KIM JESTEŚMY REDAKCJA MARKETING DYSTRYBUCJA OGŁOSZENIA LISTY DO REDAKCJI KONTAKT 18 kwiecień 2021
E-WYDANIE
OGNISKO POLSKIE
* OGNISKO NASZE TO WIĘCEJ NIŻ KLUB…
* DAJMY SZANSĘ OGNISKU
* BITWA O OGNISKO
* FROM VICTORIOUS OGNISKO BACK TO…
PUBLICYSTYKA
REPORTAŻ
LUDZIE I MIEJSCA
TAKIE CZASY
CZAS PRZESZŁY
CZAS TO PIENIĄDZ
DRUGI BRZEG
CZAS NA WYSPIE
AKTUALNOŚCI
ARTFUL FACE
PAN ZENOBIUSZ
REWERS
FAWLEY COURT
DOBRE, BO POLSKIE
SYLWETKI
LONDYN W SUBIEKTYWIE
OPOWIADANIA LONDYŃSKIE
ROZMOWA
KULTURA
RECENZJA
SYLWETKI
ROZMOWA
CO SIĘ DZIEJE
FELIETONY
KRYSTYNA CYWIŃSKA
ANDRZEJ LICHOTA
WACŁAW LEWANDOWSKI
GRZEGORZ MAŁKIEWICZ
V.VALDI
PODRÓŻE
PO LONDYNIE
PO WYSPIE
POLSKIE DROGI
PO ŚWIECIE
W CZASIE I PRZESTRZENI
CZAS NA RELAKS
ZDROWIE POLECAMY
MANIA GOTOWANIA
KRZYŻÓWKA
KRONIKA ABSURDU
NA KOŃCU JĘZYKA
TO I OWO
ARTERIA
ARTYŚCI
GALERIA
EWA OBROCHTA
BASIA LAUTMAN
BEATA KOZŁOWSKA
WOJCIECH SOBCZYŃSKI
RYSZARD SZYDŁO
PAWEŁ KORDACZKA
MARIA KALETA
MAREK BORYSEWICZ
KRZYSZTOF MALSKI
KONRAD GRABOWSKI
JUSTYNA KABAŁA
IWONA ZAJĄC
ELZBIETA PIEKACZ
ELZBIETA CHOJAK
ELA CIECIERSKA
CAROLINA KHOURI
ANIA PIENIĄŻEK
AGNIESZKA KOWAL
A.HANDZEL-KORDACZKA
ANDRZEJ KRAUZE
ANDRZEJ LICHOTA
DAMIAN CHROBAK
GRZEGORZ LEPIARZ
SŁAWEK BLATTON
ANDRZEJ MARIA BORKOWSKI
PAWEŁ WĄSEK
MARCIN DUDEK
JOANNA SZWEJ-HAWKIN
DANUTA SOŁOWIEJ
TOMASZ STANDO
AGNIESZKA STANDO
OLGA SIEŃKO
FOTOREPORTAŻ
AGATA HAMILTON
JOANNA CIECHANOWSKA




Viva Venezuela!
2008.10.26 / Katarzyna Gryniewicz
TAGI:
Share |
Kierowca taksówki, który wiózł nas z lotniska w Caracas na dworzec autobusowy nie miał…. ręki, ale za to miał papiery na wóz, a w przewodniku napisali, że to jest najważniejsze. Mimo ewidentnych ograniczeń, taksówkarz prowadził jak bohater filmu „Taxi”. Liczył się czas – kraj trzy razy większy od Polski chcieliśmy przecież objechać w dwa tygodnie.

W samolocie poznaliśmy sympatycznych rodaków i postanowiliśmy podróżować razem. Sylwia i Marek zarezerwowali lot awionetką z Caracas prosto do położonej w Andach Meridy. Bez wcześniejszej rezerwacji nie mogliśmy polecieć. Umówiliśmy się w Meridzie następnego dnia o 9 rano. Za 35 tys. bolivarów (ok. 12 dolarów) kupiliśmy bilety na nocny autobus z klimatyzacją. Dobrze, że wzięliśmy śpiwory.

Andy Gracias

Prosto z dworca w Meridzie pobiegliśmy do biura wypraw trekingowych, które znaliśmy z internetu. Tam za 100 dolarów wykupiliśmy czterodniowy treking na Los Llanos i w ramach promocji zamieszkaliśmy w hoteliku nad biurem.

Merida to miejscowość położona w samym sercu wenezuelskich Andów, wśród niebosiężnych szczytów, z których najwyższe mają prawie 5 tys. metrów n.p.m. Na jeden z nich – Pico Bolivar można wjechać najdłuższą kolejką świata. Z nazwiskiem Simona Bolivara – wyzwoliciela Wenezueli – mieliśmy się jeszcze spotykać wielokrotnie. Nawet pieniądze nazywają się tak jak on, nie mówiąc o lotniskach, placach, domach, ulicach, skwerach. Merida zachwyciła nas architekturą z lat 30. i barwnym tłumem na ulicach. Ludzie w tym kraju są naprawdę cudni – śniadzi, czarnowłosi, smukli – nic dziwnego, że Wenezuelki zwyciężają w światowych rankingach urody.

W Meridzie po raz pierwszy spróbowaliśmy miejscowych specjałów: serów (podobnych trochę do naszego polskiego białego), juki (smakuje jak łykowate ziemniaki) i oczywiście tego, co jest produktem narodowym Wenezueli – wołowiny. Specjalnością wenezuelską są też kukurydziane placki arepas. Niewielkich rozmiarów kukurydziane podpłomyki przekraja się i w środek wkłada pieczoną fasolę, jajka, ziemniaki, sałatki, salsę, guacamolę. Ja jednak ostrzyłam sobie zęby na coś innego. W całej Wenezueli bardzo popularne są hamaki. Ustrzeliłam dwie piękne sztuki, dzięki czemu mieliśmy wkrótce odkryć, że istotnie, najwięcej smaku ma spanie w hamaku.

Cross Sierra Nevada

Na wyprawę po wielkich równinach Los Llanos wyruszyliśmy w pięcioosobowym składzie. Tuż przed wyjazdem dołączyła Chilijka Paola, która realizując podróż swojego życia przejechała stopem całą Patagonię i dotarła na miejsce naszego spotkania o poranku. Przewodnikiem i kierowcą został Edgar – postawny Wenezuelczyk.

Rozpoczęliśmy jazdę przez góry, co kilka kilometrów robiąc przerwy na szukanie… lodu. Był niezbędny, żeby zapasy mięsa, w które Edgar zaopatrzył naszą wyprawę, przetrwały w czterdziestostopniowym upale. Szukaliśmy lodu w wielkich chłodniach, które jednocześnie są często sklepami z zimnymi napojami. Trudno jednak było namówić jedną z takich wielkich hurtowni na sprzedaż zaledwie 20 kilogramów cennego puchu, ale w końcu się udało i mogliśmy skoncentrować się na kontemplowaniu krajobrazów.

Mieliśmy do przejechania około 300 km. Mijaliśmy typowe górskie wioski i miasteczka – senne i ciche, z obowiązkowym pomnikiem Bolivara pośrodku głównego placu. Zardzewiałe amerykańskie samochody czasem „brały” naszego jeepa na zakrętach. Zatrzymaliśmy się na chwilę nad jeziorem położonym na wysokości 3600 m.n.p.m. w parku narodowym Sierra Nevada. Tutaj czerwona andyjska ziemia porośnięta jest karłowatymi krzewami i trawą. Przejechawszy przez Andy, wyjechaliśmy wreszcie na równiny.

Kajmanowa aleja

Płaskie jak stół terytorium Los Llanos ciągnie się od Andów aż po dorzecze Amazonki, przez całą środkową Wenezuelę. Mieszkają tutaj Llaneros – pasterze krów. Większość farm to prawdziwe giganty, mają nawet po 60-100 tysięcy hektarów. Można jechać przez równinę pół dnia i nie spotkać żadnego domostwa. Prowadzące do nich piaszczyste drogi buduje się na lekkich wzniesieniach. Pozostałością po budowach są ciągnące się po obu stronach drogi płytkie, pełne kajmanów bajora.

Kajmanową aleją dojechaliśmy do wyjątkowo małej i ubogiej farmy, której właścicielka ma tylko 60 śnieżnobiałych krów. I choć wystarczyłoby sprzedać tylko jedną z nich, żeby kupić agregat prądotwórczy albo satelitarną komórkę, właścicielka za nic w świecie tego nie zrobi. Bo krowy dla Llaneros to dobro najwyższe.

Zamieszkaliśmy w okrągłej chacie, oświetlonej puszką ropy. Większym problemem miał się jednak okazać brak pompy. Gospodarze dzielili ją z kilkoma innymi „najbliższymi” sąsiadami. O ciepłym prysznicu musieliśmy zapomnieć, w ciągu upalnego dnia woda w zbiorniku nagrzewała się przynajmniej na tyle, że można było umyć nogi nie szczękając zębami.
Pierwszego dnia na Los Llanos obudził nas dzwonek komórki. Śmiesznie musieliśmy wyglądać – prawdziwe mieszczuchy łapiące się za kieszenie w środku pustkowia. Minęła dobra chwila, zanim zorientowaliśmy się, że to głos ptaka. Tak zaczyna się dzień na Los Llanos. Ogłuszający dźwięk cykad trwał przez całą noc, a o świcie niepostrzeżenie przeszedł w symfonię ptasich treli. W pobliskiej kępie drzew hałasowały wyjce i papugi, w błotnistych kałużach taplały się żółwie błotne, a w oddali przemykały kapibary.

Po południu wdrapaliśmy się na dach jeepa i pojechaliśmy hen, na równiny. Stada flamingów, ibisów i czapli w rozmaitych odcieniach, od jasnego różu do intensywnej purpury, tworzyły krajobrazy jak z obrazu pointylisty. Na brzegu bajorek wylegiwały się ogromne kajmany, a my bezpieczni na dachu samochodu zaglądaliśmy ptakom do gniazd w koronach drzew. Pod wieczór droga przed nami przybrała kolor bladoróżowy. W tej scenerii wnuk naszej gospodyni postanowił wyciągnąć z bagna najprawdziwszą anakondę. Razem z kolegą podkasali spodnie, zdjęli buty i wskoczyli do najbliższego bajorka, nie przejmując się obecnością krokodyli. Cała sztuka przy wyciąganiu anakondy z bagna polega na tym, żeby gołą stopą wymacać węża, właściwie określić położenie głowy, a następnie mocno złapać za ogon i ciągnąć mocno jak „dziadek za rzepkę”.

Piranie na kolację

W skromnej kuchni pod wielkim mangowcem donna Gloria przygotowywała nam posiłki. Kanony kuchni wenezuelskiej nakazują mieszać. Do jednej miski lądowały więc łyżka zupy, łyżka fasoli i sałatka, a wszystko razem smakowało wybornie polane pikantną salsą. Do tego – przez wzgląd na klimat, oczywiście – piwo. Najpopularniejszą marką w Wenezueli jest Polar. Cieniutki w smaku, w czterdziestostopniowym upale sprawdzał się znakomicie. A jeśli nie piwo, do wyboru był rum. Najsmaczniejszy zaś ten o wiele mówiącej nazwie Cacyk.

Kto nie łowił piranii na kolację, ten nie wie co to prawdziwa adrenalina. Kiedy okazało się, że łódka, którą za chwilę mieliśmy płynąć wśród piranii i kajmanów jest dziurawa jak sito, Edgar wraz z pomocnikiem zabrali się do łatania. Zebrane gałązki polali obficie ropą z kanistra i rzucili w to nonszalancko zapałkę. W rondelku rozgrzali smołę i wylali na dno łodzi. Po chwili płynęliśmy fotografując ptaki i kajmany wylegujące się na brzegu niemal na wyciągnięcie ręki. W koronach drzew trwał koncert ptasich treli i festiwal kolorowych piór. Nieopodal miejsca, gdzie wypatrzyliśmy delfiny słodkowodne, zasadziliśmy się na piranie. Wystarczyło wrzucić do wody żyłkę z nabitym na haczyk kawałeczkiem mięsa i bajecznie kolorowa rybka trzepotała się na końcu. Edgar pokazał nam, jak nakarmić piranią orła – nabić rybę na patyk i rzucić na wodę tuż koło łódki. Orzeł pikował z obserwatorium na wierzchołku drzewa i porywał zdobycz tuż przed naszym nosem, a my mieliśmy 10 sekund na sesję zdjęciową. Ekspresowe wędkowanie tak nam się spodobało, że kiedy już zabrakło mięsa, kroiliśmy małe piranie. Krwiożerczym rybom najwyraźniej nie robi różnicy rodzaj mięsa. Na końcu tego dziwnego łańcucha pokarmowego to my zjedliśmy piranie – usmażone przez gospodynię. Mięso ryb okazało się pyszne, choć ościste, no i te zębiska na talerzu…

Trzy czerwone piórka

Czwartego dnia pożegnaliśmy się z Los Llanos. Paola, która zdążyła się zakochać z wzajemnością w Juniorze, płakała jak bóbr. Poprzedniej nocy Junior wybrał się samotnie na równiny, by zdobyć dla niej trzy czerwone piórka. Nabijaliśmy się z tej deklaracji biorąc ją za „tandetny podryw”. Jakież było więc nasze zdumienie, kiedy rano pod hamakiem Paoli leżały trzy ognistoczerwone piórka – każde z innego ptaka. Po scenach pożegnania godnych wenezuelskiej telenoweli, Edgar zawiózł nas do Mandagaru, stamtąd razem z Sylwią i Markiem złapaliśmy autobus do San Fernando. Po pięciu godzinach jazdy zdążyliśmy tylko napić się Coli w dworcowej restauracji (podają tam napoje w słoikach po majonezie, ale za to elegancko – z rurką). I już znowu siedzieliśmy w autobusie, tym razem na południe do Puerto Ajacucho, na skraju prawdziwej amazońskiej dżungli.

Podróż, która miała trwać pięć godzin, trwała osiem. Kierowcy zatrzymywali się co parę kilometrów, żeby kupić wodę. Rozkład jazdy nie podawał też czasu potrzebnego na przeprawę przez rzeki. Całkiem mądrze, bo po zjechaniu z promu kierowca musi się czegoś napić (zimnego oczywiście), a wokoło pełno znajomych, z którymi wypada zamienić kilka słów. Ostatnią przeprawę, przez Orinoco, przyjęliśmy z wielką ulgą, nie tylko z powodu opóźnienia. W naszym przepełnionym autobusie jechali wyjątkowi miłośnicy muzyki, w dodatku wielbiciele tej samej kasety, którą kierowca puszczał na okrągło. Po kilku godzinach jazdy wszyscy znaliśmy już wszystkie piosenki na pamięć i pasażerowie śpiewali razem z magnetofonem.

Na brzegu dżungli

Do Puerto Ajakucho dojechaliśmy nocą. Hotel klasy turystycznej zrobił na nas takie wrażenie, że czym prędzej pobiegliśmy do najlepszego w mieście. Wbrew szumnej nazwie Residentia International okazała się być wyjątkowo zatęchłą dziurą z pokojami po pięć dolarów, bez okien i klimatyzatorem, który warczał jak motor. Następnego dnia Sylwia z Markiem poszli szukać przewodnika, który zabrałby ich na kilka dni do dżungli. A my wybraliśmy się na targowisko, gdzie najprawdziwsi Indianie sprzedawali rozmaite wytwory swojej endemicznej kultury: bransoletki, łuki, kołczany, naszyjniki z pazurem orła i językiem świni i tym podobne. Kupiliśmy kołczany, strzały, tace wyplatane z trawy, wisiorki z fasoli, a za wszystko zapłaciliśmy około cztery funty. Może dlatego Indianie na targu wyglądali na przygnębionych?

Puerto Ajacucho to znakomita baza wypadowa na wyprawy w najbardziej niedostępne rejony dżungli. Większość urzędów wydających pozwolenia i przepustki na takie wypady ma siedziby w tym mieście. Niestety nie mieliśmy dość czasu, żeby wypuścić się gdzieś dalej, ale wynajęliśmy za dolara wiekowy samochód z sennym kierowcą i pojechaliśmy kilkanaście kilometrów za miasto, do naturalnego parku wodnego na skraju dżungli. Aquapark zrobiono na bazie strumienia górskiego, dlatego są tam naturalne pochylnie skalne, po których można zjeżdżać jak na zjeżdżalni i wypełnione wodą dziury w skałach (kociołki eworsyjne), w których swobodnie mieści się dorosły człowiek. Zabawa na 102!

Wieczorem pożegnaliśmy się z naszymi znajomymi i wsiedliśmy do nocnego autobusu, który miał nas zawieźć do oddalonego o dzień drogi na północ Ciudad Bolivar. Stamtąd chcieliśmy polecieć do Parku Narodowego Canaima, żeby zobaczyć położony w dżungli najwyższy wodospad świata – kilometrowy Salto Angel.

Oko na Orinoko

Pomni niedawnych doświadczeń, od razu wybraliśmy najdroższy Hotel Colonial, z oknami wychodzącymi na rzekę Orinoko. Rezydencja okazała się znacznie lepsza od pobliskiego Ritza – który oczywiście nie ma nic wspólnego z londyńskim imiennikiem.
Miasto Ciudad Bolivar to prawdziwa perełka – pięknie odnowiona katedra, stare więzienie, kolorowe domy i rzęsiście oświetlony deptak nad rzeką. W jednym ze sklepów znalazłam wreszcie płaski jak kartka papieru indiański chleb z juki, którego kiedyś próbowałam na promocji książki Beaty Pawlikowskiej. Zajrzeliśmy do muzeum Simona Bolivara – czyli domu, w którym mieszkał w 1811 roku. Wnętrza, odtworzone w stylu kolonialnym, dawały obraz niegdysiejszego przepychu: dywany, kurdybany, drewniane szafy i kamienne podłogi. Okoliczne współczesne rezydencje przypominały te z wenezuelskich seriali. Przed niektórymi rzeczywiście widzieliśmy ekipy filmowców.

Wybraliśmy się na lotnisko, by w jednym z tamtejszych biur podróży kupić bilet na lot do Parku Narodowego Canaima, pętlę nad wodospadem Salto Angel i przelot na wyspę Margarita. Po długich targach cena zmalała z 300 do 150 dolarów i dobiliśmy targu z niejaką Amoritą. Nazajutrz o świcie ludzie Amority zawieźli nas do samolotu. Zaraz po starcie pilot wyjął gazetę i spokojnie zaczął czytać, a my oglądaliśmy Orinoko wijącą się między chmurami.

Jego Wysokość Salto Angel

Na niewielkim betonowym placyku z krytą liśćmi chatą, czyli lotnisku w środku Parku Narodowego Canaima, nikt nie wiedział o naszych planach. Dyrektor parku zadzwonił do Amority, żeby powiedzieć co o tym myśli. Zanim przeszedł do rzeczy, zgodnie ze zwyczajem wenezuelskim, dokładnie wypytał o zdrowie wszystkich członków rodziny (rozmowa odbywała się na nasz koszt). W końcu znalazł się pilot. Polecieliśmy nad dżunglą, która wyglądała jak gęsty zielony trawnik, z którego wyrastały potężne samotne góry z płaskimi wierzchołkami – tepui. W okolicach rzek znad dywanu dżungli unosiły się strużki dymu i widać było czubki okrągłych stożkowatych dachów indiańskich chat.

Nad Autan Tepui, z której wypływa Salto Angel, w staruszka-pilota wstąpił duch asa lotnictwa. Wykonał kilka morderczych serpentyn, zawadzając niemal skrzydłami samolotu o skały. Jednocześnie ze śmiechem pokazywał nam na migi, że możemy zrobić zdjęcia. Szyby w wiekowym samolocie były niemiłosiernie brudne, najwyższy wodospad świata jak na złość przechodził właśnie najmniej efektowną fazę życia (w porze suchej cieknie z niego zaledwie strużka wody), ale i tak widok strumienia wypływającego wprost z chmur zrobił na nas wrażenie.
Po tej podróży na miękkich nogach poszliśmy obejrzeć canaimską lagunę. Wbrew nazwie to tylko rozlewisko rzeki, ale za to bardzo urodziwe – szeroka zatoka otoczona wodospadami z płaskimi wierzchołkami tepui w tle. W prawie gorącej wodzie razem z nami taplały się indiańskie dzieci.

Na Margaritę polecieliśmy nowoczesnym samolotem z grupą niemieckich turystów, którzy koniecznie chcieli zobaczyć… Salto Angel. I tak kolejny raz tego dnia kreśliliśmy pętle nad wodospadem. Tym razem szyby w samolocie były krystalicznie czyste i mogliśmy dokładnie obejrzeć płaskie wierzchołki gór i małe, stare samolociki, które kiedyś spadły w tej okolicy. Przypomnieliśmy sobie, że Salto Angel odkrył pilot, który musiał lądować awaryjnie na Autan Tepui.

Margarita na Margaricie

Dwie godziny lotu z Canaimy do Porlamar na Margaricie wystarczyły, by przenieść nas w zupełnie inny świat. To była Wenezuela turystyczna. Poczynając od lotniska, które wygląda lepiej niż lotnisko w stolicy, przez bajecznie drogie hotele i tłumy amatorów morskich kąpieli. Nasz skromny hotel Pamaco (30 tysięcy bolivarów za pokój plus dodatkowe dwa za ciepłą wodę) był blisko plaży i tysiąca nadmorskich restauracyjek. Na Margaricie warto spróbować owoców morza – są świeże i tanie. Za 700 bolivarów można też kupić wielki kubek z czymś w rodzaju milkshake’a – przyrządzana na poczekaniu mieszanka różnych rodzajów skondensowanego mleka z puszki: czekoladowego, słodzonego, niesłodzonego, doprawiona cynamonem, kakao i oczywiście kostkami lodu – pycha! Po dwóch dniach mieliśmy już dosyć plażowania – wsiedliśmy na prom i przeprawiliśmy się na stały ląd do Cumany.

Deser z niespodzianką

Najładniejsze miasto, w jakim byliśmy – kolonialna architektura, wąskie uliczki. Atrakcją Cumany jest hiszpańska twierdza na wzgórzu, najstarsza i najlepiej zachowana w Wenezueli. Akurat trafiliśmy na festyn ludowych pieśni. Wszyscy mieszkańcy miasta wylegli na główny plac. Siedzieliśmy na schodach kościoła Santa Ines i słuchaliśmy muzyki pogryzając cachapas – placki z mielonej gotowanej kukurydzy. Nasz niesamowity hotel Posada de San Francisco mieścił się w starej, kolonialnej rezydencji, pełnej oryginalnych mebli i obrazów, z kamiennymi posadzkami, belkowanymi stropami i zielonym patio pośrodku domu. Idealne miejsce na koniec naszej podróży. Spotkaliśmy tutaj pewnego Niemca, który od dziesięciu lat w tym właśnie hotelu spędza całą europejską zimę. Po raz pierwszy przyjechał do Cumany 20 lat temu na samym początku podróży do Ameryki Południowej. Został. Nie widział innych krajów, nie był w żadnym innym mieście. Uznał, że lepiej niż tutaj nie będzie mu nigdzie.

Galeria:
Dodaj komentarz:
Autor:
Wpisz hasło z obrazka: (małymi literami)


REKLAMA
PODCASTY
...zobacz inne podcasty
ARTERIA
...zobacz archiwum Arterii
REKLAMA
ENGLISH PAGE
...zobacz inne artykuły
ANKIETA
Czy wyjeżdźasz na wakacje do Polski?
liczba głosów: 38645
Tak

29740
77%
Nie

8905
23%
...zobacz archiwum ankiet
WYSZUKIWANE TAGI

Polsport |adwokat znieważenie policjanta warszawa | karabińczyki nierdzewne | odzież robocza Rydułtowy | transport ekogroszek Żory | giętarki trzpieniowe cnc
odchudzanie racibórz | nakrętki nierdzewne | supplements contract manufacturers | artykuły żeglarskie | aurum kronopol wodzisław rybnik