KIM JESTEŚMY REDAKCJA MARKETING DYSTRYBUCJA OGŁOSZENIA LISTY DO REDAKCJI KONTAKT 18 kwiecień 2021
E-WYDANIE
OGNISKO POLSKIE
* OGNISKO NASZE TO WIĘCEJ NIŻ KLUB…
* DAJMY SZANSĘ OGNISKU
* BITWA O OGNISKO
* FROM VICTORIOUS OGNISKO BACK TO…
PUBLICYSTYKA
REPORTAŻ
LUDZIE I MIEJSCA
TAKIE CZASY
CZAS PRZESZŁY
CZAS TO PIENIĄDZ
DRUGI BRZEG
CZAS NA WYSPIE
AKTUALNOŚCI
ARTFUL FACE
PAN ZENOBIUSZ
REWERS
FAWLEY COURT
DOBRE, BO POLSKIE
SYLWETKI
LONDYN W SUBIEKTYWIE
OPOWIADANIA LONDYŃSKIE
ROZMOWA
KULTURA
RECENZJA
SYLWETKI
ROZMOWA
CO SIĘ DZIEJE
FELIETONY
KRYSTYNA CYWIŃSKA
ANDRZEJ LICHOTA
WACŁAW LEWANDOWSKI
GRZEGORZ MAŁKIEWICZ
V.VALDI
PODRÓŻE
PO LONDYNIE
PO WYSPIE
POLSKIE DROGI
PO ŚWIECIE
W CZASIE I PRZESTRZENI
CZAS NA RELAKS
ZDROWIE POLECAMY
MANIA GOTOWANIA
KRZYŻÓWKA
KRONIKA ABSURDU
NA KOŃCU JĘZYKA
TO I OWO
ARTERIA
ARTYŚCI
GALERIA
EWA OBROCHTA
BASIA LAUTMAN
BEATA KOZŁOWSKA
WOJCIECH SOBCZYŃSKI
RYSZARD SZYDŁO
PAWEŁ KORDACZKA
MARIA KALETA
MAREK BORYSEWICZ
KRZYSZTOF MALSKI
KONRAD GRABOWSKI
JUSTYNA KABAŁA
IWONA ZAJĄC
ELZBIETA PIEKACZ
ELZBIETA CHOJAK
ELA CIECIERSKA
CAROLINA KHOURI
ANIA PIENIĄŻEK
AGNIESZKA KOWAL
A.HANDZEL-KORDACZKA
ANDRZEJ KRAUZE
ANDRZEJ LICHOTA
DAMIAN CHROBAK
GRZEGORZ LEPIARZ
SŁAWEK BLATTON
ANDRZEJ MARIA BORKOWSKI
PAWEŁ WĄSEK
MARCIN DUDEK
JOANNA SZWEJ-HAWKIN
DANUTA SOŁOWIEJ
TOMASZ STANDO
AGNIESZKA STANDO
OLGA SIEŃKO
FOTOREPORTAŻ
AGATA HAMILTON
JOANNA CIECHANOWSKA




Borneo
2010.02.12 / Małgorzata Białecka
TAGI:
Share |
Zanim nasz samolot wylądował w Kota Kinabalu w stanie Sabah w malezyjskiej części Borneo zobaczyliśmy z powietrza kipiące soczystą zielenią wyspy i wijące się koralowe wybrzeże.

W okienku na lotnisku kupujemy kupon na taksówkę. System okazuje się bardzo praktyczny. Kasjerka skasowała nas dokładnie za przejazd do wskazanego hotelu – tym sposobem ogranicza się nadużycia nieuczciwych taksówkarzy przynajmniej na odcinku lotnisko-hotel. Samochód powoli wiezie nas do centrum miasta. Minęliśmy nowy terminal AirAsia w budowie – jak z dumą powiedział taksówkarz. Luksusowe hotele ciągną się wzdłuż wybrzeża, od slumsów dzielił je chodnik. Mamy szczęście, nasz hotel znajduje się obok Center Point – centrum handlowego z food court, miejscem gdzie można tanio zjeść. W tej części Azji center pointy to środek miasta i punkty orientacyjne w lokalnej topografii. Jest w nich wszystko – poczta, kawiarenka internetowa, tanie restauracje i góry towaru, którym tutaj się handluje. Przed hotelem rozkłada się leniwie ogromny targ, wypełniający się tuż przed zachodem słońca zapachem jedzenia. W Malezji – państwie muzułmańskim – właśnie trwa ramadan.

Kaja i ryba z rusztu

Nie mogę się oprzeć pokusie i szybko ruszam między ciasno rozstawiane stragany na targu. Wszystko tu kipi życiem. Pod wiatą siedzą czekający na klientów krawcy przy swoich maszynach do szycia typu Singer – rozczulił mnie ich widok, taką maszynę na pedał miała moja babcia. Setki pamiątek dla turystów na straganach pod dachem. Pod gołym niebem rozpychają się tylko handlarze jedzeniem. Po południu na stołach pojawiają się świeże ryby, patroszone na miejscu, ich wnętrzności rzuca się na ziemię, później zmiata do rynsztoków, by wraz z wodą spłynęły do kanalizacji lub do morza. Obok ryb smaży się placki, smakujące jak nasze naleśniki, choć bardziej tłuste i ciastowate. Można je zjeść z marmoladą albo z brązową kają – lokalną mieszanką miąższu z orzecha kokosowego i owoców. Jedzą tu głównie lokalni mieszkańcy, zawsze po szóstej, czyli kiedy pozwala im na to ramadan.
Usiedliśmy na plastikowym taborecie przy jednym z długich stołów. Tubylcy są nieco zdziwieni, ale bardzo przyjaźni. Podają nam ostre przyprawy i sosy. Plastikowe talerze myje się tuż obok w wodzie z hydrantu. Nie myślę o higienie, bo zapach smażonej ryby i świeżego ryżu jest tak kuszący. Wszędzie panuje ścisk, jakby nagle całe miasto przyszło tu zjeść. Powietrze jest niebieskie od dymu rusztu, na którym smażą się ryby. I tak codziennie. Karolina zapytała obsługującą nas dziewczynę o twarzy dziecka, czy chodzi do szkoły. Okazało się, że ma już 18 lat i nie chodzi do szkoły, teraz pracuje tutaj na straganie przy smażeniu ryb. Nastolatki i dzieci mówią w Malezji choć trochę po angielsku. To w końcu dawna kolonia brytyjska. Dziś dzieci uczą się angielskiego w szkole, są bardzo zmotywowane, bo angielski to turyści, a turyści to praca i pieniądze. Ta część Borneo uchodzi za część turystyczną. Swojskość i bezpretensjonalność tego miejsca są jak narkotyk, choć może nie dla każdego – Karolina nie może znieść widoku krwi na betonowym podłożu i przekonania, że kiedy tylko wynoszą się stąd ludzie, ruszają na swoje łowy szczury.
Miejscem, gdzie królują turyści jest promenada. Można tam przebierać w bardziej ekskluzywnych restauracjach i atrakcjach typu masaż na sofie z widokiem na morze lub manicure czy pedicure z refleksjologią i olejkami. My jednak postanawiamy wydać pieniądze odkrywając tajemnice wyspy, więc decydujemy się następnego dnia na podróż do rezerwatu przyrody, by podziwiać raflezje.

Rafflesia Forest

Raflezje to unikalne kwiaty, spotykane bardzo rzadko w rezerwatach przyrody w tej części Malezji. Ich nazwa pochodzi od Sir Thomasa Stamforda Bingleya Rafflesa – założyciela Singapuru. Kwitną krótko i przypominają kolorową purchawkę. By je zobaczyć trzeba wybrać się do rezerwatu przyrody Rafflesia Forest oddalonego od Kota Kinabalu jakąś godzinę samochodem. Mamy nadzieję, że dojedziemy tam lokalnym autobusem, jednak jeden jedyny właśnie odjechał, a kasjerka w okienku radzi nam, żeby jednak wziąć taksówkę, bo nie ma powrotnego. Taksówkarze targują się z nami żonglując cenami, jakby myśleli, że mamy nieskończone źródła dochodów. W końcu wciąż żartując dochodzimy do ugody. Jedziemy.
Droga wije się i pnie pod górę pod kątem 25 stopni. Podziwiamy widoki na wzniesienia, pagórki i wsie. W parku kolejna niespodzianka. Ceny dla turystów są dziesięciokrotnie wyższe niż dla tubylców. Przewodnik prowadzi nas przez chaszcze do miejsca oddalonego kilka minut od bramy wjazdowej i na działce ogrodzonej siatką w lesie pokazuje jedną jedyną rozwiniętą raflezję. Jest niezwykła, ale czujemy się rozczarowani. Pstrykamy zdjęcia, bo może rzeczywiście te rajskie kwiaty kwitną już coraz rzadziej… Volf chce dłużej chodzić po ścieżkach w dżungli. Pracownicy rezerwatu się niecierpliwią, zamykają o 13.00, jest niedziela. Zostajemy w rezerwacie jakieś półtora godziny, by zrekompensować sobie koszt wyprawy. Ja jednak chętnie zapłaciłabym więcej, by już wracać. Z drzew spadają małe pijawki o wyglądzie dżdżownic. Wchodzą mi pod skarpetki, ich ugryzienia nie są niebezpieczne, jednak stróżki krwi spływają po nogach i brudzą mi rzeczy. Tiger Balm pomaga tylko na komary, mam go przy sobie, ale jego zapach w ogóle nie odstrasza pijawek.

Raj na Sapi

Następnego dnia ruszamy na wysepki wokół wybrzeża. Volf chce nurkować i zobaczyć koralowce. Sprzedawcy biletów na łodzie przekrzykują się przy kasach. Nic z tego nie rozumiem. Czekamy, okazuje się, że każdy z przewoźników ma swój kolor kamizelek, więc nasz niebieski jeszcze nie wyrusza. Na pytanie kiedy to nastąpi, niezależnie od tego, która jest godzina, odpowiadają „za 15 minut”. Czas dla nich w ogóle nie ma żadnego znaczenia. Nasz wybór pada na Sapi, jedną z mniejszych wysepek w tej części Borneo. Będzie tam w związku z tym mniej turystów, a jak obiecują tubylcy, wysepka jest urocza i można ją obejść dokoła w pół godziny.
Dobijamy na wyspę. Znowu uiszczamy opłatę – wstęp jest płatny. Jest rzeczywiście miło, a kolor morza i piasku sprawia, że czujemy się jak w raju. Przeważają turyści z Chin. Europejczycy rozkładają swoje ręczniki blisko siebie. Nagle z pośród drzew wypada dzika świnia, jest owłosiona na pysku. Nie boi się ludzi, rusza na stół, by porwać wszystko, co można zjeść. Odstraszają ją krzyki, ale wkrótce wraca. Pracownicy wyspy ostrzegają, by nie trzymać otwartego jedzenia.
Nastaje pora jedzenia – goście z Chin mają prywatny catering. W lokalnym bistro można kupić smażoną rybę. Zapach rusztu zwabia z lasu dwie ogromne jaszczury, które zaczynają ze sobą walczyć. Wszyscy przyglądamy się im z ciekawością. Jedna wygląda jakby padła martwa, jednak po dziesięciu minutach, gdy przeciwnik znika, podnosi się i leniwie chodzi wokół rusztu.
Volf jest zawiedziony, bo woda jest wzburzona i nic nie widać podczas nurkowania. Chce obejść wyspę wokół. Zbliża się jednak 16. Ostanie łodzie zabiorą turystów z wyspy w ciągu pół godziny. Ci, którzy chcą zostać, będą musieli zapłacić za miejsce w małym hoteliku.

Góra Kinabalu

Volf postanawia zdobyć najwyższy szczyt Archipelagu Malezyjskiego – czterotysięcznik Kinabalu (4095 m n.p.m.) w paśmie górskim Barisan. Wyprawa jest dość kosztowna, dyrekcja Parku Narodowego, na terenie którego znajduje się góra z trudnością wyraża zgodę na jednodniową wyprawę. Zwykle wspinaczkę dzieli się na dwa dni. Wejście jest płatne i drogie, bo obowiązkowo musi nam towarzyszyć przewodnik. Volf jest maratończykiem, stwierdza, że wejdzie za jednym podejściem. My zostajemy w mieście, czekamy na SMS-y od niego. Wyrusza o czwartej rano taksówką, która potem przywiezie go z powrotem. O trzeciej dostajemy wiadomość, że udało się mu zdobyć szczyt, ale było bardzo ciężko. Volf nigdy nie narzeka na podejścia w górach, tym razem jednak okazało się, że powietrze było tak rozrzedzone, a temperatura tak spadła na wyższych odcinkach, że trudno mu było oddychać. Ściana wydawała się niemal pionowa, jednak buty przyklejały się do niej z łatwością, nie musiał więc używać haków. Po podejściu lasem równikowym zaczęła się wspinaczka po skałach. Wiatr i spadająca temperatura zaskakują śmiałków, którzy wybierają się tam nieprzygotowani.

Mniej turystycznie

Do Sandakanu na północno-wschodnim brzegu Borneo lecimy samolotem. Czuję się zawiedziona, bo wielu ludzi pokonuje tę odległość autobusem, trwa to około dwudziestu godzin, ale za to można zobaczyć środkową część kraju. Już po kilku godzinach zauważam, że Sandakan jest uboższy i mnie nastawiony na turystykę w porównaniu z Kota Kinabalu. Wybrzeże jest kamieniste, ta część Malezji to porty i handel z Indonezją, turyści pojawiają się tutaj jakby przypadkiem i szybko wyjeżdżają. Z okna hotelu widzimy dachy budynków, to nie slumsy, ale ich wygląd jest smutny i biedny. Nie chodzi nawet o brud, to raczej wszechobecna wilgoć, która dobiera się do tynku szybko i zostawia place pokryte szarzyzną, do tego szmaty w oknach i brak szyb. Jest tak wilgotno i ciepło, że gdyby nie klimatyzacja w naszym pokoju też wolałbym, żeby oddzieliły nas od powietrza na zewnątrz ciężkie zasłony.
Ludzie żyją na zewnątrz, kryją się w mieszkaniach tylko żeby spać. Chinka z informacji miejskiej radzi, by szybko zarezerwować miejsce na wycieczkę na Wyspę Żółwi lub do Wild Life River Park, bo poza tym nie ma tu zbyt wiele do zobaczenia. Wyprawa na wyspy to konieczność pozostania tam na noc i dużo wyższe ceny niż w Kota Kinabalu. Żeby się dostać do River Park trzeba wynająć taksówkę, podróż w jedną stronę trwa około dwóch godzin. Zwierzęta widać najliczniej wieczorem i wczesnym rankiem. Na miejscu można wynająć łódź i pływać w nocy, kiedy słonie przychodzą do wodopoju.
Ryzykujemy, jedziemy do parku na jeden dzień. Po drodze zaskakują nas niekończące się pola plantacji palm. Dawniej była tu dżungla, teraz palmy rodzą owoce, z których toczy się olej – to żyła złota dla państwa, więc dżunglę prawie w całości wykarczowano, by zdobyć ziemię pod uprawę. Mijamy największą liczbę samochodów terenowych mitsubishi, jaką widziałam w życiu. Taksówkarz mówi nam, że składa się je na wyspie, są więc tanie. Na temat plantacji wypowiada się z uznaniem – sam ma udziały w jednej z nich. Plantacje dają ogromne pieniądze, a to oznacza lepsze życie. Pracują w nich tani emigranci z Indonezji.

Park i nosacz sundajski

Dojeżdżamy na miejsce. Czeka na nas przewodnik i łódź. Oglądamy małą wioskę z drewnianym meczetem. Na rzece stoją drewniane wychodki. Wszystko jakby spało. Machają nam tylko siedzące na brzegu dzieci. Trafiamy do hostelu nad rzeką, jest ładny i bardzo czysty. Żałujemy, że nie przyjechaliśmy tu od razu na kilka dni. Volf rozpoznaje parę Japończyków, którą spotkał wcześniej w Sandakanie. Robią zdjęcia dla jakiegoś magazynu. Pływają po rzece cztery razy w ciągu doby, są zachwyceni. W pobliżu w rezerwacie żyje duże stado słoni są też małpy zwane nosaczami.
Mam od kilku dni bardzo niskie ciśnienie. Trudno tu dostać dobrze zaparzoną i mocną kawę, zresztą w tym klimacie trudno ją pić. Przypominam sobie radę znajomej, żeby jeść dużo soli i mieć przy sobie kryształek soli kamiennej. Sól zatrzymuje wodę w organizmie, a to właśnie jej brak daje mi poczucie osłabienia i ospania. Tylko skąd tu wziąć sól kamienną…?
Orzeźwiające powietrze na rzece muska nam twarze. Razem z naszą łodzią na poszukiwanie słoni płynie jeszcze kilka innych łodzi. Przewodnicy głośno wymieniają informacje, gdzie właśnie pojawiły się małpy. Ruszamy, by je zobaczyć. Słyną ze swojej potencji i ogromnych nosów. W oddali widzimy klasyczne tutaj drewniane domy na palach, z meczetu słychać nawoływanie. Nasz taksówkarz tłumaczy, że nikt tu nie inwestuje w dom. Jeśli nie przeżre go w ciągu dziesięciu lat wilgoć, to zabiorą żywioły przyrody, każda rodzina średnio co dziesięć lat buduje nowy dom.

Tea House

Ostatni dzień pobytu w Sandakanie spędzam na chodzeniu i odkrywaniu miasta. Tylko z pozoru nie ma tam atrakcji turystycznych. W biurze informacji miejskiej dostaję małą mapkę z kilkunastoma naniesionymi punktami. Ruszam więc na wycieczkę. Dokładnie sto schodów prowadzi mnie na wzniesienie nad miastem, gdzie odkrywam imponujący dom amerykańskiej pisarki Ann Keith i postkolonialny brytyjski Tea House. Ann Keith mieszkała na Borneo przez kilkanaście lat. Opisała w swoich książkach lokalną społeczność i obraz tego miejsca po II wojnie. Jej dom jest obecnie muzeum. Zachowany w doskonałym stanie świeci pustkami, nie wspomina on nim żaden z przewodników. Sama chodzę po pokojach, gdzie pracowała, spała i jadła wraz z rodziną. Na stole leży mała kronika opowieści o duchach, które nawiedzały to miejsce tuż po okupacji japońskiej. Kraj wyglądał wtedy upiornie, wiele ciał pomordowanych rozkładało się w rowach. Ann i jej służba twierdzili, że w domu pojawiali się zmarli, którzy nie chcieli opuścić tego miejsca. Nagle serce skacze mi do gardła, słyszę kroki, choć nie słyszałam dźwięku otwieranych drzwi. Zamieram na kilka sekund… W pokoju pojawia się owinięta na biało postać – na szczęście to tylko muzułmanka z obsługi, przyszła, żeby posprzątać.
Obok domu Ann znajduje się piękny Tea House, zaglądają tu zbłąkani Anglicy. Z tej wysokości widać przepiękną panoramę okolicy. Spieszę dalej. Jakieś sto metrów stąd rozciąga się na wzgórzu japoński cmentarz. Groby osadzone są jakby na półkach i całkowicie wyłożone małymi kolorowymi kafelkami. Pokryty jest w całości wyschniętą trawą. Z nieprzyjemnym dreszczem biegnę dalej. Udaje mi się złapać lokalny autobus i tego samego dnia dojechać na farmę krokodyli. Najstarszy z nich ma siedemdziesiąt lat, jest tam też wiele innych zwierząt. Pojawia się więcej ludzi w porze karmienia, kiedy pracownicy farmy dają pokaz i noszą krokodyle na własnych ramionach.
Po powrocie do miasta mam ochotę na wszystko co można dostać na targu. Sok z orzechów kokosowych z lodem w małych woreczkach, placki z kają, smażone ryby, pieczone kuperki kurczaka i skrzydełka, kawałeczki melona. Z trudnością omijam wszystko co może zawierać bieżącą wodę, mimo że mieszkańcy piją ją litrami, turyści mogą zapłacić za tę przyjemność rozstrojem żołądka. Mam na całą wyprawę tylko jedno opakowanie imodium – tabletek na biegunkę.

Galeria:
Dodaj komentarz:
Autor:
Wpisz hasło z obrazka: (małymi literami)


REKLAMA
PODCASTY
...zobacz inne podcasty
ARTERIA
...zobacz archiwum Arterii
REKLAMA
ENGLISH PAGE
...zobacz inne artykuły
ANKIETA
Czy wyjeżdźasz na wakacje do Polski?
liczba głosów: 38646
Tak

29741
77%
Nie

8905
23%
...zobacz archiwum ankiet
WYSZUKIWANE TAGI

Polsport |adwokat sprawy nieletnich warszawa | śruby nierdzewne | ubrania robocze Gorzyce | pellet Radlin | wykrawarki rewolwerowe
Außen Aufbereitung Kelheim | kotwy nierdzewne | matedukacja | nakrętki zrywalne nierdzewne | zakupy ze stylistą śląsk