KIM JESTEŚMY REDAKCJA MARKETING DYSTRYBUCJA OGŁOSZENIA LISTY DO REDAKCJI KONTAKT 19 kwiecień 2018
E-WYDANIE
PUBLICYSTYKA
REPORTAŻ
LUDZIE I MIEJSCA
TAKIE CZASY
CZAS PRZESZŁY
CZAS TO PIENIĄDZ
DRUGI BRZEG
CZAS NA WYSPIE
AKTUALNOŚCI
ARTFUL FACE
PAN ZENOBIUSZ
FAWLEY COURT
REWERS
DOBRE, BO POLSKIE
SYLWETKI
LONDYN W SUBIEKTYWIE
OPOWIADANIA LONDYŃSKIE
ROZMOWA
LISTY DO REDAKCJI
KULTURA
RECENZJA
SYLWETKI
ROZMOWA
CO SIĘ DZIEJE
FELIETONY
KRYSTYNA CYWIŃSKA
ANDRZEJ LICHOTA
WACŁAW LEWANDOWSKI
GRZEGORZ MAŁKIEWICZ
V.VALDI
SPORT
AKTUALNOŚCI
RELACJA
ROZMOWA
FELIETON
GALERIA
PODRÓŻE
PO LONDYNIE
PO WYSPIE
POLSKIE DROGI
PO ŚWIECIE
W CZASIE I PRZESTRZENI
CZAS NA RELAKS
ZDROWIE POLECAMY
NA ŁAWECZCE
MANIA GOTOWANIA
KRZYŻÓWKA
KRONIKA ABSURDU
NA KOŃCU JĘZYKA
TO I OWO
ARTERIA
ARTYŚCI
GALERIA
EWA OBROCHTA
BASIA LAUTMAN
BEATA KOZŁOWSKA
WOJCIECH SOBCZYŃSKI
RYSZARD SZYDŁO
PAWEŁ KORDACZKA
MARIA KALETA
MAREK BORYSEWICZ
KRZYSZTOF MALSKI
KONRAD GRABOWSKI
JUSTYNA KABAŁA
IWONA ZAJĄC
ELZBIETA PIEKACZ
ELZBIETA CHOJAK
ELA CIECIERSKA
CAROLINA KHOURI
ANIA PIENIĄŻEK
AGNIESZKA KOWAL
A.HANDZEL-KORDACZKA
ANDRZEJ KRAUZE
ANDRZEJ LICHOTA
DAMIAN CHROBAK
GRZEGORZ LEPIARZ
SŁAWEK BLATTON
ANDRZEJ MARIA BORKOWSKI
PAWEŁ WĄSEK
MARCIN DUDEK
JOANNA SZWEJ-HAWKIN
DANUTA SOŁOWIEJ
TOMASZ STANDO
AGNIESZKA STANDO
OLGA SIEŃKO
FOTOREPORTAŻ
AGATA HAMILTON
JOANNA CIECHANOWSKA




Ocalona od wrogów i wyzwolicieli
2010.10.13 / Aleksandra Solarewicz
TAGI:
Share |
Wagon, którym jechała z Warszawy, miał napis „Polskie świnie”. I list przewozowy do Auschwitz. Ostatecznie dojechała nim pod Wiedeń. Czy fabryka śmierci odrzuciła transport, czy zawiniła jakaś zwrotnica w Częstochowie – dla Jolanty Kosińskiej (na zdjęciu) do dziś jest to zagadką.

Było kilka takich chwil w Powstaniu, i po nim, gdy ratowała ją intuicja i zastanawiający zbieg okoliczności. Zresztą, mówi, że nie bała się śmierci, wojny i wybuchów. Szła w najgorszy ogień, nie czując paniki. Dziś opowiada o tym mocnym głosem, energicznym tonem. Jak reporter na polu bitwy. Już zresztą na początku rozmowy zastrzega: – Nie zdziw się, jeśli czasem przymknę oczy. Ja to ciągle widzę. Ciągle widzę obrazy…

Lepiej umrzeć z wykrwawienia
- Boże! Powstanie?! – powiedział Marian Kosiński. – O tej porze?? – Jest 15.45. Ojciec i dwunastoletnia córka stoją na balkonie IV piętra. Widzą akowców biegnących ulicą Śliską z okrzykiem: „Na Haberbuscha!”. Pan Kosiński błyskawicznie ocenia sytuację. Jolę odsyła do przyjaciół na I piętro. Oboje z żoną pakują i znoszą tam co cenniejsze rzeczy. Zresztą cała kamienica tymczasowo przenosi się do państwa Dąbrowskich. Jola już nigdy nie zobaczy swojego mieszkania. Nie wolno wchodzić. A gdy 5 sierpnia bomba uderza w IV piętro, razem z rodzicami i z Dąbrowskimi rozpoczyna wędrówkę po schronach. Pan Kosiński organizuje tam pracę i wymaga dyscypliny. Wiele wskazuje na to, że ratuje cywili. Odkopuje zasypanych. Osobiście ściga handel jedzeniem.
- Widziałam, jak chwycił takiego faceta. I w buzię mu raz, dwa! Bezlitośnie wyciągał z kątów chowających się przed łopatą. W twarz go i do roboty!
A kiedy w schronie zabraknie wody, otworzy swoją przedwojenną kolekcję wódek (wyniesioną z ocalałej kuchni). Wydziela każdemu dziecku po dużej łyżce, codziennie. Epidemia omija schron. Mieszkańcy mają szczęście będąc pod opieką jego żony, pielęgniarki. Bo do wybuchu Powstania pani Kosińska pracowała oficjalnie na oddziale ginekologicznym kliniki, a w jej piwnicy leczyła chorych akowców. Teraz pielęgnuje powstańców w pustym mieszkaniu na Śliskiej, potem znowu w piwnicach.
- Skąd ona wzięła gips, by opatrzyć 21-letniego Zbyszka? Naprawdę nie wiem… – Jola dziwi się, asystując przy tych zabiegach. – Wiem, jak robić zastrzyki – mówi dzisiaj. – Nauczyłam się, gdy mama miała zakażenie i jej robiłam. Weszła do Powstania przygotowana. – Miałam taką kieszeń od podszewki płaszczyka, a tam dokumenty, adresy, tysiąc dolarów i złoto. – Był tam też komplet żyletek. Wiedziała to od ojca: łatwiej umiera się z upływu krwi niż z braku powietrza.
Pan Kosiński był do czasu Powstania pracownikiem ratusza. Miał przepustkę do getta, bo tam znajdowały się miejskie urządzenia wodociągowe. Chodzą słuchy, że pomagał w getcie żydowskim dzieciom.

Dziecko ma intuicję
Tymczasem w schronie było niesamowicie nudno! – No, wyobraź sobie: siedzisz całe dni z zamkniętymi oczami – stwierdza trzeźwo Jolanta Kosińska. Między kolejnymi zdrowaśkami i wizytami funkcjonariuszy AK nasłuchiwała wybuchów. – Rąbali w nas od 2 sierpnia. Bez przerwy! – podkreśla. – Działem pancernym od Towarowej. A od Ogrodu Saskiego „krowami”, czyli jak mówili na Starówce, „szafami”. (Mimo to z Woli wciąż napływali cywile. Uciekali przed Ukraińcami w służbie niemieckiej). Kiedy z rodzinnego domu została oficyna, Kosińscy z Dąbrowskimi przenieśli się na Warecką.
- Czekaj, czekaj. Tu zbliża się fajny moment! – ożywia się moja rozmówczyni. Ten dom na Wareckiej był nienaruszony, a mieszkańcy na noc ubierali piżamy. Jola dziwiła się, bo sama miała na sobie kilka warstw ubrań i buty. („Jak założyłam buty 1 sierpnia, zdjęłam je 7 września”). W przestronnej piwnicy przycupnęła na grubej warstwie dywanów, głaszcząc wiernego psa. I wtedy to się stało.
- Ja tu dłużej nie zostanę, ja wracam – szepnęła do matki. – Co ty opowiadasz!? – Stanisława Kosińska była przerażona. – Mamusiu, ja tu nie zostanę. O jedenastej, dwunastej wychodzę stąd. Razem z psem… Słyszała to Włada Dąbrowska, która uwielbiała Jolę i trzymała się jej cały czas. Teraz stanęła murem za małą. – Pani Steniu. Dziecko ma intuicję – przekonywała panią Kosińską. – Ja idę razem z nią do starego schronu. Radzi nie radzi, rodzice i państwo Dąbrowscy, pod opieką akowca, przeszli do starych piwnic. Ale doszli tam bez pana Dąbrowskiego. Ten w ostatniej chwili wrócił się po torebkę, którą Włada zostawiła w piwnicy. Czekali. – Mógł wrócić po półgodzinie najpóźniej – wspomina Jolanta Kosińska. – Myśleliśmy, że zginął. Pojawił się o 15.00. Z torebką. Blady i roztrzęsiony. Kamienica na Wareckiej trafiona bombą o 9.00 rano, zawaliła się do piwnic.
Jestem zaintrygowana: – Tak, jakbym już gdzieś to słyszała. – wtrącam.
- To warszawianka, poznana przypadkiem w pociągu. Opowiadała mi, że po kapitulacji sąsiad bardzo chciał przeprowadzić ją bezpiecznie ulicą, bo Niemcy strzelali do cywilów. Ona uparła się przejść drugą stroną. On poszedł swoją drogą i za chwilę nie żył. Danuta podsumowała: – Może mi ktoś powiedzieć: „Idź tędy”. Ale nie. Ja muszę iść swoją stroną ulicy. Bo to właśnie jest moje życie, mój los.
Równie dobrze mogłaby to powiedzieć Jolanta Kosińska.
„Wy nie jedziecie do Auschwitz”
Ze schronu Kosińscy wyszli 8 września. Podczas dwugodzinnego zawieszenia broni rodzice chcieli wywieźć jedynaczkę poza miasto, z Dworca Zachodniego. Szli we troje ulicą Wolską, wśród ścian wypalonych domów. Koło Kościoła św. Stanisława stali w pozie dozorców Niemcy. Wyciągali przechodniów z tłumu za głowy i rozstrzeliwali. Jola nie wiedziała jeszcze, że w świątyni też odbywają się regularne egzekucje. Żołnierz stał na ambonie i ścinał cywili bronią maszynową. – Żeby tylko przejść i nie być tym „wybranym” – myślała. A była ubrana „jak osioł” – w dwie sukienki, wełnianą bluzkę i nowe futro fokowe. Rodzice myśleli, że nie trzeba, że zdążą wrócić po rzeczy. „Bierzemy!” – uparła się przy swoim. Tak, jak wtedy na Wareckiej. Opracowała nawet własną metodę przemytu. – Złoto dyndało mi na opasce z tyłu głowy. Przykryte włosami – przyznaje. – Miałam tam trzy złote bransoletki, złoty zegarek mamy, dziesięć obrączek (rodziców i tatusia kolegów, akowców), mamy kolczyki. Ojciec, odziany w palto zimowe („A gorąco było jak diabli!”), niósł walizkę z suchym prowiantem i pieniędzmi. Za sobą zostawili książki i srebro, zamurowane w piwnicy.
Przeszli na drugĄ stronĘ
W pruszkowskim obozie kupili trochę jedzenia od kolejarzy. – Za bajońskie sumy. – Po trzydziestu sześciu godzinach „Polskie świnie”, „Bandyci z Warszawy”, upchnięci jak śledzie, odjeżdżają w zamkniętych, zaplombowanych wagonach. – Dokąd? – oczekuję na dramatyczne opisy paniki w pociągu do obozu śmierci. – Teraz wydaje się, że to był wstrząs – mówi Jolanta Kosińska. – Ale wtedy nie robiło to na ludziach takiego wrażenia. – Jechali. Pociąg się wlókł, stawał… Rano ktoś wypatrzył przez zakratowane okienko Jasną Górę. Byli więc w Częstochowie.
I tu następuje wydarzenie, którego Jolanta Kosińska nie umie wytłumaczyć do dzisiaj. Choć zwracała się z tym do historyków wypowiadających się dla telewizji. Pociąg do Auschwitz wtacza się na jakąś bocznicę. Otwierają drzwi.
- Na zewnątrz stoi grupa mężczyzn w granatowych garniturach. Może z dziesięciu. Mają białe opaski, a na nich jakieś czarne napisy. Jeden facet ześlizguje się do nich, oni ładują go w granatową marynarkę… – mówi powoli. – Ale co to była za formacja? – zastanawia się. – Bo dalej, jakby na bocznym torze, stoi chyba Wehrmacht. Karabinami celują prosto w nas. Mężczyźni w marynarkach podchodzą bliżej. Udręczonym ludziom podają wodę i jabłka. Drzwi już nie będą plombowane. „Nie jedziecie do Oświęcimia” – słyszy.
Uratowana od wyzwolicieli
Do Polski wracała rok później. Z obozu pracy w austriackim Pöchlarm do Budapesztu, z Budapesztu na Przełęcz Łupkowską. Sto dwadzieścia wagonów, podzielone na dwa składy, pełne byłych niewolników i zesłańców. Jola wiedziała, do jakiego kraju wraca i do końca błagała rodziców, by wybrali emigrację. Przecież jeszcze w Austrii mijali Węgrów masowo uciekających przed „wyzwolicielem”. Sami do końca nie wiedzieli, czy ich własną stacją końcową będzie Warszawa czy Azja.
- Bo były takie transporty, które odjechały do Kazachstanu. O tym dowiedzieliśmy się od Czechów – mówi pani Jolanta. Dla Polaków od początku było jasne, że Armia Czerwona kradnie, gwałci i morduje. Bali się jej jak ognia.
Wagony z Budapesztu zatrzymano na Przełęczy Łupkowskiej. Tam dopadli ich uzbrojeni sowieci. – Robili rewizję. Wściekłą! – wspomina Jolanta. – Wkładali kobietom palce do miejsc intymnych: szukali złota. Zrywali zegarki z rąk. Zabierali, co się da. – Ona korzystając z chwilowej nieuwagi sołdata, zdążyła wyślizgnąć się z wagonu i wmieszać w tłum już zrewidowanych. Widziała, jak chorzy, wycieńczeni ludzie po hitlerowskich łagrach stoją na dachach z siekierami (mieli je, bo rąbali drzewo do lokomotywy). – Byliśmy gotowi się bronić przed zesłaniem do Azji.
Na szczęście pociąg wpuszczono na teren Polski. – A gdzie jest druga część składu? Dopiero po dziesięciu godzinach usłyszeli sapanie lokomotywy. Chwila oczekiwania, by się upewnić. – Boże… ! – odetchnęli. Gotując się do dalszej drogi, może myśleli już o emigracji. Może zastanawiali się, czy w spalonym mieście znowu wrócą do piwnic.
A tamci wyskakiwali w biegu i całowali polską ziemię.

Galeria:
Dodaj komentarz:
Autor:
Wpisz hasło z obrazka: (małymi literami)


REKLAMA
PODCASTY
...zobacz inne podcasty
ARTERIA
...zobacz archiwum Arterii
REKLAMA
ENGLISH PAGE
...zobacz inne artykuły
ANKIETA
Czy wyjeżdźasz na wakacje do Polski?
liczba głosów: 27940
Tak

23398
84%
Nie

4542
16%
...zobacz archiwum ankiet
WYSZUKIWANE TAGI

Polsport |narty OC | łańcuchy nierdzewne | opieka Wodzisław Śląski | transport ekogroszek Pszów | wykrawarki do naroży
kuchnie na wymiar kraków | kotwy nierdzewne | okna Żory | książeczki zdrowia Radlin | drzwi Porta wodzisław rybnik