KIM JESTEŚMY REDAKCJA MARKETING DYSTRYBUCJA OGŁOSZENIA LISTY DO REDAKCJI KONTAKT 26 wrzesień 2018
E-WYDANIE
PUBLICYSTYKA
REPORTAŻ
LUDZIE I MIEJSCA
TAKIE CZASY
CZAS PRZESZŁY
CZAS TO PIENIĄDZ
DRUGI BRZEG
CZAS NA WYSPIE
AKTUALNOŚCI
ARTFUL FACE
PAN ZENOBIUSZ
FAWLEY COURT
REWERS
DOBRE, BO POLSKIE
SYLWETKI
LONDYN W SUBIEKTYWIE
OPOWIADANIA LONDYŃSKIE
ROZMOWA
LISTY DO REDAKCJI
KULTURA
RECENZJA
SYLWETKI
ROZMOWA
CO SIĘ DZIEJE
FELIETONY
KRYSTYNA CYWIŃSKA
ANDRZEJ LICHOTA
WACŁAW LEWANDOWSKI
GRZEGORZ MAŁKIEWICZ
V.VALDI
SPORT
AKTUALNOŚCI
RELACJA
ROZMOWA
FELIETON
GALERIA
PODRÓŻE
PO LONDYNIE
PO WYSPIE
POLSKIE DROGI
PO ŚWIECIE
W CZASIE I PRZESTRZENI
CZAS NA RELAKS
ZDROWIE POLECAMY
NA ŁAWECZCE
MANIA GOTOWANIA
KRZYŻÓWKA
KRONIKA ABSURDU
NA KOŃCU JĘZYKA
TO I OWO
ARTERIA
ARTYŚCI
GALERIA
EWA OBROCHTA
BASIA LAUTMAN
BEATA KOZŁOWSKA
WOJCIECH SOBCZYŃSKI
RYSZARD SZYDŁO
PAWEŁ KORDACZKA
MARIA KALETA
MAREK BORYSEWICZ
KRZYSZTOF MALSKI
KONRAD GRABOWSKI
JUSTYNA KABAŁA
IWONA ZAJĄC
ELZBIETA PIEKACZ
ELZBIETA CHOJAK
ELA CIECIERSKA
CAROLINA KHOURI
ANIA PIENIĄŻEK
AGNIESZKA KOWAL
A.HANDZEL-KORDACZKA
ANDRZEJ KRAUZE
ANDRZEJ LICHOTA
DAMIAN CHROBAK
GRZEGORZ LEPIARZ
SŁAWEK BLATTON
ANDRZEJ MARIA BORKOWSKI
PAWEŁ WĄSEK
MARCIN DUDEK
JOANNA SZWEJ-HAWKIN
DANUTA SOŁOWIEJ
TOMASZ STANDO
AGNIESZKA STANDO
OLGA SIEŃKO
FOTOREPORTAŻ
AGATA HAMILTON
JOANNA CIECHANOWSKA




Ekskomunika, czyli wśród wyznawców Rzyci Krytej
2011.04.23 / Michał Sędzikowski
TAGI:
Share |

"Any society that would give up a little liberty to gain a little security will deserve neither and lose both" -
Benjamin Franklin

– Nie możesz podawać swoim podopiecznym podejrzanych polskich mikstur – stwierdził Stewart, mój młody instruktor, rzucając na mnie spojrzenie, jakie zapewne pojawiało się w oczach oświeceniowych kolonistów, negocjujących z szamanami tubylczych wiosek.

–To była herbata z miodem i cytryną, a nie podejrzana mikstura, a moja podopieczna traktowała wcześniej swoją grypę wodą z kranu.

– Podałeś jej to, by ją uleczyć, więc to była medyczna mikstura – zaoponował. Co by było, gdyby twoje polskie lekarstwo zaszkodziło twojej podopiecznej?

DLACZEGO PTACTWO PRZESTRZEGA PRZEPISÓW

W społeczeństwie, w którym prawie wszystkich prześladują biurokratyczne zmory politycznej poprawności, zaklęcie cover your ass stało się mantrą dnia powszedniego.

Domyślam się, że moja firma wysyłając nas na szkolenia Medication Handling oraz Helath and Safety, wydała majątek na kapłanów krycia własnego tyłka. Pierwszy z nich z uporem maniaka usiłował w obecności całej grupy przekonać mnie do stanowiska, iż wszystkie substancje, których on osobiście nie spożywa, należy zaliczyć do substancji medycznych. Inaczej nie potrafię ująć jego rozumowania, w którym herbatę z cytryną traktował jako środek medyczny, a herbatę z mlekiem jako zwykły napój. Potem przeszedł do omawiania niebezpieczeństw związanych z prądem elektrycznym.

– Najbezpieczniej jest zostać porażonym prądem w nogę. Ten, biegnąc zawsze do ziemi, żadnym sposobem nie dotrze do naszego mózgu, co byłoby opłakane w skutkach – oznajmił.

Niektórzy ze słuchaczy zdawali się mieć pewne wątpliwości, więc po owym surfingu na wzniosłych falach logiki i zdrowego rozsądku, wpuszczono na salę przysadzistych, wykrochmalonych osobników, z wyglądu byłych wojskowych. Ci całe popołudnie tłumaczyli dorosłym ludziom, że nie należy zostawiać otwartych szuflad i chodzić z kawą po schodach.

Kapłan, z ogniem w oku, naświetlał nam możliwe potworności, które mogą nam się przytrafić w pracy i dlaczego powinniśmy chronić własne tyłki, nie pętając się z kawą po korytarzach. Potem zaś, jak jego poprzednik, zaczął mówić o szkodliwym wpływie prądu elektrycznego na nasz  organizm. Opowiedział nam, jak będąc inspektorem Health and Safety, doprowadził do zamknięcia hoteliku Bed and Breakfast, z powodu braku właściwych kabli. Widząc żywe zainteresowanie grupy tematem, dał się ponieść i rzekł:

– Zdradzę wam pewną tajemnicę, związaną z przewodami elektrycznymi. Zauważyliście może, że ptaki siadają na liniach wysokiego napięcia i nic im się nie dzieje? Otóż, tajemnica tkwi w tym, że ptak siada obiema nogami naraz na przewodzie. Dzięki temu, prąd swobodnie wpływa przez jedną nogę, przepływa przez ciało i wypływa drugą nogą, nie czyniąc krzywdy ptactwu. Gdy złapiecie żywy przewód dwoma rękami, nic wam się nie stanie.

Spacyfikowani członkowie kursu pokiwali głowami, zdając sobie sprawę, iż oto dostępują iście koneserskich wyżyn bezpieczeństwa i zdrowia. Ja zaś, mając serdecznie dość  dziewiętnastowiecznych teorii dziadów proszalnych na temat elektryczności, znowu naraziłem się na wykluczenie.

– Z całym szacunkiem, Sir – zacząłem, służalczym tonem, usiłując przy tym wyglądać tak niewinnie, jak to było możliwe – ptakom nic się nie dzieje, ponieważ nie są uziemione.

– Może tak, a może nie, na waszym miejscu nie sprawdzałbym teorii Sędzikowskiego. Najważniejsze jest, byście kryli swój tyłek i nie narazili klienta na niebezpieczeństwo – wybrnął z dobrotliwym uśmiechem.

Patrząc na mój dyplom z ukończonego kursu bezpieczeństwa i higieny pracy, zastanawiałem się, jak to możliwe, że został on podpisany przez człowieka, który doradzał nam chwytanie żywych przewodów dwoma rękoma. Zrozumiałem to w trakcie moich późniejszych doświadczeń w pracy. Przekonały mnie, że instruktorzy od bezpieczeństwa oraz managerzy  placówek socjalnych w Anglii nie uczą nas, jak kryć swoje tyłki przed niebezpieczeństwami przyrody nieożywionej, lecz przed nimi samymi.

A JEDNAK SIĘ KRĘCI

Zapewne moją oświeconą w kwestiach elektryki postawą, zwiększyłem napięcie pomiędzy mną a zarządem firmy. Być może właśnie dlatego wygnojono mnie z pracy. Inaczej bowiem nie potrafię nazwać zwolnienia za to, że wypiłem kawę z podopiecznym u siebie w domu. Narażenie klienta na niebezpieczeństwo – brzmiał werdykt.

– Dlaczego właściwie klient był narażony na niebezpieczeństwo w moim domu? – zapytałem Stewarda.

– A co by było, gdyby powiedział, że go u siebie w domu uderzyłeś?

– Dokładnie to samo, co gdyby powiedział, że uderzyłem go u niego w domu.

– Wiedziałeś, że taka była policy firmy – nie przyprowadzać klienta do domu – wybrnął olewając fakt, że właśnie wpisuje mi w papierach put client at risk.

– Dlaczego będąc w moim domu klient był bardziej narażony na niebezpieczeństwo niż w swoim domu tudzież na siłowni czy w parku? – zadałem to pytanie głównemu szefowi podczas kolejnej rozmowy dyscyplinarnej.

– A co by było, gdybyś uderzył klienta u siebie w domu – zapytał starszy menadżer, ufny w siłę swojej pozycji, przesuwając dźwignię oskarżenia z trybu hipotetycznego na dokonany.

– A co by było, gdybym uderzył go w parku?

– No cóż, złamałeś policy, więc prawdopodobnie będziesz zwolniony – postanowił porzucić grząskie grunta logiki i zdrowego rozsądku. – Za narażenie klienta na niebezpieczeństwo.

Zabrałem klienta do domu, ponieważ prosili mnie o to jego rodzice, padało, a klient nie miał pieniędzy, żeby siedzieć ze mną w pubie – tłumaczyłem się pół roku później prawie dziesięcioosobowej „bezstronnej” komisji.

Pół roku, tyle zajęło dochodzenie w tej sprawie, podczas którego budżet państwa wypłacił mi ponad sześć tysięcy funtów za siedzenie w domu i trzymanie dzioba na kłódkę.

– Czy zdawałeś sobie sprawę, że narażasz klienta na niebezpieczeństwo? – zapytała komisja jednym głosem. Przyszło mi do głowy, że znacznie lepiej wyglądaliby w średniowiecznych togach, przy czym Stewardowi najbardziej do twarzy byłoby w czerwonej. Kapelusz z szerokim rondem i krzyż na piersi dopełniłyby wizerunku.

– Nie! – odparłem stanowczo.

– Czy teraz rozumiesz, że popełniłeś błąd? – zapytała młoda Hinduska z wyraźną dezaprobatą w  oczach.

– Trudno temu zaprzeczyć, skoro z wami rozmawiam – zauważyłem.

– Czy już rozumiesz, że naraziłeś klienta na niebezpieczeństwo? – zapytał niewysoki człowiek, który przewodził gremium.

– Nie – odparłem.

Przy całym profesjonalizmie, nie mogli powstrzymać się przed ukradkową wymianą spojrzeń. Co oni wiedzą, czego ja nie wiem? – zadałem sobie pytanie. I dlaczego nie mogą tego z siebie od pół roku wydusić, zasypując mnie w międzyczasie korespondencją, której każdy nagłówek opatrzony był zdaniem: Put client at risk.

Czy dowiem się tego w końcu? Czy o tym po prostu się nie dyskutuje, podobnie jak nie dyskutuje się o omnipotencji Boga.

– A co by było, gdybyście się pobili u ciebie w domu? – zapytał mały człowieczek.

– Straty byłyby zapewne mniejsze niż gdybyśmy się pobili w gabinecie figur woskowych – zauważyłem. – Where is the point?

Twarze członków komisji zniknęły w cieniu kapturów, gdy pochylili się, żeby przy odgłosach skrzypiących piór naskrobać moją uwagę na kawałkach papirusów.

Gdy wyjęli oskarżenia pomocnicze, dotarło do mnie, dlaczego są tak opętani wizją Sędzikowskiego bijącego się z klientami.

– Czy to prawda, że promowałeś agresję, pozwalając, by w ogrodzie za swoim domem jeden z klientów uderzał w łapkę do boksowania?

– Prawdą jest tylko to, że pozwoliłem klientowi boksować w łapkę, żeby odciągnąć jego uwagę od gry komputerowej, w której przez osiem godzin dziennie rozjeżdżał przechodniów samochodem i ćwiartował ich zwłoki mieczem samurajskim. Prawdą jest, że sport, w tym sporty walki, zmniejszają agresję, a nie ją promują – na podparcie swoich słów wyjąłem uprzednio przygotowane artykuły i podałem głównemu menadżerowi.

Przez jakiś czas czytali i podawali sobie kartki, aż w końcu szef mojej firmy przemówił:

– Ale skąd mamy wiedzieć, że to prawda, skoro nie wiemy, kto to napisał?
 
– Tam jest bibliografia. Na dole – wyjaśniłem.

– Ale my nie znamy tych ludzi – zaoponował.

Fakt – uzmysłowiłem sobie – ufają tylko własnym przepisom, ponieważ sami je napisali, a siebie przecież znają.

– Przepraszam, a czy wierzysz, że Ziemia kręci się wokół Słońca? – zapytałem.

Cisza, jaka zapadła po tym pytaniu, była tak gęsta, że można by ją kroić narzędziami tortur.

– Bo Kopernika chyba nie znasz osobiście? – dorzuciłem wiedząc, że po tym nie czeka mnie już nic innego tylko stos.

– A więc nie przyznajesz, iż posuwając się do odstępstwa w zasadach firmy, naraziłeś...

– Nie – pokręciłem głową.

Opuszczając budynek firmy wiedziałem, że robię to po raz ostatni. Kiedy wychodziłem, uwagę moją przykuł wielki napis na ścianie:

SPEAK UP AND MAKE A DIFFERENCE.

PARAGRAF STWORZYŁ WARIATA


Nie zachowałbym oczywiście profesjonalnego obiektywizmu, gdybym nie przytoczył jeszcze jednej rozmowy, która miała miejsce, zanim okazało się, że jestem heretykiem. Obiektywizm taki z pewnością trudno zachować, pisząc o własnych sprawach. Autointerwencja zdaje mi się jednak teraz pożyteczna jak i zbawienna, bowiem wiedzie nas ścieżką prawdy. Otóż, nie mogę wykluczyć istnienia prawdziwego klosza, czystej idei biurokracji, który otaczając szczelnie swoich wyznawców zapewnia im całkowite odpuszczenie grzechów.

Ponad rok wcześniej Debie, oglądając telewizję, sprawowała pieczę nad chłopakiem po wylewie. Miał on duże problemy z chodzeniem i utrzymaniem równowagi. Feralnego dnia oznajmił jej, że chce iść do pubu.
 
– Nie możesz iść do pubu, bo chodniki są oblodzone – oznajmiła opiekunka.

– Ale ja bardzo chcę – stwierdził Mark. – Jeśli nie pójdziesz ze mną, pójdę sam.

– Nie mów tylko później, że cię nie ostrzegałam – odparła.
 
Gdy chwilę później Debie pisała raport ze swej prawidłowej reakcji na pomysł klienta, ten leżał przed domem, nadziany dolną szczęką na ostrą gałąź. Gdy znalazł go parę minut później czarnoskóry opiekun, który przyjechał do pracy, wokół zachrypniętego od wrzasków Marka, zdążyła uformować się spora kałuża krwi.

– Cudem przeżył – zauważyłem parę dni później podczas rozmowy ze Stewardem. – Czy twoim zdaniem Debie nie naraziła klienta na niebezpieczeństwo?

– Nie. W tym wypadku klient sam się naraził. Debie stosowała się do procedur. Ostrzegła go o konsekwencjach. Nie miała obowiązku odprowadzać go do pubu.

– No cóż, ja dzień wcześniej go odprowadziłem do pubu – zauważyłem.

– Nie musiałeś tego robić – z uśmiechem stwierdził Steward. – Mam wrażenie, że zbytnio się starasz. Będę musiał to odnotować.

– Dzięki temu staraniu klienci pod moja opieką nie trafiają do kategorii „drastyczne” na Youtube. On mógł przecież zginąć!

Steward patrzył przez chwilę na mnie poważnie, po czym odchylił się w krześle, znowu przywołując na twarz profesjonalny uśmiech.

– Popatrz na dobre strony tego zdarzenia. Dzięki temu co się stało, Markowi przyznano dodatkowe zasiłki oraz opiekę 24 godziny na dobę.

Tym razem ja opadłem na oparcie krzesła, gdy  słowa uwięzły mi w gardle. Stało się dla mnie jasne, że Steward jest umysłowo chory.

Pytanie, czy przeinwestowany i do granic obrzydliwości opętany  ideą krycia własnego tyłka resort socjalny przyciąga bezdusznych wariatów, czy ich stwarza, pozostawiam otwarte?

Michał Sędzikowski


Dodaj komentarz:
Autor:
Wpisz hasło z obrazka: (małymi literami)


REKLAMA
PODCASTY
...zobacz inne podcasty
ARTERIA
...zobacz archiwum Arterii
REKLAMA
ENGLISH PAGE
...zobacz inne artykuły
ANKIETA
Czy wyjeżdźasz na wakacje do Polski?
liczba głosów: 29251
Tak

24333
83%
Nie

4918
17%
...zobacz archiwum ankiet
WYSZUKIWANE TAGI

Polsport |nagrobek granitowy wodzisław | łańcuchy nierdzewne | fizjoterapia wodzisław | Rozwody Rybnik | wykrawarka rewolwerowa
zespół muzyczny wodzisław śląski | cyklinowanie Żyrardów | okna Racibórz | badanie do prawo jazdy Jastrzębie Zdrój | personal shopping śląsk