redakcja@nowyczas.co.uk

wydania archiwalne

reklama

k

szczegóły
..................................

f

wu

travel

london

www.polishminicabs.co.uk

polish bread

Kariera/Praca                              

k

OGŁOSZENIA DROBNE

teraz ogłoszenie do 15 słów
za jedyne 10 funtów + VAT!

  treść

e-mail



ogłoszenia

KALENDARIUM

Piątek, 16 maja, Andrzeja, Szymona
1648 Kozacy rozbili wojska polskie pod Żółtymi Wodami, w pierwszej bitwie stoczonej między wojskami polskimi a Kozakami podczas Powstania Chmielnickiego.
1920 Urodził się Leopold Tyrmand, prozaik, publicysta; popularyzator jazzu w Polsce. Autor powieści „Zły”, „Filip” oraz „Dziennika 1954”.


więcej 

Ludzki odruch >> 

FUNDACJA MALWA

Przez wiele lat osoby upośledzone umysłowo, niezależnie od ich wieku, po utracie swoich opiekunów były umieszczane w domach dla ludzi starych lub psychicznie chorych. Chcąc przeciwdziałać takiej sytuacji i dać swoim dzieciom szanse rozwoju oraz rehabilitacji poprzez pracę, a także nauczyć społeczeństwo lokalne tolelrancji dla osób niepełnosprawnych założono w 1992 roku Fundację MALWA.
    Celem statutowym Fundacji jest wybudowanie w Warszawie Ośrodka Rehabilitacyjno-Opiekuńczego dla osób z niepełnosprawnością intelektualną.

..................................

POMÓŻMY  WOJTKOWI

Społeczność akademicka WAT zwraca się z apelem do wszystkich ludzi dobrej woli, którzy chcieliby wspomóc leczenie i rehabilitację naszego doktoranta Wojciecha Kicińskiego, który uległ tragicznemu wypadkowi
w laboratorium.
Wpłaty na jego rzecz można kierować na numer konta:
41  1240  1037  1111  0010  1321  9362
z dopiskiem:
„Na leczenie i rehabilitację
Wojciecha Kicińskiego”

więcej




Nagroda „Nowego Czasu” dla Pawła Kordaczki
Wojciech Goczkowski

w
fot. Agnieszka Mierzwa

Tegoroczna wiosenna wystawa Stowarzyszenia Polskich Artystów w Wielkiej Brytanii (APA), której otwarcie odbyło się 11 maja w Galerii POSK, miała dla redakcji „Nowego Czasu” charakter wyjątkowy.
    Odpowiadając na zaproszenie Zarządu Stowarzyszenia wystąpiliśmy w nowych i nietypowych  dla nas rolach, konkursowego jury. Jeszcze kilka dni przed otwarciem wystawy wszystko wydawało się łatwe i oczywiste. Artyści przysyłają swoje prace. Organizatorzy aranżują przestrzeń galerii. Przychodzimy i dokonujemy wyboru. W sobotni  wieczór, poprzedzający otwarcie wystawy, kiedy zebrało się redakcyjne jury, ten prosty schemat rozpadł się jak stare krzesło. 
    Wówczas nic już nie było proste i oczywiste. Duża różnorodność tematów i technik (fotografia, malarstwo, rzeźba), nie ułatwiały podjęcia decyzji. Największe jednak trudności sprawiło uzgodnienie wspólnej interpretacji pozornie niewinnego sformułowania „najlepszy obraz”.
    Co będziemy oceniać?  Umiejętności warsztatowe artysty, wartość  tematu? A może po prostu powinniśmy zaufać własnemu oku, które wie co sprawia mu przyjemność i nie potrzebuje żadnych usprawiedliwień dla swojego hedonizmu?  A może poszukać obrazu, który (jakby powiedział Henri Mattisse)  będzie jak wygodny fotel? Albo pójść  tropem witkacowskim i wybrać pracę wywołującą „metafizyczny niepokój”? Ostatecznie postanowiliśmy jednogłośnie,  że nagrodzimy „Tryptyk” autorstwa – jak się później okazało, bo prace nie były jeszcze wtedy podpisane – Pawła Kordaczki.
    Już w trakcie trwania wernisażu okazało się, że wybrany przez nas obraz zdobył  również uznanie  Zarządu Stowarzyszenia, które przyznawało swoją nagrodę temu samemu artyście. To  tylko utwierdziło nas w słuszności podjętej decyzji.
Utrzymana w ciepłej, intensywnej  tonacji kolorystycznej praca Kordaczki oraz swoista dramaturgia kształtów i linii organizujących płaszczyznę płótna przypomina atmosferę obrazów  Francisa Bacona i przywołuje skojarzenia z malarstwem R. Matty z drugiej połowy lat 40.
    Obraz zwraca  uwagę oryginalną interpretacją  tematu Ukrzyżowania. Interesujące wydało się nam,  że  młody artysta  poszukuje możliwości uchwycenia  przeżycia religijnego w formach abstrakcyjnych w odniesieniu do motywu tradycyjnie wyrażanego w języku malarstwa figuratywnego. Tak bezpośrednia manifestacja ikonoklastycznej wrażliwości otwiera pole do dyskusji wokół  kryzysu sztuki sakralnej,  w której wątek współczesnego ikonoklazmu od lat zajmuje znaczące miejsce. Sztuka bezprzedmiotowa niosąca przesłanie religijne i próbująca zastąpić przedstawienia figuralne w kościołach, zdobyła w ostatnich kilkudziesięciu latach wielu zwolenników, ale również nie mniej liczne grono jej krytyków (m.in. Benedykt XVI). Nie rozstrzygamy tego sporu,  a jedynie przedstawiamy go publicznie.
  Niektórzy członkowie jury zwrócili uwagę na nieobecność prac, których autorzy podejmowaliby próbę zapisu  emigracyjnej rzeczywistości. Oglądając wystawę odnosi się wrażenie, że niezależnie od wieku, artyści unikają w swojej twórczości  tematów  społecznych, przylegających do codzienności emigracyjnego życia. Dlatego wciąż otwarty pozostaje problem, który nazwać można by tak: Wieża Babel czy wieża z kości słoniowej? – a więc, czy postawa  wycofania się ze świata ma wystarczające uzasadnienie i może się obronić w okolicznościach stwarzanych przez  wielokulturową cywilizację?


.............................

Stowarzyszeniu Polskich Artystów w Wielkiej Brytanii
Elżbieta Sobolewska

Od kilku lat w Stowarzyszeniu Polskich Artystów w Wielkiej Brytanii (Association of Polish Artists in Great Britain) dzieje się jakby lepiej. APA (tak zwyczajowo określa się ten związek) zmierza w dobrym kierunku – mówią członkowie. Zrzeszenie skupia kilka pokoleń artystów i wciąż dołączają młodzi. Świadczy to o nim dobrze, bo co pokolenie to doświadczenie, to odrębne widzenie i twórczy ferment. Tak mogłoby być. A jak jest? O stowarzyszeniu mówią: Janina Baranowska, Paweł Kordaczka, Wojciech Sobczyński, Agnieszka Handziel i Sławomir Blaton. 

a
fot. Agnieszka Mierzwa

– To jest związek polskich artystów w Wielkiej Brytanii. Nie ma większego, który by nas gromadził – mówi Paweł Kordaczka, należący do najmłodszego pokolenia członków APA, przybyły do Wielkiej Brytanii cztery lata temu. – Ludziom wydaje się, że związek im w czymś pomoże, coś im ułatwi. Otworzy drzwi. Mają prawo mieć takie nadzieje, ale to tylko nadzieje, nic więcej.
    – Spotykamy się od czasu do czasu, organizujemy wystawę i tyle – dodaje Agnieszka Handziel, z tego samego pokolenia.
    – APA została stworzona przez praktykujących malarzy o pewnej reputacji. Skupiali się razem po to, by nie tylko być w grupie podobnie myślących ludzi, ale również by utrzymywać ze sobą kontakty towarzyskie i tak dalej – mówi Wojciech Sobczyński, przebywający na Wyspach od. lat czterdziestych. – Kiedy ja do zrzeszenia doszlusowałem, za namową kilku osób, zauważyłem, że jest to prawie kółko zajęć plastycznych, niedzielna szkółka, a nie związek artystów plastyków. Ten okres prawdziwie twórczy dawno temu się skończył. POSK i jego galeria przez długi czas były oazą dla tego emigracyjnego, polskiego społeczeństwa. W tej chwili świat się otworzył. Polska społeczność w Wielkiej Brytanii nie jest już osaczona, odcięta od swoich korzeni. Teraz więc powinna powstać nowa forma działania – zarówno tego ośrodka, jak i naszego stowarzyszenia.

więcej 

....................................

Ostatnia majówka
Mokołaj Skrzypiec

W niedzielę Zesłania Ducha Świętego na terenie posiadłości Fawley Court w Henley-on-Thames odbyły się coroczne obchody Zielonych Świątek. Do miejsca, które od dekad stanowiło ostoję polskości w Wielkiej Brytanii, przybyło w ten upalny majowy dzień około dwa tysiące osób. Większość z nich zupełnie nieświadoma tego, iż było to być może ostatnie takie spotkanie Polonii w miejscu o jakże wyjątkowej historii. Marianie zakończą swą misję, a posiadłość w Fawley Court zostanie sprzedana za ponad 22 mln funtów. 

 
f
fot. Mikołaj Skrzypiec

Tradycyjna msza święta rozpoczęła się o jedenastej. Odprawiona została przez księży Marianów i ks. biskupa Antoniego Długosza, który wygłosił kazanie. Trwająca kilkanaście minut mowa księdza biskupa napiętnowała oddalanie się Europy od Boga oraz zanik wartości moralnych u wielu z rządzących nią polityków. Tradycje bliskie każdemu katolikowi powinny być częścią europejskiej konstytucji, a odwołanie do Boga powinno znaleźć się w jej preambule – grzmiał z ambony biskup Długosz. Niech zstąpi Duch Święty i odmieni oblicze ziemi, tej ziemi! – wołał z ołtarza polowego przed kościółkiem św. Anny, cytując słynne słowa Jana Pawła II.
    Pod koniec mszy świętej głos zabrał ksiądz Wojciech Jasiński. Podziękował najpierw najważniejszym ze zgromadzonych: goście honorowi tego dnia to jedynie przedstawiciele polskich władz w Wielkiej Brytanii – ambasador Barbara Tuge-Erecińska oraz konsul RP Robert Rusiecki wraz z małżonką. Przedstawicieli organizacji emigracyjnych w tym roku zabrakło. Nie było też ostatniego prezydenta II RP Ryszarda Kaczorowskiego, ani rektora Polskiej Misji Katolickiej ks. Tadeusza Kukli. Wielebny ojciec podziękował również wszystkim innym za przybycie oraz za pracę zaangażowanym w organizację tegorocznych obchodów: pomocnikom mariańskim, siostrom zakonnym, chórzystkom, paniom kucharkom, kwiaciarkom, wolontariuszom. Wszystkim tym, których bezinteresowna pomoc umożliwiła celebrację święta.

więcej 

PETYCJA PRZECIWKO SPRZEDAŻY FAWLEY COURT

My, niżej podpisani, chcemy zaprotestować przeciwko sprzedaży Fawley Court przez Księży Marianów. W dużej mierze zakupiony i wspierany finansowo przez kilka pokoleń polskiej społeczności w Wielkiej Brytanii, Fawley Court jest symbolem naszej obecności w tym kraju. Jest miejscem, z którym związana jest polska i katolicka tożsamość kilku pokoleń emigracyjnych. Jest miejscem, które służyło i może w dalszym ciągu służyć wychowaniu młodzieży polonijnej w duchu patriotycznym. I wreszcie jest miejscem, z którego my, Polacy zamieszkali w tym kraju, możemy być dumni.
   

więcej 

..................................

Made in Yass

Elżbieta Sobolewska

y

fot.Grzegorz Lepiarz

13 maja Tymon Tymański zanotował w swoim blogu: „Przed nami znakomity koncert zagrał tercet Pink Freud: chłopcy grali tak, że wszystkim pospadały buty. Jako że nasz trębacz Ziutek Gralak nie doleciał do mety, poprosiliśmy Tomka Ziętka z Freuda, żeby go zastąpił. Dość śmieszna sytuacja – do trójki gości dołącza dwóch saksofonistów oraz gitarzysta i od tej pory stanowią nowy skład, który nazywa się Tymański Yass Ensemble. Grało się bardzo dobrze – w dużej mierze za sprawą ludzi, którzy przyszli na koncert. Już tak jest, że dobry wykon współtworzy dobra publiczność. Jeśli ludzie wiedzą, czego chcą, jeśli zależy im na muzyce – zagrasz dobrze, nawet jeśli dopiero wyszedłeś ze szpitala, ze zgięcia łokcia sterczy ci wenflon, a z nosa wystaje plastikowa rurka. Poszło chyba z pięćdziesiąt płyt, które ze sobą przywieźliśmy. Polski Londku, wielkie dzięki.” www.tymontymanski.bloog.pl
    Wielkie dzięki dla Megayogi, dwuosobowej agencji koncertowej z Londynu, która zaprosiła do klubu Cargo kolektyw Tymona Tymańskiego & Pink Freud. Choć muzycy z jednej grupy przeniknęli do drugiej, to jednak brzmienie zespołów zachowało własną odrębność. „Gra jazz” zawołał do kolegów saksofonista Irek Wojtczak i był to najlepszy jazz, jaki słyszałam ostatnio w wykonaniu polskich muzyków w Londynie. Ostatnio czyli od wielu miesięcy, bo rzadko nasi organizatorzy decydują się na tak niszowy gatunek, na którym nie bardzo można przecież zarobić.
    New Polish Jazz – pod takim szyldem zagrały zespoły z trójmiejskimi korzeniami. Biorąc pod uwagę znaną na świecie markę starego Polish Jazz, pod którą płyty wydawali nasi najlepsi jazzmani, było to bardzo trafne nawiązanie. Zaryzykuję tezę, że teraz Yass Ensemble i Pink Freud brzmią tak samo odkrywczo i świeżo jak przed laty Namysłowski, Young Power czy Urbaniak. Yass czyli mieszanka rocka, improwizacji i folku, to określenie autorstwa Tymona. Zaszufladkował w nim postmodernistyczny efekt łączenia stylów, którym u progu lat 90.  bulwersowali polskiego kołtuna krytyki muzycznej.
    Eklektyzm bywa kiczem, w ich przypadku jest wprost przeciwnie. Pink Freud grają w sposób bardzo zdyscyplinowany, kontrolują swe improwizacyjne zachcianki, co wynika z twórczej dojrzałości. To myśl panuje nad dźwiękiem a nie na odwrót. Potrafią uzyskać zdrowy balans, nie ma mowy o nudzie. Nie jest to jednak muzyka ugrzeczniona, jakieś standardowo brzmiące badziewie, lecz elektryzująca dawka szalenie rytmicznego, pulsującego grania, gdzie niepodzielnie rządzi jazz, choć powstały na bazie rocka. Skład Tymona, który na ten wieczór wypożyczył sobie chłopców z Pink Freud, siłę wielości dźwięków w ilości instrumentów przekuł w jakość nastrojów, nawiązań, solówek i ogólnej zabawy muzyką. Ale jak to grało! Śliczny chaos, free jazzowy łoskot przeradzał się w solidny walking Mazolewskiego, który ze wsparciem Kuby Staruszkiewicza na perkusji dawał reszcie okazję do bajerowania na saksofonie, trąbce, gitarze, flecie. A potem nagle powrót do szczątkowej melodii. Klaskać się nie chciało, żeby nie kraść czasu, w którym coś by jeszcze można było usłyszeć.


..................................

Stadionowe historie
Paweł Rosolski

s
fot: Paweł Rosolski

Czerwiec 2005.

Poznań

Przede mną kilkadziesiąt betonowych schodów do pokonania. Po obu stronach wspinaczki nadgryziona zębem czasu tzw. zieleń miejska. Co krok wyblakła puszka po piwie, resztki, pamiętającej chyba każdą ulewę w ostatniej dekadzie, gazety lokalnej a nawet zasznurowany but „wyjściowy”, który wyszedł z mody jakieś piętnaście lat temu. Byłem tu nie raz. W ręku Konica-Minolta bo za dziesięć lat nikt mi nie uwierzy. Po chwili zdobywam koronę stadionu im. Edmunda Szyca (dawniej 22 lipca). Nazwa i tak jest bez znaczenia – zapomniany relikt przeszłości, chociaż nie tak odległej bo powstał w połowie XX wieku, wciąż czeka na wykonanie wyroku, który zapadł już dawno temu. W samym centrum 600 tysięcznego Poznania wciąż stoi 50 tysięczny obiekt sportowy, który jeszcze dwadzieścia lat temu tętnił życiem podczas rodzinnych festynów minionego systemu. Architektura stadionu niezmiennie taka sama jak w Pile, Zabrzu czy Lesznie. Wały ziemne, usypane z mozolnie dowożonego miesiącami piasku. Pośrodku tunel wjazdowy wykonany zapewne na kolejne dożynki lub na przywitanie kolarzy uczestniczących w „kultowym” wyścigu pokoju. Centrum prasowe na głównej trybunie juz dawno zamienione w ruinę. Trybuny bardziej przypominające lasy południowej Polski...

więcej 

..................................

Podglądanie wszechświata
Elżbieta Sobolewska

Tak brzmi tytuł ostatniej książki duchownego i naukowca, księdza profesora Michała Hellera, z którym przeszło dwustu słuchaczy przez półtorej godziny podglądało wszechświat z sali parafialnej pod kościołem na Devonii.

kh

Fot. Grzegorz Lepiarz

W bardzo zatłoczonej sali, wypada dodać, gdzie nikt nie przejmował się regułami „higieny i bezpieczeństwa”, nikogo więc nie wyprosił, a wręcz nalegał, by wchodzili i słuchali, bo tak niezwykłe spotkania zdarzają się rzadko. Wykład dawał bowiem laureat niezwykle prestiżowej Nagrody Templetona, którą nazajutrz miał odebrać z rąk małżonka królowej Elżbiety II, księcia Filipa w pałacu Buckingham. Spotkanie na Devonii zorganizowała Polska Misja Katolicka.
    Sir John Templeton jest niezwykle bogatym człowiekiem, przedsiębiorcą i filantropem, który pasjonuje się zagadnieniami z pogranicza nauki i religii, a fundacja, którą stworzył w 1972 roku, jest tylko jednym z elementów jego pożytecznej działalności.
    Fundacja Templetona, wyróżniła polskiego filozofa, teologa i naukowca za jego nadzwyczajny wkład w budowanie dialogu pomiędzy nauką a religią. Jak powiedział podczas wręczenia  nagrody sam sir John: „Profesor Heller przekonująco wykazał, iż badania naukowe i dociekania teologiczne mogą harmonijnie oddziaływać na siebie nie wykluczając się wzajemnie”.    
    Ksiądz Heller, zapytany przez kogoś po wykładzie o uroczystość wręczenia nagrody, krótko wyjaśnił: – Według instrukcji, które otrzymałem, książę weźmie ze stołu insygnia tej nagrody i kopertę z czekiem i mi je wręczy. Milionerem będę jednak tylko przez chwilę, bo nagroda ma już swoje przeznaczenie. Zostanie wpłacona na rzecz utworzenia w Krakowie Centrum Kopernika, które będzie zajmowało się relacjami nauki i religii jako dyscypliną akademicką.
    Wszyscy wiedzieli na co profesor Heller zamierza wydać swoje pieniądze, jednak tuż po tej deklaracji zabrzmiały potężne, spontaniczne brawa, bo równocześnie wszyscy zdajemy sobie sprawę, jak bardzo cierpi wiecznie niedofinansowana polska nauka, która choć może poszczycić się wybitnymi umysłami, nie może jednak zagwarantować im niezbędnych narzędzi i środków finansowych umożliwiających rozwój.  Pieniądze, które otrzymał ks. Heller – 820 tysięcy funtów, pozwolą zapoczątkować tworzenie Centrum Kopernika, lecz nie sfinansują go w całości. Jest jednak szansa, że Fundacja wesprze jego powstawanie, podobnie jak pomogła dwóm innym podobnym ośrodkom powstałym przy Uniwersytetach Cambridge i Oxford.
    Podziękowania za taki gest, były jednak na końcu, najpierw wysłuchaliśmy historii powstania wszechświata w pigułce i to, o dziwo, lekkostrawnej. Słowo wspomagał obraz wyświetlony na ścianie podkościelnej sali, która na moment zmieniła się w uczelnianą aulę. Trudno jest mówić o Wielkim Wybuchu i o galaktyce, której jesteśmy jedyną jako tako zbadaną częścią, językiem zrozumiałym dla zwykłych zjadaczy chleba. Zjawiska, które przedstawił nam ksiądz Heller, są bowiem opisane żargonem naukowych pojęć, zrozumiałych dla niewielu.
    Umiejętność przetłumaczenia ich na polski jest właściwa tylko tym, którzy posiedli pełnię wiedzy na dany temat, wiedzy przetrawionej i przefiltrowanej przez dziesiątki wykładów i publikacji. Ks. Heller nie tylko był zrozumiały. Był również dowcipny, wyświetlając nam na ścianie długaśny, hieroglificzny wzór na stworzenie wszechświata, czyli rozbudowaną teorię Einsteina i wyjaśniając, że Bóg musiał liczyć właśnie jakoś w ten sposób... Dla wytłumaczenia kosmicznych wypadków potrafił użyć skojarzenia zaczerpniętego z tu i teraz, z życia codziennego przyziemnych spraw wielkich małych ludzi.
    – Kupiłaś książkę? – zapytał szeptem swoją dziewczynę siedzący obok mnie na stole przy ścianie chłopak.
– Nie kupiłam, bo wszystkie już wykupili – odparła zdziwiona tym faktem dziewczyna. Książki profesora zniknęły, chociaż nie są już tak lekko przyswajalne jak wykład, którego wysłuchaliśmy. – Przeczytałam wstęp, dalej nie rozumiem, ale czytam – mówiła wcześniej ta sama dziewczyna. Czy Hellera się czyta, należałoby zapytać księgarzy, ale akcja wykupienia, „przemawia na korzyść tej tezy”, by użyć języka adekwatnego do sytuacji.
    Ksiądz Heller wciąż mieszka w bloku w centrum Tarnowa. Często celebruje msze św. i głosi kazania w kościele pod wezwaniem św. Maksymiliana. Przynajmniej tak było do zeszłej niedzieli.

...............................

Ks. prof. Michał Heller urodził się w 1936 roku, w Tarnowie. Wywieziony z rodziną na Syberię, powrócił do tego miasta rok po zakończeniu wojny. Tam zrobił maturę i w 1953 roku rozpoczął studia w tarnowskim Instytucie Teologicznym. Kiedy je skończył, przyjął święcenia kapłańskie. W tym czasie rozpoczął również studia na Wydziale Filozofii Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. W 1966 roku obronił na tej uczelni doktorat z kosmologii relatywistycznej. Był wolnym słuchaczem na Wydziale Fizyki Uniwersytetu Jagiellońskiego. Od 1981 roku jest członkiem Obserwatorium Watykańskiego. W 1985 roku otrzymał tytuł profesora filozofii Papieskiej Akademii Teologicznej w Krakowie. Członek Papieskiej Akademii Nauk, organizator Krakowskiej Grupy Kosmologicznej. Obecnie jest również kierownikiem Ośrodka Badań Interdyscyplinarnych w Krakowie. Autor kilkudziesięciu książek matematyczno-fizycznych i kosmologicznych. Członek międzynarodowych stowarzyszeń naukowych. Tegoroczny laureat Nagrody Templetona. Nadal mieszka w Tarnowie. 

.................................


Trzeźwa komunikacja
Paweł Rosolski


Wprowadzenie nowych przepisów mających na celu poprawienie bezpieczeństwa w środkach komunikacji miejskiej zapowiedział nowo wybrany burmistrz Londynu Boris Johnson. Od 1 czerwca 2008 roku ma zacząć obowiązywać całkowity zakaz spożywania alkoholu w metrze, autobusach i pociągach DLR, jak również na peronach londyńskich stacji.


Na łamach prasy nowo wybrany burmistrz oświadczył: – Jestem zdeterminowany w dążeniu do poprawienia bezpieczeństwa w środkach komunikacji miejskiej. Wierzę, że zaczynając od wprowadzenia tych przepisów rozpoczniemy proces systematycznej poprawy komfortu podróżowania dla wielu londyńczyków, a w niedługiej przyszłości doprowadzimy również do spadku przestępczości w środkach transportu publicznego.

Zmiany w przepisach były konsultowane z londyńską policją oraz pracownikami British Transport Police i uzyskały ich zdecydowaną aprobatę. W przeciągu następnego miesiąca podjętych zostanie szereg działań mających na celu zalegalizowanie nowych przepisów. 7 maja pojawią się plakaty informujące o zmianie przepisów.
Peter Hardy z Transport for London przyznał, że od samego początku ściśle współpracuje z zespołem  Borisa Johnsona i jest przekonany, że przewidywane zmiany zostaną entuzjastycznie przyjęte przez regularnych użytkowników londyńskiego metra i autobusów.
Również Don Shenker, dyrektor wykonawczy Alcohol Concern przyznał, że jego organizacja z zadowoleniem przyjęła pierwsze postanowienia nowego burmistrza. Według niego, publiczne picie alkoholu negatywnie oddziałuje zarówno na pasażerów jak i pracowników transportu publicznego,  a wprowadzenie nowych przepisów będzie czytelnym przesłaniem, że picie alkoholu w miejscu publicznym jest społecznie nieakceptowane.
Cieszy pospolite ruszenie i zapał, z jakim podeszły do sprawy nowe władze Londynu. Ciekawą rzeczą jest natomiast fakt, że potrzeba było nowego burmistrza, aby wprowadzić tak oczywiste zmiany w przepisach, które dotyczą niemal każdego mieszkańca stolicy. Być może niedługo z londyńskiego metra zniknie obraz schowanego pod kapturem nastolatka, trzymającego w ręku butelkę piwa zawiniętą w reklamówkę jednego z supermarketów, a pusta puszka po Tyskim nie będzie już z hałasem pokonywała kilometrów tocząc się po podłodze autobusu.

..................................

Oko w oko z historią
Wojciech Goczkowski

Gdyby przeprowadzono ankietę mającą wyłonić najbardziej kontrowersyjną polską instytucję kulturalną w Londynie, wydaje mi się, że POSK zająłby pierwsze miejsce na liście organizacji, które potrafią prowokować całkowicie skrajne opinie. Na skali emocji, jakie wywołuje ta instytucja znajdują się chyba wszystkie odcienie zachwytu, jak i... – postarajmy się ująć rzecz elegancko i eufemistycznie – awersji. 

poskutkowalo

Nie mam wystarczających kompetencji ani wiedzy, dotyczącej działalności tej instytucji, abym mógł dokonywać kategorycznej oceny. Nie taki jest zresztą cel tego tekstu. Napiszę o rzeczy dużo ważniejszej. Na początku jednak chciałbym zachęcić czytelników, jeśli nie do porzucenia uprzedzeń i niechęci do Polskiego Ośrodka Społeczno-Kulturalnego,  to przynajmniej wzięcia ich w nawias w trakcie lektury, ponieważ inicjatywa, o której chcę opowiedzieć zasługuje na uwagę oczyszczoną ze stereotypów i antypatii. Dzieją się dobre rzeczy w POSK-u!
    Czy Historia może nas czegoś nauczyć? Przecież gdyby wiedza o przeszłości miała jakąś wychowawczą czy choćby perswazyjną moc, jednostki nie popełniałyby  błędów swoich rodziców, a przyszłość państw i narodów moglibyśmy złożyć w ręce historyków i archiwistów. Po co zbierać stare papiery i niefunkcjonalne meble? Dlaczego oglądać się w przeszłość? Czyż nie lepiej wybrać przyszłość?
    Wszystkie te pytania, zadawane często przez młodzież, przypomniałem sobie, kiedy zwiedzałem kolekcję POSK-u – zbiory złożone ze spadkowych darowizn rodzin Gray, Motz, Zawadzki, Lurczyński, Eisler. Wokół mnie obrazy, meble, książki i dokumenty. Niezwykła to kolekcja. Ocena jej wartości artystycznej i przydatności do badań historycznych jest dopiero przed nami, ale już dzisiaj można powiedzieć, że ekspozycja pełni ważną, trudną do przecenienia funkcję edukacyjną i informacyjną. Odwiedzają  ją  grupy młodzieży i goście POSK-u, bywa, że znani brytyjscy politycy jak Ken Livingstone czy Boris Johnson. Jest to jedno z nielicznych miejsc w Londynie,  gdzie można poznawać polską historię  ostatnich sześćdziesięciu lat w konwencji muzealnej wystawy. Kolekcja jest wciąż powiększana o nowe eksponaty, a jej organizatorzy pracują nad udoskonaleniem technik prezentacji. W przyszłości planują  wprowadzić prezentacje multimedialne i opracowują katalog zbiorów dostępny dla zwiedzających.  
    Koncepcja ekspozycji zakłada rozbudowywanie dwóch zasadniczych wątków. Pierwszy opowiada o wydarzeniach historycznych poprzez pamiątki pozostawione przez  Polaków żyjących na emigracji, którzy stali się częścią historii zarówno Polski, jak i Wielkiej Brytanii. Jest to świat widziany z perspektywy generałów i ambasadorów. Historia pisana z dużej litery, którą możemy znaleźć w szkolnych podręcznikach.
    Drugi wątek ukazuje losy zwykłych ludzi. W podręcznikach nie odnajdziemy ich doświadczenia. Często jednak to właśnie życie takich ludzi okazuje się dla nas ciekawsze i bliższe naszemu osobistemu doświadczeniu, niż opisy i syntezy procesów historycznych. Wówczas dochodzi do spotkania z historią oko w oko i pojawia się możliwość zbliżenia pokoleń. Dlatego miejsca takie jak POSK i jego kolekcja, która powinna przekształcić się  w muzeum,  mają ważną  rolę do spełnienia. Szczególnie dzisiaj, kiedy powiększająca się społeczność polska na emigracji traci Fawley Court i zbiory księdza Józefa Jarzębowskiego. Powstałe puste miejsce należy zapełnić. Kolekcja POSK-u stwarza taką szansę.
    Ponieważ nawet jeśli często pozostajemy obojętni na pouczenia płynące z doświadczeń poprzednich pokoleń (wiem, że niektórzy mają trudności z połączeniem prostych faktów z przeszłości z teraźniejszością i przyszłością),  to zawsze pozostaje odwołanie się do uczucia wdzięczności wobec pokolenia, które okazało wyjątkową gotowość poświęcenia i służenia ojczyźnie w okolicznościach nieporównywalnych z niczym, co w historii Europy wydarzyło się dotychczas. Wdzięczność  ta wymaga jedynie dostrzeżenia „którędy przebiega dział pokoleń między tymi, którzy nie dopłacili, a tymi, co musieli nadpłacać?” i „po której jesteśmy stronie?” (Jan Paweł II, Myśląc Ojczyzna).
    Kolekcja POSK-u pozwala uświadomić sobie tę linię podziału między pokoleniami i przywraca pamięć o tych, którzy niewątpliwie „nadpłacili” walcząc o wolność i możliwość zachowania narodowej tożsamości.

..................................

reportaż >>

Kariera frajera
Paweł Rosolski

Marek przyjechał na Wyspy w drugiej połowie 2005 roku. Jak wielu z „naszych” w ostatnich latach. Jednak jak niewielu z „naszych” wcale nie musiał tego robić. Tutaj też nietypowo zaczynał – jego dziewczyna miała już pracę z polecenia, więc o start nie musieli się martwić. Oboje po studiach, z bagażem doświadczeń i pełnym prawem do zapisania nowej, wyspiarskiej karty w swoim życiorysie. Biegły angielski dawał im przewagę na starcie. Jak miało się okazać kilka lat później, dla nas język to rzecz najważniejsza, dla wielu Anglików to zdecydowanie za mało...
   
k


Marek zakładał, że zostanie tu co najwyżej cztery miesiące. Anglia od lat nie jest już krajem (jak się wciąż wydaje tym, którzy jeszcze tu nie dotarli), w którym pracodawcy czekają na przybyszów z Kontynentu z otwartymi rękami. Potrzebna jest odrobina szczęścia i tzw. perfect timing. Markowi się powiodło – po tygodniu poszukiwań znalazł pub w londyńskiej dzielnicy uznawanej za oazę spokoju, gdzie akurat zwalniały się etaty. Po szybkiej, konkretnej rozmowie z managerem, na „ładne oczy”, bez doświadczenia, wskoczył za bar nie mając pojęcia czym się różni lager od ale, czy też gin od sherry.

więcej 

..................................

Przerwane milczenie

Aleksandra Łojek-Magdziarz

Byli ekstremiści islamscy założyli think-tank, ośrodek badawczy, którego celem będzie walka z radykalizacją młodych brytyjskich muzułmanów, wykorzystywaniem islamu dla celów politycznych, ideologizowaniem go i islamizmem. Ośrodek ów jest odpowiedzią na częste zarzuty niemuzułmanów, że nie widać wysiłkuze strony najbardziej zainteresowanych, by zmierzyć się z radykalizmem.

m
Rys. Jim McCluskey
    
W ubiegłym tygodniu w British Museum odbyła się uroczysta inauguracja nowej organizacji – Fundacji Quilliam. Ponieważ było to wydarzenie na skalę światową, przybyły media z wszystkich stron świata i muzułmanie różnych sekt.

Niedoszli terroryści przeciwko islamizmowi

Przewodniczącym Fundacji Quilliam został były członek Hizb-ut-Tahrir (organizacji uważanej w wielu krajach świata, poza Wielką Brytanią, za organizację terrorystyczną), Majid Nawaz, który spędził cztery lata w egipskim więzieniu, poddawany  systematycznym torturom. Zastępcą Nawaza został Ed Husain, autor bestsellera The Islamist: Why I Joined Radical Islam in Britain, What I Saw Inside and Why I Left, który w czasie swojej  burzliwej młodości rekrutował  rówieśników do radykalnych organizacji islamistycznych, mających na celu utworzenie państwa islamskiego i walkę z niewiernymi.
    – Jesteśmy przeciwko islamizmowi, bo w nim tkwiliśmy i uważamy, ze najskuteczniejszą walką z radykalizacją młodych muzułmanów będzie pokazanie im, czego powinni unikać, jak zdradziecka jest droga islamizmu. Poza tym ważne jest, by zrozumieli, że nie ma żadnej sprzeczności w byciu muzułmaninem i Brytyjczykiem, muzułmaninem i Pakistańczykiem, itd.


więcej 

..................................


cytatPolska w siatkówce nie tylko męskiej i żeńskiej, ale w każdej innej może osiągnąć sukces


Kazimierz Marcinkiewicz
..................................

emigracja >>

Tam i z powrotem
Mikołaj Skrzypiec

Institute of Public Policy Research (IPPR) opublikował najnowszy raport co do liczby imigrantów zarobkowych z Europy Środkowo-Wschodniej. Wynika z niego, iż około pół miliona osób, które przyjechały do Wielkiej Brytanii  w 2004 roku, powróciło już do swoich krajów. To nie oznacza jednak gwałtownego spadku ich liczby na Wyspach – co roku wciąż przyjeżdżają tu wielkie rzesze innych.


   Około miliona imigrantów przybyło na Wyspy między rokiem 2004 a 2007, to dane, które w swoim raporcie podaje IPPR. Jest to pierwsze tak duże opracowanie zawierające bardzo dokładne dane co do liczby imigrantów. Wcześniejsze, w szczególności rządowe dane rozmijały się z prawdą, począwszy od przewidywanych w 2004 roku kilkunastu tysiącach ludzi (o których mówił rząd Blaira przed naszym wstąpieniem do Unii), na danych z Home Office kończąc (dwa lata temu podawano liczbę około 300 tys.).
Według IPPR nadal bardzo trudno jest oszacować dokładną liczbę pracowników z nowej Unii Europejskiej: żadna inna grupa społeczna nie cechuje się bowiem taką mobilnością. Pracowników z Polski, Litwy czy innych krajów znajdziemy dziś w każdym praktycznie zakątku Wielkiej Brytanii. To zdaniem autorów raportu zupełnie nowe zjawisko, które nazwano supermobility. Opisuje ono skłonność imigrantów do poszukiwania pracy bez oglądania się na to, gdzie ta praca się znajduje. Częste przeprowadzki są jednym z elementów życia na Wyspie, podobnie jak przemieszczanie się między krajem rodzinnym a Wielką Brytanią – wynika z danych raportu.
Raport podaje bardzo dużo danych dotyczących przemieszczania się imigrantów w ostatnich latach. Wynika z nich, iż imigranci wciąż przyjeżdżają na Wyspy (168 tys. w drugiej połowie 2006) jednakże stopniowo liczby te zmniejszają się – przyjeżdża nas co roku coraz mniej (137 tys. w pierwszej połowie 2007). 541 tys. imigrantów wyjechało między 2004 i 2007 rokiem, a ogólna liczba imigrantów to około 665 tys. ludzi.
Autorzy raportu przy jego opracowywaniu posłużyli się m.in. danymi przewoźników, linii lotniczych i operatorów lotnisk. Ze zgromadzonych danych dowiadujemy się np., iż w grudniu 2004 roku ruch pasażerów między Warszawą i Krakowem a trzema miastami w Wielkiej Brytanii wyniósł 40 tys. pasażerów. W grudniu 2007 roku liczba ta zwiększyła się do 385 tys.



Lepiej o Polakach w The Sun

Dziennik „The Sun” opublikował ostatnio dwa artykuły o imigracji zarobkowej w Wielkiej Brytanii. 24 kwietnia ukazała się relacja z Boston w Lincolnshire, gdzie jeden na czterech mieszkańców jest imigrantem. Kolejna, z 29 kwietnia, opisuje historię małżeństwa Polaków, którzy przyjechali do Anglii w 2004 roku.


s

Ton w obydwu artykułach jest niecodzienny dla The Sun, gdyż ich autor opisuje Polaków i inne mniejszości w dużo przychylniejszych słowach. Nie ma już mowy o wykorzystywaniu systemu opieki zdrowotnej, pobieraniu zasiłków, do których nie mamy prawa, czy zwiększaniu się  liczby przestępstw z powodu naszej obecności. Wręcz przeciwnie, nowi mieszkańcy Bostonu pokazani są jako z reguły ciężko pracujący ludzie, którzy nie tylko przyczyniają się do rozwoju miasta, ale stają się coraz szybciej jego integralną niemalże częścią. 

Czytając artykuł uważnie, można by dojść do wniosku, iż redakcja The Sun obrała zupełnie inny ton retoryki, ukazując nas jako całkiem porządnych ludzi. Rysuje się zatem obraz „dobrego imigranta”, takiego jak opisany we wtorkowym The Sun, Piotr Szepsel. Cztery lata temu przybył  on z żoną na Wyspy, gdy Polska wstąpiła do Unii Europejskiej. Kiedy otwarto dla nas granice Wielkiej Brytanii, The Sun alarmował o spodziewanym zalewie tysięcy ludzi z krajów nowej Unii. Piotr był jednym z nich. Gazeta opisywała wtedy katastrofalny stan polskiej gospodarki, niskie pensje oraz powody, dla których ludzie tacy jak Piotr z małżonką postanowili wyjechać. Dziennikarze tabloidu śledzili przyjazd Polaków od ich wyjazdu z rodzinnego Krakowa, do osiedlenia się na dobre w Anglii. Cztery lata później czytelnicy mają okazję ponownie zobaczyć rodzinę pana Szepsela i ich asymilację w Wielkiej Brytanii. Tym razem Polacy zostali pokazani bardzo pozytywnie. Pracowici i wartościowi mieszkańcy Anglii, którzy w pełni wtapiają się w tutejsze warunki, pomimo niełatwego życia. Dodatkowo, sposób przedstawienia Piotra i jego rodziny z pewnością trafi do przeciętnego czytelnika The Sun: w artykule jest mowa o futbolu (Piotr to wierny kibic Arsenalu) i angielskich śniadaniach, które Piotr uwielbia. Do tego jasno i zdecydowanie zaznaczono, iż nie pobiera on zasiłków, a wszystkie jego zarobki to rezultat ciężkiej pracy.
Trudno mówić, jak na razie, o definitywnym  końcu złej prasy, jaką tabloidy z zacięciem zapewniają nam od kilku lat, należy jednak odnotować pierwsze zmiany. To zupełnie nowy styl opisywania zjawiska imigracji zarobkowej ostatnich lat, niewątpliwie bliższy prawdzie i bardziej nam przychylny. Być może jest to rezultat protestu Zjednoczenia Polskiego, jaki rzecznik prasowy tej organizacji Wiktor Moszczyński złożył do Press Complains Commission, podając liczne przykłady stronniczego i negatywnego opisywania Polaków przez Daily Mail. Być może redaktorzy The Sun postanowili sami stonować retorykę i zmienić politykę pisma. Pozostaje żywić nadzieję, że inne tabloidy pójdą w stronę tonu artykułów z The Sun.


..................................


Opowieść katyńska Andrzeja Wajdy
Grzegorz Małkiewicz

Czy podobał ci się film?  – padło sakramentalne pytanie po niedzielnej projekcji Katynia, która dzięki wysiłkom konsula Generalnego RP Roberta Rusieckiego i przewodniczącego Stowarzyszenia Rodzin Katyńskich na Zachodzie Andrzeja Polniaszka odbyła się w londyńskim Prince Charles Cinema w dniu uroczystości przy Pomniku Katyńskim na Cmentarzu Gunnesbury.
    Nie potrafiłem odpowiedzieć, a w zasadzie zaniemówiłem. Jak to podobał? Ten film uderza tak mocno, że jakakolwiek refleksja estetyczna jest niemożliwa. Chyba że ktoś tak bardzo poczuwa się do roli zawodowego recenzenta, że musi, i z tego musu opowiada zwykłe bzdury.
    Słyszałem i czytałem sporo takich komentarzy, zanim zobaczyłem film, a mając coraz bardziej krytyczny stosunek do całokształtu twórczości Andrzeja Wajdy, byłem przygotowany na rozczarowanie. Teatralny i sentymentalny obraz największej naszej tragedii XX wieku – tego się spodziewałem. Naszej tragedii, bo zbrodnia na elicie naszego społeczeństwa dokonana przez Sowietów wymierzona była w nas wszystkich, w cały naród.  Miałem niepokój, bo nie można o tej tragedii opowiadać w konwencji „Panien z Wilka”.
    Od pierwszych kadrów nie pojawiła się jednak ani chwila, w której mógłbym pielęgnować swoje uprzedzenia, refleksję historyczną czy estetyczną. Film powala swoją bezkompromisową potrzebą dotarcia do prawdy. I nie jest to tylko prawda o Katyniu, którą po pięćdziesięciu latach kłamstwa i przyzwolenia na kłamstwo poznaliśmy. To był wysiłek reżysera, twórcy, który zmagał się ze swoim życiem, ze swoją pamięcią, swoim losem. Stworzone przez niego postaci na tle rzeczywistych wydarzeń prowadzą nas przez golgotę indywidualnego życia.
    Każda  partia dialogowa była  wyznaniem artysty, zapisem jego dramatów i goryczy podjętych wyborów. Zapisem idywidualnych tragedii. „Życiorys ma się tylko jeden” – brzmiało heroiczne wyznanie młodego człowieka, który ubiegając się o miejsce w szkole w swoim curriculum vitae napisał, że ojciec zginął w Katyniu zamordowany przez Sowietów. Takiej wersji idąca zgodnie z linią partii dyrektorka szkoły przyjąć nie mogła. Zdolny uczeń mógł się do szkoły dostać bez problemu, wystarczyło zmienić tylko słowo w swoim życiorysie. Zapisu tego jednak nie zmienił. Jeszcze tylko przez ułamek dnia ta niezłomność dodawała mu sił, ale koniec tej drogi był nieubłagany. Zginął podczas próby aresztowania.
    Andrzej Wajda był w podobnej sytuacji. Wielu jego krytyków, bardziej politycznych niż artystycznych, wypomina mu swego rodzaju politykę ugody z komunistami, czyli mordercami jego ojca. Czy podobna sytuacja w jego życiu, w której zachował się inaczej, była początkiem tej „ugody”? Powiedzieć w być może swoim ostatnim filmie „życiorys ma się tylko jeden”, w związku z tym doświadczeniem, to najbardziej bolesny rachunek sumienia.
    „Jak to jest – zastanawiał się Józef Mackiewicz – że Niemcy robili z nas bohaterów, a Sowieci gówno?”. Film penetruje i tę prawdę. O to również niektórzy krytycy mieli pretensje do reżysera, a konkretnie, że wprowadzał w swoją opowieść o morderstwie katyńskim niepotrzebne wątki.
    Mord katyński był początkiem czasów zniewolenia i nikomu wcześniej w takim skrócie nie udało się pokazać tego okresu. Ale też i czasów późniejszych, a nawet i współczesnych. „ Ja myślę podobnie” – broni swojej postawy jeden z bohaterów. „To nieważne, co myślisz, ważne, co robisz” – słyszy w odpowiedzi. Wszyscy uczestniczyliśmy w kłamstwie katyńskim. Wajda dokonuje rozrachunku z własnym życiorysem, ale nie oszczędza także i nas. Niezłomni zginęli, inni, którym dopisało szczęście i z nieludzkiej ziemi wyszli z generałem Andersem, uniknęli po drugiej stronie „żelaznej kurtyny” trudnych dylematów. „Co pan robi w tym mundurze? – Nie zdążyłem do Armii Andersa.” – takie proste wyjaśnienie składa porucznik Jerzy, którego ocalił los, po to, żeby go w końcu zniszczyć. W jego przypadku wyjściem z zakłamania jest samobójcza śmierć – tak między innymi kończyli niezłomni w komunistycznej Polsce. Kończyli też katowani w ubeckich więzieniach, jak  Agnieszka, siostra pilota zamordowanego w Katyniu, któremu chciała oddać hołd płytą nagrobną. Niezłomni w PRL-u nie przeżyli.
    Prawdę historyczną poznaliśmy wcześniej. Można ją oczywiście na różne sposoby fabularyzować. Wajda tego nie zrobił, bo ważniejsza dla niego była prawda związana z mordem katyńskim, ale jeszcze nie ujawniona – prawda osobista. I to jest najbardziej powalające w tym filmie – myślę, że w równym stopniu dla twórcy, jak i widza. Nie ma większego wyzwania w sztuce, i nie każdy, kto uważa, że sztukę tworzy, jest temu w stanie sprostać.
    Podziwiam i cenię artystów, którzy bez znieczulenia penetrują zakamarki własnej duszy. A kiedy, dzięki ich mistrzostwu, to co osobiste staje się uniwersalne, przychodzi kolej na widza.
    Razem z Wajdą ujawniamy tę drugą prawdę o sobie, o podwójnych standardach, o życiu w strachu, zgodzie na zwykłe łajdactwo, usprawiedliwiane wyższą racją, o