KIM JESTEŚMY REDAKCJA MARKETING DYSTRYBUCJA OGŁOSZENIA LISTY DO REDAKCJI KONTAKT 17 lipiec 2018
E-WYDANIE
PUBLICYSTYKA
REPORTAŻ
LUDZIE I MIEJSCA
TAKIE CZASY
CZAS PRZESZŁY
CZAS TO PIENIĄDZ
DRUGI BRZEG
CZAS NA WYSPIE
AKTUALNOŚCI
ARTFUL FACE
PAN ZENOBIUSZ
FAWLEY COURT
REWERS
DOBRE, BO POLSKIE
SYLWETKI
LONDYN W SUBIEKTYWIE
OPOWIADANIA LONDYŃSKIE
ROZMOWA
LISTY DO REDAKCJI
KULTURA
RECENZJA
SYLWETKI
ROZMOWA
CO SIĘ DZIEJE
FELIETONY
KRYSTYNA CYWIŃSKA
ANDRZEJ LICHOTA
WACŁAW LEWANDOWSKI
GRZEGORZ MAŁKIEWICZ
V.VALDI
SPORT
AKTUALNOŚCI
RELACJA
ROZMOWA
FELIETON
GALERIA
PODRÓŻE
PO LONDYNIE
PO WYSPIE
POLSKIE DROGI
PO ŚWIECIE
W CZASIE I PRZESTRZENI
CZAS NA RELAKS
ZDROWIE POLECAMY
NA ŁAWECZCE
MANIA GOTOWANIA
KRZYŻÓWKA
KRONIKA ABSURDU
NA KOŃCU JĘZYKA
TO I OWO
ARTERIA
ARTYŚCI
GALERIA
EWA OBROCHTA
BASIA LAUTMAN
BEATA KOZŁOWSKA
WOJCIECH SOBCZYŃSKI
RYSZARD SZYDŁO
PAWEŁ KORDACZKA
MARIA KALETA
MAREK BORYSEWICZ
KRZYSZTOF MALSKI
KONRAD GRABOWSKI
JUSTYNA KABAŁA
IWONA ZAJĄC
ELZBIETA PIEKACZ
ELZBIETA CHOJAK
ELA CIECIERSKA
CAROLINA KHOURI
ANIA PIENIĄŻEK
AGNIESZKA KOWAL
A.HANDZEL-KORDACZKA
ANDRZEJ KRAUZE
ANDRZEJ LICHOTA
DAMIAN CHROBAK
GRZEGORZ LEPIARZ
SŁAWEK BLATTON
ANDRZEJ MARIA BORKOWSKI
PAWEŁ WĄSEK
MARCIN DUDEK
JOANNA SZWEJ-HAWKIN
DANUTA SOŁOWIEJ
TOMASZ STANDO
AGNIESZKA STANDO
OLGA SIEŃKO
FOTOREPORTAŻ
AGATA HAMILTON
JOANNA CIECHANOWSKA




Wazony potrzebne od zaraz
2014.04.04 / Roman Waldca
TAGI:
Share |
Nigdy nie spotkałem bezdomnego emigranta, który przybyłby do „brytyjskiego raju” po to, by być bezdomnym. My wszyscy przyjechaliśmy tu po to, by zbudować nowe, lepsze życie dla siebie, a często również dla naszych bliskich. Niestety nie każdemu udało się to zrobić. My jesteśmy w tym kraju potężną siłą, z którą każdy powinien się liczyć. Jak jednak do tego doprowadzić, jeżeli Polak nie może liczyć na pomoc Polaka? Przypomnijmy sobie o tym, co znaczy być Polakiem, a wszystko inne wydarzy się samo! Krzysztof Kawczyński kkawczynski1@o2.pl 075 4418 4684

Adrian jest bezdomnym. Ma szczęście: czasami pracuje dorywczo. Raz ma pracę, raz nie. Ostatnio udało się przez trzy dni. Po wypłacie kupił dla syna zabawki, trochę drobiazgów do domu i wszystko ładnie zapakował w wielką paczkę. Tylko na znaczek już zabrakło. Chodził z paczką przez trzy dni: na posiłki, do parku, na nocleg do kościoła. Aż uzbierał na przesyłkę i wysłał.

– Adrian to niesamowicie zdeterminowana osoba – przyznaje Krzysztof Kawczyński, szef i założyciel fundacji Kwiaty Ludzkich Serc. Polacy Polakom, z którym spotykamy się w kościele na Fulham. Tuż obok stacji metra stoi piękny, nowoczesny kościół metodystów, w pomieszczeniach którego pięć dni w tygodniu zbierają się bezdomni z całego miasta. Niektórzy wpadają tylko na chwilę, coś zjeść lub wypić ciepłą kawę. Dla innych jest to miejsce, w którym spędzają cały dzień. Coś zjedzą, wezmą prysznic albo się ogolą. Dla jeszcze innych jest to okazja, by z kimś posiedzieć, porozmawiać, pracy poszukać, wypełnić kwestionariusz. Większość z tych, którzy tu przychodzą, to Polacy.

POCZĄTKI

W styczniu na polskich portalach internetowych pojawił się wpis zatytułowany „Kwiaty Ludzkich Serc”, w którym Krzysztof Kawczyński próbował namówić do swojego projektu. Pisał: „Od 6 stycznia bieżącego roku prowadzę centrum dziennego pobytu dla bezdomnych, które powstało w Fulham Broadway Methodist Church (452 Fulham Rd, London SW6 1BY). Projekt ten działa w ramach West London Churches Homeless Concern, pięknej chrześcijańskiej organizacji, która stara się pomagać potrzebującym. W chwili obecnej dwa nasze projekty zapewniają każdej nocy miejsca noclegowe dla około 70-80 osób, a dwa dzienne centra przyjmują 150-170 osób każdego dnia. Zaszczyt kierowania centrum na Fulham powierzono mi, ponieważ jestem Polakiem, a niestety znaczna część naszych gości pochodzi właśnie z Polski. My zapewniamy wyżywienie, prysznice, pranie odzieży, i inne niezbędne do życia sprawy. Tę część naszej pracy łatwo zauważyć i dostrzec. Ta ważniejsza część jest jednak głębiej ukryta. Jest to trudna i często skomplikowana praca socjalna, która ma na celu trwałą odmianę warunków życia maksymalnej liczby naszych gości.”

– Mało kto zdaje sobie naprawdę sprawę z tego, czym właściwie jest bezdomność – przyznaje Krzysztof. – Bezdomność nie tylko pozbawia dachu nad głową, ale przede wszystkim pozbawia nadziei.

Siedzimy w ciszy, w Meeting Room 2 w kościele na Fulham. Za rozsuwaną ścianą tętni życie: stołówka pracuje pełną parą. Ktoś czyta gazetę, ktoś inny sprawdza w internecie czy nie pojawiły się jakieś oferty pracy. Ktoś inny goli się w łazience. Sala jest niemal wypełniona po brzegi. Ośrodek, o którym pisał w styczniu Krzysztof nie tylko tętni życiem, ale wręcz przyciąga niesamowitą mieszankę ludzi. Są tutaj i bezdomni, jak i tacy, którzy mają gdzie mieszkać, ale potrzebują różnego rodzaju wsparcia w codziennym życiu.

BOŻENA

– Przychodzi do nas pan, który jest Anglikiem i kilka dni temu sam przyznał, że nie jest bezdomnym – opowiada Bożena Szyszko-Nicewicz, która na Fulham przychodzi pomagać w wolnych chwilach. – Ten pan ma dom, ma gdzie się umyć i spać, ale jest sam. Powiedział, że przeraża go cisza, nie wyobraża sobie spędzania całego dnia w pustym mieszkaniu. Jemu tak bardzo brakuje jakiekolwiek kontaktu z ludźmi. A tutaj przychodzi, coś zje, często siedzi i czyta gazetę. – Tutaj jest tak ładnie – powiedział kiedyś.

Bożena jest wolontariuszką, która – jak sama przyznaje – do pracy w ośrodku dała się namówić w kościele na Ealingu, w którym Krzysztof miał przemówienie po mszy. Opowiedział o tym, co robi i czego ośrodek potrzebuje. – Tak mnie tym zaraził, że nie potrzebowałam specjalnie się namyślać, wiedziałam, że to coś takiego, co chciałabym w życiu robić – przyznaje i dodaje, że zawsze kieruje się dewizą, którą kiedyś usłyszała od pewnej Angielki. – Jaka jesteś dla ludzi, tak los ci się odwdzięczy trzykrotnie.

Do Londynu Bożena przyjechała już dawno, bo ponad siedemnaście lat temu. W Polsce koszykarka pierwszoligowego ŁKS Łódź. Któregoś razu wybrała się na urlop do Londynu i tu już została. Ale to było dawno. Dzisiaj z mężem prowadzi firmę budowlaną.

– Marmury, granity, górna półka – dodaje z uśmiechem, a do tego wychowuje dwójkę dzieci, które każdego ranka odprowadza do szkoły. Potem przychodzi do ośrodka pomagać. – Problem jest po to, aby go rozwiązać – dodaje szybko i jest w tym przekonująca. – Mam w sobie tyle energii i chęci działania, że nie mam wątpliwości. Jest w stanie do tej pracy – bezpłatnej przecież – przekonać każdego. Tym, co sama robi. – Jestem dziewczyną pierwszego kontaktu – tłumaczy jak wygląda jej dzień pracy w ośrodku. – Są tacy, którzy tutaj przychodzą i pytają wprost: czy możesz mi pomóc?

– Naprawiamy zaniedbania rządowe – tłumaczy Bożena. – Ludzie zgłaszają się do angielskich instytucji po pomoc, której najczęściej z różnych powodów nie otrzymują. Po kilku tygodniach znajdują się na ulicy, popadają w niemoc, z której potem bardzo trudno jest się wyrwać. – A jak pokazują historie niektórych tutaj, na ulicy można się znaleźć praktycznie z dnia na dzień.

Opowiada historię pewnej samotnej matki, zupełnie nieźle zarabiającej, która pewnego ranka zjawiła się w ośrodku.

– Któregoś dnia wróciła z pracy do domu z dzieckiem i nie otworzyła drzwi. Ktoś zmienił wszystkie zamki. Poszła więc do Council wyjaśnić o co chodzi, ale kazali jej czekać, ktoś wyjdzie z nią porozmawiać, jak będzie mógł. I tak siedziała do siedemnastej czekając na wyjaśnienie sprawy. Kiedy nikt wie wyszedł, poszła zapytać ponownie tylko po to, by się dowiedzieć, że przecież po piątej tutaj już nikt nie pracuje. Została totalnie zignorowana – dla Bożeny wydaje się to absurdalne, że kogoś można w taki sposób potraktować. Dla młodej samotnej matki był to koniec świata. Wypominała sobie, że jest niedobrą matką, że nie wie, co dalej ze sobą zrobić, zupełnie tak, jakby to była jej wina, że właściciel mieszkania miał finansowe problemy i komornik wszystko zajął. Dopiero tutaj, w ośrodku, przekonała się, że nie jest sama, że są tacy, którzy są w stanie jej pomóc, i do tego bezpłatnie. Z pomocą współpracującego z ośrodkiem prawnika szybko udało się odzyskać wszystkie jej rzeczy pozostawione w domu.

Bożena dodaje, że zawsze jest nadzieja na lepsze życie. Wystarczy tylko chcieć je zmienić. – My jesteśmy tutaj, aby takim ludziom pomóc, czy to przetłumaczyć CV czy podanie, ktoś inny uczy tutaj ludzi angielskiego. Można nawet zdać egzamin na prawo jazdy.

Niektórzy z takiej szansy korzystają, innym wystarczy, że jest tutaj ciepło. Są spokojni, ale mało wylewni. – Często są to bezradne, załamane osoby, którym w życiu wystarczy, że jest gdzie spać, można zjeść za darmo i się umyć. Podstawowe potrzeby są zaspokojone, tylko w oczach widać pustkę – dodaje Bożena i przeprasza, że musi już lecieć. Minęła druga, trzeba dojechać na Ealing i odebrać dzieciaki ze szkoły. Jeszcze tylko szybkie zdjęcie do gazety i… – Pa, do usłyszenia – dodaje i zapewnia, że jeszcze nie raz się tu spotkamy.

POMAGAĆ

Krzysztof Kawczyński przyznaje, że to nieprawda, że Polacy nie garną się do pomocy. Wręcz przeciwnie. Po kilku spotkaniach w polskich kościołach okazało się, że Polacy nie tylko chętnie pomagają finansowo, ale przede wszystkim nie mają problemu również z tym, aby pomóc osobiście, wolnym czasem i swoimi kwalifikacjami. – W naszej pracy pomagają nam wolontariusze, którzy są zawodowymi prawnikami, terapeutami, mamy nawet lekarza, o kucharzach czy studentach nawet nie wspominając – tłumaczy Krzysztof i dodaje, jak jest to niesamowicie ważne, bo angielskie systemy pomocy tak naprawdę ubezwłasnowolniają ludzi. On stara się tym ludziom pomóc nie tylko wyjść z dołka, jakim jest bezdomność, ale często odzyskać wiarę i chęć do życia, do tego, aby je zmienić i budować na nowo. – Adrian jest tego najlepszym przykładem – dodaje Krzysztof i opowiada, jak jest chłopakiem zachwycony. Nie ukrywam, że ja również jestem pod wrażeniem.

ADRIAN

To nie jest jego prawdziwe imię. Nie chce, aby w gazecie ktoś go rozpoznał, bo to przecież nic fajnego być bezdomnym. – Może kiedyś, ale nie dzisiaj – dodaje.

Do Londynu przyjechał niedawno, bo tylko dziewięć miesięcy temu. Nie ukrywa, że to było coś. – Zachłysnąłem się Londynem – dodaje. Miał szczęście. Kolega zadzwonił do Polski w sobotę, z pytaniem czy jest zainteresowany wyjazdem. Był. W poniedziałek już pracował na budowie. Płacili dobrze, wystarczało na utrzymanie, na paczki do domu dla dwuletniego synka i młodej żony.

– Potem nagle kolega zniknął z mieszkania, a z nim wszystko co miałem: pieniądze i cała reszta – tłumaczy. Jest nerwowy. Chwilami długo milczy, tak jakby zastanawiał się nad tym, jakiego słowa użyć. Albo jakby na nowo to wszystko przeżywał. Adrian nie ukrywa, że nie jest świętoszkiem, i że w życiu wielu ludziom wyrządził wiele krzywdy. Ale żeby tak nagle wszystko stracić? Nie miał konta bankowego, czeki z pracy coraz później przychodziły. Najpierw stracił mieszkanie, potem i na hostel nie było kasy. Wigilię spędził na ulicy, na Wimbledonie.

– Nie było łatwo facetowi takiemu jak ja się z tym pogodzić – tłumaczy. Ma 35 lat. Nie dał się. Nie zaczął pić ani ćpać, tak jak inni, bo jakby dalej tak, to by się pogrążył, a on nie może. Ma małego synka, dla którego chce lepiej, niż dla siebie.

– Kiedyś byłem draniem – powie mi później. – To może dobrze, że stałem się tutaj bezdomnym. Ulica uczy pokory, uczy szacunku do ludzi – dodaje cicho i urywa. Milczy przez chwilę.
Swojej żonie o tym, że jest bezdomnym powiedział dopiero trzy tygodnie temu. – Przyjadę, podniesiemy się razem! – odpowiedziała.

Od tamtego czasu rozmawiają przez telefon codziennie. O tym, jak to będzie, kiedy przyjedzie tutaj z synkiem i kiedy wszystko zaczną od nowa. – Ale wcześniej muszę znaleźć pracę, potem mieszkanie. Dopiero wtedy ją zaproszę.

– Ile to potrwa ? – pytam z ciekawości.

– Trzy, może cztery tygodnie. Nie mogę dłużej czekać. Szkoda czasu – dodaje na odchodne i przyznaje, że to dzięki takim ludziom jak Krzysztof może się mu udać. I że jeśli tylko będzie mógł, to nadal będzie do ośrodka przychodził. Spotkania terapeutyczne anonimowych alkoholików czy wychodzenie z narkotyków nie trwa tydzień. A on sam wie, że potrzeba mu więcej czasu i mobilizacji. Może też pomóc innym.

– Miałem szczęście, bo poznałem tutaj chłopaka z Bułgarii, który jest po wojnie w Afganistanie i tak jak ja, bez dachu nad głową. Lubię go, dobry z niego materiał na przyjaciela – uśmiecha się lekko i opowiada, jak trzymają się razem, golą sobie głowy i próbują się zrozumieć. Adrian tłumaczy, że przeraża go taki przeciętny polski bezdomny, który tylko pije, dostaje zasiłki, ma dach na głową w kościele i co zjeść. – Trzeba izolować się od głupich ludzi, którzy piją, bo tacy popłyną! – dodaje i tłumaczy, że nie chce zdjęcia. – Po co? Nie ma się czym chwalić – mówi na pożegnanie.

PO SŁOWACKU

Do ośrodka przychodzą i tacy, którzy kiedyś sami byli bezdomnymi, ale już nie są. Dla niektórych jest to ciągle ta sama rutyna, zawsze przychodzili, teraz też tak robią. Dla innych, jak dla Janka ze Słowacji, to okazja do tego, aby się odwdzięczyć za pomoc. I dać coś z siebie.

– Mam gdzie mieszkać czy co zjeść, ale nie mam jeszcze pracy, więc zamiast siedzieć i nic nie robić w domu, wolę tutaj przyjść i pomóc, odwdzięczyć się za to, co dla mnie zrobili i jak mi pomogli – opowiada po polsku. Pracował tutaj przez osiem lat i wreszcie poszedł na urlop. Pierwszego dnia ukradli mu paszport i wszystko się zawaliło. Bez paszportu nawet kucharz nie dostanie pracy. Janek też nie dostał.

– To miejsce pomogło mi psychicznie. Gotuję dobrze, sprzątam jeszcze lepiej, czasem zmywam. Dzisiaj robiłem sałatkę. Polacy i Słowacy lubią dobrą domową kuchnię, a ja lubię gotować z tego, co mam – Janek tłumaczy, że wszystkie produkty, które mają do wykorzystania w ośrodku pochodzą z darów. Sainsbury daje, inni też. Dzisiaj pełno było nawet sushi! Tłumaczy mi, że nie lubi bezczynnie siedzieć. – To jest dobre miejsce i dobrze, że takie miejsce istnieje, że można przyjść, nawet jeśli ktoś chce tylko posiedzieć, to może.

Janek jest szczęściarzem. Dostał pokój u polskiej rodziny (Edyty i Marka), u których może mieszkać, aż stanie na własnych nogach. – To od księdza na Ealingu – dodaje z uśmiechem. – Zawsze pomagałem ludziom jak mogłem, teraz ludzie mi pomagają.

SZUKAM PRACY

Podobnego zdania o ośrodku jest również Łukasz, wysoki 25-latek, który sam stał się kiedyś bezdomnym. Dzisiaj pomaga w ośrodku, szuka ludziom pracy w internecie.

– Spędziłem tydzień na ulicy, poznałem tam ciekawych ludzi – mówi. Potem przeniósł się do kościoła. Udało się dostać zasiłki, teraz ma nawet mieszkanie. – Bogdan mi pomógł – wyznaje. – Teraz ja pomagam.

Chodzi do szkoły, ale jest zaniepokojony. Jego współlokator jest alkoholikiem i stwarza problemy. Była policja, pogotowie, może stracić przez niego mieszkanie, a to będzie oznaczać tylko jedno. Powrót na ulicę. A tego nie chce.

– Jestem pod wrażeniem, jak Krzysztof jest to wszystko w stanie robić – tłumaczy. – To jest fenomenalne. Dobrze wiedzieć, że jest tyle dobra jeszcze na świecie.

Pytam o marzenia. – Żeby ludzie nie byli obojętni na drugiego człowieka, bo to, co słyszałem, gdy mieszkałem na ulicy, przechodzi wszystkie wyobrażenia. Najgorsza jest obojętność. Nawet powoli do Polaków zaczyna dochodzić, że trzeba pomagać – wyjaśnia spokojnie. Zapytany, kim jest według niego typowy polski bezdomny, wymienia bardzo szybko: kierowca, kucharz albo budowlaniec. W wieku od 30 do 50 lat, połowa z nich to alkoholicy, pewnie sporo z nich regularnie ćpa. – Kurczę, dopiero teraz sobie uświadamiam, że strasznie dużo jest bezdomnych kucharzy – przerywa nagle. – Potem zaczynają się problemy.

Józek osiem lat na ulicy. Przemek siedem. Ktoś tam inny sześć lat. – Zaczynają przychodzić powoli tutaj i są w stanie zaryzykować i spytać, czy jesteśmy w stanie im pomóc. Po wielu latach na ulicy chcą się z tego wyrwać. – Dlaczego? – pytam. Łukasz dodaje, że zdrowie się sypie i na ulicy już się tak dalej żyć nie da.

KWIATY

Krzysztof wierzy, że dzięki takim ludziom jak Bożena, Janek czy Łukasz – bo przecież nie sposób wymienić wszystkich – coś się w ludziach zaczyna zmieniać. Nawet Adrian jest aniołkiem, bo swoim przykładem pokazuje, że można się wyrwać. Za parę dni zaczyna regularną pracę, którą udało mu się znaleźć dzięki ośrodkowi.

– To dobrze, bo zawsze nam, Polakom, zarzucano, iż nie potrafimy sobie wzajemnie pomagać, a tymczasem kwiatów, wolontariuszy mamy tyle, że powoli zaczyna nam brakować wazonów. Stąd nazwa: Kwiaty Ludzkich Serc.

Nowa fundacja szuka teraz swojego lokalu, bo z kościoła trzeba będzie się niebawem wyprowadzić. Krzysztof pyta, czy nie słyszeliśmy o jakimś pustym budynku, w którym można by zrobić siedzibę, taki stały adres, centrum, które funkcjonowałoby 24 godziny na dobę. Odpowiadam, że nie wiem, ale że napiszemy w gazecie, bo bardzo chcielibyśmy pomóc. Może ktoś wie i pomoże… Mierzymy w to, co robi. Wysłuchaliśmy Janka, rozmawialiśmy z Adrianem. Bożena czy Łukasz też są pełni zachwytu.

Byliśmy na Fulham. Wypiliśmy tam kawę. Siedzieliśmy z nimi. Było ciepło i serdecznie.

Chcesz pomóc?

Dodaj komentarz:
Autor:
Wpisz hasło z obrazka: (małymi literami)


REKLAMA
PODCASTY
...zobacz inne podcasty
ARTERIA
...zobacz archiwum Arterii
REKLAMA
ENGLISH PAGE
...zobacz inne artykuły
ANKIETA
Czy wyjeżdźasz na wakacje do Polski?
liczba głosów: 28627
Tak

23883
83%
Nie

4744
17%
...zobacz archiwum ankiet
WYSZUKIWANE TAGI

Polsport |usługi kamieniarskie wodzisław | nity nierdzewne | fizykoterapia wodzisław | transport ekogroszek Żory | suplementy diety produkcja kontraktowa
sprawy cywilne wodzisław śląski | cyklinowanie Błonie | klasyfikacja gruntów śląskie | medycyna podróży Radlin | zabezpieczenia na dachu