KIM JESTEŚMY REDAKCJA MARKETING DYSTRYBUCJA OGŁOSZENIA LISTY DO REDAKCJI KONTAKT 20 czerwiec 2018
E-WYDANIE
PUBLICYSTYKA
REPORTAŻ
LUDZIE I MIEJSCA
TAKIE CZASY
CZAS PRZESZŁY
CZAS TO PIENIĄDZ
DRUGI BRZEG
CZAS NA WYSPIE
AKTUALNOŚCI
ARTFUL FACE
PAN ZENOBIUSZ
FAWLEY COURT
REWERS
DOBRE, BO POLSKIE
SYLWETKI
LONDYN W SUBIEKTYWIE
OPOWIADANIA LONDYŃSKIE
ROZMOWA
LISTY DO REDAKCJI
KULTURA
RECENZJA
SYLWETKI
ROZMOWA
CO SIĘ DZIEJE
FELIETONY
KRYSTYNA CYWIŃSKA
ANDRZEJ LICHOTA
WACŁAW LEWANDOWSKI
GRZEGORZ MAŁKIEWICZ
V.VALDI
SPORT
AKTUALNOŚCI
RELACJA
ROZMOWA
FELIETON
GALERIA
PODRÓŻE
PO LONDYNIE
PO WYSPIE
POLSKIE DROGI
PO ŚWIECIE
W CZASIE I PRZESTRZENI
CZAS NA RELAKS
ZDROWIE POLECAMY
NA ŁAWECZCE
MANIA GOTOWANIA
KRZYŻÓWKA
KRONIKA ABSURDU
NA KOŃCU JĘZYKA
TO I OWO
ARTERIA
ARTYŚCI
GALERIA
EWA OBROCHTA
BASIA LAUTMAN
BEATA KOZŁOWSKA
WOJCIECH SOBCZYŃSKI
RYSZARD SZYDŁO
PAWEŁ KORDACZKA
MARIA KALETA
MAREK BORYSEWICZ
KRZYSZTOF MALSKI
KONRAD GRABOWSKI
JUSTYNA KABAŁA
IWONA ZAJĄC
ELZBIETA PIEKACZ
ELZBIETA CHOJAK
ELA CIECIERSKA
CAROLINA KHOURI
ANIA PIENIĄŻEK
AGNIESZKA KOWAL
A.HANDZEL-KORDACZKA
ANDRZEJ KRAUZE
ANDRZEJ LICHOTA
DAMIAN CHROBAK
GRZEGORZ LEPIARZ
SŁAWEK BLATTON
ANDRZEJ MARIA BORKOWSKI
PAWEŁ WĄSEK
MARCIN DUDEK
JOANNA SZWEJ-HAWKIN
DANUTA SOŁOWIEJ
TOMASZ STANDO
AGNIESZKA STANDO
OLGA SIEŃKO
FOTOREPORTAŻ
AGATA HAMILTON
JOANNA CIECHANOWSKA




Melodia języka
2012.02.07 / Michał Sędzikowski
TAGI:
Share |
Mamy saunę! Czy to nie wspaniałe!? – drze się wniebogłosy mój cierpiący na debilizm podopieczny. Przybij piątkę! Sztywno unoszę rękę. Z Kevinem lepiej się zgadzać. To bardzo wrażliwy człowiek i w dodatku gej. Dotknięty wpada w furię. Potrafi wówczas wrzeszczeć i okładać pięściami swoich opiekunów do upadłego.

Sauna powstała w łazience Kevina na skutek przypadku. Ot, godzinę temu odkręcił gorącą wodę, by mnie zmylić, gdy kazałem mu wziąć prysznic. Po rzekomym prysznicu wpadł w szał, gdy dowiedział się, że menedżerka domu dla psychicznie i nerwowo chorych nie zgadza się, byśmy poszli tego dnia do kina.

– Powiedzieli, że nie stać cię, by codziennie chodzić do kina i zaproponowali w zamian restaurację – rzekłem, z niepokojem patrząc jak szybko wyraz jego twarzy zmienia się.
– Porozmawiam sobie z nimi! – ogłosił wściekłym falsetem. Wojownicza mina pasowała do jego umalowanej twarzy jak pióropusz do łysiny Churchilla.
– Może jednak powinniśmy pójść do kina – zasugerowałem spokojnie dwóm menedżerkom, gdy Kevin miotał się po biurze, grożąc, że roztrzaska drukarkę. – Kino kosztuje tylko osiem funtów. W restauracji Kevin z pewnością wyda więcej.

Jako wysłannikowi agencyjnemu, wciskano mi tego zniewieściałego terrorystę za każdym razem. Ale dzięki temu doskonale znałem jego nawyki. Jako agencyjny, powinienem jednak konsekwentnie trzymać gębę na kłódkę.

Menedżerki spojrzały na mnie zimno.
– Tylko sugeruję – wzruszyłem ramionami.

Ostatecznie Kevin dał się przekonać. Wyjście do restauracji przeciągnęło się, bo musiałem posprzątać powódź w jego trzypokojowym apartamencie. W tym czasie Kevin przymierzał swoje kreacje wyjściowe.

Na utrzymanie mieszkania tej wielkości, jakie zapewnia rząd Kevinowi, poszłaby cała wypłata mojej partnerki. Na zalewanie go gorącą wodą zwyczajnie nie byłoby nas stać. Podobnie jak na codzienne wyprawy do kina czy restauracji. Jednak nie to było powodem narastającej we mnie frustracji. Nawet nie to, że stałym zwyczajem moja uwaga została potraktowana jak porykiwanie białego niedźwiedzia. Jako agencyjny opiekun przywykłem do takich sytuacji. A fakt, że ludzie psychicznie upośledzeni często mieszkają w lepszych warunkach niż ich opiekunowie, dawno przestał robić na mnie wrażenie. To, co naprawdę mąciło mój spokój ducha, to fakt, że co pięć minut Kevin chwytał mnie za rękę i zaciągał przed lustro, by sprawdzić, czy nasze ubiory będą do siebie pasowały.

– Ubierasz się zbyt jednolicie, Michael – narzekał. – I odłóż ten mop! Przecież nie pójdziemy na kolację z mopem, głuptasie! – w porę złapałem jego rękę, by uchronić się przed klepnięciem w pośladek.
– Kevin, nie zostajesz na obiedzie? Zrobiłam dla ciebie twoje ulubione steki – pół godziny później kucharka ośrodka opiekuńczego zatrzymała nas w drzwiach.
– Możesz je wyrzucić. Mamy z Michaelem wychodne – oznajmił mój podopieczny. – Przybij piątkę Michael!

Restaurację wybrał nie byle jaką. Kevin trzyma fason nie tylko przed lustrem. Zamówił sobie główne danie za szesnaście funtów.

Ponurym wzrokiem patrzyłem, jak bawi się jedzeniem. Po wakacjach w Polsce nie stać mnie było na biesiadowanie, więc zadowoliłem się darmową colą.

– Wiesz co…? Jednak nie jestem głodny – stwierdził Kevin odsuwając nietkniętą zastawę.
– Ja mogę to zjeść – zasugerowałem, gdyż głód skręcał mi kiszki.
– Och, Michael, daj spokój – spróbował chwycić moje dłonie, ale w porę je odsunąłem.
– Poważnie, skoro nie masz ochoty, z chęcią cię wyręczę – rzekłem.
– Nie – odparł.
– Dlaczego? – zapytałem.
– Bo ja wiem? – podparł ręce na dłoniach i uśmiechnął się, w jego mniemaniu zapewne czarująco. Może chciał mnie nakarmić swoim uśmiechem. – Przybij piątkę!
– Czy wiesz, że jakaś świnia oddała życie za ten obiad, a ty grymasisz, choć cię na niego nie stać? – rzekłem z profesjonalnym uśmiechem, czując, że moje emocje z goła przestają być profesjonale.
– Michael, głuptasie, nie mów takich rzeczy – upomniał mnie nieznośnie śpiewnym falsetem..
– Dlaczego?
– Tu są dzieci. Przybij piątkę!
– Mam jednak ochotę na coś słodkiego – stwierdził, po chwili zadumy nad stygnącym obiadem.
– Nie masz pieniędzy – zauważyłem.
– Michael! – jego mina zaczęła zmieniać się niebezpiecznie.
– Nieważne – stwierdziłem, strwożony wizją Kevina rzucającego we mnie zastawą.

Zamówił lody w pucharze za kolejne sześć funtów. Smakołyk miał na czubku zatknięty wafelek. Kevin włożył wafelek między wargi i przez chwilę testował jego smak. – Za twardy – stwierdził, po czym odstawił puchar na bok.
– Jednak nie mam na nic ochoty – wyznał z zadumą. Przybij piątkę!

Gdy przyszło do płacenia, musiałem z własnej kieszeni pokryć część kosztów nietkniętych smakołyków. Po powrocie do ośrodka nie wytrzymałem i zrelacjonowałem menedżerkom przebieg wydarzeń.
– Jestem zszokowany – stwierdziłem. – Proszę mnie zrozumieć. Być może wynika to z faktu, że w moim kraju ludzi niepełnosprawnych czasami nie stać na najtańsze jedzenie – mówiłem. – Myślę, że plan finansowy Kevina powinien zostać zrewidowany.
– Dziękujemy za opinię Michael – sztywno rzekła główna menedżerka.

Było dla mnie sporym zaskoczeniem, gdy następnego dnia zostałem wezwany przez moją agencję na rozmowę dyscyplinarną. Przełożona ze smutnym wyrazem twarzy pokazała mi maila, jaki dostała do menedżerki, z którą rozmawiałem dzień wcześniej. Z pisma wynikało, że moje kategoryczne opinie i kwestionowanie decyzji zarządu świadczą o moim braku wychowania. Natomiast mój polski stosunek do produktów żywnościowych może w przyszłości źle odbić się na emocjonalnym wsparciu, jakie powinienem zapewniać tak wrażliwemu osobnikowi, jakim jest Kevin.

Menedżerka nie poprzestała na tym. Wysłała kopie tego maila do dziesięciu innych członków zarządu, w tym głównej zwierzchniczki instytucji roztaczającej opiekę nad umysłowo upośledzonymi. Ta wystosowała list do mojej przełożonej z sugestią, że skoro jestem tak złym człowiekiem, to radzi, by mnie zwolnić w trybie natychmiastowym.

Było to nieporozumienie lingwistyczne. Parę tygodni później wyjaśnił mi to Byron, który rozwiązał mi zagadkę, kryjącą w sobie odpowiedź na większość polsko-angielskich konfliktów. Byron – wbrew temu, co mogłoby sugerować jego imię – nie jest białym Anglikiem z rodziny posh o wielkich tradycjach. Jest czarnoskóry, nosi dredy, a jego rodzice są Jamajczykami. Urodził się w Londynie, przez sześć lat żył w związku z Polką i większość młodości spędził na podróżach po Europie. Po ponad dwugodzinnej rozmowie jestem pod wrażeniem jego bystrego umysłu i niebywałej elokwencji.

– Byłem w wielu krajach i słyszałem angielski w wykonaniu chyba każdej grupy narodowościowej, wasze wykonanie jest jednak szczególne – mówi uśmiechnięty, opierając się o blat stołu. – Polski język, sam w sobie, jawi się nam, Anglikom, jako płaski i mechaniczny. A gdy mówicie po angielsku, nie możemy się oprzeć wrażeniu, że nam rozkazujecie, i to w kategoryczny sposób!

Cóż – myślę teraz –Anglicy to najwyraźniej bardzo muzykalny naród.
Podtrzymanie dobrego samopoczucia Kevina kosztuje podatnika co najmniej 150 funtów dziennie, jeśli nie więcej. A jest on i tak jednym z najtańszych niepełnosprawnych ludzi objętych programem pomocy socjalnej.

Chciałbym śpiewnym angielskim opowiedzieć moją historię „99 procentom” oburzonym, którzy pikietują na Wall Street. Sfrustrowanym wyspiarzom z klasy robotniczej i średniej, którzy zasuwają w pocie czoła, by raz w tygodniu móc z rodziną wyjść do restauracji. Prawdopodobnie jednak mój język jest zbyt mechaniczny, a przede wszystkim zbyt dosadny w czasach, gdy styl i obowiązująca melodia biorą górę nad zdrowym rozsądkiem.

Komentarze:
4T. (25.10.2013) Z tym rozkazywaniem mogło mu chodzić o to, że mnóstwo Polaków nie dodaje obowiązkowego please, nawet jeśli w prośbie użyli trybu warunkowego (could you). Po polsku to jest grzecznie, po angielsku nie. A polskie \"Podaj mi łyżkę\", dla nas praktycznie neutralne, dla Anglików jest nie tylko kategorycznym rozkazem, ale i zwykłym chamstwem. Co język, to obyczaj.

Dodaj komentarz:
Autor:
Wpisz hasło z obrazka: (małymi literami)


REKLAMA
PODCASTY
...zobacz inne podcasty
ARTERIA
...zobacz archiwum Arterii
REKLAMA
ENGLISH PAGE
...zobacz inne artykuły
ANKIETA
Czy wyjeżdźasz na wakacje do Polski?
liczba głosów: 28422
Tak

23738
84%
Nie

4684
16%
...zobacz archiwum ankiet
WYSZUKIWANE TAGI

Polsport |podnośniki kubełkowe | wkręty nierdzewne | fizykoterapia wodzisław | węgiel Wodzisław | suplementy diety produkcja witaminy
kuchnie na wymiar kraków | cyklinowanie milanówek | okna Rybnik | badanie do prawo jazdy Żory | stylistka katowice