KIM JESTEŚMY REDAKCJA MARKETING DYSTRYBUCJA OGŁOSZENIA LISTY DO REDAKCJI KONTAKT 20 lipiec 2018
E-WYDANIE
PUBLICYSTYKA
REPORTAŻ
LUDZIE I MIEJSCA
TAKIE CZASY
CZAS PRZESZŁY
CZAS TO PIENIĄDZ
DRUGI BRZEG
CZAS NA WYSPIE
AKTUALNOŚCI
ARTFUL FACE
PAN ZENOBIUSZ
FAWLEY COURT
REWERS
DOBRE, BO POLSKIE
SYLWETKI
LONDYN W SUBIEKTYWIE
OPOWIADANIA LONDYŃSKIE
ROZMOWA
LISTY DO REDAKCJI
KULTURA
RECENZJA
SYLWETKI
ROZMOWA
CO SIĘ DZIEJE
FELIETONY
KRYSTYNA CYWIŃSKA
ANDRZEJ LICHOTA
WACŁAW LEWANDOWSKI
GRZEGORZ MAŁKIEWICZ
V.VALDI
SPORT
AKTUALNOŚCI
RELACJA
ROZMOWA
FELIETON
GALERIA
PODRÓŻE
PO LONDYNIE
PO WYSPIE
POLSKIE DROGI
PO ŚWIECIE
W CZASIE I PRZESTRZENI
CZAS NA RELAKS
ZDROWIE POLECAMY
NA ŁAWECZCE
MANIA GOTOWANIA
KRZYŻÓWKA
KRONIKA ABSURDU
NA KOŃCU JĘZYKA
TO I OWO
ARTERIA
ARTYŚCI
GALERIA
EWA OBROCHTA
BASIA LAUTMAN
BEATA KOZŁOWSKA
WOJCIECH SOBCZYŃSKI
RYSZARD SZYDŁO
PAWEŁ KORDACZKA
MARIA KALETA
MAREK BORYSEWICZ
KRZYSZTOF MALSKI
KONRAD GRABOWSKI
JUSTYNA KABAŁA
IWONA ZAJĄC
ELZBIETA PIEKACZ
ELZBIETA CHOJAK
ELA CIECIERSKA
CAROLINA KHOURI
ANIA PIENIĄŻEK
AGNIESZKA KOWAL
A.HANDZEL-KORDACZKA
ANDRZEJ KRAUZE
ANDRZEJ LICHOTA
DAMIAN CHROBAK
GRZEGORZ LEPIARZ
SŁAWEK BLATTON
ANDRZEJ MARIA BORKOWSKI
PAWEŁ WĄSEK
MARCIN DUDEK
JOANNA SZWEJ-HAWKIN
DANUTA SOŁOWIEJ
TOMASZ STANDO
AGNIESZKA STANDO
OLGA SIEŃKO
FOTOREPORTAŻ
AGATA HAMILTON
JOANNA CIECHANOWSKA




Going postal
2010.02.12 / Jerzy Jacek Pilchowski
TAGI:
Share |
korespondecja z USA 20 sierpnia 1986 roku, w urzędzie pocztowym w Edmond, w stanie Oklahoma, Patrick Sherrill zastrzelił czternaście osób. Tak powstało powiedzenie going postal, które określa trudne do wytłumaczenia akty agresji. 6 listopada ubiegłego roku major armi amerykańskiej Nadil Malik Hasan zastrzelił trzynaście osób. W tym samym dniu, Jason Rodriguez zabił jedną osobę w biurze firmy, z której został przeszło rok wcześniej zwolniony. 9 listopada rezerwista Jasen D. Bruce uderzył kilka razy w głowę łyżką do opon greckiego popa Alexiosa Marakisa, gdyż „obowiązkiem każdego patrioty jest walczyć z arabskimi terorrystami”.

Potęgę Ameryki budowali tacy ludzie jak John D. Rockefeller, J. P. Morgan, Meyer Guggenheim, Andrew Carnegie czy Cornelius Vandrebilt. Każdy z nich, w czasach swojej największej świetności, powinien zostać powieszony. Równocześnie, z szacunkiem i podziwem, należy pochylić przed nimi czoło. Linie kolejowe, drogi, mosty, huty, kopalnie i fabryki, które zostały dzięki nim zbudowane stanowią do dziś fundament amerykańskiej gospodarki. W tamtych czasach ludzi oceniano bowiem w oparciu o to, co potrafili zbudować, a nie w oparciu o liczbę zer na ich bankowym koncie. Fundamenty to jednak nie wszystko. Aby państwa mogły się rozwijać, musi również istnieć akceptowana przez większość moralność i oparte na niej prawo.
W Ameryce głosem zbiorowego sumienia była Mother Jones. To właśnie ona przypomniała wszystkim, że miejsce dzieci jest w szkole a nie w fabryce, a mężczyzna w drelichu i kobieta w wystrzępionej sukience to też ludzie. Dobroć jest jednak zbyt słaba, aby wygrać z chciwością. Kapitalistyczni rycerze-rozbójnicy mieli jednak pecha, który nazywa się Atlantyk. W XVIII i XIX wieku, aby próbować sięgnąć po zagwarantowane w amerykańskiej konstytucyji prawa do poszukiwania szczęścia trzeba było najpierw przepłynąć w łupince przez ocean. To wymagało odwagi. Ci, którzy się na to decydowali, mieli rogate dusze (wersja dla wierzących) lub rogate DNA (wersja dla ateistów). Amerykańskie związki zawodowe składały się więc nie tylko z ludzi „polubownych”. Do ich skrajnego skrzydła zaliczyć trzeba Molly Maguires. Członkowie tej, wywodzącej się z Irlandii, tajnej organizacji nie wahali się poprosić „sędziego Colta” o interwencję w obronie ich prawa do chleba i godności. Powieszono dwudziestu Molly. Nie kwestionując tych wyroków, należy z szacunkiem i podziwem pochylić przed nimi głowę.
Szalę przechylił Henry Ford. Dobrowolne podniesienie płacy robotników o 100 proc. (słownie: sto procent) wywołało w prasie ataki histerycznej nienawiści. Lawiny nie udało się jednak zatrzymać. Amerykanie, w tym wielu kapitalistów i polityków zrozumiało, iż będzie dla wszystkich lepiej jeżeli robotnicy będą dobrze zarabiającymi konsumentami. Zeznając przed kongresową komisją Henry Ford cytował między innymi list proboszcza polskiej parafii w Detroit skierowando niego:
„… Praca Ford Motor Company daje ogromnie pozytywne skutki wsród moich ludzi. Wiem, że pijaństwo jest charakterystyczną cechą Polaków. Skutkiem twojej pracy jest to, że trzeźwość jest teraz czymś powszechnym, a nie czymś wyjątkowym w mojej parafii…”.

lata prosperity

Tak rozpoczął się złoty okres w historii Ameryki. W porównaniu ze średnią pensją sprzątaczki, wykwalifikowany robotnik zarabiał w tym czasie 2-3 razy tyle, profesjonalista 4-5, menadżerowie średniego szczebla 6-9, dyrektorzy 10-40, a właściciele wszystko to, co jest czystym zyskiem firmy. Nie było w tym nic nowego. Podobna struktura płac jest światowym standardem.
Nowe było to, że pensja amerykańskiej sprzątaczki była tak wysoka, że ludzie zaliczani do średniej klasy (od wykwalifikowanego robotnika wzwyż) mogli kupować domy, kształcić dzieci i zostawało im jeszcze na wyjazd całą rodziną na wakacje. Wielka więc była depresja bankierów na widok zwykłej kobiety, która za gotówkę – bez konieczności brania pożyczki – kupowała na obiad całego indyka.

Bankierzy wkraczają do akcji

W roku 1913 ziściło się jednak odwieczne marzenie bankierów. Powstał FED i bankierzy mogli zacząć lewarowanie*). Na skutki nie trzeba było długo czekać. W roku 1929 rozpoczęła się Wielka Depresja. W kolejkach po talerz „kuroniówki” ustawiło się przeszło 20 proc. ludzi zdolnych do pracy. W oczy wszystkich zajrzało widmo krwawej rewolucji.
Na szcząście nie istniała jeszcze wtedy telewizja, czyli czytanie i myślenie przychodziło ludziom dużo łatwiej. Bankierom założono więc kaganiec, wzmocniono siłę związków zawodowych, a bezrobotnych zatrudniono przy przebudowie dróg na autostrady oraz budowie mostów, tam, tuneli, szkół i bibliotek. Infrastrukturę Ameryki dostosowano dzięki temu do potrzeb XX wieku.

Niewidzialna ręka rynku

Stopniowo wracał czas dzielonej bardziej sprawiedliwie prosperity. Mozolna praca bankierów, aby konsumenta kupującego za zarobione pieniądze zmienić w konsumenta kupującego za pożyczone pieniądze trwała oczywiście dalej. Postępująca szybko monopolizacja mediów pozwoliła im na to, aby dominująca stała się narracja, która mówi, że za wszystko co w gospodarce dobre odpowiada niewidzialna ręka rynku, a rękę związków zawodowych należy obciąć i zakopać. Towarzyszyły temu systematyczne działania FED powodujace stopniową dewaluację dolara, czyli spadek realnej wartości płac. Równocześnie, wolno ale systematycznie, rosło bezrobocie.
Obecny kryzys rozpoczął się kilkanaście lat temu. Przeciętnego Amerykanina przestało być stać na utrzymanie takiego poziomu życia, do jakiego był przyzwyczajony, w tym na kupno domu. Głupim, ale ludzkim, odruchem braki w domowych budżetach łatano przy pomocy kart kredytowych. Gorzej było z zakupem domu. Tradycyjnie młode małżeństwo zaraz po ślubie kupowało dom. Zdobycie 10-20 tys. na pierwszą wpłatę zwykle nie było problemem. Część dali rodzice, resztę można było szybko zaoszczędzić. Dokładniejsze sprawdzenie własnego budżetu powodowało jednak, że coraz więcej młodych ludzi odkrywało swoją prawdziwą sytuację. W stosunku do zarobków, spłata pożyczki na dom okazywała się tak dużym obciążeniem, że nowy samochód i wakacje, a nawet pójście z przyjaciółmi do restauracji lub na koncert, stawało się luksusem.
Przez Amerykę przetoczyła się wtedy pierwsza fala niezadowolenia. Zdmuchnęła ona Busha seniora oraz wielu republikańskich kongresmenów i senatorów. Nowy prezydent, Babba the love sponge Clinton wybrał post-politykę lub raczej post-ekonomię. Wspólnie z Greenspanem i Rubinem zaoferowano tym wszystkim, których nie było stać na dom nowe zasady udzielania pożyczek – znane teraz jako subprime.
Z punktu widzenia Wall Street była to genialna koncepcja. Obniżono, a w niektórych wypadkach nawet zlikwidowano wymóg płacenia gotówką pierwszej wpłaty i oprocentowanie pożyczki przeorganizowano w taki sposób, że przez pierwsze kilka lat rata była bardzo niska. Gdzieś tam, na piątej lub dziesiątej stronie umowy było oczywiście drobnym drukiem napisane, że po kilku latach oprocentowanie, czyli wysokość rat, drastycznie wzrośnie. Mało komu starczało jednak cierpliwości, aby przeczytać dokładnie całą umowę. Tym bardziej że aby zrozumieć bankowy żargon, trzeba być conajmniej absolwentem prawa.
Wiedzę o tym, jak działają nowe zasady udzielania pożyczek na domy, większość ludzi czerpała z telewizji i prasy. Obowiązująca w korporacyjnych mediach narracja była prosta: jeśli nie stać cię na kupno domu na normalnych zasadach za 150 tys. to należy wziąć subprime i kupić dom za 300 tys. Ceny domów rosną szybko (to była prawda, obniżenie kryteriów udzielania pożyczek spowodowało duży ruch w interesie, czyli szybki wzrost cen, więc za 2-3 lata dom ten sprzedasz za 350 tys. Zrobisz tak 2-4 razy i kupisz dom za gotówkę.
Szeroką rzeką popłynęły też pożyczki udzielane pod zastaw nadwyżki wartości domu nad pozostałym do spłacenia długiem. Wyglądało to jak idealne uzupełnienie dla kart kredytowych. Za te pieniądze można było wyremontować i powiększyć stary dom, zwiększając jego wartość o sumę większą niż się wydało, a za resztę kupić nowy samochód, telewizor z dużym plazmowym ekranem i pojechać na wymarzone wakacje. Jednym zdaniem, żyć nie umierać.

Ratowanie świata

W tym samym czasie FED sprawdzał na kilku bankach i korporacjach, jak działa doktryna „zbyt duży, aby upaść”. Trudno się więc dziwić, że na Wall Street szampan lał się strumieniami i ogromne premie sypały się jak manna z nieba. W roku 1970 średnie zarobki CEO w stu największych amerykańskich korporacjach były 45 razy większe od przeciętnych zarobków robotników. W roku 2006 ta proporcja wynosiła już 1723 do 1.
Nadszedł czas, w którym zaczęło „wskakiwać” bardzo wysokie oprocentowanie pożyczek na domy. Zbliżały się też wybory i Wall Street nie była pewna czy nowy prezydent bedzie się zachowywał „racjonalnie”. W tej sytuacji, zdecydowano się na ruch wyprzedzający i jeszcze w trakcie trwania prezydentury Busha Juniora ogłoszono, że jest kryzys. Tym razem rolę „The Committee to Save the World” przyjął na siebie Henry Paulson i Ben Bernanke. Nic w tym nowego. Wiemy przecież dobrze, że bankierzy raz na około dziesięć lat muszą uratować świat.
FED wypłacił więc bankierom ogromną zaliczkę (TARP) na konto chwilowych strat. Równocześnie rozpoczęło się masowe przekazywanie bankom domów ludzi, którzy zbankrutowali. Szacuje się, że będzie to
10-12 mln domów. Dzieci tych, którzy domy stracili, będą musiały (gdzieś przecież muszą mieszkać!) te domy od banków odkupić.
Amerykanie zaciągnęli gigantyczny kredyt, który wraz z rosnącym szybko (jest przecież kryzys!) oprocentowaniem, będą spłacać przez następne pokolenie.
Oh, well. Trudno się dziwić, że coraz więcej ludzi – gdzie drwa rąbią tam wióry lecą – going postal.

Kryzys moralny

Ograniczony do spraw ekonomicznych obraz kryzysu ma dużo białych plam. Największą z nich jest postępująca szybko laicyzacja i zwiazany z tym kryzys etyczno-moralny. Nie znaczy to wcale, że jesteśmy gorsi od poprzednich pokoleń. Chyba nawet jesteśmy – o jedną tysięczną milimetra – lepsi.
W czasach, gdy latamy do nieba i poznajemy tajemnice kodu DNA coraz trudniej jest jednak wierzyć, że wszechmogący Bóg stworzył świat w sześć dni, a siódmego odpoczywał. Wielu ateistów chętnie i bez hipokryzji klęka dalej przed krzyżem, gdyż widzi w nim godny najwyższego szacunku symbol, na którym opiera się chrześcijańska cywilizacja, i do niej chcą się dalej zaliczać. Zwątpienie w istnienie Boga jest jednak często przeżyciem bardzo traumatycznym. Wielu ludzi nie umie sobie z tym poradzić i rusza na wojnę z Bogiem. Towarzyszy im pełne poczucie własnego bezpieczeństwa. Wiedzą, że chrześcijan obowiązuje nakaz kochania nawet wrogów. Andreas Serrano (krucyfiks zanużony w moczu) nie zostanie więc oddany pod katowski topór, a Joanna Krupa (zasłania krzyżem swoje ...)
nie zostanie spalona na stosie.
Popularna jest również ucieczka w objęcia sekt, które nakazują wierzyć w to co głoszą w 110 proc. W Ameryce, można codziennie oglądać w telewizji judeochrześcijańskich pastorów, którzy dokonują aktów cudownego uzdrowienia i przekazują ludziom to, co poprzedniego dnia, po kolacji, Bóg powiedział im w bezpośredniej rozmowie. A te 10 proc. powyżej 100 proc. to procent zarobków, który należy systematycznie oddawać tym telewizyjnym mesjaszom. Dla wielu ludzi jest to dobry interes. W zamian dostają poczucie przynależności do grona ludzi, którzy znają wolę Boga i mają zarezerwowane miejsce przy oknie w arce zbawienia.
Proszę się nie śmiać. Ludzi „nowo narodzonych” (tak się tutaj nazywa członków różnych sekt) są miliony. Najnowszy numer miesięcznika The Atlantic informuje, że w Ameryce zarejestrowanych jest teraz 148 wyznań i 44 proc. Amerykanów nie identyfikuje się z wiarą swoich rodziców. Mija co prawda moda na hinduskich guru oraz buddyjskich nauczycieli. Zastepują ich wysłannicy UFO-ludków. Z tradycyjnych religii, tylko Kościół katolicki zwiększa liczbę wiernych, ale dzieje się tak głównie ze względu na duży napływ Latynosów. Kościoły protestanckie znikają jak poranna mgła. Protestantów zastępują judeochrześcijanie. Dla tych ludzi jest jasne, że aby przyspieszyć powrót Chrystusa należy wygrać wojnę z muzułmanami i odbudować jego dom czyli świątynię jerozolimską. Powstanie wtedy uniwersalny kościół, a ci, którzy się nie nawrócą, zostaną strąceni do piekła. Zapytany o to sponsor i sojusznik judeochrześcijan Beniamin Netanjahu powiedział: „Porozmawiamy o tym, gdy dojdziemy do tego punktu.”.
Trudno się więc dziwić, że going postal dotyka również muzułmanów (np., majora Hasana) oraz chłopców, którzy chcą koniecznie, nawet tylko z łyżką do opon w ręce, brać udział w religijnej wojnie XXI wieku.

Co dalej?

Jest prawie pewne, że w trakcie nastepnej prezydenckiej kampanii Sarah Palin będzie pozowała dla Playboya, obieca w New York Times zabicie wszystkich muzułmanów, a w telewizyjnym programie Meet the Press powie, iż wyboru wiceprezydenta i ważniejszych ministrów w jej rządzie dokona rada nadzorcza banku Goldman Sachs.
Historia, aby zmienić kierunek, musi zawsze najpierw dojść do absurdu.

*) Lewarowanie – mechanizm polegający na wykorzystywaniu dźwigni finansowej, używany podczas inwestowania. Jego istotą jest depozyt początkowy, wynoszący kilkanaście procent wartości kontraktu – niewielka pierwsza wpłata umożliwia obracanie kontraktem o wielokrotnie wyższej wartości.

Dodaj komentarz:
Autor:
Wpisz hasło z obrazka: (małymi literami)


REKLAMA
PODCASTY
...zobacz inne podcasty
ARTERIA
...zobacz archiwum Arterii
REKLAMA
ENGLISH PAGE
...zobacz inne artykuły
ANKIETA
Czy wyjeżdźasz na wakacje do Polski?
liczba głosów: 28651
Tak

23898
83%
Nie

4753
17%
...zobacz archiwum ankiet
WYSZUKIWANE TAGI

Polsport |nagrobki pomniki wodzisław | nity nierdzewne | opieka osób starszych Żory | ekogroszek Pszów | kontraktowa produkcja suplementów diety
Zespół muzyczny Strzelce Opolskie | nakrętki nierdzewne | Lekarz rodzinny Radlin | nity stalowe | leczenie AMD gdańsk