KIM JESTEŚMY REDAKCJA MARKETING DYSTRYBUCJA OGŁOSZENIA LISTY DO REDAKCJI KONTAKT 15 paĽdziernik 2018
E-WYDANIE
PUBLICYSTYKA
REPORTAŻ
LUDZIE I MIEJSCA
TAKIE CZASY
CZAS PRZESZŁY
CZAS TO PIENIĄDZ
DRUGI BRZEG
CZAS NA WYSPIE
AKTUALNOŚCI
ARTFUL FACE
PAN ZENOBIUSZ
FAWLEY COURT
REWERS
DOBRE, BO POLSKIE
SYLWETKI
LONDYN W SUBIEKTYWIE
OPOWIADANIA LONDYŃSKIE
ROZMOWA
LISTY DO REDAKCJI
KULTURA
RECENZJA
SYLWETKI
ROZMOWA
CO SIĘ DZIEJE
FELIETONY
KRYSTYNA CYWIŃSKA
ANDRZEJ LICHOTA
WACŁAW LEWANDOWSKI
GRZEGORZ MAŁKIEWICZ
V.VALDI
SPORT
AKTUALNOŚCI
RELACJA
ROZMOWA
FELIETON
GALERIA
PODRÓŻE
PO LONDYNIE
PO WYSPIE
POLSKIE DROGI
PO ŚWIECIE
W CZASIE I PRZESTRZENI
CZAS NA RELAKS
ZDROWIE POLECAMY
NA ŁAWECZCE
MANIA GOTOWANIA
KRZYŻÓWKA
KRONIKA ABSURDU
NA KOŃCU JĘZYKA
TO I OWO
ARTERIA
ARTYŚCI
GALERIA
EWA OBROCHTA
BASIA LAUTMAN
BEATA KOZŁOWSKA
WOJCIECH SOBCZYŃSKI
RYSZARD SZYDŁO
PAWEŁ KORDACZKA
MARIA KALETA
MAREK BORYSEWICZ
KRZYSZTOF MALSKI
KONRAD GRABOWSKI
JUSTYNA KABAŁA
IWONA ZAJĄC
ELZBIETA PIEKACZ
ELZBIETA CHOJAK
ELA CIECIERSKA
CAROLINA KHOURI
ANIA PIENIĄŻEK
AGNIESZKA KOWAL
A.HANDZEL-KORDACZKA
ANDRZEJ KRAUZE
ANDRZEJ LICHOTA
DAMIAN CHROBAK
GRZEGORZ LEPIARZ
SŁAWEK BLATTON
ANDRZEJ MARIA BORKOWSKI
PAWEŁ WĄSEK
MARCIN DUDEK
JOANNA SZWEJ-HAWKIN
DANUTA SOŁOWIEJ
TOMASZ STANDO
AGNIESZKA STANDO
OLGA SIEŃKO
FOTOREPORTAŻ
AGATA HAMILTON
JOANNA CIECHANOWSKA




Święte krowy
2010.06.07 / Krystyna Cywińska
TAGI:
Share |
Każdy naród ma swoje święte krowy. Stara emigracja londyńska też ma swoją. Profesora Władysława Bartoszewskiego. Sam się tak kiedyś nazwał. A było to w styczniu w 1997 roku. Stał profesor na podium w POSK-u i czarował publikę. Pewna leciwa emigrantka orzekła z uwielbieniem: – Ach, jego można słuchać bez końca. Na co jej towarzysz odparował, że na szczęście wszystko ma swój koniec. I wybył z sali.
Jak na razie, końca jednak nie widać. Bo oto prof. Bartoszewski po raz kolejny (w sobotę, 29 maja) czarował w POSK-u publikę. Tym razem pewien młody człowiek orzekł: – Ale ma gadane!
No, cóż. Profesor tak ma. Gadane. Anglicy nazywają to gift of the gab, czyli umiejętność mówienia z rękawa. Płynnie, potoczyście, poprawnym językiem, przekonująco. Tylko o czym? Bo potok słów czasem zalewa treść. Gift of the gab to także umiejętność postrzegania zjawisk i wydarzeń w perspektywie ich przemijania. To także dezynwoltura, lekko lekceważące postrzeganie ludzi i dezawuowanie ich praw. Na przykład prawa do posiadania kota przyjaciela. Jak w przypadku – że przypomnę – Jarosława Kaczyńskiego. Czy prawa do opłakiwania i honorowania zmarłych, co profesor uznał za polityczną nekrofilię. Za chorobliwe wykorzystywanie ofiar katastrofy smoleńskiej w rozgrywkach o prezydenturę. Czarny to humor? A może dostrzeganie komizmu sytuacyjnego? W czym profesor celuje. Chciałoby się wierzyć, choć trudno, że to takie przewrotne poczucie humoru. Że to pasja publicystyczna zapędziła świętą krowę na niestrawne manowce.
Profesor zapewnia, że jest strzelcem z wolnej stopy. Że o nic nie zabiega. W zeszłym tygodniu w POSK-u zabiegał o schedę polityczno-patriotyczną po Janie Nowaku Jeziorańskim. Stara emigracja aż się pławiła w strumieniach jego słów. Klaskała, mlaskała, wzdychała z uwielbieniem dla ukochanego prelegenta. Ale przecież w podtekście była to wizyta i prelekcja wyborcza. I wyzwanie w podtekście: głosujcie na Komorowskiego! A w styczniu w 1997 roku profesor oświadczył: „Żebyście się położyli w poprzek, to i tak nic nie wskóracie, bo nic te wasze głosy nie znaczą w rozrachunku wyborczym” – co cytuję z zapisu na taśmie, nie z pamięci. Dziś te głosy może więcej znaczą, bo jest ich więcej. Zdaniem niektórych od profesora i byłego ministra można by oczekiwać więcej gravitas. Powagi i rozwagi politycznej. Jesteśmy przecież społeczeństwem żądnym ważkości słów. Wielkich, mocnych, patriotycznych. Nasi mówcy, nie tylko politycy, wszystko patriotyzują. Od chlorowanej wody w kranach do chlorku potasu w nawożeniu ziemi polskiej. Od ziemi przez nich obiecywanej do ziemi ognistej i przeklętej. Od przedmurza chrześcijaństwa do obalenia muru berlińskiego. Mówienie o polskich sprawach bez wytchnienia i bez patriotycznego natchnienia jest u nas rzadkością. Profesor Władysław Bartoszewski jest niejako wpisany w ten tok myślenia. Pięć lat temu, bo 10 maja 2005 roku, londyński „Dziennik Polski i Dziennik Żołnierza” opublikował rozmowę Szymona Gurbina z profesorem Bartoszewskim. Rozmowa ta dotyczyła problemów krajowych i światowych. Profesor powiedział m.in., że podobnie jak jego zmarły przyjaciel Jan Nowak Jeziorański zagrożenie dla Polaków widzi w nas samych. I podobnie jak Jeziorański nie boi się rozwoju sytuacji międzynarodowej, ale naszych narodowych wad. I dodał: „Nieustannie widzę ogromną skłonność do polaryzacji, natomiast małą skłonność do działań w duchu koalicyjnym i chęci porozumienia się”. Czego, niestety, sam dał ostatnio dowody w niewyparzonym języku.
Chodzącym samopas świętym krowom można jednak darować, kiedy czasem rykną od rzeczy. Pięć lat temu Władysław Bartoszewski mówił też o nadchodzących w kraju wyborach, także prezydenckich. Przypomniał, że kompetencje prezydenta RP nie są wielkie. Mniejsze od prezydenta Francji, ale większe od tych, którymi dysponują prezydenci Niemiec, Austrii czy Włoch. Nie jest więc obojętne, kto w Polsce obejmie to stanowisko. Stajemy wobec pewnych prób obywatelskich – powiedział profesor. Prób dojrzałości i nieulegania tendencjom populistycznym polityków z prawa i lewa, obiecujących gruszki na wierzbie. No, niestety, jak wiemy, wszyscy je obiecują. Jak dotąd, bodaj najmniej małomówny Jarosław Kaczyński. Może się okazać, że w tych wyborach oszczędność słowa i milczenie okaże się złotem.
A tymczasem w kraju lało jak z cebra. Powódź utopiła gorączkę wyborczą. A powodzian niefrasobliwie pocieszył marszałek Komorowski, stwierdzając autorytatywnie: „Woda ma to do siebie, że się zbiera, a potem odpływa”. No i oblał nas prysznicem banału. Anglicy rozróżniają między gift of the gab – cnotą złotoustą a gift of gabble – wadą mielenia ozorem. Kto ozorem miele, czasem popełnia gafy. Trzepiący językiem politycy i żurnaliści powinni o tym pamiętać. Nie celujemy w sztuce dorzecznego krasomówstwa. Celujemy za to w bezmyślnej paplaninie.
Osobiście już wszystko w życiu słyszałam. I dlatego nie poszłam na spotkanie w POSK-u z profesorem Bartoszewskim. Byli i tacy, którzy w ubiegłym tygodniu także nie poszli do POSK-u słuchać oracji z owacjami, bo wybrali wielką ucztę kulturalną – koncerty Nigela Kennedy’ego
z polskimi muzykami w Southbank. Nigel Kennedy, niczym czarodziejski skrzypek na dachu, sławi naszą wrażliwość, kulturę i nasz kunszt muzyczny. Mistrzowskim smaganiem skrzypiec smyczkiem więcej dla naszej kultury wygrał niż lata na ten
temat nieustannej paplaniny. Słowa przemijają z wiatrem, wiatr roznosi echa muzyki. Ten jedyny język narodów. Mianuję Nigela Kennedy’ego naszą świętą krową.

Dodaj komentarz:
Autor:
Wpisz hasło z obrazka: (małymi literami)


REKLAMA
PODCASTY
...zobacz inne podcasty
ARTERIA
...zobacz archiwum Arterii
REKLAMA
ENGLISH PAGE
...zobacz inne artykuły
ANKIETA
Czy wyjeżdźasz na wakacje do Polski?
liczba głosów: 29388
Tak

24438
83%
Nie

4950
17%
...zobacz archiwum ankiet
WYSZUKIWANE TAGI

Polsport |Rejestracja suplementów diety | zawiasy nierdzewne | kosmetyka gdańsk | TW couplings | czaszkowo-krzyżowa Cieszyn
kuchnie na wymiar rybnik | pręty gwintowane nierdzewne | okna Wodzisław | medycyna tropikalna Radlin | stylistka śląsk