KIM JESTEŚMY REDAKCJA MARKETING DYSTRYBUCJA OGŁOSZENIA LISTY DO REDAKCJI KONTAKT 23 wrzesień 2018
E-WYDANIE
PUBLICYSTYKA
REPORTAŻ
LUDZIE I MIEJSCA
TAKIE CZASY
CZAS PRZESZŁY
CZAS TO PIENIĄDZ
DRUGI BRZEG
CZAS NA WYSPIE
AKTUALNOŚCI
ARTFUL FACE
PAN ZENOBIUSZ
FAWLEY COURT
REWERS
DOBRE, BO POLSKIE
SYLWETKI
LONDYN W SUBIEKTYWIE
OPOWIADANIA LONDYŃSKIE
ROZMOWA
LISTY DO REDAKCJI
KULTURA
RECENZJA
SYLWETKI
ROZMOWA
CO SIĘ DZIEJE
FELIETONY
KRYSTYNA CYWIŃSKA
ANDRZEJ LICHOTA
WACŁAW LEWANDOWSKI
GRZEGORZ MAŁKIEWICZ
V.VALDI
SPORT
AKTUALNOŚCI
RELACJA
ROZMOWA
FELIETON
GALERIA
PODRÓŻE
PO LONDYNIE
PO WYSPIE
POLSKIE DROGI
PO ŚWIECIE
W CZASIE I PRZESTRZENI
CZAS NA RELAKS
ZDROWIE POLECAMY
NA ŁAWECZCE
MANIA GOTOWANIA
KRZYŻÓWKA
KRONIKA ABSURDU
NA KOŃCU JĘZYKA
TO I OWO
ARTERIA
ARTYŚCI
GALERIA
EWA OBROCHTA
BASIA LAUTMAN
BEATA KOZŁOWSKA
WOJCIECH SOBCZYŃSKI
RYSZARD SZYDŁO
PAWEŁ KORDACZKA
MARIA KALETA
MAREK BORYSEWICZ
KRZYSZTOF MALSKI
KONRAD GRABOWSKI
JUSTYNA KABAŁA
IWONA ZAJĄC
ELZBIETA PIEKACZ
ELZBIETA CHOJAK
ELA CIECIERSKA
CAROLINA KHOURI
ANIA PIENIĄŻEK
AGNIESZKA KOWAL
A.HANDZEL-KORDACZKA
ANDRZEJ KRAUZE
ANDRZEJ LICHOTA
DAMIAN CHROBAK
GRZEGORZ LEPIARZ
SŁAWEK BLATTON
ANDRZEJ MARIA BORKOWSKI
PAWEŁ WĄSEK
MARCIN DUDEK
JOANNA SZWEJ-HAWKIN
DANUTA SOŁOWIEJ
TOMASZ STANDO
AGNIESZKA STANDO
OLGA SIEŃKO
FOTOREPORTAŻ
AGATA HAMILTON
JOANNA CIECHANOWSKA




David Cameron patrzy w oczy historii
2015.06.12 / Adam Dąbrowski
TAGI:
Share |
David Cameron wygrał wybory sensacyjnie. Ale wie, że w tej kadencji czeka go wojna na dwa fronty. Jeśli przegra – historia osądzi go surowo.

Kiedy w noc poprzedzającą głosowanie wyborcy, dziennikarze i przywódcy polityczni szykowali się do snu, myśleli, że następny dzień będzie rytualnym potwierdzeniem wiszącego nad krajem od miesięcy wyroku: wielkiego politycznego klinczu. Świadczyć o tym miało jedenaście przepowiedni: sondaży wskazujących na remis. Ale gdy następnej nocy, w piątek 8 maja, mapa Anglii centymetr po centymetrze, okręg po okręgu, barwiła się na niebiesko – kolor konserwatystów – dość szybko okazało się, że przepowiednie mają się nijak do rzeczywistości.

– To z pewnością był szok. Zarówno dla partii politycznych, gdzie panowało przekonanie, że to będzie bardziej zacięty wyścig, jak i dla ośrodków badania opinii publicznej. Ale dzięki temu nie czekają nas żmudne tygodnie negocjacji. To będzie przejście od jednego rządu do rządu niemal identycznego – mówił politolog, profesor Anthony Travers.

Niemal identycznego… Bo tym razem Cameron nie musiał zawierać koalicji. Nie było powtórki ze „ślubu” z Nickiem Cleggiem w ogrodzie różanym w Westminster. David Cameron dokonał rzeczy niezwykłej. Zafundowawszy swoim obywatelom potężne zaciskanie pasa i cięcia socjalne odwrócił trend obserwowany dotąd w całej właściwie Europie. Rządzisz podczas kryzysu? To po wyborach oddajesz władzę.

Ale konserwatyści na czele z Cameronem będą teraz rządzić Wielką Brytanią samodzielnie. Po raz pierwszy od 1992 roku. Już teraz wiadomo jednak, że łatwo nie będzie. Bo premiera czeka wojna na dwóch frontach.

Front pierwszy: Unia Europejska

– Mój rząd będzie renegocjował stosunki miedzy Wielką Brytanią a Unią Europejską. Zmierzać będzie ku reformom, na których skorzystają wszystkie kraje członkowskie – ogłosił, ustami Królowej Elżbiety II premier podczas exposée w czasie otwarcia parlamentu. I od razu wyruszył w ofensywę dyplomatyczną. Rozpoczął tournée po Starym Kontynencie. Objeżdżał europejskie stolice i mówił przywódcom, że Unia musi się zmienić. W jednej ręce marchewka, czyli obietnica, że po zmianach unijna gospodarka będzie mocniejsza. W drugiej – kij: referendum, w którym niezadowoleni z braku reform Brytyjczycy mogą zadecydować o wyjściu ze Wspólnoty.

Jak wyglądałby dla premiera scenariusz idealny? Europa á la David Cameron to Europa odchudzona – bez integracji politycznej, za to odważniej korzystająca ze swego największego podobno atutu: wspólnego rynku. No i Unia, której rzeczywistym centrum zarządzania nie będzie strefa euro. Londyn broni funta i nie chce, by ceną za niego były mniejsze wpływy.

Pytanie, czy to wszystko można ugrać, jest otwarte. Szczególnie że do referendum europejskiego pozostało najwyżej półtora roku. A premier sygnalizuje, że chciałby je zorganizować nawet w przyszłym roku, by uniknąć kolizji z kampaniami wyborczymi w Niemczech i Francji, które usztywniłyby stanowisko Merkel i Hollande’a.

– W Wielkiej Brytanii już się pogodzono, że znaczące zmiany w traktatach są niemożliwe w ciągu tak krótkiego czasu – tłumaczy profesor Iain Begg, europeista z London School of Economics. – Mamy do czynienia z wysokim poziomem frustracji. Niektórzy mówią: jeśli chcecie odejść – odejdźcie. Ale nie możecie efektywnie negocjować z nami, trzymając rękę na klamce. To realny problem. Poza tym Londyn musi pamiętać, że nawet przychylni nam politycy muszą się liczyć z opinią publiczną własnego kraju – ostrzega dr Julie Smith z Cambridge University.

Iskrzyć może też na linii Warszawa–Londyn. Powód? Cameron już wie, ze liczby imigrantów unijnych nie ograniczy. Kombinuje więc wokół świadczeń socjalnych. Chodzi tu choćby o dodatki dla osób słabo zarabiających. Pomysł jest taki, by imigrant mógł je dostawać po paru latach, gdy wpłaci coś do do kasy ubezpieczeń społecznych. Inna kwestia to zasiłek na dziecko. Cameron chce uniemożliwić jego eksportowanie przez polskich imigrantów. Czyli w sytuacji, gdy rodzice pracują na Wyspach, ale dziecko pozostało nad Wisłą, tych pieniędzy nie można by już pobierać, by wysłać je do Polski. To nad Wisłą budzi kontrowersje. Kontrowersje, które wcale nie są w Londynie lekceważone.

Premier musi zdawać sobie sprawę z opozycji wobec tych pomysłów w Polsce. I będzie musiał negocjować z Warszawą tak, jak z Niemcami czy Francją – mówi Iain Begg, dodając, że w Londynie Warszawa uważana jest za lidera państw ze wschodu Unii, gdzie na pomysły Camerona patrzy się podejrzliwie. Chodzi tu o państwa bałtyckie, ale także Bułgarię czy Rumunię.

Jak to się skończy? Teoretycznie Cameron może się nadziać na opór reszty przywódców, którzy nie dadzą mu wystarczająco wiele, by mógł  w Zjednoczonym Królestwie, a szczególnie w coraz bardziej eurosceptycznej Anglii, powiedzieć: mam to, co chciałem. Możemy zostać.

Żywioły antyunijne są trudne do opanowania. Po wyborach pewniej czuje się eurosceptyczne skrzydło w Partii Konserwatywnej. Nagłówki „Daily Mail” i „Daily Express” coraz głośniej domagają się Brexitu. Cameron może więc stracić kontrolę nad pojazdem. To wszystko to jednak scenariusz najbardziej dla niego  pesymistyczny. Dr Julie Smith komentuje: –Jeżeli przyjdzie co do czego i w 2016 albo 2017 będziemy mieli referendum, Brytyjczycy zagłosują za pozostaniem. Dziś z badań wynika, że mieszkańcy Wysp w coraz większym stopniu przychylają się do opinii, że lepiej będzie, jeśli w Unii zostaniemy. Po negocjacjach David Cameron opowie się raczej za tą opcją. Kampanię na „tak” prowadzić też będzie biznes. Podobnie jak naukowcy czy prawnicy – przewiduje nasza rozmówczyni.

Być może. Ale wola ludu nie jest do końca przewidywalna.  Przekonaliśmy o tym niedawno nad Wisłą podczas wyborów prezydenckich. Przekonali się o tym brytyjscy liderzy patrząc na to, co podczas tutejszych wyborów stało się w Szkocji.

Front drugi: Wielka Brytania

– Mój czas jako lidera jest niemal skończony. Ale dla Szkocji kampania trwa, a marzenie nie umrze nigdy.

To z kolei przepowiednia, którą łamiącym się głosem wypowiedział jesienią zeszłego roku odchodzący po referendum niepodległościowym Alex Salmond, lider Szkockiej Partii Narodowej. Chyba nawet on nie wiedział, jak szybko zaczną się spełniać jego słowa. Bo tego samego dnia, gdy mapa Anglii barwiła się na niebiesko, na północ od jej granic zrobiło się żółto. Następczyni Salmonda, Nicola Sturgeon, doprowadziła swoją partię do największego sukcesu w jej historii: na 59 miejsc Szkocka Partia Narodowa zdobyła 56. Zmiotła ze szkockiej ziemi laburzystów, którzy od czasów radykalnych reform Margaret Thatcher zawsze uważali tę część Wielkiej Brytanii za swój pewny łup.

Trudno przypuszczać, by to osobiste przymioty pani Sturgeon zadecydowały o tym, że w jednym z okręgów laburzystowska gruba ryba Douglas Alexander przegrał z dwudziestoletnią studentką politologii Mhairi Black. Nawet jeśli weźmie się pod uwagę, że jej mniej konfrontacyjny styl stanowił dla wyborców przyjemną odmianę. Kluczowe było tu wrześniowe głosowanie. W kilka minut po ogłoszeniu wyników, gdy połowa serc narodu pękła, Szkoci poczuli się zdradzeni, a wielu pożałowało głosu na „nie”.

Przypomnieli sobie, że do głosowania na „nie” namawiała ich solidarnie egzotyczna koalicja Razem Lepiej. Laburzyści stali w niej u boku konserwatystów. Dla mieszkańca Aberdeen czy Glasgow to spanie z wrogiem, które w tych wyborach zostało ukarane. Efekt? Na Westminster ruszyła armia Szkotów. Już teraz wnieśli do brytyjskiego parlamentu świeży powiew. Pierwszego dnia zaszokowali zmurszałych poselski establishment swoim nieformalnym zachowaniem: głośnym śmiechem i masowym robieniem selfies. A po selfies przyszedł czas na twardą politykę.

– Skoro referendum nie da się uniknąć – ogłosiła Nicola Sturgeon rozrysowując pole bitwy – Szkocja z jej cieplejszym stosunkiem do Wspólnoty nie ma najmniejszej ochoty, by eurosceptyczni Anglicy na siłę wyciągnęli ją z Unii. A jednocześnie stojąca na czele Scottish National Party wie, że ta kwestia to doskonałe narzędzie, by przypominać wyborcom o „marzeniu, które nie umrze nigdy”.

Oficjalnie politycy SNP powtarzają, że w tych wyborach nie chodziło o powtórkę z referendum niepodległościowego. Ale w statucie tej partii celem numer jeden ciągle jest szkocka niezależność. SNP czeka w przyczajeniu. Czeka cierpliwie, bo w latach dewolucji nauczono się ważnej rzeczy – ludzie cenią sobie spokój i kompetencję, zamiast gromkich okrzyków w stylu Bravehearta. To dlatego, gdy Salmond stanął na czele szkockiego rządu mniejszościowego, ciężka praca u podstaw pozwoliła mu cztery lata później rządzić samodzielnie. Jeśli sprawdzasz się na małym boisku, dostajesz szansę na większym.

Szkoccy narodowcy nie zafundują brytyjskiemu parlamentowi obstrukcji ani chaosu. Zamiast tego znowu postarają się pokazać, że są poważną partią. Czekać będą na potknięcia. Punktować Camerona za Europę i cięcia. I mówić elektoratowi pomiędzy wierszami: jaka szkoda, że Szkocja jest częścią tego wszystkiego, prawda? W końcu krajem rządzi teraz partia, na którą na północy zagłosowano ledwie w jednym okręgu.

Ciekawe, jak sypiać będzie David Cameron podczas tej kadencji. Być może śni mu się czasem najbardziej koszmarny, ale możliwy scenariusz. Niewykluczone, że w książkach do historii premier Cameron zapisze się jako przywódca, który zdołał zdjąć z konserwatystów klątwę niewybieralności. A gdy już to zrobił – rozbił Zjednoczone Królestwo i wbrew własnej woli wyciągnął je z Unii.


LEWICA WALCZY O PRZETRWANIE

„To jest kampania, podczas której tradycyjnie lewicowa partia współzawodniczy z tradycyjnie prawicową partią. Rezultat też będzie tradycyjny”. Tak mówił były premier Tony Blair – autor największego w historii sukcesu wyborczego lewicy. Człowiek, który w połowie lat dziewięćdziesiątych zaciągnął swoją partię do centrum, dzięki czemu wygrał trzy kolejne wybory. Przepowiednia spełniła się ścierając z powierzchni ziemi dziesiątki „czerwonych" kandydatów. A wraz z nimi – nadzieje na powrót Partii Pracy do władzy.

Lider lewicy Ed Miliband cały czas powtarzał, że po kryzysie gospodarczym wahadło politycznych intuicji na Wyspach przesunęło się na lewo. Nie przesunęło się. To Blair miał rację. Kampania oparta na myśleniu życzeniowym zakończyła się wynikiem tradycyjnym: zwycięstwem prawicy. Brytyjska lewica przez pięć lat oszukiwała samą siebie. Ze snu wyrwali ją wyborcy.

Teraz rozpoczynają się rozliczenia. Podstawowe pytanie? Czy Labour Party przegrała, bo była za bardzo, czy za mało lewicowa? Pierwszą teorię wspiera paradoksalnie sukces SNP w Szkocji – używającej bardziej od laburzystów lewicowej retoryki. To za taką partią ludzie tęsknią, musimy odważniej iść w tym kierunku – przekonują zwolennicy opcji pierwszej.

Druga teoria mówi, że partia powinna skręcić w prawo i znaleźć się w centrum. Centrum, z którego wybory wygrywał Tony Blair. Bo Partia Pracy za Milibanda wyalienowała biznes - mały i duży. – Opuściliśmy aspirujących ludzi – przestrzegają zwolennicy tego wariantu.

Kto będzie liderem? Faworyt to Andy Burnham – minister z czasów Gordona Browna. Przedstawiciel lewego skrzydła, który zaskarbił sobie sympatię broniąc NHS przed reformami konserwatystów i domniemanymi próbami prywatyzacji. Człowiek z klasy robotniczej, pochodzący z północy. Pewnie uzyskałby poparcie związków. Tylko co z poparciem przedsiębiorców i szarego Brytyjczyka, który w sprawach gospodarki lewemu skrzydłu partii nie ufa?

Najpoważniejszą rywalką Burnhama jest Yvette Cooper – żona Eda Ballsa, niedoszłego kanclerza, który w tych wyborach poniósł spektakularną porażkę. Bardziej centrowa, wygadana, no i kobieta – niezły kontrapunkt dla Camerona. Odważnie wzywa do „zresetowania relacji z biznesem”, raczej w tradycji Blaira niż Milibanda. Z drugiej strony Cooper bardziej niż Burnham uważana jest za część establishmentu partyjnego. Może też być trudniejsza dla bardziej lewicowych wyborców. Nowego szefa  lewicy poznamy we wrześniu.

Dodaj komentarz:
Autor:
Wpisz hasło z obrazka: (małymi literami)


REKLAMA
PODCASTY
...zobacz inne podcasty
ARTERIA
...zobacz archiwum Arterii
REKLAMA
ENGLISH PAGE
...zobacz inne artykuły
ANKIETA
Czy wyjeżdźasz na wakacje do Polski?
liczba głosów: 29229
Tak

24313
83%
Nie

4916
17%
...zobacz archiwum ankiet
WYSZUKIWANE TAGI

Polsport |nagrobki pomniki wodzisław | nity nierdzewne | ból kręgosłupa wodzisław | ekogroszek Rybnik | gabinet terapii Cieszyn
zespół muzyczny knurów | nitonakrętki nierdzewne | prawo pracy sandomierz | metoda callana Jastrzębie | stylizacja mężczyzn śląsk