KIM JESTEŚMY REDAKCJA MARKETING DYSTRYBUCJA OGŁOSZENIA LISTY DO REDAKCJI KONTAKT 26 wrzesień 2020
E-WYDANIE
PUBLICYSTYKA
REPORTAŻ
LUDZIE I MIEJSCA
TAKIE CZASY
CZAS PRZESZŁY
CZAS TO PIENIĄDZ
DRUGI BRZEG
CZAS NA WYSPIE
AKTUALNOŚCI
ARTFUL FACE
PAN ZENOBIUSZ
FAWLEY COURT
REWERS
DOBRE, BO POLSKIE
SYLWETKI
LONDYN W SUBIEKTYWIE
OPOWIADANIA LONDYŃSKIE
ROZMOWA
LISTY DO REDAKCJI
KULTURA
RECENZJA
SYLWETKI
ROZMOWA
CO SIĘ DZIEJE
FELIETONY
KRYSTYNA CYWIŃSKA
ANDRZEJ LICHOTA
WACŁAW LEWANDOWSKI
GRZEGORZ MAŁKIEWICZ
V.VALDI
PODRÓŻE
PO LONDYNIE
PO WYSPIE
POLSKIE DROGI
PO ŚWIECIE
W CZASIE I PRZESTRZENI
CZAS NA RELAKS
ZDROWIE POLECAMY
NA ŁAWECZCE
MANIA GOTOWANIA
KRZYŻÓWKA
KRONIKA ABSURDU
NA KOŃCU JĘZYKA
TO I OWO
ARTERIA
ARTYŚCI
GALERIA
EWA OBROCHTA
BASIA LAUTMAN
BEATA KOZŁOWSKA
WOJCIECH SOBCZYŃSKI
RYSZARD SZYDŁO
PAWEŁ KORDACZKA
MARIA KALETA
MAREK BORYSEWICZ
KRZYSZTOF MALSKI
KONRAD GRABOWSKI
JUSTYNA KABAŁA
IWONA ZAJĄC
ELZBIETA PIEKACZ
ELZBIETA CHOJAK
ELA CIECIERSKA
CAROLINA KHOURI
ANIA PIENIĄŻEK
AGNIESZKA KOWAL
A.HANDZEL-KORDACZKA
ANDRZEJ KRAUZE
ANDRZEJ LICHOTA
DAMIAN CHROBAK
GRZEGORZ LEPIARZ
SŁAWEK BLATTON
ANDRZEJ MARIA BORKOWSKI
PAWEŁ WĄSEK
MARCIN DUDEK
JOANNA SZWEJ-HAWKIN
DANUTA SOŁOWIEJ
TOMASZ STANDO
AGNIESZKA STANDO
OLGA SIEŃKO
FOTOREPORTAŻ
AGATA HAMILTON
JOANNA CIECHANOWSKA




Inny świat za rogiem
2008.03.21 / Jakub Sobik
TAGI:
Share |
Londyn jest świetną bazą wypadową do podróżowania. Weekendowy wypad do dowolnego europejskiego miasta od dawna nie stanowi problemu, okazuje się jednak, że i dalsze wyjazdy są coraz prostsze i tańsze. Afryka staje się celem na wyciągnięcie ręki, a Marakesz jest tego najlepszym przykładem. Trzy godziny lotu i jest się w innym świecie.

Intensywność to pierwsze słowo, które nasuwa się w związku z Marakeszem. Jeszcze nigdy nie odbyłem tak intensywnego spaceru po żadnym mieście. Po pierwsze, żadna z posiadanych przez nas map nie była w stanie oddać skomplikowanego systemu uliczek, przejść między budynkami, bram, chodników, skrętów i ślepych zaułków. Po drugie, praktycznie cała marakeska Medyna (stare miasto) złożona jest z suków, czyli targowisk. Na marokańskie targowisko nie da się po prostu pójść i pooglądać towary. Każde przystanięcie lub nawet spojrzenie na stragan oznacza dyskusję ze sprzedawcą, z której nie da się wycofać jednym zdaniem. Proponują kolejne ceny czy prawie fizycznie wciągają do sklepu. Nieco oszołomieni sytuacją nie chcieliśmy być nieuprzejmi, więc wydostanie się z matni każdego stoiska zajmowało nam sporo czasu. Z upływem godzin zorientowaliśmy się, że kilkakrotne uprzejme, acz stanowcze podziękowanie załatwiało jednak sprawę. „La, szokran” (nie, dziękuję) to najszybciej opanowane przez nas arabskie wyrażenie.

Sklepy są dosłownie z wszystkim: od owoców, ziół czy orzechów, przez marokańskie babusze (skórzane pantofle), skórzane torby, aż po lampy, naczynia czy słynne marokańskie dywany (których kupować nie polecam – według wielu organizacji charytatywnych przy ich produkcji bardzo powszechne jest wyzyskiwanie dzieci). Często przy sklepach (najczęściej na ich progach) funkcjonują warsztaty, w których na miejscu wyrabia się sprzedawane przedmioty, i to wyrabiane na sposób, w jaki robiło się to od wieków. Całość robi wrażenie, jakby czas się zatrzymał. Uliczki są zaniedbane, a warsztaty to często tylko murowane ciemne wnęki. Marakesz nie byłby też sobą, jeśli nie był miastem kontrastów: włócząc się po zaułkach znaleźliśmy suk – nieturystyczny, ciemny i ciasny – w którym handluje się najnowszymi telewizorami i sprzętem hi-fi.
Między tym wszystkim przewijają się setki ludzi na minutę – zarówno miejscowi, jak i turyści. Nie dało się przystanąć i spojrzeć na mapę, by od razu nie zjawiały się osoby oferujące przewodnictwo, często dzieci. Odmawialiśmy twardo i konsekwentnie, co oznaczało poruszanie się na pół ślepo. Brnęliśmy więc między sklepikami, oglądaliśmy dziwy na wystawach, dyskutowaliśmy zawzięcie ze sprzedawcami (La, szokran). Całości dopełniały dziesiątki pojazdów, które jakimś cudem przeciskały się przez ten tłum i ciasnotę: rowery i motorowery, wózki z towarem pchane przez ludzi bądź ciągnięte przez osły, nawet samochody. Pierwszy raz w życiu doświadczyłem, co naprawdę znaczy mieć oczy naokoło głowy.

Spektakl

Jemaa El Fna – główny plac Marakeszu – był celem naszego marszu. Ponieważ mapy były prawie bezużyteczne, a z przewodników nie chcieliśmy skorzystać, dotarcie do placu zajęło nam ponad godzinę (tak naprawdę kilkaset metrów). Porównując z klaustrofobicznymi sukami plac robi wrażenie ogromnej przestrzeni, tam koncentruje się całe towarzyskie życie Marakeszu. W dzień jeszcze jest względnie spokojnie: oprócz dziesiątek stoisk z jedzeniem wszelkiej maści, uwagę przyciągają jedynie zaklinacze węży (ich asystenci uparcie próbowali wręczyć nam do potrzymania co spokojniej wyglądające okazy) i wszędobylskie berberskie kobiety oferujące tatuaże z henny. Prawdziwe życie na Jemaa el Fna zaczyna się jednak wieczorem. To wtedy na placu pojawiają się najróżnorodniejsi artyści, tancerze, gawędziarze, grajkowie, kuglarze i akrobaci. Wszyscy oni tworzą spektakl, którego nieodłącznymi uczestnikami są tłumy europejskich turystów w roli widzów i naganiacze dopominający się od nich opłaty za występy. I chociaż patrząc na same występy czuje się prawdziwą atmosferę arabsko-berberyjskiej zabawy, to odniosłem wrażenie, że wszystko to dzieje się dla nas, przybyszów Europy, którzy dla mieszkańców Maroka oznaczają portfele wypchane Euro. Uczucie to spotęgowane było obecnością kilkunastu restauracji wokół placu serwujących pizzę i spaghetti. Z drugiej strony niezaprzeczalnym jest fakt, że dokładnie tak samo na Jemaa el Fna jest od wieków: obojętnie czy widzami spektaklu byli francuscy kolonizatorzy, arabscy najeźdźcy, miejscowi Berberowie, czy obecnie turyści z całego świata. Widok na olbrzymi minaret Koutubija – symbol miasta – też zawsze z placu był taki sam.

Walka

Ulica to nieustająca walka. W sukach pojęcie stałej ceny nie istnieje. Zwykle na widok naszych europejskich twarzy sprzedawcy podają cenę zawyżoną ładnych kilka razy. Bardzo umownie przyjmuje się, że można celować na jedną trzecią podanej ceny, ale do końca nigdy nie wiadomo. Niektórzy zaczynają od cen całkiem rozsądnych, ale utargować wtedy da się niewiele. W końcu jeśli nie my, to jakiś inny turysta zawsze się trafi. Zakupy więc dość szybko stają się męczące, każdy sprzedawca w każdym turyście wietrzy swoje szanse i maksymalnie chce je wykorzystać.
Taksówki, którymi regularnie poruszają się nawet tubylcy, to osobny rozdział. W nich dowiedzieliśmy się, że nie należy bezgranicznie ufać temu, co piszą w przewodnikach. W obydwóch, jakie mieliśmy, stało czarno na białym, że aby nie zostać oszukanym, trzeba przed ruszeniem upomnieć się o włączenie licznika. Niestety, na kilkunastu kierowców, którymi jechaliśmy, nie dał się do tego przekonać żaden. Być stanowczym i twardym? – Proszę bardzo, mogą sobie państwo znaleźć inną taksówkę. Pozostało targowanie konkretnych cen: było chwilami ciężko, ale nie beznadziejnie.
Ta nieustająca walka o pieniądze, przybierająca czasami groteskowe rozmiary, była dla nas, Europejczyków, szokiem. Po krótkim spacerze po starym mieście odechciewa się zakupów, bo wieczna szarpanina staje się po prostu męcząca. Zjawisko to nasila się wraz ze zwiększoną obecnością turystów w danym miejscu. I chyba trudno się dziwić, że każdy chce na nas zarobić jak największe pieniądze, bo często jesteśmy jedyną szansą na jakikolwiek dochód.
A niestety bieda w Maroku wciąż aż piszczy. Twardo nie ulegliśmy więc łatwemu odruchowi bycia niemiłym dla setnego zaczepiającego nas przewodnika, za co zostaliśmy nagrodzeni, bo oprócz tego, że ludzie chcą po prostu zarobić, to przede wszystkim są bardzo otwarci i przyjaźni. Nigdy jeszcze nie odbyłem tylu przypadkowych rozmów o niczym. Na ulicach uderza też liczba starszych ludzi, ewidentnie są oni pełnoprawnymi uczestnikami życia społeczności – jakże inaczej niż w naszej europejskiej kulturze, w której miejsce starszyzny jest najczęściej po prostu w domu, z dala od prawdziwego życia. W ogóle wydaje się, że społeczność jest bardzo silnie ze sobą związana, pewnie spędzaniem wspólnine czasu na ulicach lub w kawiarniach przy miętowej herbacie. Dotyczy to głównie mężczyzn, bowiem miejsce kobiet jest raczej w domu, co też nie znaczy, że są one wykluczone z życia towarzyskiego.

Relaks

Pomimo intensywności rzeczy dziejących się na ulicach, Marrakesz jest miastem, w którym można zrelaksować się wręcz cudownie. Po pierwsze polecam wynająć pokój w riadzie, czyli prywatnym domu przerobionym na pensjonat. Najczęściej w środku budynku jest mały dziedziniec, a wszystkie urządzone są w tradycyjnym marokańskim stylu pełnym fantazji i swoistego przepychu. W środku zawsze panuje błoga cisza, zaskakując zaraz po wejściu z gwarnej ulicy. Sam taras na dachu riadu, gdzie w pełnym słońcu jadaliśmy śniadania, a wieczorem pijąc wino patrzyliśmy na minarety był wart przyjazdu.
Jednej rzeczy nie wolno ominąć – hamamu. To tradycyjne arabskie łaźnie, których wierni używają najczęściej przed piątkowymi uroczystościami religijnymi. Używać ich może każdy, choć oczywiście, mężczyźni i kobiety mają osobne wejścia i pomieszczenia (to świetna, jeśli nie jedyna okazja do bliższego poznania arabskich kobiet – oczywiście tylko dla kobiet). Najpierw namydlenie specjalnym czarnym mydłem, potem sauna i gommage (czyli specjalny peeling całego ciała, po którym skóra jest wręcz nieprawdopodobnie gładka) – to plan minimum. Oferta zabiegów i masaży jest oczywiście dużo większa, a wszystko w mistycznym półmroku surowych wnętrz – nie wolno nie pójść do jednego z nich.
Ale ostrzegam – po takich rozkoszach nie chce się wracać do zgiełku ulicy – polecam schronienie się w jednym z riadów na miętowej herbacie.
Marrakesz jest jakże kulturowo odległym, innym światem: kolorowym, ciepłym, intensywnym i spokojnym zarazem. Jego słońce to świetne antidotum na angielską szarzyznę i przytłaczającą czasem londyńską codzienność. Loty są tanie i krótkie, a nagroda czekająca ciekawskich nieproporcjonalnie duża. Marrakesz to całkiem inny świat, który – jeśli się w niego zanurzy – absorbuje zupełnie i bez końca. Jedno tylko ostrzeżenie: po kilku dniach pobytu nie chce się wracać do chmur, wilgoci, zimna, nudnej pracy, gonitwy za pieniędzmi, ściskiem w porannym metrze. Jakiś trochę obcy wydał mi się Londyn, beznamiętny może, a może tylko mniej prawdziwy.

Jakub Sobik

Galeria:
Dodaj komentarz:
Autor:
Wpisz hasło z obrazka: (małymi literami)


REKLAMA
PODCASTY
...zobacz inne podcasty
ARTERIA
...zobacz archiwum Arterii
REKLAMA
ENGLISH PAGE
...zobacz inne artykuły
ANKIETA
Czy wyjeżdźasz na wakacje do Polski?
liczba głosów: 37028
Tak

28873
78%
Nie

8155
22%
...zobacz archiwum ankiet
WYSZUKIWANE TAGI

Polsport |adwokat sprawy nieletnich warszawa | blachowkręty nierdzewne | opieka osób chorych i niepełnosprawnych Rybnik | transport ekogroszek Rydułtowy | suplementy diety produkcja kontraktowa
innen aufbereitung Ingolstadt | nakrętki nierdzewne | supplements contract manufacturers | medycyna pracy Wodzisław Śląski | naprawa elewacji