KIM JESTEŚMY REDAKCJA MARKETING DYSTRYBUCJA OGŁOSZENIA LISTY DO REDAKCJI KONTAKT 21 wrzesień 2018
E-WYDANIE
PUBLICYSTYKA
REPORTAŻ
LUDZIE I MIEJSCA
TAKIE CZASY
CZAS PRZESZŁY
CZAS TO PIENIĄDZ
DRUGI BRZEG
CZAS NA WYSPIE
AKTUALNOŚCI
ARTFUL FACE
PAN ZENOBIUSZ
FAWLEY COURT
REWERS
DOBRE, BO POLSKIE
SYLWETKI
LONDYN W SUBIEKTYWIE
OPOWIADANIA LONDYŃSKIE
ROZMOWA
LISTY DO REDAKCJI
KULTURA
RECENZJA
SYLWETKI
ROZMOWA
CO SIĘ DZIEJE
FELIETONY
KRYSTYNA CYWIŃSKA
ANDRZEJ LICHOTA
WACŁAW LEWANDOWSKI
GRZEGORZ MAŁKIEWICZ
V.VALDI
SPORT
AKTUALNOŚCI
RELACJA
ROZMOWA
FELIETON
GALERIA
PODRÓŻE
PO LONDYNIE
PO WYSPIE
POLSKIE DROGI
PO ŚWIECIE
W CZASIE I PRZESTRZENI
CZAS NA RELAKS
ZDROWIE POLECAMY
NA ŁAWECZCE
MANIA GOTOWANIA
KRZYŻÓWKA
KRONIKA ABSURDU
NA KOŃCU JĘZYKA
TO I OWO
ARTERIA
ARTYŚCI
GALERIA
EWA OBROCHTA
BASIA LAUTMAN
BEATA KOZŁOWSKA
WOJCIECH SOBCZYŃSKI
RYSZARD SZYDŁO
PAWEŁ KORDACZKA
MARIA KALETA
MAREK BORYSEWICZ
KRZYSZTOF MALSKI
KONRAD GRABOWSKI
JUSTYNA KABAŁA
IWONA ZAJĄC
ELZBIETA PIEKACZ
ELZBIETA CHOJAK
ELA CIECIERSKA
CAROLINA KHOURI
ANIA PIENIĄŻEK
AGNIESZKA KOWAL
A.HANDZEL-KORDACZKA
ANDRZEJ KRAUZE
ANDRZEJ LICHOTA
DAMIAN CHROBAK
GRZEGORZ LEPIARZ
SŁAWEK BLATTON
ANDRZEJ MARIA BORKOWSKI
PAWEŁ WĄSEK
MARCIN DUDEK
JOANNA SZWEJ-HAWKIN
DANUTA SOŁOWIEJ
TOMASZ STANDO
AGNIESZKA STANDO
OLGA SIEŃKO
FOTOREPORTAŻ
AGATA HAMILTON
JOANNA CIECHANOWSKA




Pomniki mijamy obojętnie
2012.03.06 / Robert Małolepszy
TAGI:
Share |
Gdy napiszę kiedyś swoich Londyńczyków, to stanę się bogatym człowiekiem. Cały nakład wykupią od razu sami bohaterowie – żeby nikt inny nie zobaczył tej książki. Szkoda tylko, że nie będę przy tym obecny. Dzień wcześniej wyjadę z Londynu, a może nawet z Anglii, zmienię numer telefonu, skrzynki e-mailowe i nie zostawię nikomu nowego adresu. Nie uśmiecha mi się być bogatym nieboszczykiem.

Ani mi w głowie polemizowanie z felietonistką „Nowego Czasu” na temat Londyńczyków. W jej tekstach poświęconych tej książce znalazłem natomiast – jak mawiają w kościołach – szerszy wymiar i głębszy sens. Coś, co nurtuje mnie przez całe zawodowe życie, czyli niemal 30 lat. Jest to pytanie o granice prywatności, których nie powinien przekraczać dziennikarz. Gdzie są te granice? Na progu domu, czy dopiero przy drzwiach sypialni? A może już w sekretariacie, przed gabinetem pana prezesa albo pani dyrektor? Czy dla osób na świeczniku są wytyczone w innym miejscu niż dla przeciętnego Kowalskiego?

Oczywiście, najłatwiej uznać, że nie ma żadnych granic. Pieszmy wszystko o wszystkich, bez żadnych rozterek i moralnych dylematów. Jest i druga skrajność – piszemy tylko ładnie, grzecznie, na kolanach. Retuszujemy nawet najmniejszy cień, pomijamy najdrobniejsze rysy na wizerunku: Nasz bohater był wspaniały w każdym calu, od A do Z. Jako dziecko nigdy nie przywiązał kotu do ogona puszki, o wyrywaniu muszkom skrzydełek nie wspominając. Uczył się pilnie przez całe ranki, dokonywał wielkich czynów z okrzykiem „Niech żyje Polska”. Po codziennym bohaterstwie, szedł do kościoła, a potem z kolegami przy wodzie mineralnej niegazowanej śpiewał patriotyczne pieśni i wspominał najpiękniejsze karty historii ojczyzny. Wcześnie kładł się spać, wypijając uprzednio kubek mleka, aby mieć siły na bohaterstwo nazajutrz.

Zrobić z człowieka pomnik wcale nie jest trudno. Wyprać z ludzkich słabości, namiętności i niepowodzeń także, zwłaszcza po śmierci. I już mamy pomnik. Tyle tylko że obok pomników przechodzi się zazwyczaj obojętnie, w ogóle ich nie zauważając.

Po co o tym pisać?
Kilka lat temu trafiłem na ciekawy dokument. Był to list Mariana Hemara do pewnej polskiej organizacji dobroczynnej (kiedyś jednak Polacy pomagali Polakom nie tylko wycinając z brytyjskich gazet szkalujące Polaków artykuły) z prośbą o odroczenie spłaty pożyczki. Chodziło o kilka funtów, ale w latach 60. ubiegłego wieku był to ładny grosz. Zaciekawiłem się. Interesujące, taki człowiek – znany, utalentowany, a klepał biedę. A może tylko miał przejściowe trudności finansowe? Kto ich nie miał albo nie ma… Próbowałem podpytać kilka osób, które znały Hemara. Przynajmniej twierdziły, że znały, bo jak wiadomo, sławnym ludziom po śmierci znajomych przybywa. No i cóż słyszę od indagowanych: – Ależ to nieprawda, na pewno nie był biedny. Kto wtedy zresztą mówił o pieniądzach. O Polsce się mówiło. A nawet jeśli miał jakieś kłopoty, to po co dziś o tym pisać? Nie lepiej napisać, że był wspaniałym poetą, że prowadził tu teatr, że miał w radio audycje...

Właśnie, po co o tym pisać? Może po to, żeby zamiast pomnika, czy raczej skromnej tablicy w Ognisku Polskim, pokazać żywego człowieka. Pomimo że nie żyje. Może stanie się komuś trochę bliższy, bo też nieobce mu były przyziemne problemy. A czy straci na swej wielkości?

Ostatecznie o Hemarze, który nie mógł oddać kilku funtów, nie napisałem. Jeszcze by się okazało, że szukam sensacji.

Poszukiwacze taniej sensacji
Bardzo chętnie podyskutowałbym z Krystyną Cywińską o granicach prywatności, zwłaszcza tej emigracyjnej prywatności. Odnoszę bowiem wrażenie, że tu owa prywatność, rozumiana jako granica zainteresowania mediów, dziwnie rozciąga się na sferę działalności publicznej. Są polskie instytucje i organizacje, które uważają, że na ich temat można pisać tylko dobrze albo wcale. A najlepiej, jak się napisze to, czego sobie życzą. Wszystko inne jest szukaniem sensacji, jątrzeniem, ingerencją w wewnętrzne sprawy organizacji. Uchowaj Boże, żeby zapytać o finanse albo majątek. Jakiś czas temu bezskutecznie próbowałem uzyskać informację, jakiej pomocy udzielono Polakom poszkodowanym podczas ostatnich zamieszek w Londynie. E-maile do rzecznika pewnej szacownej organizacji pozostały bez odpowiedzi. Jeden z kolegów dziennikarzy, który ośmielił się zainteresować sprawą pewnej nieruchomości sprzedawanej szybciutko i cichutko, byle nie trafiła w ręce Polaków z Polski, usłyszał ni mniej, ni więcej: – O tym nie wolno pisać.

Sam dziesiątki razy słyszałem, że szukam sensacji, interesuje mnie to, co nie powinno i w ogóle kim ja jestem, żeby pozwalać sobie na zadawanie niestosownych pytań.

Ten swoisty fenomen można wytłumaczyć tym, że tutejsze polskie media funkcjonowały i częściowo nadal funkcjonują na nieco innych zasadach niż media w ogóle. Generalnie stronią od spraw kontrowersyjnych, tego, co tu i teraz, tematów z jakichkolwiek powodów komuś niewygodnych. Stąd łatwiej trafić na płomienną polemikę odnośnie godziny pierwszego wymarszu
I Brygady albo znaleźć miażdżącą krytykę dwóch kranów przy umywalce, niż dowiedzieć się, co piszczy w trawie wokół tej czy tamtej zasłużonej, społecznej instytucji.

Ten pan o tamtej pani...
Choć się o tym nie pisze, to mówi się sporo. I chyba zawsze tak było. Ludzie zresztą lubią mówić – o sobie dobrze, o innych już niekoniecznie. Dotyczy to wszystkich pokoleń zresztą. Z opowieści, jakie sam słyszałem, napisałbym lepszych Londyńczyków niż Ewa Winnicka, tyle że pod tytułem Ta pani o tamtym panu, tamten pan o tej pani. Kusząca myśl i pewny, dobry zarobek. Cały nakład wykupią od razu sami bohaterowie – żeby nikt inny nie zobaczył tej książki. Szkoda tylko, że nie będę przy tym obecny. Dzień wcześniej wyjadę z Londynu, a może nawet z Anglii, zmienię numer telefonu, skrzynki e-mailowe i nie zostawię nikomu nowego adresu. Nie uśmiecha mi się być bogatym nieboszczykiem.

Jednak ludzie czasem mówią też o ważnych sprawach, ale zwykle na ucho. Gdy taka gazeta jak „Nowy Czas”, która nie unika trudniejszych tematów, podejmie jakiś bulwersujący wątek, nieraz słyszymy: – Wreszcie ktoś się tym POSK-iem zajął. Brawo, tak trzeba. Jeszcze powinniście napisać o Ognisku Polskim. Tam się szykuje powtórka z Fawley Court.

Łasy na pochlebstwa, od razu robię błogą minę i próbuję iść za ciosem: – To może napisze pani jakiś list do redakcji. Szefostwu będzie miło, i na mnie też spojrzą łaskawszym okiem, bo coś ostatnio kręcą nosem, że opuściłem się w pracy. I widzę w oczach rozmówczyni blady strach: – Ach, uchowaj Boże! I jeszcze niby miałabym się pod tym podpisać? Przecież mnie tu zjedzą, stłamszą, zaszczują. Pan chyba nie wie, co tu są za ludzie...

Wiele osób ma świadomość, że zamiatanie przeróżnych problemów pod dywan niczego nie załatwia. Wiele z tych spraw ma bezpośrednie przełożenie na kondycję i pozycję polskiej społeczności w Wielkiej Brytanii. Jaka ona jest, chyba każdy widzi, jeśli tylko chce widzieć. Niestety, odwaga ma swoją cenę, a święty spokój wypada taniej. Akurat pani Krystyna Cywińska wielokrotnie udowodniła piórem, że nie jest wielbicielką świętego spokoju za wszelką cenę. Potrafiła i nadal potrafi wyłożyć kawę na ławę. Więc pewnie mnie zrozumie, choć jestem tylko dziennikarzem z Polski. Myślę też, że odbierze mój telefon, albo sama zadzwoni i przez godzinę będziemy się pięknie różnić. Jak to drzewiej bywało.

PS. Książki Ta pani o tamtym panu... pisać nie zamierzam, ale zawsze mogę zmienić zdanie. Gdyby ktoś chciał sponsorować nienapisanie tego dzieła, chętnie przyjmę propozycję.

Dodaj komentarz:
Autor:
Wpisz hasło z obrazka: (małymi literami)


REKLAMA
PODCASTY
...zobacz inne podcasty
ARTERIA
...zobacz archiwum Arterii
REKLAMA
ENGLISH PAGE
...zobacz inne artykuły
ANKIETA
Czy wyjeżdźasz na wakacje do Polski?
liczba głosów: 29216
Tak

24303
83%
Nie

4913
17%
...zobacz archiwum ankiet
WYSZUKIWANE TAGI

Polsport |nagrobki pomniki wodzisław | wkręty nierdzewne | opieka osób starszych Jastrzębie Zdrój | transport ekogroszek Żory | suplementy diety produkcja kontraktowa
zespół muzyczny żory | cyklinowanie milanówek | lekarz rodzinny Rybnik | liny kwasoodporne | psa gegen absturz