KIM JESTEŚMY REDAKCJA MARKETING DYSTRYBUCJA OGŁOSZENIA LISTY DO REDAKCJI KONTAKT 14 grudzień 2018
E-WYDANIE
PUBLICYSTYKA
REPORTAŻ
LUDZIE I MIEJSCA
TAKIE CZASY
CZAS PRZESZŁY
CZAS TO PIENIĄDZ
DRUGI BRZEG
CZAS NA WYSPIE
AKTUALNOŚCI
ARTFUL FACE
PAN ZENOBIUSZ
FAWLEY COURT
REWERS
DOBRE, BO POLSKIE
SYLWETKI
LONDYN W SUBIEKTYWIE
OPOWIADANIA LONDYŃSKIE
ROZMOWA
LISTY DO REDAKCJI
KULTURA
RECENZJA
SYLWETKI
ROZMOWA
CO SIĘ DZIEJE
FELIETONY
KRYSTYNA CYWIŃSKA
ANDRZEJ LICHOTA
WACŁAW LEWANDOWSKI
GRZEGORZ MAŁKIEWICZ
V.VALDI
SPORT
AKTUALNOŚCI
RELACJA
ROZMOWA
FELIETON
GALERIA
PODRÓŻE
PO LONDYNIE
PO WYSPIE
POLSKIE DROGI
PO ŚWIECIE
W CZASIE I PRZESTRZENI
CZAS NA RELAKS
ZDROWIE POLECAMY
NA ŁAWECZCE
MANIA GOTOWANIA
KRZYŻÓWKA
KRONIKA ABSURDU
NA KOŃCU JĘZYKA
TO I OWO
ARTERIA
ARTYŚCI
GALERIA
EWA OBROCHTA
BASIA LAUTMAN
BEATA KOZŁOWSKA
WOJCIECH SOBCZYŃSKI
RYSZARD SZYDŁO
PAWEŁ KORDACZKA
MARIA KALETA
MAREK BORYSEWICZ
KRZYSZTOF MALSKI
KONRAD GRABOWSKI
JUSTYNA KABAŁA
IWONA ZAJĄC
ELZBIETA PIEKACZ
ELZBIETA CHOJAK
ELA CIECIERSKA
CAROLINA KHOURI
ANIA PIENIĄŻEK
AGNIESZKA KOWAL
A.HANDZEL-KORDACZKA
ANDRZEJ KRAUZE
ANDRZEJ LICHOTA
DAMIAN CHROBAK
GRZEGORZ LEPIARZ
SŁAWEK BLATTON
ANDRZEJ MARIA BORKOWSKI
PAWEŁ WĄSEK
MARCIN DUDEK
JOANNA SZWEJ-HAWKIN
DANUTA SOŁOWIEJ
TOMASZ STANDO
AGNIESZKA STANDO
OLGA SIEŃKO
FOTOREPORTAŻ
AGATA HAMILTON
JOANNA CIECHANOWSKA




O nas? O nich? O kim
2008.11.28 / Jacek Ozaist
TAGI:
Share |
Oglądam co tydzień „Londyńczyków” i przecieram ze zdumienia oczy. Szukam siebie, moich przyjaciół, znajomych, Polaków mijanych co dnia w różnych sytuacjach i muszę przyznać, że nie znam prawie nikogo, kto choć w przybliżeniu mógłby stać się bohaterem tego serialu.
Później rozmyślam nad sposobem realizacji i wydaje mi się, że twórcy ulegli fascynacji błyskotliwą powierzchownością Londynu, ale o tym, co jest pod spodem, nie mają bladego pojęcia. Te zbitki montażowe pokazujące autobusy, pociągi, taksówki, stacje metra, przystanki, nawiedzane zwłaszcza przez Japończyków miejsca i atrakcje turystyczne, dobitnie pokazują, że twórcy robią serial z punktu widzenia zachwyconego Londynem człowieka z zewnątrz.
Ktoś, kto mieszkał tu kilka lat, pewnie pokazałby dyskretnie parę „polskich miejsc”, jak słynną „ścianę płaczu” obok POSK-u, gdzie niejeden dziennikarz spędził noc z emigrantami, Victoria Green Line, gdzie rozegrał się niejeden polski dramat, pomnik lotników w Northolt, gdzie bywają kombatanci, politycy i harcerze, cmentarz Gunnersbury, który grupka zapaleńców cierpliwie sprząta zawsze w listopadzie, park Heaven Green przy Ealing Broadway, gdzie wali się browara w pełnym słońcu, polskie kwatery w Slough, gdzie Pakistańczycy robią z naszych robotników idiotów itp. Wielu londyńczyków pokazałoby pewnie dziesiątki innych miejsc, które dla nich znaczą coś „polskiego”.

„Londyńczycy” to serial typowo „misyjny”, zaś owa „misja” polega na tym, by skutecznie konkurować ze
„Londyńczycy” to serial typowo „misyjny”, zaś owa „misja” polega na tym, by skutecznie konkurować ze stacjami komercyjnymi, które robią wszystko, by przyciągnąć przed ekrany widzów i zadowolić reklamodawców, gdyż o łatwej kasie z abonamentu mogą jedynie pomarzyć. Gdyby był to na przykład film dokumentalny o kalectwie nabytym na angielskiej budowie albo o bezdomnym, który wstydzi się wrócić do kraju i przyznać, że niczego nie osiągnął, puszczono by to w paśmie dla cierpiących na bezsenność intelektualistów, czyli po 23:00. Tymczasem czwartek, godzina 21:00! – toż to prawie sedno prime time.
Jakieś trzy lata temu z moim, bardzo zdolnym kolegą Arturem P., mieliśmy ten sam pomysł, co twórcy tzw. „Londyńczyków”. Jedyna i w sumie bardzo znacząca różnica polegała na tym, że chcieliśmy skupić się na danej grupie społecznej i poprzez jej pryzmat wyrazić prawdę na temat ogółu polskiej emigracji po maju 2004. Artur był starym londyńskim wygą, co niejedną nieświeżą kanapkę zjadł, a ja debiutantem, którego zachwycał nawet fakt, że następną noc spędzi w parku lub na squacie.
Długo debatowaliśmy i wyszło nam, że trzeba opisać dolę studentów, którymi przecież nie tak dawno sami byliśmy. W końcu braliśmy na warsztat tzw. kwiat narodu, którym wszyscy tak ochoczo wycierają sobie gębę, a który jest tutaj uchwytny głównie w wakacje.
Plan z grubsza był taki: dworzec Victoria, potem Ealing, może Hammersmith. Żadnego patosu, żadnych udziwnień, prosta prawda. Przyjazd. Są znajomi, jest robota, przyjechałem w ciemno, muszę sobie radzić. Znam język – jestem gość, nie znam – zamiatam ogony albo spadam z powrotem. Po paru tygodniach odpuściliśmy. Przerosło nas dzieło i załamał poziom zainteresowania nim. Każdy w Londynie patrzył własnego nosa i ani myślał rozczulać się nad bohaterami do złudzenia przypominającymi każdego wokół.
Autorzy „Londyńczyków” nie załamali się i swego dopięli. Za tę próbę, mimo wszystko czuję do nich szacunek. Poruszyli w „misyjnej” temat naszej bytności tutaj i chwała im za to. Niestety, dokonali takiego a nie innego wyboru bohaterów oraz sytuacji. I za to pochwalić ich nie umiem.
Nie mam, Boże broń, nic przeciwko serialom dla gospodyń domowych. W końcu TVP potrzebuje widzów, a widzowie rozrywki. Tyle tylko że obie strony znają konwencję i znakomicie się w niej odnajdują. W przypadku „Londyńczyków” wypadałoby nie dumać, nie wymyślać, ale spróbować przedstawić trochę prawdy. Nawet gospodynie domowe i panie po szkole podstawowej, które żyją w małych miasteczkach (według badań główna grupa docelowa „Londyńczyków”) mają braci, synów, mężów i szwagrów za granicą. Czy zatem bohaterowie tego serialu są dla nich wiarygodni, czy też oglądają ich tylko dlatego, że tak trzeba, bo to opowieść o emigrantach? Nie znam odpowiedzi na to pytanie. Wygląda na to, że tak.
Słyszałem dziesiątki niezłych historii o Polakach w Londynie, których nie mam czasu opisać, tymczasem autorzy serialu skumulowali rzekomy los nas wszystkich. I co otrzymujemy? Opowieść stricte kryminalną (patrz produkcje TVN i naśladowcze serie w „Misyjnej TV”) z obyczajowymi domieszkami, która stawia nas wszystkich w roli ćpunów, handlarzy narkotyków, kryminalistów, fajnych, ale zagubionych lasek, nieźle ustawionych żigolaków, gotowych na wszystko karierowiczów itp.
I co? Tacy naprawdę jesteśmy? Widzowie w Polsce, w tym również nasi bliscy, budują na tej podstawie obraz emigracji zarobkowej jako czegoś co najmniej gorszącego. Pewnie takie przypadki też się zdarzają, ale czy to podstawa do generalizowania prawdy o nas wszystkich? I kolejne pytanie: czy wyrażamy zgodę na taki sposób przedstawiania naszego życia tutaj? Konia z rzędem temu z londyńczyków, który odnajdzie swój lub swoich znajomych los pośród bohaterów owego słynnego serialu.
Polacy w kraju bardzo szybko wyczuli fałsz i oglądalność zaczęła spadać. Każdy przecież kogoś tu miał, ma lub zna życie w Londynie chociaż z opowieści znajomych. Ogląda i uśmiecha się albo macha ręką. Kiedyś emigrację opisywali ludzie pokroju Gombrowicza i Mrożka, Skolimowskiego i Zaorskiego, dziś robią to z grubsza anonimowi twórcy „misyjnej”. Nie sądzę, by wyszło nam to na dobre.
Wszyscy bohaterowie „Londyńczyków” to przypisywani prezydentowi nieudacznicy, ale zarazem każdy z nich może się poczuć zaproszony przez premiera do „nowej Irlandii”. Czyli właściwie wszyscy i nikt. Zatem jest to serial o wszystkich i o nikim. O nas, o nich? O kim?
I wreszcie pytanie fundamentalne – czy „Londyńczycy” są potrzebni?
Myślę, że tak. Po kilku mało znanych książkach i kameralnych filmach, potężna instytucja o wielkiej sile rażenia zajęła się tematem naszej londyńskiej epopei. Niezależnie od efektu, inni twórcy i decydenci kiedyś pomyślą jak ugryźć to znowu. Może to będzie „L jak Londyn”, a może coś, co nas wszystkich zaskoczy. Może jednak dla „misji” lepiej byłoby zrobić coś w rodzaju „Emigranci tańczą przy zmywaku” – show, w którym grupa młodych zapaleńców walczy o to, kto zmyje więcej garów w dziesięć minut albo Kitchen Porter Show, w którym grupa Polaków zmaga się o miejsce przy robieniu sałatek pod okiem srogiego szefa z Turcji lub Pakistanu. Ubaw w kraju będzie przedni.
Nie znam wszystkich odpowiedzi. Gdybym znał, pewnie byłby mi pisany Pałac Prezydencki, Sejm czy chociaż Urząd Gminy, a nie ulubione Heston. Wiem jedno. „Londyńczycy” mi nie leżą. Karmią widza stereotypami, kalkami przeczytanych w prasie legend. Każdy mikrut może tu przyjechać, wziąć do ręki polonijną prasę, poczytać ją i zbudować sobie obraz całości. A potem zrobić serial, film fabularny, grę komputerową, komiks, co zechce i – niestety – jak zechce. Delikatnie przypominam im „Fuchę” i „Szczęśliwego Nowego Jorku”. Powodzenia!

Galeria:
Dodaj komentarz:
Autor:
Wpisz hasło z obrazka: (małymi literami)


REKLAMA
PODCASTY
...zobacz inne podcasty
ARTERIA
...zobacz archiwum Arterii
REKLAMA
ENGLISH PAGE
...zobacz inne artykuły
ANKIETA
Czy wyjeżdźasz na wakacje do Polski?
liczba głosów: 29883
Tak

24789
83%
Nie

5094
17%
...zobacz archiwum ankiet
WYSZUKIWANE TAGI

Polsport |adwokat sprawy karne warszawa | karabińczyki nierdzewne | opieka osób starszych Wodzisław Śląski | transport ekogroszek Żory | psychoterapeuta Cieszyn
sprawy karne wodzisław śląski | cyklinowanie bezpyłowe grodzisk mazowiecki | szkolenia bhp sandomierz | książeczki zdrowia Jastrzębie Zdrój | alpin shop