KIM JESTEŚMY REDAKCJA MARKETING DYSTRYBUCJA OGŁOSZENIA LISTY DO REDAKCJI KONTAKT 27 maj 2018
E-WYDANIE
PUBLICYSTYKA
REPORTAŻ
LUDZIE I MIEJSCA
TAKIE CZASY
CZAS PRZESZŁY
CZAS TO PIENIĄDZ
DRUGI BRZEG
CZAS NA WYSPIE
AKTUALNOŚCI
ARTFUL FACE
PAN ZENOBIUSZ
FAWLEY COURT
REWERS
DOBRE, BO POLSKIE
SYLWETKI
LONDYN W SUBIEKTYWIE
OPOWIADANIA LONDYŃSKIE
ROZMOWA
LISTY DO REDAKCJI
KULTURA
RECENZJA
SYLWETKI
ROZMOWA
CO SIĘ DZIEJE
FELIETONY
KRYSTYNA CYWIŃSKA
ANDRZEJ LICHOTA
WACŁAW LEWANDOWSKI
GRZEGORZ MAŁKIEWICZ
V.VALDI
SPORT
AKTUALNOŚCI
RELACJA
ROZMOWA
FELIETON
GALERIA
PODRÓŻE
PO LONDYNIE
PO WYSPIE
POLSKIE DROGI
PO ŚWIECIE
W CZASIE I PRZESTRZENI
CZAS NA RELAKS
ZDROWIE POLECAMY
NA ŁAWECZCE
MANIA GOTOWANIA
KRZYŻÓWKA
KRONIKA ABSURDU
NA KOŃCU JĘZYKA
TO I OWO
ARTERIA
ARTYŚCI
GALERIA
EWA OBROCHTA
BASIA LAUTMAN
BEATA KOZŁOWSKA
WOJCIECH SOBCZYŃSKI
RYSZARD SZYDŁO
PAWEŁ KORDACZKA
MARIA KALETA
MAREK BORYSEWICZ
KRZYSZTOF MALSKI
KONRAD GRABOWSKI
JUSTYNA KABAŁA
IWONA ZAJĄC
ELZBIETA PIEKACZ
ELZBIETA CHOJAK
ELA CIECIERSKA
CAROLINA KHOURI
ANIA PIENIĄŻEK
AGNIESZKA KOWAL
A.HANDZEL-KORDACZKA
ANDRZEJ KRAUZE
ANDRZEJ LICHOTA
DAMIAN CHROBAK
GRZEGORZ LEPIARZ
SŁAWEK BLATTON
ANDRZEJ MARIA BORKOWSKI
PAWEŁ WĄSEK
MARCIN DUDEK
JOANNA SZWEJ-HAWKIN
DANUTA SOŁOWIEJ
TOMASZ STANDO
AGNIESZKA STANDO
OLGA SIEŃKO
FOTOREPORTAŻ
AGATA HAMILTON
JOANNA CIECHANOWSKA




Wyspa – odcinek 48 (ostatni)
2011.09.13 / Jacek Ozaist
TAGI:
Share |
Skromnego otwarcia restauracji dokonaliśmy w sobotę. Nie było kwiatów, szampana, balonów, bannerów, plakatów. Ani radości, ani ulgi. Było skupienie i poczucie spełnienia, że w końcu można rozluźnić pięść, a nawet włożyć rękę do kieszeni. Zdawaliśmy sobie już, niestety, sprawę, że narodową potrawą Polaków stał się kebab, ale mieliśmy nadzieję dotrzeć do tych, którzy wciąż cenili walory ojczystej kuchni. Tym bardziej że żyliśmy wszyscy tak daleko od rodzinnego kraju.
Oprócz feralnego wypadku z kaloryferami, nie wydarzyło się więcej nic złego. Polscy fachowcy spisali się znakomicie. W ogóle Polacy na emigracji zdali mi się nagle niewiarygodnie wspaniali. Najpierw kilka pań przyszło zapytać o pracę, potem ktoś zaoferował cotygodniowe mycie naszych okien, wreszcie zajrzał ponuro wyglądający jegomość i z akcentem znającym niejedne więzienne mury zagaił:
– Ziomek, jest deal. W takim garażu jest pełno złota, kosztowności i laptopów. Trzeba tylko trochę kasy na nożyce i piłę. Kopsnij piętnaście funtów i nowiutki laptop jest twój.
Nagle go poznałem. W Duke’u chciał mi sprzedać rzeczy z wyrwanej komuś reklamówki marki ASDA – zapewne czyjeś zakupy.
Wpadła do nas jeszcze pani Jola, dystyngowana żona pewnego Anglika. Głaskając się po pełnym oczekiwanego potomstwa brzuchu, zapytała, czy nie znamy kogoś, kto szuka pracy. Poprosiliśmy o szczegóły oferty, na co pani Jola oświadczyła, że potrzebuje osoby do sprzątania, gotowania, opieki nad domem. No, służącej – dodała.
– Służącej? – zapytałem z niedowierzaniem
– No tak – pani Joli nie drgnęła nawet powieka.
Odszedłem z niesmakiem. Wyjechała z jakiejś zabitej dechami dziury, poznała angielskiego „księcia” i zaczęła rozsmakowywać się w stylu życia z wieku XIX.
Pierwszy klient z prawdziwego zdarzenia odwiedził nas wczesnym popołudniem. Porozglądał się, uważnie przestudiował menu i poprosił o to, co mamy w karcie najlepszego. Na koniec zostawił dziesięć funtów napiwku. Na szczęście.
Coraz więcej ludzie zaglądało z ciekawości. Ci mniej lękliwi zadawali pytania, komentowali wystrój sali, obiecywali, że wrócą. Większość czytała menu na stojąco i, na widok cen, brała nogi za pas. Zaczęliśmy robić zakłady, kto i kiedy wyjdzie.
Jeden pan przyprowadził całą wycieczkę. Zajęli trzy stoliki, zamówili mnóstwo potraw – prawdziwe polskie meze – a potem pan przewodnik zrobił nam tyradę, że to podaje się tak, a tamto siak, że nasza kuchnia to już Europa, ale musimy spełnić wiele rygorystycznych wymogów.
Przez pierwsze tygodnie wychodziłem do klientów sam. Później wróciła do nas kelnerka z Duke’a – Kamila. Została na lodzie, gdy zamknęliśmy tamtą garkuchnię. To była jej pierwsza praca na Wyspach, innej nie szukała. Chętnie wróciła, a my przyjęliśmy ją z otwartymi ramionami. Sprawy zaczęły układać się naprawdę dobrze. W telewizji, którą zamontowaliśmy pod sufitem, Tusk z Kaczyńskim grali w ping-ponga uczuciami wyborców, my zaś, w siedemnastym województwie, robiliśmy swoje.
Powolne gotowanie makaronu oraz pieszczenie sosu pesto przy kieliszku chianti albo barolo i dźwiękach Mozarta jest czystą afirmacją życia, natomiast robota przy masowym żywieniu to kopanie rowów, kamieniołom, orka na ugorze. Trzeba mieć do tego serce, dużo serca. I końskie zdrowie. Po pesto i winie można liczyć na seks przy świecach, a w gastronomii co najwyżej na parę pensów skwapliwego napiwku.
Kto się tym zajmował, ten wie. Wcześniej tego nie wiedziałem. Dla mnie prowadzenie knajpy to zawsze była bardzo romantyczna sprawa. Gdy się siedzi w przytulnym wnętrzu i czeka na podanie posiłku, to zwykle jest fajna sprawa, po drugiej stronie fajnie bywa rzadko. Pośpiech, stres, krzyki i łajania. A na koniec jeszcze trzeba to wszystko posprzątać...
Najfajniej siedzi się za barem i gapi na ludzi po drugiej stronie szyby.
Nagle poczułem to déjà vu. Znów siedziałem wygodnie i wyglądałem przez okno na pełną życia ulicę. Sytuacja dla człowieka posługującego się piórem idealna. Dziesięć lat wcześniej siedziałem w mydlarni Anety i tworzyłem. A kiedy nie było weny, pochłaniałem dzieła innych. Obserwowanie życia, śledzenie ruchu, bujanie w obłokach i bajanie okazało się zajęciem przyjemnym i pożytecznym. Parę rzeczy się wtedy udało i wyszło drukiem.
Dziwne uczucie. Spełniłem kolejne marzenie. A może zachciankę? Z trudem je rozróżniam. Czas tak szybko umyka. Pogoń za nim absorbuje coraz więcej sił i środków.
Pora kończyć. Nie pobyt w Londynie, ale pisanie o nim. Był miastem wielkim i niesamowitym, gdy w 2005 roku przyjechałem rzucić mu wyzwanie. Dziś wciąż jest miastem fascynującym, lecz jednak okiełznanym. Szacunek wielki obowiązuje, lęku już nie ma. Łzy mnie zalewają na wspomnienie taty, który zawsze mówił: – Jacek, zobaczysz, pojedziemy do Londynu!
Nie jestem już zahukanym przyjezdnym. Mieszkam tu. Główną siłę opowiadania stanowiło w tym tekście bycie kimś z zewnątrz, gościem, obserwatorem, zafascynowanym turystą. Straciłem to.
Jestem stąd. Moje słowa znaczą. Moje słowa ranią. Nie ma dystansu epickiego. Jest tu i teraz. Człowiek przeze mnie opisany może przyjść i stoczyć ze mną pojedynek bokserski na jedną rundę.
Kilku Anglików udało się rozsmakować w naszych specjałach. Rzecz w poprzednim miejscu niemożliwa. Przychodzą często, wiedzą, czego chcą i zamawiają to. Do tego mamy Węgrów, Litwinów, Słowaków, Niemców, Rumunów, Bułgarów, Francuzów, Chińczyków i innych.
Jestem szczęśliwy. Odnalazłem swoje miejsce w Londynie. Jestem tu...

Dodaj komentarz:
Autor:
Wpisz hasło z obrazka: (małymi literami)


REKLAMA
PODCASTY
...zobacz inne podcasty
ARTERIA
...zobacz archiwum Arterii
REKLAMA
ENGLISH PAGE
...zobacz inne artykuły
ANKIETA
Czy wyjeżdźasz na wakacje do Polski?
liczba głosów: 28226
Tak

23601
84%
Nie

4625
16%
...zobacz archiwum ankiet
WYSZUKIWANE TAGI

Polsport |przenośniki taśmowe | nitonakrętki nierdzewne | opieka osób chorych i niepełnosprawnych Żory | Alimenty Rybnik | psychoterapia Cieszyn
Zespół muzyczny Krapkowice | odnowienie uprawnień spawaczy | podział nieruchomości Rybnik | medycyna podróży Rybnik | stylistka katowice