KIM JESTEŚMY REDAKCJA MARKETING DYSTRYBUCJA OGŁOSZENIA LISTY DO REDAKCJI KONTAKT 18 kwiecień 2021
E-WYDANIE
OGNISKO POLSKIE
* OGNISKO NASZE TO WIĘCEJ NIŻ KLUB…
* DAJMY SZANSĘ OGNISKU
* BITWA O OGNISKO
* FROM VICTORIOUS OGNISKO BACK TO…
PUBLICYSTYKA
REPORTAŻ
LUDZIE I MIEJSCA
TAKIE CZASY
CZAS PRZESZŁY
CZAS TO PIENIĄDZ
DRUGI BRZEG
CZAS NA WYSPIE
AKTUALNOŚCI
ARTFUL FACE
PAN ZENOBIUSZ
REWERS
FAWLEY COURT
DOBRE, BO POLSKIE
SYLWETKI
LONDYN W SUBIEKTYWIE
OPOWIADANIA LONDYŃSKIE
ROZMOWA
KULTURA
RECENZJA
SYLWETKI
ROZMOWA
CO SIĘ DZIEJE
FELIETONY
KRYSTYNA CYWIŃSKA
ANDRZEJ LICHOTA
WACŁAW LEWANDOWSKI
GRZEGORZ MAŁKIEWICZ
V.VALDI
PODRÓŻE
PO LONDYNIE
PO WYSPIE
POLSKIE DROGI
PO ŚWIECIE
W CZASIE I PRZESTRZENI
CZAS NA RELAKS
ZDROWIE POLECAMY
MANIA GOTOWANIA
KRZYŻÓWKA
KRONIKA ABSURDU
NA KOŃCU JĘZYKA
TO I OWO
ARTERIA
ARTYŚCI
GALERIA
EWA OBROCHTA
BASIA LAUTMAN
BEATA KOZŁOWSKA
WOJCIECH SOBCZYŃSKI
RYSZARD SZYDŁO
PAWEŁ KORDACZKA
MARIA KALETA
MAREK BORYSEWICZ
KRZYSZTOF MALSKI
KONRAD GRABOWSKI
JUSTYNA KABAŁA
IWONA ZAJĄC
ELZBIETA PIEKACZ
ELZBIETA CHOJAK
ELA CIECIERSKA
CAROLINA KHOURI
ANIA PIENIĄŻEK
AGNIESZKA KOWAL
A.HANDZEL-KORDACZKA
ANDRZEJ KRAUZE
ANDRZEJ LICHOTA
DAMIAN CHROBAK
GRZEGORZ LEPIARZ
SŁAWEK BLATTON
ANDRZEJ MARIA BORKOWSKI
PAWEŁ WĄSEK
MARCIN DUDEK
JOANNA SZWEJ-HAWKIN
DANUTA SOŁOWIEJ
TOMASZ STANDO
AGNIESZKA STANDO
OLGA SIEŃKO
FOTOREPORTAŻ
AGATA HAMILTON
JOANNA CIECHANOWSKA




Barcelona – spacer nocą
2008.08.08 / Małgorzata Białecka
TAGI:
Share |
A jeśli nocą, to obowiązkowo po klubach i barcelońskich dyskotekach. Że nie wygląda to typowo, przekonałam się osobiście, podążając za parą Katalończyków…

godz. 21.00 (piątek)

Z podniecenia wypada mi z rąk szminka. Wychodzę. Dostałam zaproszenie na nocny rajd po hiszpańskich knajpach i dyskotekach w Barcelonie. Chcę się jakoś fajniej ubrać i umalować, ale mam wrażenie, że jestem już spóźniona. Wkładam najnowszą bluzkę z dekoltem, do tego dość ostry makijaż, buty na wysokim obcasie. Moimi przewodnikami tej nocy mają być Jose i Silvia – bywalcy tutejszych klubów. W metrze poprawiam włosy, ludzie lekko mi się przyglądają, siłą rzeczy widać od razu, że jestem cudzoziemką. Po pierwsze jasna karnacja, włosy – co prawda ciemny blond, ale zawsze blond. I ten makijaż – teraz widzę, że tu młode kobiety (18-25 lat) jedynie w telewizji tak się malują. Na ulicach panuje zasada: wszystko co na siebie włożysz jest modne (przynajmniej dla ciebie).
Dla wielu osób godzina dziewiąta w tym ogromnym i fascynującym mieście to godzina powrotu z pracy. Metro jest więc zapchane. Inni jadą na kolację, wysypują się z metra na główne place w mieście, by w końcu znaleźć jeszcze jakąś niezajętą w całości restaurację i zjeść coś, jak zwykle, dość tradycyjnego. Miasto od tej pory przez kilka kolejnych godzin wprost wrze. Wszelkie miejsca publiczne są bardziej zatłoczone niż w południe. Nie tylko trudno znaleźć wolny stolik w tym tłumie, ale w ogóle trudno się tu znaleźć. W końcu docieram na ulicę, gdzie mieszka Jose.

Godz. 22.00

Wchodzę do mieszkania znajomych w oczekiwaniu, że zaraz wyjdziemy i ruszymy w miasto. Jak wielkie jest moje zdziwienie gdy okazuje się, że obydwoje zajęci są… gotowaniem. Nie, nie wychodzimy z mieszkania przez kolejne ponad dwie godziny!
Hiszpanie przywiązują ogromną wagę do spożywania posiłków i do gotowania. Jedzą zawsze własne tradycyjne potrawy, do których należą tortilla, escudelli czy paella. Nawet ludzie bardzo młodzi nie wychodzą w piątkową czy sobotnią noc bez wcześniejszego ustalenia gdzie i co zjedzą. Jedną z opcji jest kolacja w restauracji, jednak z uwagi na ogromne w tym czasie tłumy w restauracjach, młodzi ludzie często umawiają się w domach na przygotowywane przez siebie kolacje. Gotowanie jest czynnością świętą i zarówno mężczyźni, jak i kobiety często chwalą się przyrządzonymi przez siebie potrawami. Późna pora jedzenia kolacji wynika z odmiennych niż w innych krajach Europy godzin pracy. Hiszpanie pracują zwykle do godziny trzynastej, następnie mają dwu- lub trzygodzinną sjestę na posiłek i odpoczynek, po czym pracują kolejne cztery bądź pięć godzin. Wracają więc późnym wieczorem do swoich domów i spożywają kolację gdzieś około godziny dwudziestej drugiej.

Godz. 23.00

Po dodaniu do ryżu w określonej kolejności takich składników jak: czosnek, dojrzałe pomidory, oliwa z oliwek, kawałki kurczaka, groch i langusta, ostatni składnik napawa mnie lekkim przerażeniem  - to wydzielina kałamarnic, czyli atrament, w tym wypadku jadalny. Nadaje potrawie czarny kolor. Całość, niczym danie z opowieści o czarownicach, ozdabia się owocami morza, czyli ostrygami, homarami i małżami.
To tradycyjna potrawa hiszpańska. Zasiadamy do stołu, na którym stoi już butelka tradycyjnego katalońskiego wina. Nie mogę się nadziwić, że dwudziestoparoletni ludzie przywiązują tak ogromną wagę do spożywania posiłków. Jak mi tłumaczą, w Hiszpanii rodzisz się i kształtujesz w oparciu o zasadę „żyjesz, żeby jeść, jesz, żeby żyć”. Czas spożywania posiłków jest więc święty, niezależnie od wieku.
W czasie jedzenia dużo rozmawiamy – to kolejna zasada, której należy przestrzegać. Posiłek to czas rozmowy, w związku z tym trwa czasami wiele godzin. Nie rozmawiamy o polityce, problemach, czyli na tematy poważne. Nie, to nie na miejscu, rozmawiamy o tym, co sprzyja dobrej atmosferze i wprawianiu się w dobry nastrój przed czekającą nas nocą.
Naszą kolację kończy obowiązkowy deser i mocna mała kawa, zwana tu cortado, w praktyce jest to małe espresso z mlekiem. Na deser tradycyjnie wybieramy crema catalana, czyli pudding na zimno. Silvia w tym czasie zmienia dres na dżinsy i zakłada zwykły T-shirt. Trochę mnie to zaskakuje, bo ja w tych butach na obcasie…, ale czekam na dalszy rozwój sytuacji bez komentarza.

Godz. 24.00

Opuszczamy w końcu mieszkanie przy Sagrada Familia na granicy dzielnic Eixample i Gracia i metrem jedziemy w okolice wybrzeża, wysiadamy jednak w sercu najbardziej znanej ulicy w mieście – na Rambla (stacja metra Pl. Catalunya lub Liceu). Żeby poczuć atmosferę fiesty w Barcelonie trzeba przejść się w środku nocy przez serce miasta. Ulica La Rambla ciągnie się przez całą długość dzielnicy Ciutat Vella, której centralną częścią jest tzw. Barri Gótic – kompleks najbardziej zabytkowych budynków miasta z okresu średniowiecza. Atmosfera, jaka tam panuje sprawia, że czuję się już oszołomiona, jak po wypiciu cava – tradycyjnej odmiany tutejszego szampana.
- A to dopiero początek – wtrąca Silvia. Na ulicy jest tyle ludzi, że czasami trudno nam przejść. Ta część miasta to jednak królestwo turystów. Mieszają się tu języki z całego świata. Mieszkańcy Barcelony przemykają wśród tej mieszanki, by wsiąknąć w dzielnice bardziej swojskie. W powietrzu unoszą się zapachy potraw z restauracji i barów, których są tu setki. Od czasu do czasu dociera do mnie zapach różnych używek. Pytam, czy w okolicy jest dużo policji. Jose odpowiada, że zapewne tak, choć miasto nocą nie uchodzi za bardziej niebezpieczne niż w dzień. Prawo w Hiszpanii dopuszcza uprawę jednej bądź dwóch doniczek marihuany, jednak wyłącznie na własnym balkonie, nie można też palić tej używki poza własnym mieszkaniem. Posiadanie i handel narkotykiem jest zabroniony.

Godz. 1.00 (Sobota)

W jedną noc nie zdążę zobaczyć wszystkich miejsc, do których się tu chodzi. Topografia nocnego życia maluje się następująco: typowe hiszpańskie studenckie dyskoteki znajdują się z dala od wybrzeża, w dzielnicach Eixample i Gràcia. Co ciekawsze miejsca, które warto znać, usytuowały się w okolicach stacji metra Les Corts, czyli w pobliżu miasteczka uniwersyteckiego i stadionu F.C. Barcelona. Plotka, że można tam czasami zobaczyć samego Ronaldinio (!), rozchodzi się po mieście z prędkością światła. Zwłaszcza gdy tutejszy bóg futbolu tańczy do brazylijskich rytmów w takich miejscach jak Sala Bikini (www.bikinibcn.com).
Przy Placu Real rozkładają się piknikujące w ciepłą noc tłumy. Mijając balkony kamienic niejednokrotnie można zostać zaproszonym przez samych mieszkańców i ich gości na prywatne party w domu. Szokuje mnie otwartość i szybkość, z jaką zawiera się tu znajomości. Miasto zdaje się nigdy nie spać, nie mówiąc już, że tradycyjne godziny ciszy nocnej są tu tak egzotyczne jak śnieg. Przedzierając się przez tę mezklę ludzi, języków i muzyki docieramy w końcu do Poblenou – miejsca, gdzie niezliczone puby czy bary oddzielone są zaledwie jedną ścianą.

Godz. 2.00

W tego typu pubach, szczególnie w Poblenou można tańczyć, jednak jest za wcześnie na tańce. Hiszpanie zanim ruszą do dyskotek, które nie startują wcześniej niż ok. drugiej lub trzeciej w nocy, uderzają najpierw na piwo lub coś mocniejszego do pubu. Ledwo wciskamy się w zapchaną już przestrzeń. Z ostatnim metrem przybywa coraz więcej ludzi, jednak zawsze znajdzie się jeszcze jakiś wolny taboret, wyciągnięty z końca sali spod stołu, by każdy mógł tu przycupnąć. Zamawiamy dzbanek sangrii, którą podaje się tu z owocami. Silvia mówi mi, że jest jeszcze za wcześnie na wejście do dyskoteki, pewnie nie ma tam póki co nikogo. Ludzie schodzą się do dyskotek w momencie zamykania pubów czyli około trzeciej nad ranem.
My ruszymy do tych przy ul. Almogàvers (stacja Marina), bo są ciekawe architektonicznie i przerobione ze starych fabryk. Z ważniejszych adresów radzi mi zapamiętać dyskotekę Razzmatazz (www.salarazzmatazz.com), w której odbywają się koncerty. Nie jest tanio (12-15 euro), ale odbywające się tam imprezy podobno długo się pamięta.

Godz. 3.00

Pora w końcu, żeby przenieść się do dyskoteki. Muszę się zdecydować na jakąś muzykę. Do wyboru mamy pop, hip hop, rock i latino disco. Wejście jest płatne, więc najlepiej od początku mieć ustalone preferencje, jak powiada Jose. Wybieram latino disco, bo wydaje mi się najbardziej adekwatne na zakończenie tej nocnej przygody. W dyskotece wraz z wybiciem godziny trzeciej, jak za dotknięciem różdżki tłum wprost pęcznieje, w jednej chwili parkiet jest pełen. W tańcu dominuje salsa lub jej odmiana. Zaskakuje mnie, że mężczyźni ruszają się do rytmu i śmiało schodzą na parkiet nawet bez partnerek. Jest ich więcej niż tańczących kobiet. Białe dodatki lub części ubrania odbijają się fluorescencyjnie od światła. Tu też mamy mieszankę z całego świata, szczególnie z Amerykę Południową. Śmiało można wyróżnić Brazylijczyków – rytm mają we krwi. Trudno mi pozostać już tylko obserwatorem. W tym tańcu nie ma znaczenia znajomość języka czy pochodzenie.

Godz. 4.00-5.00

Być w Barcelonie i nie przeżyć jednej nocnej fiesty to jak być tu i nie zobaczyć budynków Gaudiego. Z szumem w uszach i lekkim zefirkiem w głowie czekamy na pierwsze metro, żeby wrócić do domu i spać, spać, spać…
Przed oczami mam jeszcze wirujący, kolorowy tłum. Jose i Silvia patrzą na mnie z uśmiechem – po trzecim czy czwartym razie mówią: – Rano wypijesz mocną kawę i będziesz mogła na ósmą pójść od razu do pracy. Nie wierzę! – Ależ tak, fiesty przecież nie odbywają się wyłącznie w weekendy!

Dodaj komentarz:
Autor:
Wpisz hasło z obrazka: (małymi literami)


REKLAMA
PODCASTY
...zobacz inne podcasty
ARTERIA
...zobacz archiwum Arterii
REKLAMA
ENGLISH PAGE
...zobacz inne artykuły
ANKIETA
Czy wyjeżdźasz na wakacje do Polski?
Tak

29741
77%
Nie

8906
23%
...zobacz archiwum ankiet
WYSZUKIWANE TAGI

Polsport |alpen stowarzyszenie górskie | śruby kwasoodporne | szlifierka kątowa Pszów | transport węgiel Żory | suplementy diety produkcja kontraktowa
Das auto waschen Riedenburg | cyklinowanie Skierniewice | wyznaczanie granic Rybnik | callan Katowice | Fassadensanierung Wien