KIM JESTEŚMY REDAKCJA MARKETING DYSTRYBUCJA OGŁOSZENIA LISTY DO REDAKCJI KONTAKT 21 wrzesień 2018
E-WYDANIE
PUBLICYSTYKA
REPORTAŻ
LUDZIE I MIEJSCA
TAKIE CZASY
CZAS PRZESZŁY
CZAS TO PIENIĄDZ
DRUGI BRZEG
CZAS NA WYSPIE
AKTUALNOŚCI
ARTFUL FACE
PAN ZENOBIUSZ
FAWLEY COURT
REWERS
DOBRE, BO POLSKIE
SYLWETKI
LONDYN W SUBIEKTYWIE
OPOWIADANIA LONDYŃSKIE
ROZMOWA
LISTY DO REDAKCJI
KULTURA
RECENZJA
SYLWETKI
ROZMOWA
CO SIĘ DZIEJE
FELIETONY
KRYSTYNA CYWIŃSKA
ANDRZEJ LICHOTA
WACŁAW LEWANDOWSKI
GRZEGORZ MAŁKIEWICZ
V.VALDI
SPORT
AKTUALNOŚCI
RELACJA
ROZMOWA
FELIETON
GALERIA
PODRÓŻE
PO LONDYNIE
PO WYSPIE
POLSKIE DROGI
PO ŚWIECIE
W CZASIE I PRZESTRZENI
CZAS NA RELAKS
ZDROWIE POLECAMY
NA ŁAWECZCE
MANIA GOTOWANIA
KRZYŻÓWKA
KRONIKA ABSURDU
NA KOŃCU JĘZYKA
TO I OWO
ARTERIA
ARTYŚCI
GALERIA
EWA OBROCHTA
BASIA LAUTMAN
BEATA KOZŁOWSKA
WOJCIECH SOBCZYŃSKI
RYSZARD SZYDŁO
PAWEŁ KORDACZKA
MARIA KALETA
MAREK BORYSEWICZ
KRZYSZTOF MALSKI
KONRAD GRABOWSKI
JUSTYNA KABAŁA
IWONA ZAJĄC
ELZBIETA PIEKACZ
ELZBIETA CHOJAK
ELA CIECIERSKA
CAROLINA KHOURI
ANIA PIENIĄŻEK
AGNIESZKA KOWAL
A.HANDZEL-KORDACZKA
ANDRZEJ KRAUZE
ANDRZEJ LICHOTA
DAMIAN CHROBAK
GRZEGORZ LEPIARZ
SŁAWEK BLATTON
ANDRZEJ MARIA BORKOWSKI
PAWEŁ WĄSEK
MARCIN DUDEK
JOANNA SZWEJ-HAWKIN
DANUTA SOŁOWIEJ
TOMASZ STANDO
AGNIESZKA STANDO
OLGA SIEŃKO
FOTOREPORTAŻ
AGATA HAMILTON
JOANNA CIECHANOWSKA




Dziewczyny w okryjbidkach
2010.09.08 / Krystyna Cywińska
TAGI:
Share |
Wracam myślą do dawniejszych czasów. Czasów wojenno-powojennych. Wyzwolenie obozu Oberlangen w Niemczech przy granicy z Holandią, w nawałnicy rocznic zasługiwałoby co najwyżej na paragraf w mediach. Ale są dwa fakty, które je podnoszą do nieco wyższej rangi. Bo w tym obozie siedziało 1726 akaczek i siedmioro niemowląt. I wyzwolił to zniewolone kłębowisko 12 kwietnia 1945 roku patrol polskiej I Dywizji Pancernej w sile 11 pancerniaków. Wydarzenie raczej bez precedensu w naszej historii. Kwalifikuje się chyba do filmu fabularnego, o który – jak dotąd – nikt się nie pokusił. Fabuła sama ciśnie się pod pióro.

Wymarsz z powstańczych zgliszcz Warszawy. Wywózka na ziemię niemiecką. Dramaty obozowe, kłótnie o kartofel. Wszy, głód, beznadziejność, ziąb. Przyjaźnie, romanse przez druty obozowe na migi. I wyzwolenie przez polskich żołnierzy przybyłych z dalekiej Szkocji. Na zakończenie śluby akaczek z pancerniakami, a w postscriptum wnuki i prawnuki mówiące najwyżej łamaną polszczyzną.

Akaczki były w pewnym sensie kobietami bez precedensu w historii. Różne przed nami Polki w różnych okresach historii walczyły z najeźdźcami i okupantami. W okresie I wojny światowej działały czynnie pomocnicze służby kobiet. A w wojnie z bolszewikami kilku kobietom zdarzyło się w męskim przebraniu gonić bolszewików z lancą w dłoni. W czasie II wojny światowej zaroiło się w wojennym teatrze na Wschodzie i Zachodzie od Polek w mundurach. Ale my, akaczki, ustanowiłyśmy jednak historyczny precedens.

Uznano nas za żołnierzy wziętych do niewoli na polu walki. I odstawiono nas zgodnie z konwencją genewską do obozów niemieckich 2 października 1944 roku, kiedy losy Powstania Warszawskiego były już przesądzone. Nie było wiadomo, co się z nami stanie. Groziło nam widmo obozu koncentracyjnego. Ale 2 października linie niemieckie przekroczyła delegacja dowództwa AK na czele z pułkownikiem Kazimierzem Irankiem Osmeckim. Delegacja udała się do Ożarowa, do kwatery generała SS Ericha von dem Bacha, dowódcy wojsk niemieckich działających w obszarze Warszawy. Podpisano umowę kapitulacyjną, przypieczętowano nasze losy. Los i prawa jeńców wojennych. Za mundur żołnierski uznano biało-czerwone opaski na rękawach, proporczyki lub orzełki polskie. Niezależnie od charakteru ubrania. Wychodziłyśmy oddziałami z pokonanej Warszawy do Ożarowa obsypywane po drodze kwiatami, chlebem i marchwią. Stojący na naszej trasie żołnierze niemieccy patrzyli na nas ze zdumieniem. Patrzyli na te rozczochrane, umorusane dziewczyny w butach różnej maści, w szynelach, okryjbidkach, beretach i furażerkach. Przygniecione ciężarem ostatniego dobytku, niektóre z niemowlętami przytroczonymi do pleców, tak jak żona dowódcy AK pani Irena Komorowska. Musiałyśmy wyglądać jak nieboskie stworzenia z piekła rodem. Piekła, które pozostawiłyśmy za sobą. Szłyśmy harde, nierozumiejące ani tragedii miasta, obróconego w gruzy, ani naszego udziału w tej tragedii. Byłyśmy pewne dobrze spełnionego obowiązku patriotycznego.

I żadna z nas nie podejrzewała wtedy, że na tym piekielnym rumowisku, które za nami zostało, wyrośnie najpierw jedna z najbrzydszych stolic Europy – socjalistyczne miasto. Bo co było piękne w tym mieście, ostatecznie strawił ogień. Odbijałyśmy krok po kroku po twardej grudzie wysuszonej jesiennym słońcem i śpiewałyśmy „Z młodej piersi się wyrwało”. Wyrwało się część naszego serca. Szłyśmy wyzwolone z codziennego patrzenia jak kona miasto. Jak się rozkłada na gruzach barykad ulica za ulicą, plac za placem. Szłyśmy już wyzwolone z krzyku chłopców i dziewcząt rozdartych szrapnelami, okaleczonych od kul. Bez rąk, bez nóg, bez pomocy, do których śmierć przychodziła opieszale, kładąc sine cienie na ich oczy i usta, kiedyś kochane i całowane. Zostali tam pod słupem czarnego dymu, bijącego pod niebo bezlitośnie błękitne.

I to było nasze pierwsze wyzwolenie, a potem poprzez różne obozy jenieckie i tzw. komenderówki, czyli obozy pracy, wylądowałyśmy w Oberlangen. W szarym, mokrym obozie za kolczastymi drutami na burej płaszczyźnie zachodniego Oldenburga. Zgiełk, kłębowisko kobiet, odwszalnia, latryny, mokre sienniki na klepisku baraku, poranne apele i władcze rozkazy komendantek. No bo jak wojsko to wojsko. W tym szaleństwie dyscypliny pseudowojskowej była pewna metoda. Utrzymywała nas w jakieś formie i pewnych ryzach. I nie odstępował wiele z nas humor. Ta psychiczna zapora chroniąca od depresji. Oberlangen, jak każdy obóz przedtem i potem, miał też i swój normalny rytm i nurt życia. Plotki, kwasy, obmawianie i omawianie. Wizyty w sąsiednich barakach. Pitraszenie z resztek paczek. Miał też obozową gazetkę i swoisty teatr, wieczorne śpiewy, zawodzenie, zbiorowe modlitwy. Wyrzekania, wspomnienia. Typy kobiet, które tam siedziały, mogłyby posłużyć do głębszej psychoanalizy, gdyby się ktoś wtedy o to pokusił. Ale dziś, po tylu, tylu latach jest na to za późno.

Ryzykowne byłoby stwierdzenie, jakim się szafuje, że wszystkie jak jeden mąż poszłyśmy świadomie na Powstanie, natchnione patriotycznym poczuciem obowiązku. Wiele z nas, jak te przysłowiowe kamienie na szaniec, zostały przypadkowo rzucone w ten wir historii. Historii robionej cudzymi rękami i do dziś, w kolejną rocznicę Powstania Warszawskiego, kwestionowanych. Wieczorne rozmowy na pryczach dawały wiele do myślenia. Były często przyczyną zajadłych dyskusji nad sensem tego, co się stało. Już wtedy. Ale obowiązywał rygor ówczesnego, poprawnego politycznego myślenia. Bóg, honor, ojczyzna i powinność. Niektórym z nas ta sztampa pomagała w przetrwaniu. Inne napełniała goryczą.

Kwiecień 1945 roku był deszczowy. Przed drutami obozu od czasu do czasu pojawiały się niedobitki rozgromionych oddziałów niemieckich. Szli bezładnie, niektórzy o kulach, niektórzy krwią zbroczeni, podpierając się nawzajem. W poszarpanych mundurach. Upiorne widma potwornej armii. Przechodzili opodal kolczastych drutów naszego obozu odprowadzani milczącym spojrzeniem twardych, niewspółczujących, tryumfujących oczu kobiet-jeńców. Niektórzy przystawali i patrzyli na nas oczodołami bez oczu gdzieś głęboko zapadniętych. Może zażenowani.

Koło historii zaczęło się odwracać przed naszymi drutami. W obozie zaczęło się mówić, że nadciąga ku nam jakaś armia. Kanadyjska, brytyjska? Nikomu się nie śniło, że nadciągają pancerni gen. Maczka. Nikt z nas nawet o nich nie słyszał.
I tak nadszedł 14 kwietnia. Cud wyzwolenia przez naszych żołnierzy. Ich zwiastunem był motocyklista kapral Witkowski z II Pułku Pancernego. Galopował prosto na druty. Zadarł motocykl niczym konia i stanął zdumiony tym, co zobaczył. Któraś z nas wrzasnęła: – Kanadyjczyk! Inne krzyczały: – Brytyjczyk! Żadna z nas nie widziała wcześniej munduru koloru khaki. A on okiełznał motocykl i krzyknął: – Polak! Jestem Polak!

A potem wszystko zawirowało. Znalazłam się z wrażenia w błocie. Utytłana po nos i szczęśliwa. Otrzeźwił mnie jeden krzyk radości tłumu kobiet. Potem huk czołgu rozwalającego obozową bramę. Reszta jest już legendą. A każdy dopisywany do niej nowy epizod chyba nie dorówna rzeczywistości, która była jak bajka z happy endem. To wspomnienie po tylu latach i kolejnych rocznicach nie dałoby się już upiększyć. Przeszło nawet fantazję. A dlaczego dziś o tym piszę? Bo znowu przeżywam we wspomnieniach potworności Powstania Warszawskiego, które były moim udziałem.

Gdybym po wojnie wróciła do kraju, pewnie bym się znalazła w „Solidarności”. Raz jeszcze w ruchu oporu. Raz jeszcze wciągnięta weń odruchowo, z nakazu solidarności narodowej. I pewnie znowu roznosiłabym ulotki i biuletyny. I pewnie byłabym znowu gotowa na wszystko. Raz jeszcze na zniewolenie za kratami czy drutami obozu. I smutno mi dziś, kiedy słyszę jazgot medialny, gwizdy, buczenie, kłótnie, poniżenia. Wzajemne oskarżenia, uwłaczające wartościom tego zrywu społecznego. Wyrosłego także na legendzie Armii Krajowej. Zrywu, który przyniósł Polsce niepodległość. Tę wymarzoną, nieziszczoną przez pokolenie Kolumbów. Dzisiaj się raduję i dziękuję „Solidarności” za to, że klęskę naszego Powstania przekuł w zwycięstwo.

Krystyna Cywińska

Dodaj komentarz:
Autor:
Wpisz hasło z obrazka: (małymi literami)


REKLAMA
PODCASTY
...zobacz inne podcasty
ARTERIA
...zobacz archiwum Arterii
REKLAMA
ENGLISH PAGE
...zobacz inne artykuły
ANKIETA
Czy wyjeżdźasz na wakacje do Polski?
liczba głosów: 29216
Tak

24303
83%
Nie

4913
17%
...zobacz archiwum ankiet
WYSZUKIWANE TAGI

Polsport |adwokat rozbój warszawa | łańcuchy nierdzewne | fizjoterapia wodzisław | transport pellet Wodzisław | prasy poziome
zespół muzyczny pszczyna | cyklinowanie Piaseczno | lekarz rodzinny Wodzisław Śląski | medycyna podróży Żory | wizerunek w biznesie śląsk