJAK
ELA CIECIERSKA
CAROLINA KHOURI
ANIA PIENIĄŻEK
AGNIESZKA KOWAL
A.HANDZEL-KORDACZKA
ANDRZEJ KRAUZE
ANDRZEJ LICHOTA
DAMIAN CHROBAK
GRZEGORZ LEPIARZ
SŁAWEK BLATTON
ANDRZEJ MARIA BORKOWSKI
PAWEŁ WĄSEK
MARCIN DUDEK
JOANNA SZWEJ-HAWKIN
DANUTA SOŁOWIEJ
TOMASZ STANDO
AGNIESZKA STANDO
OLGA SIEŃKO
FOTOREPORTAŻ
AGATA HAMILTON
JOANNA CIECHANOWSKA




De profundis
2010.11.08 / Krystyna Cywińska
TAGI: felieton
Share |
Starzejemy się szybciej niż pomniki, jakie stawiamy, zwłaszcza te nagrobne. Te anioły skrzydlate, te smutne wdowy zakute w marmurze. Te posągowe postacie mężów wybitnych albo i nie. Pomniki można odrestaurować. Dorobić im przetrącone skrzydła, nosy głowy. Oczyścić i tchnąć w nie nowe nagrobne życie. Z człowiekiem znacznie gorzej. Jak zacznie się starzeć, skrzypieć, kwękać i stękać.
Gdy łamią go kości i woda bulgocze mu w płucach, wzywa lekarza. Dzwoni do przychodni. Odzywa się katarynka. – Tu przychodnia. Żałujemy, przepraszamy, ale wszyscy asystenci są zajęci.

Już nie sekretarki. Nie pielęgniarki, ale asystenci. Kości cię łamię, w płucach ci świszczy, ręce opadają. Wzywasz pogotowie. Zajeżdża karetka na sygnałach. Wszyscy sąsiedzi w oknach i drzwiach. – Ktoś umarł? – Nie, jeszcze żyje.

Sanitariusze wskakują do domu z noszami i aparatami. Dopadają pacjenta. Badają mu ciśnienie. Podają mu tlen. Anioły pierwszej potrzeby. Po czym rozstawiają nosze i ładują na nie chorego. – Zabieramy cię do szpitala. Jak się nazywasz. – Adam. Ale ja nie chcę do szpitala – woła. – Nie pojadę. – Dlaczego? – Bo nie znam ani urdu, ani suahili, ani żadnego innego narzecza. Nie dogadam się w szpitalu.

Pacjent ma już lekko przechlapane jako rasista. – Zbieraj się. Get your ars, jedziemy.
I pojechali. Rodzina zdruzgotana. Dzwoni do szpitala. – Tu szpital pod wezwaniem św. Wita. Witajcie. W czym możemy pomóc? – Gdzie jest pacjent Adam, wczoraj w nocy przywieziony? – A jak się nazywa?

Rodzina podaje nazwisko. – Jak? Rodzina literuje litera po literze. I czeka. Po jakimś czasie słyszy: – Jest na oddziale diagnostycznym. Łączymy. Na oddziale diagnostycznym go nie ma. Gdzie jest? – Na oddziale kardiologicznym. Łączymy. Tam też go nie ma. Był, ale go przeniesiono. – Gdzie?

I tak przez kolejne oddziały. Wreszcie pacjent się znalazł. Siedzi Adam w fotelu na kółkach na korytarzu, na oddziale terapii i czeka na łóżko. Rodzina pędzi galopem do szpitala. A szpital jest jak miasto umierających, jak siódmy krąg przedpiekla. Rodzina kluczy po korytarzach, przedsionkach, oddziałach i salach. Bladych twarzy jak na lekarstwo. Czarne, smagłe, żółtawe twarze szwargoczą między sobą narzeczami z wieży Babel.

– Doktora! – woła rodzina. Po godzinie doktor się zjawia. Smagły pan w średnim wieku, w wyszarzałych spodniach, w koszuli steranej w maglu i w przybrudzonych tenisówkach. Rodzina rodem z Polski oczekiwała postaci poważnej, w białym fartuchu, ze stetoskopem na szyi. Przy ogólnym zaskoczeniu zaniemówiła. Doktor okazał się Grekiem. Po paru popisach rodziny ze znajomości „Iliady” i „Odysei”, i greckiej mitologii lekarz został dopuszczony do diagnozy pacjenta. – Nic mu nie będzie, jak tu poleży z kroplówką, kateterem i dializą. Za mało moczu oddaje.

Rodzina wyszła uspokojona, choć pacjent wybrzydzał na jedzenie. Pomyjami tu karmią! Nie szkodzi. Schudnie. Ale żona pacjenta orzekła, że to skandal. Skandal, żeby obsługa szpitalna w byle czym latała, a lekarze bez białego fartucha badali pacjentów. Nawet w PRL-u nie do pomyślenia.

I tak wyrzekając na upadek obyczajów szpitalnych w tym kraju, nadziała się na Sikha w turbanie wycierającego podłogę mopem z dezynfekcją. – W czasie Powstania Warszawskiego – burknęła – lepsze mieliśmy płyny dezynfekujące, mniej śmierdzące. I gdzie się podziały szpitalne matrons – postrach personelu, anioł stróż pacjentów? Dawno je zredukowano. Anglia jest krajem wielorasowym, wielojęzycznym i demokratycznym. A demokracja nakazuje równanie w dół. Żeby się nikt nie wyróżniał ubraniem i dystynkcjami. I wszyscy są teraz health carers. Począwszy od lekarzy, a skończywszy na sprzątaczach i kucharzach.

Po dwóch tygodniach rodzina szykuje się do odebrania pacjenta. Dzwoni do szpitala. – Kiedy go karetka przywiezie? – Na razie niemożliwe, bo ma spuchnięte nogi. – Jak to? Wczoraj nie miał spuchniętych nóg, a teraz ma? – Tak, ma. Za mało moczu oddaje.

Rodzina leci do szpitala. – Adam, pokaż nogi. – Po co? – pyta zdumiony Adam. – Bo masz spuchnięte. – Ja? Nie! To ten pacjent obok ma spuchnięte nogi. – Sorry, sorry – mała pomyłka.

Nie odróżnili Adama od sąsiada Murzyna. I odstawiono pacjenta do domu po ośmiu godzinach czekania na korytarzu na karetkę. – A tej pacjentce po drugiej stronie – opowiada Adam – która się skarżyła na ból nóg, jak ją wypisywali, powiedzieli, niech jeździ taksówkami.

Nasz znajomy miał lekki atak serca. Gdy wychodził ze szpitala, czarny jak heban kardiolog powiedział mu: – Jak pan przyjdzie do mnie za dwa tygodnie, powiem panu, kiedy pan umrze. Taki widać miał czarny humor ten kardiolog.

Rodzinny lekarz w przychodni zarządził dalszą terapię Adama. Ma mieć co tydzień pobieraną krew do analizy. I co tydzień zjawiają się różne postacie i kłują Adam bez miłosierdzia. Ma pełno siniaków. Po czym się okazuje, że analiza krwi przepadła w komputerze. A w leczeniu przecież komputer ma ostatnie zdanie diagnostyczne.

–W Polsce chyba jest inaczej – rzekła żona pacjenta. Ale gdzie tu na tym wygnaniu szukać polskiego lekarza? Hydraulika, owszem, ale polskiego lekarza na zawołanie? Pewna Angielka wezwała hydraulika, żeby naprawił cieknący kaloryfer w pokoju jej chorego męża. I niech mu nie przeszkadza. Po pewnym czasie hydraulik wyszedł i powiada: – I’ve fixed a radiator and I’ve fixed your husband. – What? – wrzasnęła Angielka. – No tak. Bo w Anglii jestem hydraulikiem, a w Polsce lekarzem. Miała baba szczęście. Starzejemy się znacznie szybciej niż pomniki, jakie stawiamy na cmentarzach. Co sobie uświadomiłam, odwiedzając w Dzień Zaduszny przywrócone do życia grobowce. Z odnowieniem człowieka jest znacznie trudniej – co rzekł de porofundis.

Krystyna Cywińska

Dodaj komentarz:
Autor:
Wpisz hasło z obrazka: (małymi literami)


REKLAMA
PODCASTY
...zobacz inne podcasty
ARTERIA
...zobacz archiwum Arterii
REKLAMA
ENGLISH PAGE
...zobacz inne artykuły
ANKIETA
Czy wyjeżdźasz na wakacje do Polski?
liczba głosów: 29240
Tak

24324
83%
Nie

4916
17%
...zobacz archiwum ankiet
WYSZUKIWANE TAGI

Polsport |podnośniki kubełkowe | nity nierdzewne | dom opieki Rybnik | Diagnostyka poronień | prasy krawędziowe
kuchnie kraków | łańcuchy nierdzewne | mapa do celów projektowych Rybnik | promieniowanie jonizujące Radlin | wizerunek dla mam śląsk