KIM JESTEŚMY REDAKCJA MARKETING DYSTRYBUCJA OGŁOSZENIA LISTY DO REDAKCJI KONTAKT 25 wrzesień 2018
E-WYDANIE
PUBLICYSTYKA
REPORTAŻ
LUDZIE I MIEJSCA
TAKIE CZASY
CZAS PRZESZŁY
CZAS TO PIENIĄDZ
DRUGI BRZEG
CZAS NA WYSPIE
AKTUALNOŚCI
ARTFUL FACE
PAN ZENOBIUSZ
FAWLEY COURT
REWERS
DOBRE, BO POLSKIE
SYLWETKI
LONDYN W SUBIEKTYWIE
OPOWIADANIA LONDYŃSKIE
ROZMOWA
LISTY DO REDAKCJI
KULTURA
RECENZJA
SYLWETKI
ROZMOWA
CO SIĘ DZIEJE
FELIETONY
KRYSTYNA CYWIŃSKA
ANDRZEJ LICHOTA
WACŁAW LEWANDOWSKI
GRZEGORZ MAŁKIEWICZ
V.VALDI
SPORT
AKTUALNOŚCI
RELACJA
ROZMOWA
FELIETON
GALERIA
PODRÓŻE
PO LONDYNIE
PO WYSPIE
POLSKIE DROGI
PO ŚWIECIE
W CZASIE I PRZESTRZENI
CZAS NA RELAKS
ZDROWIE POLECAMY
NA ŁAWECZCE
MANIA GOTOWANIA
KRZYŻÓWKA
KRONIKA ABSURDU
NA KOŃCU JĘZYKA
TO I OWO
ARTERIA
ARTYŚCI
GALERIA
EWA OBROCHTA
BASIA LAUTMAN
BEATA KOZŁOWSKA
WOJCIECH SOBCZYŃSKI
RYSZARD SZYDŁO
PAWEŁ KORDACZKA
MARIA KALETA
MAREK BORYSEWICZ
KRZYSZTOF MALSKI
KONRAD GRABOWSKI
JUSTYNA KABAŁA
IWONA ZAJĄC
ELZBIETA PIEKACZ
ELZBIETA CHOJAK
ELA CIECIERSKA
CAROLINA KHOURI
ANIA PIENIĄŻEK
AGNIESZKA KOWAL
A.HANDZEL-KORDACZKA
ANDRZEJ KRAUZE
ANDRZEJ LICHOTA
DAMIAN CHROBAK
GRZEGORZ LEPIARZ
SŁAWEK BLATTON
ANDRZEJ MARIA BORKOWSKI
PAWEŁ WĄSEK
MARCIN DUDEK
JOANNA SZWEJ-HAWKIN
DANUTA SOŁOWIEJ
TOMASZ STANDO
AGNIESZKA STANDO
OLGA SIEŃKO
FOTOREPORTAŻ
AGATA HAMILTON
JOANNA CIECHANOWSKA




Bankructwo nie musi być bolesne
2018.02.05 / Grzegorz Małkiewicz
TAGI:
Share |
Kiedy pan Janek przyjechał do Londynu w latach 80., wszystko bystrym okiem skalkulował. Szybko zrozumiał, że można na rodakach od lat tu mieszkających dobrze zarobić. W Polsce zostawił żonę i dzieci. Wyjechał na Wyspy na tak zwane saksy. Poradził sobie. Dbał o rodzinę, ale dla uproszczenia swojej historii podawał się za rozwodnika.

Zaczynał jak większość Polaków w jego sytuacji od drobnych prac remontowych. Bywało, że uporządkował komuś ogródek. Na brak pracy nie narzekał, to raczej klienci musieli czekać na pana Janka, a z każdym rokiem kolejka była dłuższa. Swoje sukcesy zawdzięczał nie tylko rzetelności wykonywanych usług, o powodzeniu decydował przede wszystkim urok osobisty, otwartość, gotowość do długich rozmów, niskich ukłonów i dająca się zauważyć przedsiębiorczość. Z łatwością zjednywał sobie serca kobiet, szczególnie tych samotnych, które boją się prac remontowych wykonywanych przez profesjonalne firmy. Być może zleconą pracę wykonują szybciej, ale wcale nie lepiej, a życie wywracają przy tym do góry nogami. Pan Janek był i tańszy, i bardzo komunikatywny, poświęcał dużo czasu na towarzyskie rozmowy w rodzimym języku.

Krąg zadowolonych klientów poszerzał się, zdobywał ich coraz większe zaufanie. Z czasem jego pozycja na tyle wzrosła, że zaczął spotykać się z nimi w celach wyłącznie towarzyskich. Pieniądze przestawały być wyłącznym celem, coraz więcej czasu poświęcał na pracę społeczną. Tak przynajmniej sądziło grono jego nowych znajomych. Ale dla niego tańce w zespole ludowym, praca w komisjach polskiego ośrodka i inne podobne zajęcia były częścią budowania swojej pozycji i kolejnym otwarciem, tym razem na zarabianie całkiem już przyzwoitych pieniędzy.

Przełomem w karierze pana Janka był ciężko wypracowany sukces w największym polskim ośrodku w Hammersmith. Zostaje kierownikiem domu, czyli osobą odpowiedzialną za wszystkie bieżące naprawy i remonty, bez konieczności zatwierdzania takich czynności przez jakieś większe gremium. Wystarczały raporty, inteligentne rozliczenia, z czym pan Janek nie miał problemu. Tym bardziej że widział więcej i sięgał dalej. Przystojny i elokwentny, z poczuciem humoru nie musiał specjalnie przekonywać działaczy do podejmowanych przez siebie decyzji. Zyskiwał uznanie i coraz większy apetyt na zwiększanie swojego stanu posiadania oraz środowiskowego prestiżu. Marzył nawet o funkcji prezesa ośrodka. By zwiększyć swoje szanse wykupił członkostwo krewnym i znajomym królika, a przede wszystkim budowlańcom, którzy dla niego pracowali.

Ale prawdziwe profity, nie tylko natury towarzyskiej, zaczął przynosić „stan wolny”, o którym zdecydował na początku swojej londyńskiej kariery. Był osobą publiczną i szanowaną, pozycja ośrodka, dla którego pracował „społecznie” była gwarancją jego uczciwości i bezinteresowności. Wprawdzie tajemnicą poliszynela było, że remonty wykonywała firma pana Janka – udało mu się nawet zatrudnić żonę (nie-żonę?,) z Polski – ale kto z najbardziej zresztą wtajemniczonego kręgu miałby z tego powodu wytaczać jakieś działa. Praca była wykonana, więc problemu nikt nie widział. A kobiety coraz częściej spoglądały na pana Janka z dużym podziwem.

I w tym błogim stanie pan Janek mógłby doczekać zasłużonej emerytury, medali za pracę społeczną i związanych z tym splendorów. Niestety – prawa biznesu popychają człowieka, który poznał jak smakuje sukces, coraz dalej, stawka rośnie i nie można spocząć na laurach. Tych wyzwań jest coraz więcej. Polska weszła do Unii, do Londynu przyjechały setki tysięcy Polaków, w tej sytuacji bierność groziła przegraną.

Polacy opanowują rynek budowlany. Pan Janek stopniowo wycofuje się z tego segmentu. Niejako oddaje im ten rynek, to praca brudna, po co się szarpać. Swoje już zrobił i zarobił na tym odcinku, co innego jeśli coś interesującego samo wpadnie, wtedy można, wykorzystując własne doświadczenie i kontakty, zatrudnić podwykonawców i odciąć tanim kosztem kupony.

Polacy nie tylko opanowują rynek pracy, ale jednocześnie tworzą dużą grupę konsumencką. Mają swoje kulinarne preferencje. Jak grzyby po deszczu powstają polskie sklepy. Wszystko wskazuje na to, że można nieźle zarobić, duże przebicie, klient pewny i lojalny – nie dla Polaków angielskie piwo. Pan Janek o tym wszystkim wie. Są dwie opcje: hurt albo detal, ale nawet się nie zastanawia. Wchodzi w hurt, a w detalu będzie funkcjonował niby społecznie, w jazzowej piwnicy, gdzie dopilnuje dostaw alkoholu i upewni się, że towar schodzi nie przepuszczony przez kasę fiskalną. Kasa fiskalna? Po co? W ośrodku społecznym, gdzie wszyscy pracują społecznie? Kto by sobie tym głowę zawracał? Przy okazji piwnica jazzowa to również możliwość nawiązywania nowych kontaktów, też z kobietami, w końcu jest zdeklarowanym rozwodnikiem, mężczyzną przystojnym i odnoszącym sukcesy finansowe przedsiębiorcą. A kobiety, jak to kobiety, zaćmione jego urokiem osobistym wierzą na słowo. Przecież nie ma powodu, by nie wierzyć, skoro pana Janka szanują prezesi i księża. A że chce więcej? Takie już prawa ekonomii… Nie trzeba być absolwentem nauk ścisłych, żeby dać wiarę prostej zasadzie ­– jedyną gwarancją sukcesu jest rozwój, kolejne inwestycje, ekspansja i uciekanie przed konkurencją do przodu.

Pan Janek poszerza bazę inwestorów i inwestorek, jedna o drugiej nic nie wie. Inwestują w zyski i wspólne dolce vita oszczędności swojego życia, sumy przekraczające kilkadziesiąt tysięcy funtów w każdym przypadku.

Nic nie wróżyło katastrofy. I pewnie by do niej nie doszło, gdyby tylko pan Janek pozostał przy jednym biznesie… i jednej kobiecie. Na to jednak był zbyt ambitnym człowiekiem. Czy myślał, że nowe interesy przyniosą taki zysk, że swoje wierzycielki spłaci? Czy też od początku wiedział, że jednak ktoś musi stracić, żeby on mógł jzarobić pieniądze nie wymagające ciągłego liczenia i wiązania końca z końcem? Trudno jednoznacznie orzec, faktem jest, że pan Janek pożyczone pieniądze przetransferował do Polski i włożył w rodzinną inwestycję budowlaną, która miała być wsparta finansowo ze środków unijnych. O rodzinie (żona, dzieci) nie zapomniał – rodzina rzecz święta.

Tymczasem w Londynie jedynym racjonalnym wyjściem było ogłoszenie bankructwa i poddanie się urzędowej procedurze. Zanim jednak do tego doszło, pan Janek sprzedaje swój drugi dom, z którego do tej pory sporadycznie korzysta (jak twierdzą poszkodowani – sprzedaż była fikcyjna, jedyną osobą, która od kilku lat dom odwiedzia jest jej były właściciel).

Pan Janek jest goły i wesoły. Wierzyciele, pieniądze… Jakie pieniądze? Państwo macie złote rybki w głowie – mógłby sparafrazować słynny cytat z Ziemi obiecanej.

Okryty niesławą wyjedzie z Londynu? Nic z tego, to nie w stylu pana Janka. Z oficjalnymi papierami bankruta nadal bryluje, i to bardzo. Siedzi za kółkiem BMW X5 i z niezachwianą pewnością siebie wysiada z gabloty. Wrócił też do Kolbe House na Ealingu – domu dla osób wymagających opieki, stworzonego przez emigrację niepodległościową. Wrócił, bo z poprzednią kierowniczką, która zakwestionowała dostarczanie przez niego przeterminowanej żywności, współpraca mu nie wyszła. Obecna kierowniczka to co innego. Życzliwa, uległa na wdzięki i odporna, co bardzo ważne, na to, co w zachodnim Londynie szemrze się o słynnym bankrucie. Kolbe House stał się drugim domem pana Janka. Jest wszędzie, ma nieograniczony dostęp do zastrzeżonych dokumentów dotyczących rezydentów (często osób z demencją), do ośrodka wchodzi o dowolnej porze, nawet w nocy, zasiada w biurze, przy komputerze, choć nie jest oficjalnym pracownikiem administracji. Kolbe House go również żywi – w sensie dosłownym i przenośnym. Swoim terenowym BMW zajął także miejsce parkingowe personelu pracującego tam od lat. W pomieszczeniach gospodarczych zrobił sobie prywatny warsztacik – w końcu za takie miejsce trzeba w Londynie słono płacić. A on przecież jest bankrutem…

W ostatnim czasie w Kolbe House zrobił kilka dużych remontów. Wymieniono nawet wyposażenie łazienek w dobrym stanie, choć oszczędza się ponoć na wszystkim, nie tylko na personelu na nocnych dyżurach, nawet na płynie do prania zmiękczającym szorstkie ręczniki, którymi wyciera się obolałe często ciała pacjentów. Także na mrożonym mleku i chlebie, prawie że przeterminowanym, który pan Janek ze źródła sobie wiadomoego dowozi.

Będąc bankrutem nie może prowadzić samodzielnej działalności gospodarczej, ale jak widać, jakoś prowadzi, czy może oficjalnie ktoś za niego prowadzi? Bo za wykonywanie poważnych remontów zarabia się poważne pieniądze. Pan Janek raz już podpadł Inland Revenue. Czy podpadnie znów? A może wykonuje swą pracę charytatywnie? Czy powiernicy Kolbe House, przez lata wspieranego przez polonijne instytucje, i skrupulatnie prowadzonego wszystko teraz dokładnie kontrolują? W imieniu powierzonych im chorych, samotnych i niepełnosprawnych? Bo oni sami tego nie sprawdzą. Miejmy nadzieję, że zrobią to w ich imieniu rodziny, które solidnie za opiekę nad nimi płacą.

A może powiernicy myślą, że nie muszą kontrolować, bo pan Janek tak dobrze się sprawdza w Kolbe House, że nawet pani kierowniczka tej instytucji zleciła mu prywatnie rozbudowę swojego domu. Oficjalnie, z planami złożonymi w lokalnym urzędzie, czyli Ealing Council, z nazwiskiem szefa nadzoru budowy, ale – jak się domyślamy – zatajonym statusem bankruta.

Pan Janek nie jest osobą fikcyjną. Jeśli ktoś nie rozpoznał bohatera tej relacji, niniejszym potwierdzam: jest nim dobrze znany w środowisku polskiego Londynu Jan Serafin.

Grzegorz Małkiewicz

Dodaj komentarz:
Autor:
Wpisz hasło z obrazka: (małymi literami)


REKLAMA
PODCASTY
...zobacz inne podcasty
ARTERIA
...zobacz archiwum Arterii
REKLAMA
ENGLISH PAGE
...zobacz inne artykuły
ANKIETA
Czy wyjeżdźasz na wakacje do Polski?
liczba głosów: 29243
Tak

24327
83%
Nie

4916
17%
...zobacz archiwum ankiet
WYSZUKIWANE TAGI

Polsport |przenośniki taśmowe | blachowkręty nierdzewne | odchudzanie gdańsk | Guillemin | gabinet terapii Cieszyn
dietetyk rybnik | blachowkręty nierdzewne | szkolenia sandomierz | badania sanitarne Rybnik | panele podłogowe wodzisław rybnik