KIM JESTEŚMY REDAKCJA MARKETING DYSTRYBUCJA OGŁOSZENIA LISTY DO REDAKCJI KONTAKT 22 wrzesień 2018
E-WYDANIE
PUBLICYSTYKA
REPORTAŻ
LUDZIE I MIEJSCA
TAKIE CZASY
CZAS PRZESZŁY
CZAS TO PIENIĄDZ
DRUGI BRZEG
CZAS NA WYSPIE
AKTUALNOŚCI
ARTFUL FACE
PAN ZENOBIUSZ
FAWLEY COURT
REWERS
DOBRE, BO POLSKIE
SYLWETKI
LONDYN W SUBIEKTYWIE
OPOWIADANIA LONDYŃSKIE
ROZMOWA
LISTY DO REDAKCJI
KULTURA
RECENZJA
SYLWETKI
ROZMOWA
CO SIĘ DZIEJE
FELIETONY
KRYSTYNA CYWIŃSKA
ANDRZEJ LICHOTA
WACŁAW LEWANDOWSKI
GRZEGORZ MAŁKIEWICZ
V.VALDI
SPORT
AKTUALNOŚCI
RELACJA
ROZMOWA
FELIETON
GALERIA
PODRÓŻE
PO LONDYNIE
PO WYSPIE
POLSKIE DROGI
PO ŚWIECIE
W CZASIE I PRZESTRZENI
CZAS NA RELAKS
ZDROWIE POLECAMY
NA ŁAWECZCE
MANIA GOTOWANIA
KRZYŻÓWKA
KRONIKA ABSURDU
NA KOŃCU JĘZYKA
TO I OWO
ARTERIA
ARTYŚCI
GALERIA
EWA OBROCHTA
BASIA LAUTMAN
BEATA KOZŁOWSKA
WOJCIECH SOBCZYŃSKI
RYSZARD SZYDŁO
PAWEŁ KORDACZKA
MARIA KALETA
MAREK BORYSEWICZ
KRZYSZTOF MALSKI
KONRAD GRABOWSKI
JUSTYNA KABAŁA
IWONA ZAJĄC
ELZBIETA PIEKACZ
ELZBIETA CHOJAK
ELA CIECIERSKA
CAROLINA KHOURI
ANIA PIENIĄŻEK
AGNIESZKA KOWAL
A.HANDZEL-KORDACZKA
ANDRZEJ KRAUZE
ANDRZEJ LICHOTA
DAMIAN CHROBAK
GRZEGORZ LEPIARZ
SŁAWEK BLATTON
ANDRZEJ MARIA BORKOWSKI
PAWEŁ WĄSEK
MARCIN DUDEK
JOANNA SZWEJ-HAWKIN
DANUTA SOŁOWIEJ
TOMASZ STANDO
AGNIESZKA STANDO
OLGA SIEŃKO
FOTOREPORTAŻ
AGATA HAMILTON
JOANNA CIECHANOWSKA




Europejski Paragraf 22
2015.06.12 / Alexandra Carmichael-Hamilton
TAGI:
Share |
Pogoda w basenie Morza Śródziemnego coraz lepsza, warunki humanitarne w Libii coraz gorsze, liczba imigrantów chcących przedostać się statkami do Europy coraz większa.

U wybrzeży Włoch ratuje się tysiące ludzi, ale tysiące – upychane przez przemytników w niezdatnych do żeglugi morskiej łodziach – umierają. W zeszłym roku odnotowano około 3500 zgonów, w tym roku już znacznie więcej. Inne kraje śródziemnomorskie, takie jak Grecja czy Malta, również stanęły w obliczu podobnych problemów. Reakcje na kryzys są zarówno natury emocjonalnej, jak i praktycznej, a ze strony organizacji humanitarnych, religijnych czy politycznych płyną sugestie dotyczące tego, co należy zrobić, w przekonaniu, że każdy, kto takie teorie snuje, znalazł właściwą odpowiedź.

Najbardziej zdecydowane wezwanie do działania pochodzi z organizacji zajmujących się pomocą humanitarną, takich jak UNHCR, Save the Children i Amnesty International, niedawno poparte przez papieża Franciszka: funkcjonowanie finansowanego przez włoski rząd programu „Mare Nostrum” musi być zastąpione akcją ratowniczą wspieraną w znacznym stopniu ze środków unijnych. „Mare Nostrum” zamknięto w grudniu 2014 roku z powodu cięć budżetowych oraz nacisków na rząd włoski ze strony wzmagających się w całym kraju nastrojów antyimigracyjnych. Widać coraz większe poparcie dla takich partii, jak Lega Nord, których program koncentruje się na zatrzymaniu imigracji. Włosi uważają, że bezrobocie w ich kraju jest już niebotyczne, a napływ ludności z innego kontynentu jest ostatnią rzeczą, której teraz potrzebują. Gospodarka jest słaba, fundusze nikłe, a problemy Włoch, będących pierwszą przystanią uciekających z Afryki Północnej do Europy imigrantów, są coraz większe. Ludzie są zniechęceni perspektywą konieczności pokrywania kosztów akcji ratunkowej, której końca nie widać.

Operacja „Mare Nostrum” zaczęła działalność w 2013 roku po tym, jak 360 imigrantów utonęło u wybrzeży Sycylii w pobliżu wyspy Lampedusa, została teraz zastąpiona przez finansowany ze środków UE program „Triton”. Organizacje humanitarne nie uważają jednak, że jest to dobra zmiana, ponieważ zadaniem operacji „Triton” „nie jest w pierwszym rzędzie ratowanie życia ludzkiego” (Lauren Jolies, ONZ). Ponadto „Triton” kontroluje jedynie obszar 50 km od wybrzeża, znacznie mniej niż „Mare Nostrum”, które patrolowało Morze Śródziemne aż do samego wybrzeża Afryki. Z kolei zdaniem wielu świadomość istnienia zespołów ratowniczych, które pracują na okrągło, wpływa na zwiększenie liczby osób gotowych na desperacką wyprawę, co tylko pogarsza problem, narażając coraz więcej istnień ludzkich na niebezpieczeństwo. Paragraf 22 wciąż obecny.

Jakkolwiek, pomijając prawnie usankcjonowany obowiązek ratowania ludzi tonących w morzu, zawieszenie działalności służby ratowniczej nie będzie działać jako prosty środek odstraszający. Akty przemocy są wszechobecne, a uchodźcy na tyle zdesperowani, by nadal ryzykować życie. Wykorzystują to przemytnicy, którzy wciąż żerują na bezbronnych uciekinierach, opowiadając, że po drugiej stronie Morza Śródziemnego leży kraina wielu możliwości. Matteo Renzi, premier Włoch, za taki stan rzeczy obwinia Libię i jej policję, która nie jest w stanie kontrolować akcji przemytu uciekinierów. Handlarze zachęcający ludzi do przeprawy statkiem powinni być zatrzymywani. Niestety, anarchia szaleje, a Libia ma problemy znacznie poważniejsze niż bezskutecznie działająca policja. W takiej sytuacji interwencja Europy jest trudna, choć rozmowy i negocjacje trwają, a operacja „Triton” z pewnością nie jest ostatecznym rozwiązaniem problemu. Powszechne poczucie odpowiedzialności za życie ludzkie oznacza, że akcje ratunkowe będą nadal prowadzone, ale z drugiej strony to błędne koło pozwala widzieć bardzo ostro poważne błędy polityki Unii Europejskiej w zakresie azylu, imigracji i kontroli granic. Unaocznia też ograniczone możliwości dla większości ubiegających się o azyl.

Konwencja dublińska – kluczowa dla polityki azylowej i migracyjnej Unii Europejskiej – wymaga, aby wniosek ubiegającego się o azyl był rozpatrywany przez państwo członkowskie, w którym uchodźca znajdzie się po przekroczeniu granic Unii. To właśnie państwo członkowskie musi wziąć odpowiedzialność za wniosek o azyl. Ironią losu jest to, że kraje tworzące zewnętrzne granice między Europą i Afryką, takie jak Włochy, Grecja czy Malta, są również najmniej przygotowane do radzenia sobie z napływem imigrantów. Polityka odsyłania z powrotem, co mogłoby spowodować śmiertelne zagrożenie ubiegającego się o azyl, jest zabroniona zarówno przez prawo unijne, jak i międzynarodowe: państwa członkowskie, których granice zewnętrzne są jednocześnie granicami zewnętrznymi Unii są więc zobowiązane zarówno prawnie, jak i moralnie do przyjęcia azylanta i zapewnienia mu przynajmniej tymczasowego zakwaterowania aż do czasu rozpatrzenia wniosku. Ale kraje te mają wystarczająco dużo własnych problemów, by zaakceptować obciążenie finansowe związane z przyjęciem azylantów, nie wspominając o przepełnionych ośrodkach dla uchodźców, gdzie panują przerażające warunki. W rezultacie kraje przyjmujące z litery prawa azylantów przymykają na nich oko, pozwalając im, by w sposób niekontrolowany mogli przez otwarte granice Unii przemieścić się do bogatszych krajów, takich jak Niemcy, Szwecja czy Finlandia. Także kraje, które nie podpisały traktatu Schöngen, np. Wielka Brytania, narażone są na napływ nielegalnych imigrantów.

Unia Europejska traktat graniczny w Schöngen ogłasza jako swój największy sukces, podczas gdy w rzeczywistości ma on katastrofalne skutki – nie ma bowiem ani skutecznej straży strzegącej granic zewnętrznych Unii w pełni finansowanej z unijnych środków, ani wspólnej polityki do spraw uchodźców. Komisja Europejska twierdzi, że przeprowadza badania szczelności granic UE, ale jest w pełni świadoma, iż jest to niewykonalne. „Jeśli UE chce Schöngen, musi zaakceptować, że wybrzeże Morza Śródziemnego to nie jest granica Włoch, ale granica Europy” – powiedział w maju ubiegłego roku w obliczu kryzysu na Lampedusie Angelino Alfano, minister spraw wewnętrznych Włoch. Skoro większość spośród 28 państw członkowskich podpisało traktat z Schöngen, Unia Europejska stoi na stanowisku, że państwa członkowskie powinny dać Frontex UE – straży granicznej UE – pełny mandat do kontroli granic zewnętrznych Europy. Ponadto jeśli UE chce funkcjonować w oparciu o Schöngen, musi wprowadzić w życie prawo, które da możliwość przyjmowania azylantów i pokrywania kosztów z tym związanych proporcjonalnie do zamożności poszczególnych państw. Kraje członkowskie musiałyby takie prawo ratyfikować, co, oczywiście, nigdy nie nastąpi. Już samo pojęcie „podział obciążeń” wywołuje gwałtowne oburzenie wśród brytyjskich urzędników w Brukseli. I choć to Wielka Brytania nie podpisała traktatu w Schöngen, kraje, które zdecydowały się to zrobić, podzielają tę opinię.

Oczywiste jest, że gdyby porozumienie z Schöngen nie istniało, gdyby nie można było tak łatwo podróżować po Europie, imigranci nie napływaliby takimi nawałnicami. Uchodźcy wiedzą o tym, że jeśli tylko znajdą się we Włoszech, Europa stoi dla nich otworem, tym bardziej teraz, kiedy państwa członkowskie zaczynają ignorować konwencję dublińską z obawy na kryzys humanitarny, jaki może wybuchnąć z powodu jego egzekwowania. Bogatsze kraje północnoeuropejskie, takie na przykład jak Finlandia, nie odsyłają imigrantów z powrotem do kraju wjazdu, wiedząc, że w związku z ogromną falą przybyszy warunki tam panujące stają się coraz bardziej nieludzkie.

Jeśli chodzi o respektowanie konwencji dublińskiej, doszło do wielkiego zamieszania. Niedawno Belgia została uznana winną naruszenia praw człowieka właśnie za przestrzeganie tejże konwencji, wysyłając grupę uchodźców z powrotem do Grecji. Niedorzeczność polityki UE w ostatniej dekadzie doprowadziła do tego, że hordy azylantów są przepychane między krajami europejskimi dużym kosztem państw członkowskich, a także kosztem tych, którzy mają prawo do opieki jako już ubiegający się o azyl.

Kryzys, wobec którego stoi Europa, jest kolosalny i nierozwiązywalny, a Unia nie jest wygodnym azylem dla uciekinierów – jak to jest postrzegane w tej chwili. Każdy z 28 krajów członkowskich ma swoją politykę azylową, funkcjonuje 28 różnych systemów policyjnych i sądowych, nie wspominając o wielobarwnym spektrum opcji politycznych, co sprawia, że harmonijne rozwiązywanie wspólnych problemów jest praktycznie niemożliwe. W wielu krajach UE bezrobocie jest bardzo wysokie, a sprawy dotyczące imigracji zajmują wysoką pozycję na listach niepokojów nękających wyborców. Jest więc mało prawdopodobne, by rządy poszczególnych krajów poluzowały swoją politykę azylową i jeszcze mniej prawdopodobne, aby zgodziły się na dyktat praw unijnych w tej kwestii. Słuchanie głosu własnych wyborców jest zawsze ważniejsze niż bycie dobrym partnerem UE. Ponadto rosnący eurosceptycyzm w państwach członkowskich wpływa na powściągliwość w manifestowaniu gotowości do współpracy czy to w akcji ratunkowej, czy w usprawnieniu polityki azylowej UE. W Unii praktykowane jest teraz zjawisko „podaj dalej”, a Komisja Europejska prowadzi feasibility studies, zamiast wyjść z konkretnym pomysłem na rozwiązanie zaistniałego kryzysu.

Przekład: Teresa Bazarnik


Poniższy artykuł po raz pierwszy zamieściliśmy w październiku 2013 roku. Postanowiliśmy go opublikować jeszcze raz, gdyż nic nie stracił na swej aktualności. Czy Europa znajdzie wyjście?

GORZKI DOLCE VITA

Tym razem tragedia zabiła ponad dwustu. U stóp Europy, opodal włoskiej Lampedusy, spłonęła łódź nielegalnych imigrantów, ludzi uciekających z Afryki przed wojną, nędzą i prześladowaniem. Było w tej grupie wiele dzieci.


Łajba, którą przedostać się mieli do Europy, nabierała wody już w afrykańskiej redzie. Z libijskiego portu wypłynęła zatłoczona ludźmi, przeciążona, podtopiona. Bezwolnie dryfowała w obrębie europejskiego lądu. Załoga w panice. Co będzie, jeśli prąd popchnie ją z powrotem na wody Afryki? Uchodźcy stracą majątek życia, którym okupili już rozmaite bandy – przemytników, mafie handlarzy, uzbrojone szajki lokalnych szumowin i szmuglerów żywego towaru, kontrolujące te śmiertelnie niebezpieczne przeprawy.

Nadzieją dla załogi była interwencja włoskiej straży przybrzeżnej – ona miała sprzęt, by bezpiecznie przetransportować tych ludzi z dziurawej, tonącej na głuchym morzu łajby do ośrodków azylanckich na kontynencie. Trzeba było dać się zauważyć. Uchodźcy podpalili więc koce, w które tulili się jeszcze tej samej nocy, licząc, że dym będzie widać z oddali – w ten sposób słali swoją modlitwę o ratunek.

Kilka godzin później, na południowym brzegu Europy, lokalni rybacy z trudem dławili łzy, obserwując rozrzucone po plaży płaty trupów, nagie i spęczniałe ciała poowijane w czarne worki. Przesuszony pokład łajby zajął się ogniem od płonących pledów, paliły się posłania, odzież i toboły. Ludzie w panice przedarli się na przeciwległą burtę, przeciążając i wywracając statek. Rzuconym wprost do ciemnego morza, nie wszystkim starczyło sił, aby tę podróż dokończyć. Ziemia obiecana, która miała ocalić, znów zaprowadziła Afrykanów na cmentarz.

Tak to już bywa z okazji każdej większej tragedii, że Europa baczniej spogląda na swe opuszczone, południowe granice, na drugą stronę europejskiego lustra, za uroczystą, odświętną kotarę, znajdując miejsca, gdzie żyją ludzie kompletnie wykluczeni i porzuceni. Szacuje się, że pod progiem ubóstwa żyje we Włoszech już ponad 8 mln ludzi. Ta czwarta potęga gospodarcza Europy ma zarazem najwyższy wskaźnik nędzy pośród dzieci. Co czwarta rodzina na południu żyje w niedostatku. Jednak dopiero masowe ucieczki z Północnej Afryki oraz skutki globalnego kryzysu ekonomicznego – z cięciem wydatków socjalnych na czele – prawdziwie degradują i wypychają kolejnych ludzi poza społeczny margines.

– Widziałem ciała tych potopionych dzieci. Wzdęte, blade, z powykręcanymi rękami, zbieraliśmy je z wody z miejscowymi rybakami. Rybacy to dobrzy ludzie, to dla nich był ten Nobel – mówi Ivi.

Ivi jest silny i młody, ma śniadą twarz, drobną jak ptak i łapy zmacerowane od roboty. Eora, matka Iviego, urodziła się Togijką. Ivi był jeszcze dzieckiem, kiedy matce pękło serce. Stało się to na jednej z kalabryjskich plantacji, w czasie pracy. Pech, żywego ducha w zasięgu mili, a z samego rana napadało deszczu i mułu. Eora przeleżała dwa dni w krzakach. 19-letni Ivi znalazł ją i niósł potem na rękach do domu, jak królową łąk, całą porośniętą przez dzikie róże.

Praca na farmie koło Rosarno, gdzie zmarła Eora, zaczyna się bladym świtem, urywa w sjestę, ustaje o zachodzie słońca. Stawka za dzień zbierania owoców rzadko przekracza 25 euro. Jeśli w ogóle płacą. Abu z Nigerii wył z radości – za dwa dni obiecano mu 100 euro. Po forsę poszedł po zbiorach. Nie dostał ani centa, a gdy upomniał się o te pieniądze – pracodawca pobił go dotkliwie, ubabranego krwią zostawił na ulicy. Abu skamlał, lecz spacerowicze i policja mijali go piruetami bezradności i odrazy. Dziś takie historie zdarzają się w Europie coraz częściej.

W styczniu 2010 roku w Rosarno wybuchły uliczne zamieszki. Na przedmieścia nędzy wjechały wtedy rządowe buldożery i zaorały dziki obóz bezrobotnych farmerów, głównie z krajów Maghrebu i Afryki Subsaharyjskiej. Łącznie 1000 osób. Część deportowano, reszta zbiegła.

W rozpaczliwym odwecie wzięło udział może kilkudziesięciu, a może stu afrykańskich farmerów. Poczuli zew, zwarli szyki i poszli w białe dzielnice rwać bruk, znaki drogowe i tłuc wystawowe szyby. Rozognili samochody, dewastowali posiadłości, w furii starli się z policją i mieszkańcami. Zaczęła się dintojra, bo wielu południowców trzyma w szufladach pistolety po dziadkach. Życia nikt wówczas nie stracił, choć policyjne kartoteki mówią m.in. o zatrzymaniu Włocha, który próbował rozjechać imigranta buldożerem. A wszystko dlatego, że pracy na farmach w Rosarno nie ma już od dawna. Tamtejszy rynek zalał tani koncentrat owocowy z Ameryki Południowej, Afryki i Hiszpanii. Krajowa produkcja stała się nieopłacalna i niekonkurencyjna, a napływowi farmerzy, z dnia na dzień, zbędni i niechciani.

Giusi Nicolini jest szlachetną burmistrzynią włoskiej Lampedusy – wyspy, z której bliżej do Afryki niż do Europy. Ten skrawek ziemi, ledwie 20 km2, zamieszkuje pięć tysięcy mieszkańców. Szacuje się, że po Arabskiej Wiośnie ewakuowało się tutaj nawet 60 tys. uchodźców. Ludzie ci przeprawiali się przez morze desperacko, śmiertelnymi szlakami, na kulawych łajbach podobnych do tej, która właśnie utonęła. – Ich martwe ciała do nas mówią. Musimy powstrzymać to szaleństwo – powiedziała Nicolini tuż po tragedii na Lampedusie, prosząc o współczucie i zaangażowanie w sprawę afrykańskiej imigracji masowo przybywającej na włoską wysepkę.

Mimo drastycznych problemów mieszkańcy Lampedusy znani są z tolerancji, dobrego serca i cierpliwości. Lecz i tu, jak wszędzie, następują przesilenia. W marcu 2011 mieszkańcy zorganizowali protest uniemożliwiający imigrantom schodzenie na ląd. Udaremniono też budowę prowizorycznych namiotów dla bezdomnych. Burmistrzem Lampedusy był wówczas krewki Bernardino De Rubeis. Na wszelki wypadek trzymał on zawsze pod biurkiem kij bejsbolowy.

– Muszę się jakoś bronić. Jesteśmy na wojnie. Jesteśmy sami. Rząd nas opuścił. Ludzie muszą wziąć sprawiedliwość w swoje ręce – wrzeszczał De Rubeis, pokazując swój groteskowy kij do kamery. Śmigłowcami i promami odsyłają Włochy do Afryki tych, którzy nie kwalifikują się na azyl lub tymczasowe wizy. We wrześniu 2011 na Lampedusie wybuchł niepokój. Przeludnione centrum dla uchodźców stanęło w ogniu po tym, jak imigranci w proteście przeciw przymusowej deportacji podpalili materace w recepcji. Centrum, które może przyjąć 850 osób, w czasie pożaru gościło 1500. Jedną z nich był Nahfuz.

25-letni Nahfuz Beymar od dawna nie ma dokąd pójść. Ze szpicu dachu schroniska dla uchodźców, w którym głoduje wraz z tysiącami podobnych, widział nieraz znajomą, pastelową toń na horyzoncie. To były okrawki tunezyjskiego nabrzeża. Tam mieszkał: z rodziną, dziećmi. Potem przyszła rewolucja, a wraz z nią nadzieja. Po nadziei zaś – wojna domowa i zwątpienie, aż w końcu ucieczka i nowe życie – w Europie. Dziś nie ma pracy, domu, środków do życia, dokumentów ani tożsamości.

Nahfuz i Ivi poznali się latem w Pachino. W mieście tym każdego ranka robotnicy moszczą się na placu przy barze Mercato, licząc na zatrudnienie przy zbiorach w okolicznych farmach. Wielkiej szansy na pracę nie ma, lecz przychodzić trzeba, zademonstrować gotowość, nie wypaść z gry. Chodzi o renomę, gdyż o tym, kto robotę dostanie, i tak zadecydują caporali lub capi. To oni rządzą, oni zapewniają bezpieczeństwo lokalnym farmerom, dowożą im najemników, którym płacą, potrącając dolę za własne usługi.

Dziś, w kryzysie, capo mało komu daje pracę. Nie mając pieniędzy, Nahfuz koczuje w opuszczonym domu na przedmieściach Pachino. Na dwóch piętrach, bez toalety i wody, z dzikim przyłączem elektrycznym – tak mieszka kilka tuzinów Tunezyjczyków, śpiących pokotem na ściółce i materacach. Nikt nie wywozi śmieci, nie ma szyb w oknach i czynszu. Karetki pogotowia z reguły tam nie jeżdżą, a jak już muszą, to z eskortą i gazem pieprzowym, inaczej są grabione z morfiny, chałatów, noszy i skalpeli.

Calabria, Rosarno, Pachino, Lampedusa. Wystarczy przejechać włoskie dale, pomieszkać na peryferiach, szukając ciemnego blasku, świateł rozpalanych nocą ognisk, skupisk ludzi, którym udało się zbiec przed przymusową deportacją. Osieroconych afrykańskich zbiegów, którzy w pogoni za lepszym życiem uciekli znikąd donikąd. To ludzie kompletnie niczyi i wykluczeni.

Dziś, lata po Maastricht i Lizbonie, nic się w ich losie nie zmienia. Pierwsze i drugie pokolenie przybyszów z Afryki nadal żyje w podmiejskich gettach, które są przechowalnią dla ludzi bez przydziału miejsca na ziemi. Te pełgające w półmroku obozowiska to odpryski Europejskiego Projektu – imigranckie peryferia o ciężkich, zmęczonych fasadach.

– Ci ludzie nie są potrzebni, by domknąć cykl ekonomiczny – mówią liberałowie. – To delikwenci żerujący na opiece społecznej – mówią politycy. – To przestępcy próbujący włamać się do Unii – mówią walczący z nielegalną imigracją strażnicy Frontexu, „policjanci europejskich granic”, funkcjonariusze agencji hojnie dotowanej ze składek członkowskich. 

Żenującą bezradność Unii Europejskiej wobec afrykańskiej imigracji ukazuje absurd, który zdarzył się w Lampedusie. Tuż po tragedii premier Włoch Erico Letta ogłosił, że ofiarom katastrofy zostanie pośmiertnie przyznane honorowe włoskie obywatelstwo. Tymczasem następnego dnia prokuratura ogłosiła, iż na mocy obowiązujących przepisów rozbitkowie, którzy ocaleli, będą ścigani za przestępstwo nielegalnej imigracji. Grozi za to grzywna do 5 tys. euro.

Słychać coraz częściej, że zamiast pustych, egzaltowanych gestów współczucia – jak nadawanie zmarłym Afrykanom obywatelstwa – najwyższy czas na ponowne przemyślenie europejskiej polityki imigracyjnej. Zwłaszcza w kwestii współodpowiedzialności za los tych, którzy już tu są, którzy zaryzykowali życie, aby być i mieszkać w Europie. Potrzebne są nowe konwencje określające wspólnotową odpowiedzialność za uchodźców, potrzebny jest większy budżet służb bezpieczeństwa i ratownictwa morskiego.

Śmierć ludzi z łajby jest bowiem oznaką czegoś większego i znacznie bardziej niebezpiecznego: agonii autentycznego współczucia, gościnności i solidarności, fundamentów, na których wybudowaliśmy Europejską Unię.

Sławek Blich


Dodaj komentarz:
Autor:
Wpisz hasło z obrazka: (małymi literami)


REKLAMA
PODCASTY
...zobacz inne podcasty
ARTERIA
...zobacz archiwum Arterii
REKLAMA
ENGLISH PAGE
...zobacz inne artykuły
ANKIETA
Czy wyjeżdźasz na wakacje do Polski?
liczba głosów: 29220
Tak

24305
83%
Nie

4915
17%
...zobacz archiwum ankiet
WYSZUKIWANE TAGI

Polsport |kamieniarstwo wodzisław | nity nierdzewne | opieka Gliwice | Kluszczyk niepłodność | suplementy diety produkcja na zlecenie
zespół muzyczny gliwice | cyklinowanie Brwinów | usługi geodezyjne Rybnik | metoda callana Katowice | zakupy ze stylistą śląsk