KIM JESTEŚMY REDAKCJA MARKETING DYSTRYBUCJA OGŁOSZENIA LISTY DO REDAKCJI KONTAKT 17 styczeń 2018
E-WYDANIE
PUBLICYSTYKA
REPORTAŻ
LUDZIE I MIEJSCA
TAKIE CZASY
CZAS PRZESZŁY
CZAS TO PIENIĄDZ
DRUGI BRZEG
CZAS NA WYSPIE
AKTUALNOŚCI
ARTFUL FACE
PAN ZENOBIUSZ
FAWLEY COURT
REWERS
DOBRE, BO POLSKIE
SYLWETKI
LONDYN W SUBIEKTYWIE
OPOWIADANIA LONDYŃSKIE
ROZMOWA
LISTY DO REDAKCJI
KULTURA
RECENZJA
SYLWETKI
ROZMOWA
CO SIĘ DZIEJE
FELIETONY
KRYSTYNA CYWIŃSKA
ANDRZEJ LICHOTA
WACŁAW LEWANDOWSKI
GRZEGORZ MAŁKIEWICZ
V.VALDI
SPORT
AKTUALNOŚCI
RELACJA
ROZMOWA
FELIETON
GALERIA
PODRÓŻE
PO LONDYNIE
PO WYSPIE
POLSKIE DROGI
PO ŚWIECIE
W CZASIE I PRZESTRZENI
CZAS NA RELAKS
ZDROWIE POLECAMY
NA ŁAWECZCE
MANIA GOTOWANIA
KRZYŻÓWKA
KRONIKA ABSURDU
NA KOŃCU JĘZYKA
TO I OWO
ARTERIA
ARTYŚCI
GALERIA
EWA OBROCHTA
BASIA LAUTMAN
BEATA KOZŁOWSKA
WOJCIECH SOBCZYŃSKI
RYSZARD SZYDŁO
PAWEŁ KORDACZKA
MARIA KALETA
MAREK BORYSEWICZ
KRZYSZTOF MALSKI
KONRAD GRABOWSKI
JUSTYNA KABAŁA
IWONA ZAJĄC
ELZBIETA PIEKACZ
ELZBIETA CHOJAK
ELA CIECIERSKA
CAROLINA KHOURI
ANIA PIENIĄŻEK
AGNIESZKA KOWAL
A.HANDZEL-KORDACZKA
ANDRZEJ KRAUZE
ANDRZEJ LICHOTA
DAMIAN CHROBAK
GRZEGORZ LEPIARZ
SŁAWEK BLATTON
ANDRZEJ MARIA BORKOWSKI
PAWEŁ WĄSEK
MARCIN DUDEK
JOANNA SZWEJ-HAWKIN
DANUTA SOŁOWIEJ
TOMASZ STANDO
AGNIESZKA STANDO
OLGA SIEŃKO
FOTOREPORTAŻ
AGATA HAMILTON
JOANNA CIECHANOWSKA




This is a free country
2012.07.20 / Jacek Ozaist
TAGI:
Share |
Michał zaklął szpetnie. Dramat rozpoczął się wraz z otwarciem puszki z kawą. Dno błysnęło złośliwie, a jemu łzy prawie stanęły w oczach. Zawsze zaczynał dzień od kawy, najlepiej dwóch. Musiał ją mieć. Niewiele myśląc, przekopał szafki współlokatorów, daremnie poszukując choć kilku ziarenek. Wszystkie szafki emigrantów zarobkowych wyglądają tak samo. Worek spleśniałego chleba, parę jajek w opakowaniu, resztka oleju, cebula i czosnek. I mnóstwo konserw. Tuszonka, pasztet, śledź w oleju, gulasz angielski (sic!), musztarda, przecier pomidorowy... Ani grama kawy. Trzaskając drzwiczkami, klął na zmianę po polsku i angielsku. Na koniec trzasnął także drzwiami wyjściowymi, aż futryny jęknęły.
Londyn o ósmej rano da się określić tylko jednym słowem – korkowisko! Miasto po prostu dusi się i dławi, pęczniejąc od śpieszących się do pracy milionów ludzi. Władze próbowały przekonywać, że aby zapewnić przepustowość ulic, wielu kierowców powinno przesiąść się do środków transportu publicznego, lecz Michał doskonale wiedział, że nie ma nic gorszego, niż nie zmieścić się do trzech kolejnych składów metra lub machać pięścią do kierowcy wypchanego do granic możliwości autobusu. Wolał postać w korku, siedząc we własnym aucie, przy muzyce czy papierosie. Po kilkunastu minutach przeciskania się przez ciasne ulice wydostał się wreszcie na obwodnicę. Zjechał na stację benzynową, by zamówić kawę i natychmiast pognał dalej. Chwilę potem wyrzucił kubek przez okno. Ciepła woda o zapachu i wyglądzie kawy to nie było to, czego potrzebował. Z goryczą porównał ją do emigranckiego życia w Londynie. Byle co do picia, jedzenia, spania. Tymczasowość, jednostajność, bezrefleksyjność. Współczuł ludziom, którzy postanowili tu zostać. On zamierzał szybko nachapać się funtów i wrócić do podkarpackiego miasteczka, gdzie nawet woda i powietrze mają smak, zapach, charakter.

Dom Hindusa Bobby’ego, który remontował od miesiąca, był prawie gotowy. Pozostało tylko pomalować zewnętrzne ściany na biało. Lecz najpierw kawa! Zaparzył od razu dwie i zabrał ze sobą na drabinę. Planował zrobić dwie ściany, skoczyć na lunch, i odbębnić pozostałe dwie. A potem: witaj kaso.

Był pracowitym facetem. Gdy tylko wziął się za wcieranie farby szczotką w chropowatą ścianę, zapomniał o całym świecie. Malowanie zawsze wprawiało go w pewien rodzaj transu. Wykonywał pracę mechanicznie, niemal bezmyślnie, choć tak naprawdę oddawał się rozmyślaniu lub snuciu wspomnień. Tym razem, nie wiadomo czemu, sięgnął myślą czasów szkolnych. Do pewnej Marianny, z którą prowadził społecznie składzik makulatury. Była wyrośnięta nad wiek i bardzo miła. Czasem, z nudów, całowali się i dotykając delikatnie, odkrywali odwieczne tajemnice żywota. Na szarych kartonach, na „Trybunie Ludu” i „Perspektywach”.

Jedna ze ścian zmieniła się z szaroburej w śnieżnobiałą, potem druga i trzecia. Michał zapomniał o lunchu i od razu wziął się za czwartą, tę od ulicy. Było już dobrze po czwartej po południu, a oni z Marianną wciąż leżeli na makulaturze, w szkolnej piwnicy, jakieś dwadzieścia lat temu. A tu, gdzieś za jego plecami, chichotały dzieci. Kopana przez nie piłka raz po raz trafiała w żywopłot malowanej posesji. Marianna uśmiechnęła się lekko, a włoski na jej ręce uniosły się raptem pod wpływem chłodu piwnicy. Wówczas piłka pacnęła o ścianę na prawo od niego, zostawiając wielki, brudny ślad.

– Hej! – wrzasnął, brutalnie wyrwany ze świata, którego już nie było. – Jeszcze raz i tam zejdę!

Dzieciaki roześmiały się, zapewne za sprawą jego funny English, ale to, co robiły, wcale nie wydawało mu się funny. Piłka znów trafiła w ścianę. Wydarł się, niczym wódz Hunów na minutę przed bitwą i pobiegł za żywopłot. Dzieciaki uciekły do jednego z domów. Wrócił na drabinę i zamalował ślady po piłce. Wyjął telefon, by dać znać Bobby’emu, że może przyjechać odebrać robotę, gdy piłka trafiła w ścianę ponownie. Tym razem jednak upadła na trawnik tuż obok jego stóp. Sięgnął po nią i schował się w domu.

– No, i kto tu teraz rządzi? – mruknął mściwie. Przez chwilę nic się nie działo. Później trzy małe głowy wychyliły się zza żywopłotu. Zaczekał aż podejdą bliżej i wyszedł im naprzeciw.

– Dawaj piłkę! – Nie ma mowy. Niszczycie moją pracę. –To wolny kraj! – krzyknęli chórem. – Wiem. – To dawaj! – Nie. – To wolny kraj!!! – Wolno niszczyć? – Wolno. – To ja zniszczę piłkę.

– Co? – To wolny kraj. – Ale nie dla ciebie, matole!

Krew uderzyła mu do głowy, jednak w porę uzmysłowił sobie, że to tylko dzieci. Dużo słyszał o tym, że angielskie bachory są od małego uczone, iż są najważniejszym dobrem pod słońcem i żadna dyscyplina ich nie dotyczy.

– Jak przyjdzie mój szef i mi zapłaci, to wam oddam piłkę.

– Teraz! – Nie!

Michał po raz kolejny tego dnia zamaszyście trzasnął drzwiami. No ładnie – pomyślał. Na koniec tego popieprzonego dnia czeka mnie awantura z ojcami tych gówniarzy. Nagle poczuł się zmęczony i głodny. Wsiadł do auta i pojechał do najbliższego sklepu. Od progu zauważył, że jest bardzo słabo zaopatrzony. Ze zdziwieniem powiódł wzrokiem po pustych półkach i zapytał znudzonego sprzedawcę: – Masz kanapki?

– Nie. – A samosy? – Nie. – To może polskie piwo? – Też nie. – To co z ciebie za Hindus?

– Jestem z Nepalu.

Michał machnął ręką i wziął trzy ostatnie puszki fostersa oraz paczkę chipsów. Kiedy wrócił, pod domem Bobby’ego stały dzieciaki w towarzystwie jakiegoś dorosłego. Był już nieźle podpity, a jego czerwona gęba miała wrogi wyraz. Spojrzał
z pogardą na słowiańskie rysy Michała i warknął:

– Zabrałeś mojemu synowi piłkę. – Przecież to wolny kraj. Mogę robić co zechcę – odpowiadam. – Daję ci minutę.

Michał ostentacyjnie spojrzał na zegarek. Koleś nie wytrzymał. Zamachnął się, ale był za wolny. Lekko odepchnięty, nakrył się nogami na trawniku. Michał miał nadzieję, że wylądował w psiej kupie.

– Dzwonię po policję! – ryknął facet. – Czekam...

Michał też to rozważał, lecz w końcu zamknął się w domu i zadzwonił do Bobby’ego. Obiecał przyjechać za dziesięć minut. Tymczasem tłumek pod domem gęstniał. Pijany ojciec gestykulował, tłumacząc coś sąsiadom i kumplom z pubu. Michał pożałował, że zamalował ślady po piłce. I wtedy go olśniło. Uchylił drzwi i kopnął ją w ich kierunku. Dzieciaki natychmiast zaczęły okładać piłką ścianę. Nadjechał Bobby. Wyskoczył z auta jak oparzony i też usłyszał, że to wolny kraj. Uśmiechnął się krzywo i zadzwonił po policję. Miny kolegów z pubu zrzedły. Mniej zaangażowani ulotnili się szybko.

– Won do siebie! – wrzeszczał pijany. – Obaj. To nasz kraj.

Michał z Bobbym stali ramię w ramię, gotowi lać w pysk. Ostatni raz Polak z Hindusem współpracowali tak dzielnie pewnie gdzieś na wzgórzach Monte Cassino. Poprawna politycznie, słuszna rasowo policja w osobie pana i pani zajechała bardzo cicho. W tym czasie pijani Anglicy byli już naprawdę niemili.

– Sir, czy mam pana aresztować za rasizm? – zapytała czarnoskóra policjantka. I najbardziej agresywny pijaczek przygasł.

– Przecież to wolny kraj – szydził Michał. – Możesz niszczyć moją pracę i mnie obrażać? Facet milczał. Policjanci wysłuchali racji obu stron, spisali notatkę i kazali się wszystkim rozejść. Michał szybko przemalował plamy i skasował należność za pracę.

Parę dni później, kiedy przejeżdżał obok domu Bobby’ego,
zauważył, że w jego audi lusterka są pourywane, a z opon znikło powietrze. – Wolny kraj – prychnął i odjechał z piskiem opon.

Dodaj komentarz:
Autor:
Wpisz hasło z obrazka: (małymi literami)


REKLAMA
PODCASTY
...zobacz inne podcasty
ARTERIA
...zobacz archiwum Arterii
REKLAMA
ENGLISH PAGE
...zobacz inne artykuły
ANKIETA
Czy wyjeżdźasz na wakacje do Polski?
liczba głosów: 26300
Tak

21958
83%
Nie

4342
17%
...zobacz archiwum ankiet
WYSZUKIWANE TAGI

Polsport |Adwokat Wodzisław Śląski | wkręty nierdzewne | odchudzanie gdańsk | Albadt | psychoterapeuta Cieszyn
kuchnie wodzisław | cyklinowanie milanówek | wyznaczanie granic Rybnik | badania profilaktyczne Żory | analiza kolorystyczna śląsk