KIM JESTEŚMY REDAKCJA MARKETING DYSTRYBUCJA OGŁOSZENIA LISTY DO REDAKCJI KONTAKT 20 styczeń 2018
E-WYDANIE
PUBLICYSTYKA
REPORTAŻ
LUDZIE I MIEJSCA
TAKIE CZASY
CZAS PRZESZŁY
CZAS TO PIENIĄDZ
DRUGI BRZEG
CZAS NA WYSPIE
AKTUALNOŚCI
ARTFUL FACE
PAN ZENOBIUSZ
FAWLEY COURT
REWERS
DOBRE, BO POLSKIE
SYLWETKI
LONDYN W SUBIEKTYWIE
OPOWIADANIA LONDYŃSKIE
ROZMOWA
LISTY DO REDAKCJI
KULTURA
RECENZJA
SYLWETKI
ROZMOWA
CO SIĘ DZIEJE
FELIETONY
KRYSTYNA CYWIŃSKA
ANDRZEJ LICHOTA
WACŁAW LEWANDOWSKI
GRZEGORZ MAŁKIEWICZ
V.VALDI
SPORT
AKTUALNOŚCI
RELACJA
ROZMOWA
FELIETON
GALERIA
PODRÓŻE
PO LONDYNIE
PO WYSPIE
POLSKIE DROGI
PO ŚWIECIE
W CZASIE I PRZESTRZENI
CZAS NA RELAKS
ZDROWIE POLECAMY
NA ŁAWECZCE
MANIA GOTOWANIA
KRZYŻÓWKA
KRONIKA ABSURDU
NA KOŃCU JĘZYKA
TO I OWO
ARTERIA
ARTYŚCI
GALERIA
EWA OBROCHTA
BASIA LAUTMAN
BEATA KOZŁOWSKA
WOJCIECH SOBCZYŃSKI
RYSZARD SZYDŁO
PAWEŁ KORDACZKA
MARIA KALETA
MAREK BORYSEWICZ
KRZYSZTOF MALSKI
KONRAD GRABOWSKI
JUSTYNA KABAŁA
IWONA ZAJĄC
ELZBIETA PIEKACZ
ELZBIETA CHOJAK
ELA CIECIERSKA
CAROLINA KHOURI
ANIA PIENIĄŻEK
AGNIESZKA KOWAL
A.HANDZEL-KORDACZKA
ANDRZEJ KRAUZE
ANDRZEJ LICHOTA
DAMIAN CHROBAK
GRZEGORZ LEPIARZ
SŁAWEK BLATTON
ANDRZEJ MARIA BORKOWSKI
PAWEŁ WĄSEK
MARCIN DUDEK
JOANNA SZWEJ-HAWKIN
DANUTA SOŁOWIEJ
TOMASZ STANDO
AGNIESZKA STANDO
OLGA SIEŃKO
FOTOREPORTAŻ
AGATA HAMILTON
JOANNA CIECHANOWSKA




Fatima
2012.01.19 / Jacek Ozaist
TAGI: Jacek Ozaist
Share |
Zdezelowany bus tłukł się przez Niemcy niesamowicie długo. Jechało ich ośmioro plus sterta bagaży. Podstarzały szofer we flanelowej koszuli w kratę prowadził pewnie, ale śmierdział taką mieszanką podłej wody kolońskiej i najtańszego tytoniu, że ciężko było obok niego usiedzieć. Dlatego Leon oddychał głównie ustami i gapiąc się w oślepiające światła aut jadących z naprzeciwka rozmyślał, jak to będzie, gdy już dotrze na miejsce.
– Gościu, przystań na chwilę! – krzyknął ktoś z tyłu busa.
– Znowu? – mruknął niezadowolony kierowca. – W tym tempie będziemy w Londynie pojutrze.
– Szefuńciu, pęcherz mam słaby.

Kierowca mruknął coś w rodzaju: a niech mnie, po czym zjechał przy najbliższej stacji benzynowej. Wszyscy wyszli na papierosa i natychmiast podjęli temat, jak to w tej Anglii będzie wspaniale.

– Moja żona beczała ze trzy dni, ale jak jej podliczyłem ile zarobię w ciągu roku, to się wzięła w garść.
– Poszłem do szefa po podwyżkę. Mówię, że jak zaczynałem, to żeśmy wyrabiali trzysta chlebów i tysiąc bułek dziennie, a teraz robimy siedemset i trzy tysiące. A ja wciąż zarabiam tak samo. Brzęczał coś o kosztach, drożyźnie i tak dalej. Mówię mu: znakiem tego, że co? Mam jechać? A jedź, powiedział. Strzeliłem go szmatą w ryj i tyle mnie widział.
– Mój kuzyn siedzi gdzieś w środkowej Walii. Pisał, że są tanie sklepy. Idzie przeżyć za parę groszy...

Leon stał z boku i tylko słuchał. Nie chciało mu się otwierać ust. Baśka pojechała najpierw. Koleżanki załatwiły jej pracę przy sprzątaniu hoteli. On został, by doglądać rodzinnego warzywniaka i dbać o dzieci. Sklep w końcu zbankrutował, a pociechy trafiły do rodziców Baśki. Nic go już w Polsce nie trzymało, poza tym dawno nie miał od żony żadnej wiadomości. W dalszej podróży szofer śmierdział tytoniem jeszcze bardziej i tylko nadzieja na rychłe spotkanie z Baśką podtrzymywała Leona na duchu. Ukradkiem łyknął tabletkę nasenną i jakoś dotrwał do Londynu.

Początkowo siąpił lekki deszczyk, lecz nim Leon zdążył zorientować się, którym autobusem ma pojechać, zza chmur wyszło słońce. Pchnął furtkę. Na ganku powitał go zapach mokrych liści i aromat gotowanego ryżu, sączący się przez kuchenne okno. Ludzie w środku nie mówili po polsku. Zawahał się. Już miał wrócić na ulicę i jeszcze raz sprawdzić, czy to właściwy adres, gdy drzwi domu otwarły się i z domu wybiegła jakaś kobieta.

– Baśka!!! Ledwie ją poznał w chuście na głowie i zwiewnych szatach.
– Baśka...
Posłała mi lodowate spojrzenie obcej kobiety, której ktoś się narzuca. – Mam na imię Fatima.

Złapał się za głowę i pokręcił nią szybko. – Baśka, co ty bredzisz?!
– Pomyśl sobie, że poszłam do klasztoru i odnalazłam tam spokój.
– Przecież jesteś moją żoną!
– Możesz podrzeć ten papier. Nic dla mnie nie znaczy.

Leon zrobił krok do przodu. Przez chwilę był pewien, że uderzy ją na odlew w twarz. Ujrzał w jej oczach mysi strach i cofnął się.
– Ale dlaczego? – wydukał tylko.
– Nie byłam szczęśliwa.
– Co ze mną? Co z dziećmi?
– Przyjdzie czas, że rozwiążemy wszystkie problemy. Wczoraj wysłałam do ciebie list. Uprzedziłeś mnie. Przepraszam.

W drzwiach domu pojawiło się dwóch brodatych mężczyzn w zwiewnych szatach. Wybełkotali coś do Baśki, a ona odbełkotała im w tym samym języku.
– Odejdź, Leon. I nie wracaj – usłyszał.

Mężczyźni przyglądali mu się niczym gapie w zoo. Nie mógł tego dłużej znieść. Odwrócił się szybko i pobiegł przed siebie. Biegł, dopóki nie poczuł silnego kłucia w piersiach. Przystanął na jakimś skwerku, naprzeciw pomnika przedstawiającego żołnierza z czasów I wojny światowej. Para sympatycznych policjantów ukłoniła mu się grzecznie. Pomyślał, że musieli go z kimś pomylić i szybko odwrócił wzrok. Usiadł na ławce, ciskając torbą o ziemię. Baśka, moja Baśka...

Siedział tak wdeptany w ziemię aż zapadł zmrok. Nieliczni przechodnie mijali go obojętnie, samochody przejeżdżały coraz rzadziej. Chłód nocy owionął go i sącząc się przez ubranie próbował muskać skórę. Rozważał skok pod pociąg lub otwarcie sobie żył. Nie wyobrażał sobie ani życia tutaj, ani powrotu do kraju. Nie miał pieniędzy, nie znał języka. Czuł, że stracił nie tylko żonę, ale i szacunek do samego siebie. To piekło go gdzieś w środku, niczym ropiejąca rana. Schował twarz w rękach i rozpłakał się; po raz pierwszy od trzydziestu lat. Szlochał cicho na maleńkim skwerku w środku wielkiego miasta, tysiąc pięćset kilometrów od domu. Szlochał, choć chciało mu się wyć.

– Ty, to chyba nasz. Poczekaj! – usłyszał szorstki głos nad sobą, potem poczuł przesiąknięty alkoholem chuch. – Ziomek, nie rozklejaj się. Nie tacy tu płakali. Łzy wsiąkły w Tamizę i popłynęły do morza.

Nieogolony mężczyzna w podartej dżinsowej kurtce wyszczerzył do niego mocno przerzedzone zęby. Drugi stał nieco dalej, pociągając piwo z puszki.
– Jesteś nasz, czy nie? Licho teraz wie. Ciężko rozpoznać Ruska, Słowaka, Rumuna. No, Polak żeś?

Leon skinął lekko głową. Nie bał się, raczej wstydził widoku swojej zalanej łzami twarzy.
– Chodź z nami. Idziemy do przytułku na zupę. Nic się nie martw. Do bezdomności można przywyknąć.
– Nie jestem bezdomny – żachnął się Leon.

Obdarci rodacy popatrzyli na siebie zdziwieni.
– Skoro masz gdzie spać, to po co beczysz po parku?
– No dobra, nie mam...
– Tak nam mów! To jest Marian, a ja Jasiek. Chodź.

Podniósł się z wysiłkiem. Przedstawił się obu panom i uścisnął im dłonie. Marian też miał kłopoty z uzębieniem, co natychmiast wywołało mimowolny uśmiech na twarzy Leona. Namacał językiem lukę po brakującej dolnej szóstce i podziękował w duchu Bogu za obecność reszty. Poszli.

Dodaj komentarz:
Autor:
Wpisz hasło z obrazka: (małymi literami)


REKLAMA
PODCASTY
...zobacz inne podcasty
ARTERIA
...zobacz archiwum Arterii
REKLAMA
ENGLISH PAGE
...zobacz inne artykuły
ANKIETA
Czy wyjeżdźasz na wakacje do Polski?
liczba głosów: 26364
Tak

22017
84%
Nie

4347
16%
...zobacz archiwum ankiet
WYSZUKIWANE TAGI

Polsport |adwokat wykroczenia warszawa | pierścienie nierdzewne | opieka Jastrzębie Zdrój | Usługi geodezyjne | wykrawarki do naroży
odchudzanie rybnik | go on logistics | dietary supplements manufacturers europe | badania sanitarne Wodzisław Śląski | stylistka katowice