|
redakcja@nowyczas.co.uk

reklama

szczegóły 
..................................






OGŁOSZENIA DROBNE
teraz ogłoszenie do 15 słów
za jedyne 10 funtów + VAT!
|
|
KALENDARIUM
Piątek, 16 maja, Andrzeja, Szymona
1648
Kozacy rozbili wojska polskie pod Żółtymi Wodami, w pierwszej bitwie
stoczonej między wojskami polskimi a Kozakami podczas Powstania
Chmielnickiego.
1920 Urodził się Leopold Tyrmand, prozaik,
publicysta; popularyzator jazzu w Polsce. Autor powieści „Zły”, „Filip”
oraz „Dziennika 1954”.
więcej
|
|
Ludzki odruch >>
FUNDACJA MALWA
Przez wiele lat osoby upośledzone umysłowo, niezależnie od ich wieku,
po utracie swoich opiekunów były umieszczane w domach dla ludzi
starych lub psychicznie chorych. Chcąc przeciwdziałać takiej sytuacji i
dać swoim dzieciom szanse rozwoju oraz rehabilitacji poprzez pracę, a
także nauczyć społeczeństwo lokalne tolelrancji dla osób
niepełnosprawnych założono w 1992 roku Fundację MALWA.
Celem statutowym Fundacji jest wybudowanie w
Warszawie Ośrodka Rehabilitacyjno-Opiekuńczego dla osób z
niepełnosprawnością intelektualną.
..................................
POMÓŻMY WOJTKOWI
Społeczność akademicka WAT zwraca się z apelem do
wszystkich ludzi dobrej woli, którzy chcieliby wspomóc
leczenie i rehabilitację naszego doktoranta Wojciecha Kicińskiego,
który uległ tragicznemu wypadkowi
w laboratorium.
Wpłaty na jego rzecz można kierować na numer konta:
41 1240 1037 1111 0010 1321 9362
z dopiskiem:
„Na leczenie i rehabilitację
Wojciecha Kicińskiego”
więcej  |
|
Nagroda „Nowego Czasu” dla Pawła Kordaczki
Wojciech Goczkowski

fot. Agnieszka Mierzwa
Tegoroczna
wiosenna wystawa Stowarzyszenia Polskich Artystów w Wielkiej Brytanii
(APA), której otwarcie odbyło się 11 maja w Galerii POSK, miała dla
redakcji „Nowego Czasu” charakter wyjątkowy.
Odpowiadając na
zaproszenie Zarządu Stowarzyszenia wystąpiliśmy w nowych i nietypowych
dla nas rolach, konkursowego jury. Jeszcze kilka dni przed otwarciem
wystawy wszystko wydawało się łatwe i oczywiste. Artyści przysyłają
swoje prace. Organizatorzy aranżują przestrzeń galerii. Przychodzimy i
dokonujemy wyboru. W sobotni wieczór, poprzedzający otwarcie wystawy,
kiedy zebrało się redakcyjne jury, ten prosty schemat rozpadł się jak
stare krzesło.
Wówczas nic już nie było proste i oczywiste.
Duża różnorodność tematów i technik (fotografia, malarstwo, rzeźba),
nie ułatwiały podjęcia decyzji. Największe jednak trudności sprawiło
uzgodnienie wspólnej interpretacji pozornie niewinnego sformułowania
„najlepszy obraz”.
Co będziemy oceniać? Umiejętności
warsztatowe artysty, wartość tematu? A może po prostu powinniśmy
zaufać własnemu oku, które wie co sprawia mu przyjemność i nie
potrzebuje żadnych usprawiedliwień dla swojego hedonizmu? A może
poszukać obrazu, który (jakby powiedział Henri Mattisse) będzie jak
wygodny fotel? Albo pójść tropem witkacowskim i wybrać pracę
wywołującą „metafizyczny niepokój”? Ostatecznie postanowiliśmy
jednogłośnie, że nagrodzimy „Tryptyk” autorstwa – jak się później
okazało, bo prace nie były jeszcze wtedy podpisane – Pawła Kordaczki.
Już w trakcie trwania wernisażu okazało się, że wybrany przez nas obraz
zdobył również uznanie Zarządu Stowarzyszenia, które przyznawało
swoją nagrodę temu samemu artyście. To tylko utwierdziło nas w
słuszności podjętej decyzji.
Utrzymana w ciepłej, intensywnej
tonacji kolorystycznej praca Kordaczki oraz swoista dramaturgia
kształtów i linii organizujących płaszczyznę płótna przypomina
atmosferę obrazów Francisa Bacona i przywołuje skojarzenia z
malarstwem R. Matty z drugiej połowy lat 40.
Obraz zwraca
uwagę oryginalną interpretacją tematu Ukrzyżowania. Interesujące
wydało się nam, że młody artysta poszukuje możliwości uchwycenia
przeżycia religijnego w formach abstrakcyjnych w odniesieniu do motywu
tradycyjnie wyrażanego w języku malarstwa figuratywnego. Tak
bezpośrednia manifestacja ikonoklastycznej wrażliwości otwiera pole do
dyskusji wokół kryzysu sztuki sakralnej, w której wątek współczesnego
ikonoklazmu od lat zajmuje znaczące miejsce. Sztuka bezprzedmiotowa
niosąca przesłanie religijne i próbująca zastąpić przedstawienia
figuralne w kościołach, zdobyła w ostatnich kilkudziesięciu latach
wielu zwolenników, ale również nie mniej liczne grono jej krytyków
(m.in. Benedykt XVI). Nie rozstrzygamy tego sporu, a jedynie
przedstawiamy go publicznie.
Niektórzy członkowie jury zwrócili
uwagę na nieobecność prac, których autorzy podejmowaliby próbę zapisu
emigracyjnej rzeczywistości. Oglądając wystawę odnosi się wrażenie, że
niezależnie od wieku, artyści unikają w swojej twórczości tematów
społecznych, przylegających do codzienności emigracyjnego życia.
Dlatego wciąż otwarty pozostaje problem, który nazwać można by tak:
Wieża Babel czy wieża z kości słoniowej? – a więc, czy postawa
wycofania się ze świata ma wystarczające uzasadnienie i może się
obronić w okolicznościach stwarzanych przez wielokulturową cywilizację?
.............................
Stowarzyszeniu Polskich Artystów w Wielkiej Brytanii
Elżbieta Sobolewska
Od
kilku lat w Stowarzyszeniu Polskich Artystów w Wielkiej Brytanii
(Association of Polish Artists in Great Britain) dzieje się jakby
lepiej. APA (tak zwyczajowo określa się ten związek) zmierza w dobrym
kierunku – mówią członkowie. Zrzeszenie skupia kilka pokoleń artystów i
wciąż dołączają młodzi. Świadczy to o nim dobrze, bo co pokolenie to
doświadczenie, to odrębne widzenie i twórczy ferment. Tak mogłoby być.
A jak jest? O stowarzyszeniu mówią: Janina Baranowska, Paweł Kordaczka,
Wojciech Sobczyński, Agnieszka Handziel i Sławomir Blaton.

fot. Agnieszka Mierzwa
–
To jest związek polskich artystów w Wielkiej Brytanii. Nie ma
większego, który by nas gromadził – mówi Paweł Kordaczka, należący do
najmłodszego pokolenia członków APA, przybyły do Wielkiej Brytanii
cztery lata temu. – Ludziom wydaje się, że związek im w czymś pomoże,
coś im ułatwi. Otworzy drzwi. Mają prawo mieć takie nadzieje, ale to
tylko nadzieje, nic więcej.
– Spotykamy się od czasu do czasu, organizujemy wystawę i tyle
– dodaje Agnieszka Handziel, z tego samego pokolenia.
– APA została stworzona przez praktykujących malarzy o pewnej
reputacji. Skupiali się razem po to, by nie tylko być w grupie podobnie
myślących ludzi, ale również by utrzymywać ze sobą kontakty towarzyskie
i tak dalej – mówi Wojciech Sobczyński, przebywający na Wyspach od. lat
czterdziestych. – Kiedy ja do zrzeszenia doszlusowałem, za namową kilku
osób, zauważyłem, że jest to prawie kółko zajęć plastycznych,
niedzielna szkółka, a nie związek artystów plastyków. Ten okres
prawdziwie twórczy dawno temu się skończył. POSK i jego galeria przez
długi czas były oazą dla tego emigracyjnego, polskiego społeczeństwa. W
tej chwili świat się otworzył. Polska społeczność w Wielkiej Brytanii
nie jest już osaczona, odcięta od swoich korzeni. Teraz więc powinna
powstać nowa forma działania – zarówno tego ośrodka, jak i naszego
stowarzyszenia.
więcej
....................................
Ostatnia majówka
Mokołaj Skrzypiec
W
niedzielę Zesłania Ducha Świętego na terenie posiadłości Fawley Court w
Henley-on-Thames odbyły się coroczne obchody Zielonych Świątek. Do
miejsca, które od dekad stanowiło ostoję polskości w Wielkiej Brytanii,
przybyło w ten upalny majowy dzień około dwa tysiące osób. Większość z
nich zupełnie nieświadoma tego, iż było to być może ostatnie takie
spotkanie Polonii w miejscu o jakże wyjątkowej historii. Marianie
zakończą swą misję, a posiadłość w Fawley Court zostanie sprzedana za
ponad 22 mln funtów.

fot. Mikołaj Skrzypiec
Tradycyjna
msza święta rozpoczęła się o jedenastej. Odprawiona została przez
księży Marianów i ks. biskupa Antoniego Długosza, który wygłosił
kazanie. Trwająca kilkanaście minut mowa księdza biskupa napiętnowała
oddalanie się Europy od Boga oraz zanik wartości moralnych u wielu z
rządzących nią polityków. Tradycje bliskie każdemu katolikowi powinny
być częścią europejskiej konstytucji, a odwołanie do Boga powinno
znaleźć się w jej preambule – grzmiał z ambony biskup Długosz. Niech
zstąpi Duch Święty i odmieni oblicze ziemi, tej ziemi! – wołał z
ołtarza polowego przed kościółkiem św. Anny, cytując słynne słowa Jana
Pawła II.
Pod koniec mszy świętej głos zabrał ksiądz Wojciech
Jasiński. Podziękował najpierw najważniejszym ze zgromadzonych: goście
honorowi tego dnia to jedynie przedstawiciele polskich władz w Wielkiej
Brytanii – ambasador Barbara Tuge-Erecińska oraz konsul RP Robert
Rusiecki wraz z małżonką. Przedstawicieli organizacji emigracyjnych w
tym roku zabrakło. Nie było też ostatniego prezydenta II RP Ryszarda
Kaczorowskiego, ani rektora Polskiej Misji Katolickiej ks. Tadeusza
Kukli. Wielebny ojciec podziękował również wszystkim innym za przybycie
oraz za pracę zaangażowanym w organizację tegorocznych obchodów:
pomocnikom mariańskim, siostrom zakonnym, chórzystkom, paniom
kucharkom, kwiaciarkom, wolontariuszom. Wszystkim tym, których
bezinteresowna pomoc umożliwiła celebrację święta.
więcej
PETYCJA PRZECIWKO SPRZEDAŻY FAWLEY COURT
My, niżej podpisani, chcemy zaprotestować przeciwko sprzedaży Fawley
Court przez Księży Marianów. W dużej mierze zakupiony i
wspierany finansowo przez kilka pokoleń polskiej społeczności w
Wielkiej Brytanii, Fawley Court jest symbolem naszej obecności w tym
kraju. Jest miejscem, z którym związana jest polska i katolicka
tożsamość kilku pokoleń emigracyjnych. Jest miejscem, które
służyło i może w dalszym ciągu służyć wychowaniu młodzieży polonijnej w
duchu patriotycznym. I wreszcie jest miejscem, z którego my,
Polacy zamieszkali w tym kraju, możemy być dumni.
więcej
..................................
Made in Yass
Elżbieta Sobolewska

fot.Grzegorz Lepiarz
13
maja Tymon Tymański zanotował w swoim blogu: „Przed nami znakomity
koncert zagrał tercet Pink Freud: chłopcy grali tak, że wszystkim
pospadały buty. Jako że nasz trębacz Ziutek Gralak nie doleciał do
mety, poprosiliśmy Tomka Ziętka z Freuda, żeby go zastąpił. Dość
śmieszna sytuacja – do trójki gości dołącza dwóch saksofonistów oraz
gitarzysta i od tej pory stanowią nowy skład, który nazywa się Tymański
Yass Ensemble. Grało się bardzo dobrze – w dużej mierze za sprawą
ludzi, którzy przyszli na koncert. Już tak jest, że dobry wykon
współtworzy dobra publiczność. Jeśli ludzie wiedzą, czego chcą, jeśli
zależy im na muzyce – zagrasz dobrze, nawet jeśli dopiero wyszedłeś ze
szpitala, ze zgięcia łokcia sterczy ci wenflon, a z nosa wystaje
plastikowa rurka. Poszło chyba z pięćdziesiąt płyt, które ze sobą
przywieźliśmy. Polski Londku, wielkie dzięki.”
www.tymontymanski.bloog.pl
Wielkie dzięki dla Megayogi,
dwuosobowej agencji koncertowej z Londynu, która zaprosiła do klubu
Cargo kolektyw Tymona Tymańskiego & Pink Freud. Choć muzycy z
jednej grupy przeniknęli do drugiej, to jednak brzmienie zespołów
zachowało własną odrębność. „Gra jazz” zawołał do kolegów saksofonista
Irek Wojtczak i był to najlepszy jazz, jaki słyszałam ostatnio w
wykonaniu polskich muzyków w Londynie. Ostatnio czyli od wielu
miesięcy, bo rzadko nasi organizatorzy decydują się na tak niszowy
gatunek, na którym nie bardzo można przecież zarobić.
New
Polish Jazz – pod takim szyldem zagrały zespoły z trójmiejskimi
korzeniami. Biorąc pod uwagę znaną na świecie markę starego Polish
Jazz, pod którą płyty wydawali nasi najlepsi jazzmani, było to bardzo
trafne nawiązanie. Zaryzykuję tezę, że teraz Yass Ensemble i Pink Freud
brzmią tak samo odkrywczo i świeżo jak przed laty Namysłowski, Young
Power czy Urbaniak. Yass czyli mieszanka rocka, improwizacji i folku,
to określenie autorstwa Tymona. Zaszufladkował w nim postmodernistyczny
efekt łączenia stylów, którym u progu lat 90. bulwersowali polskiego
kołtuna krytyki muzycznej.
Eklektyzm bywa kiczem, w ich
przypadku jest wprost przeciwnie. Pink Freud grają w sposób bardzo
zdyscyplinowany, kontrolują swe improwizacyjne zachcianki, co wynika z
twórczej dojrzałości. To myśl panuje nad dźwiękiem a nie na odwrót.
Potrafią uzyskać zdrowy balans, nie ma mowy o nudzie. Nie jest to
jednak muzyka ugrzeczniona, jakieś standardowo brzmiące badziewie, lecz
elektryzująca dawka szalenie rytmicznego, pulsującego grania, gdzie
niepodzielnie rządzi jazz, choć powstały na bazie rocka. Skład Tymona,
który na ten wieczór wypożyczył sobie chłopców z Pink Freud, siłę
wielości dźwięków w ilości instrumentów przekuł w jakość nastrojów,
nawiązań, solówek i ogólnej zabawy muzyką. Ale jak to grało! Śliczny
chaos, free jazzowy łoskot przeradzał się w solidny walking
Mazolewskiego, który ze wsparciem Kuby Staruszkiewicza na perkusji
dawał reszcie okazję do bajerowania na saksofonie, trąbce, gitarze,
flecie. A potem nagle powrót do szczątkowej melodii. Klaskać się nie
chciało, żeby nie kraść czasu, w którym coś by jeszcze można było
usłyszeć.
..................................
Stadionowe historie
Paweł Rosolski

fot : Paweł Rosolski
Czerwiec 2005.
Poznań
Przede
mną kilkadziesiąt betonowych schodów do pokonania. Po obu stronach
wspinaczki nadgryziona zębem czasu tzw. zieleń miejska. Co krok
wyblakła puszka po piwie, resztki, pamiętającej chyba każdą ulewę w
ostatniej dekadzie, gazety lokalnej a nawet zasznurowany but
„wyjściowy”, który wyszedł z mody jakieś piętnaście lat temu. Byłem tu
nie raz. W ręku Konica-Minolta bo za dziesięć lat nikt mi nie uwierzy.
Po chwili zdobywam koronę stadionu im. Edmunda Szyca (dawniej 22
lipca). Nazwa i tak jest bez znaczenia – zapomniany relikt przeszłości,
chociaż nie tak odległej bo powstał w połowie XX wieku, wciąż czeka na
wykonanie wyroku, który zapadł już dawno temu. W samym centrum 600
tysięcznego Poznania wciąż stoi 50 tysięczny obiekt sportowy, który
jeszcze dwadzieścia lat temu tętnił życiem podczas rodzinnych festynów
minionego systemu. Architektura stadionu niezmiennie taka sama jak w
Pile, Zabrzu czy Lesznie. Wały ziemne, usypane z mozolnie dowożonego
miesiącami piasku. Pośrodku tunel wjazdowy wykonany zapewne na kolejne
dożynki lub na przywitanie kolarzy uczestniczących w „kultowym” wyścigu
pokoju. Centrum prasowe na głównej trybunie juz dawno zamienione w
ruinę. Trybuny bardziej przypominające lasy południowej Polski...
więcej
..................................
Podglądanie wszechświata
Elżbieta Sobolewska
Tak
brzmi tytuł ostatniej książki duchownego i naukowca, księdza profesora
Michała Hellera, z którym przeszło dwustu słuchaczy przez
półtorej godziny podglądało wszechświat z sali parafialnej pod
kościołem na Devonii.

Fot. Grzegorz Lepiarz
W bardzo zatłoczonej sali, wypada dodać, gdzie nikt nie
przejmował się regułami „higieny i bezpieczeństwa”, nikogo
więc nie wyprosił, a wręcz nalegał, by wchodzili i słuchali, bo tak
niezwykłe spotkania zdarzają się rzadko. Wykład dawał bowiem laureat
niezwykle prestiżowej Nagrody Templetona, którą nazajutrz miał
odebrać z rąk małżonka królowej Elżbiety II, księcia Filipa w
pałacu Buckingham. Spotkanie na Devonii zorganizowała Polska Misja
Katolicka.
Sir John Templeton jest niezwykle bogatym
człowiekiem, przedsiębiorcą i filantropem, który pasjonuje się
zagadnieniami z pogranicza nauki i religii, a fundacja, którą
stworzył w 1972 roku, jest tylko jednym z elementów jego
pożytecznej działalności.
Fundacja Templetona, wyróżniła polskiego
filozofa, teologa i naukowca za jego nadzwyczajny wkład w budowanie
dialogu pomiędzy nauką a religią. Jak powiedział podczas
wręczenia nagrody sam sir John: „Profesor Heller
przekonująco wykazał, iż badania naukowe i dociekania teologiczne mogą
harmonijnie oddziaływać na siebie nie wykluczając się wzajemnie”.
Ksiądz Heller, zapytany przez kogoś po wykładzie o
uroczystość wręczenia nagrody, krótko wyjaśnił: – Według
instrukcji, które otrzymałem, książę weźmie ze stołu insygnia
tej nagrody i kopertę z czekiem i mi je wręczy. Milionerem będę jednak
tylko przez chwilę, bo nagroda ma już swoje przeznaczenie. Zostanie
wpłacona na rzecz utworzenia w Krakowie Centrum Kopernika, które
będzie zajmowało się relacjami nauki i religii jako dyscypliną
akademicką.
Wszyscy wiedzieli na co profesor Heller zamierza
wydać swoje pieniądze, jednak tuż po tej deklaracji zabrzmiały potężne,
spontaniczne brawa, bo równocześnie wszyscy zdajemy sobie
sprawę, jak bardzo cierpi wiecznie niedofinansowana polska nauka,
która choć może poszczycić się wybitnymi umysłami, nie może
jednak zagwarantować im niezbędnych narzędzi i środków
finansowych umożliwiających rozwój. Pieniądze,
które otrzymał ks. Heller – 820 tysięcy funtów,
pozwolą zapoczątkować tworzenie Centrum Kopernika, lecz nie sfinansują
go w całości. Jest jednak szansa, że Fundacja wesprze jego powstawanie,
podobnie jak pomogła dwóm innym podobnym ośrodkom powstałym przy
Uniwersytetach Cambridge i Oxford.
Podziękowania za taki gest, były jednak na końcu,
najpierw wysłuchaliśmy historii powstania wszechświata w pigułce i to,
o dziwo, lekkostrawnej. Słowo wspomagał obraz wyświetlony na ścianie
podkościelnej sali, która na moment zmieniła się w uczelnianą
aulę. Trudno jest mówić o Wielkim Wybuchu i o galaktyce,
której jesteśmy jedyną jako tako zbadaną częścią, językiem
zrozumiałym dla zwykłych zjadaczy chleba. Zjawiska, które
przedstawił nam ksiądz Heller, są bowiem opisane żargonem naukowych
pojęć, zrozumiałych dla niewielu.
Umiejętność przetłumaczenia ich na polski jest
właściwa tylko tym, którzy posiedli pełnię wiedzy na dany temat,
wiedzy przetrawionej i przefiltrowanej przez dziesiątki wykładów
i publikacji. Ks. Heller nie tylko był zrozumiały. Był również
dowcipny, wyświetlając nam na ścianie długaśny, hieroglificzny
wzór na stworzenie wszechświata, czyli rozbudowaną teorię
Einsteina i wyjaśniając, że Bóg musiał liczyć właśnie jakoś w
ten sposób... Dla wytłumaczenia kosmicznych wypadków
potrafił użyć skojarzenia zaczerpniętego z tu i teraz, z życia
codziennego przyziemnych spraw wielkich małych ludzi.
– Kupiłaś książkę? – zapytał szeptem
swoją dziewczynę siedzący obok mnie na stole przy ścianie chłopak.
– Nie kupiłam, bo wszystkie już wykupili – odparła
zdziwiona tym faktem dziewczyna. Książki profesora zniknęły, chociaż
nie są już tak lekko przyswajalne jak wykład, którego
wysłuchaliśmy. – Przeczytałam wstęp, dalej nie rozumiem, ale
czytam – mówiła wcześniej ta sama dziewczyna. Czy Hellera
się czyta, należałoby zapytać księgarzy, ale akcja wykupienia,
„przemawia na korzyść tej tezy”, by użyć języka adekwatnego
do sytuacji.
Ksiądz Heller wciąż mieszka w bloku w centrum
Tarnowa. Często celebruje msze św. i głosi kazania w kościele pod
wezwaniem św. Maksymiliana. Przynajmniej tak było do zeszłej niedzieli.
...............................
Ks. prof. Michał Heller urodził
się w 1936 roku, w Tarnowie. Wywieziony z rodziną na Syberię,
powrócił do tego miasta rok po zakończeniu wojny. Tam zrobił
maturę i w 1953 roku rozpoczął studia w tarnowskim Instytucie
Teologicznym. Kiedy je skończył, przyjął święcenia kapłańskie. W tym
czasie rozpoczął również studia na Wydziale Filozofii
Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. W 1966 roku obronił na tej
uczelni doktorat z kosmologii relatywistycznej. Był wolnym słuchaczem
na Wydziale Fizyki Uniwersytetu Jagiellońskiego. Od 1981 roku jest
członkiem Obserwatorium Watykańskiego. W 1985 roku otrzymał tytuł
profesora filozofii Papieskiej Akademii Teologicznej w Krakowie.
Członek Papieskiej Akademii Nauk, organizator Krakowskiej Grupy
Kosmologicznej. Obecnie jest również kierownikiem Ośrodka Badań
Interdyscyplinarnych w Krakowie. Autor kilkudziesięciu książek
matematyczno-fizycznych i kosmologicznych. Członek międzynarodowych
stowarzyszeń naukowych. Tegoroczny laureat Nagrody Templetona. Nadal
mieszka w Tarnowie.
.................................
Trzeźwa komunikacja
Paweł Rosolski
Wprowadzenie
nowych przepisów mających na celu poprawienie bezpieczeństwa w
środkach komunikacji miejskiej zapowiedział nowo wybrany burmistrz
Londynu Boris Johnson. Od 1 czerwca 2008 roku ma zacząć obowiązywać
całkowity zakaz spożywania alkoholu w metrze, autobusach i pociągach
DLR, jak również na peronach londyńskich stacji.
Na łamach prasy nowo wybrany burmistrz oświadczył: – Jestem
zdeterminowany w dążeniu do poprawienia bezpieczeństwa w środkach
komunikacji miejskiej. Wierzę, że zaczynając od wprowadzenia tych
przepisów rozpoczniemy proces systematycznej poprawy komfortu
podróżowania dla wielu londyńczyków, a w niedługiej
przyszłości doprowadzimy również do spadku przestępczości w
środkach transportu publicznego.
Zmiany
w przepisach były konsultowane z londyńską policją oraz pracownikami
British Transport Police i uzyskały ich zdecydowaną aprobatę. W
przeciągu następnego miesiąca podjętych zostanie szereg działań
mających na celu zalegalizowanie nowych przepisów. 7 maja
pojawią się plakaty informujące o zmianie przepisów.
Peter
Hardy z Transport for London przyznał, że od samego początku ściśle
współpracuje z zespołem Borisa Johnsona i jest przekonany,
że przewidywane zmiany zostaną entuzjastycznie przyjęte przez
regularnych użytkowników londyńskiego metra i autobusów.
Również
Don Shenker, dyrektor wykonawczy Alcohol Concern przyznał, że jego
organizacja z zadowoleniem przyjęła pierwsze postanowienia nowego
burmistrza. Według niego, publiczne picie alkoholu negatywnie
oddziałuje zarówno na pasażerów jak i pracowników
transportu publicznego, a wprowadzenie nowych przepisów
będzie czytelnym przesłaniem, że picie alkoholu w miejscu publicznym
jest społecznie nieakceptowane.
Cieszy
pospolite ruszenie i zapał, z jakim podeszły do sprawy nowe władze
Londynu. Ciekawą rzeczą jest natomiast fakt, że potrzeba było nowego
burmistrza, aby wprowadzić tak oczywiste zmiany w przepisach,
które dotyczą niemal każdego mieszkańca stolicy. Być może
niedługo z londyńskiego metra zniknie obraz schowanego pod kapturem
nastolatka, trzymającego w ręku butelkę piwa zawiniętą w
reklamówkę jednego z supermarketów, a pusta puszka po
Tyskim nie będzie już z hałasem pokonywała kilometrów tocząc się
po podłodze autobusu.
..................................
Oko w oko z historią
Wojciech Goczkowski
Gdyby
przeprowadzono ankietę mającą wyłonić najbardziej kontrowersyjną polską
instytucję kulturalną w Londynie, wydaje mi się, że POSK zająłby
pierwsze miejsce na liście organizacji, które potrafią
prowokować całkowicie skrajne opinie. Na skali emocji, jakie wywołuje
ta instytucja znajdują się chyba wszystkie odcienie zachwytu, jak i...
– postarajmy się ująć rzecz elegancko i eufemistycznie –
awersji.

Nie mam wystarczających kompetencji ani wiedzy,
dotyczącej działalności tej instytucji, abym mógł dokonywać
kategorycznej oceny. Nie taki jest zresztą cel tego tekstu. Napiszę o
rzeczy dużo ważniejszej. Na początku jednak chciałbym zachęcić
czytelników, jeśli nie do porzucenia uprzedzeń i niechęci do
Polskiego Ośrodka Społeczno-Kulturalnego, to przynajmniej wzięcia
ich w nawias w trakcie lektury, ponieważ inicjatywa, o której
chcę opowiedzieć zasługuje na uwagę oczyszczoną ze stereotypów i
antypatii. Dzieją się dobre rzeczy w POSK-u!
Czy Historia może nas czegoś nauczyć? Przecież gdyby
wiedza o przeszłości miała jakąś wychowawczą czy choćby perswazyjną
moc, jednostki nie popełniałyby błędów swoich
rodziców, a przyszłość państw i narodów moglibyśmy złożyć
w ręce historyków i archiwistów. Po co zbierać stare
papiery i niefunkcjonalne meble? Dlaczego oglądać się w przeszłość?
Czyż nie lepiej wybrać przyszłość?
Wszystkie te pytania, zadawane często przez
młodzież, przypomniałem sobie, kiedy zwiedzałem kolekcję POSK-u –
zbiory złożone ze spadkowych darowizn rodzin Gray, Motz, Zawadzki,
Lurczyński, Eisler. Wokół mnie obrazy, meble, książki i
dokumenty. Niezwykła to kolekcja. Ocena jej wartości artystycznej i
przydatności do badań historycznych jest dopiero przed nami, ale już
dzisiaj można powiedzieć, że ekspozycja pełni ważną, trudną do
przecenienia funkcję edukacyjną i informacyjną. Odwiedzają
ją grupy młodzieży i goście POSK-u, bywa, że znani brytyjscy
politycy jak Ken Livingstone czy Boris Johnson. Jest to jedno z
nielicznych miejsc w Londynie, gdzie można poznawać polską
historię ostatnich sześćdziesięciu lat w konwencji muzealnej
wystawy. Kolekcja jest wciąż powiększana o nowe eksponaty, a jej
organizatorzy pracują nad udoskonaleniem technik prezentacji. W
przyszłości planują wprowadzić prezentacje multimedialne i
opracowują katalog zbiorów dostępny dla
zwiedzających.
Koncepcja ekspozycji zakłada rozbudowywanie
dwóch zasadniczych wątków. Pierwszy opowiada o
wydarzeniach historycznych poprzez pamiątki pozostawione przez
Polaków żyjących na emigracji, którzy stali się częścią
historii zarówno Polski, jak i Wielkiej Brytanii. Jest to świat
widziany z perspektywy generałów i ambasadorów. Historia
pisana z dużej litery, którą możemy znaleźć w szkolnych
podręcznikach.
Drugi wątek ukazuje losy zwykłych ludzi. W
podręcznikach nie odnajdziemy ich doświadczenia. Często jednak to
właśnie życie takich ludzi okazuje się dla nas ciekawsze i bliższe
naszemu osobistemu doświadczeniu, niż opisy i syntezy procesów
historycznych. Wówczas dochodzi do spotkania z historią oko w
oko i pojawia się możliwość zbliżenia pokoleń. Dlatego miejsca takie
jak POSK i jego kolekcja, która powinna przekształcić się
w muzeum, mają ważną rolę do spełnienia. Szczególnie
dzisiaj, kiedy powiększająca się społeczność polska na emigracji traci
Fawley Court i zbiory księdza Józefa Jarzębowskiego. Powstałe
puste miejsce należy zapełnić. Kolekcja POSK-u stwarza taką szansę.
Ponieważ nawet jeśli często pozostajemy obojętni na
pouczenia płynące z doświadczeń poprzednich pokoleń (wiem, że
niektórzy mają trudności z połączeniem prostych faktów z
przeszłości z teraźniejszością i przyszłością), to zawsze
pozostaje odwołanie się do uczucia wdzięczności wobec pokolenia,
które okazało wyjątkową gotowość poświęcenia i służenia
ojczyźnie w okolicznościach nieporównywalnych z niczym, co w
historii Europy wydarzyło się dotychczas. Wdzięczność ta wymaga
jedynie dostrzeżenia „którędy przebiega dział pokoleń
między tymi, którzy nie dopłacili, a tymi, co musieli
nadpłacać?” i „po której jesteśmy stronie?”
(Jan Paweł II, Myśląc Ojczyzna).
Kolekcja POSK-u pozwala uświadomić sobie tę linię
podziału między pokoleniami i przywraca pamięć o tych, którzy
niewątpliwie „nadpłacili” walcząc o wolność i możliwość
zachowania narodowej tożsamości.
..................................
reportaż >>
Kariera frajera
Paweł Rosolski
Marek
przyjechał na Wyspy w drugiej połowie 2005 roku. Jak wielu z „naszych”
w ostatnich latach. Jednak jak niewielu z „naszych” wcale nie musiał
tego robić. Tutaj też nietypowo zaczynał – jego dziewczyna miała już
pracę z polecenia, więc o start nie musieli się martwić. Oboje po
studiach, z bagażem doświadczeń i pełnym prawem do zapisania nowej,
wyspiarskiej karty w swoim życiorysie. Biegły angielski dawał im
przewagę na starcie. Jak miało się okazać kilka lat później, dla nas
język to rzecz najważniejsza, dla wielu Anglików to zdecydowanie za
mało...
Marek
zakładał, że zostanie tu co najwyżej cztery miesiące. Anglia od lat nie
jest już krajem (jak się wciąż wydaje tym, którzy jeszcze tu nie
dotarli), w którym pracodawcy czekają na przybyszów z Kontynentu z
otwartymi rękami. Potrzebna jest odrobina szczęścia i tzw. perfect
timing. Markowi się powiodło – po tygodniu poszukiwań znalazł pub w
londyńskiej dzielnicy uznawanej za oazę spokoju, gdzie akurat zwalniały
się etaty. Po szybkiej, konkretnej rozmowie z managerem, na „ładne
oczy”, bez doświadczenia, wskoczył za bar nie mając pojęcia czym się
różni lager od ale, czy też gin od sherry.
więcej 
..................................
Przerwane milczenie
tytuł 1
tytuł 2
tekst
Nr 0 (00)
..................................................... do góry
Aleksandra Łojek-Magdziarz
Byli
ekstremiści islamscy założyli think-tank, ośrodek badawczy,
którego celem będzie walka z radykalizacją młodych brytyjskich
muzułmanów, wykorzystywaniem
islamu dla celów politycznych, ideologizowaniem go i islamizmem.
Ośrodek ów jest odpowiedzią na częste zarzuty
niemuzułmanów, że nie
widać wysiłkuze strony najbardziej zainteresowanych, by zmierzyć się z
radykalizmem.

Rys. Jim McCluskey
W
ubiegłym tygodniu w British Museum odbyła się uroczysta inauguracja
nowej organizacji – Fundacji Quilliam. Ponieważ było to wydarzenie na
skalę światową, przybyły media z wszystkich stron świata i muzułmanie
różnych sekt.
Niedoszli terroryści przeciwko islamizmowi
Przewodniczącym
Fundacji Quilliam został były członek Hizb-ut-Tahrir (organizacji
uważanej w wielu krajach świata, poza Wielką Brytanią, za organizację
terrorystyczną), Majid Nawaz, który spędził cztery lata w egipskim
więzieniu, poddawany systematycznym torturom. Zastępcą Nawaza został
Ed Husain, autor bestsellera The Islamist: Why I Joined Radical Islam
in Britain, What I Saw Inside and Why I Left, który w czasie swojej
burzliwej młodości rekrutował rówieśników do radykalnych organizacji
islamistycznych, mających na celu utworzenie państwa islamskiego i
walkę z niewiernymi.
– Jesteśmy przeciwko islamizmowi, bo w nim
tkwiliśmy i uważamy, ze najskuteczniejszą walką z radykalizacją młodych
muzułmanów będzie pokazanie im, czego powinni unikać, jak zdradziecka
jest droga islamizmu. Poza tym ważne jest, by zrozumieli, że nie ma
żadnej sprzeczności w byciu muzułmaninem i Brytyjczykiem, muzułmaninem
i Pakistańczykiem, itd.
więcej
..................................
Polska w siatkówce nie tylko męskiej i żeńskiej, ale w każdej innej może osiągnąć sukces
Kazimierz Marcinkiewicz
..................................
emigracja >>
Tam i z powrotem
tytuł 1
tytuł 2
tekst
Nr 0 (00)
..................................................... do góry
Mikołaj Skrzypiec
Institute
of Public Policy Research (IPPR) opublikował najnowszy raport co do
liczby imigrantów zarobkowych z Europy Środkowo-Wschodniej. Wynika z
niego, iż około pół miliona osób, które przyjechały do Wielkiej
Brytanii w 2004 roku, powróciło już do swoich krajów. To nie oznacza
jednak gwałtownego spadku ich liczby na Wyspach – co roku wciąż
przyjeżdżają tu wielkie rzesze innych.
Około miliona imigrantów przybyło na Wyspy między rokiem 2004 a
2007, to dane, które w swoim raporcie podaje IPPR. Jest to pierwsze tak
duże opracowanie zawierające bardzo dokładne dane co do liczby
imigrantów. Wcześniejsze, w szczególności rządowe dane rozmijały się z
prawdą, począwszy od przewidywanych w 2004 roku kilkunastu tysiącach
ludzi (o których mówił rząd Blaira przed naszym wstąpieniem do Unii),
na danych z Home Office kończąc (dwa lata temu podawano liczbę około
300 tys.).
Według
IPPR nadal bardzo trudno jest oszacować dokładną liczbę pracowników z
nowej Unii Europejskiej: żadna inna grupa społeczna nie cechuje się
bowiem taką mobilnością. Pracowników z Polski, Litwy czy innych krajów
znajdziemy dziś w każdym praktycznie zakątku Wielkiej Brytanii. To
zdaniem autorów raportu zupełnie nowe zjawisko, które nazwano
supermobility. Opisuje ono skłonność imigrantów do poszukiwania pracy
bez oglądania się na to, gdzie ta praca się znajduje. Częste
przeprowadzki są jednym z elementów życia na Wyspie, podobnie jak
przemieszczanie się między krajem rodzinnym a Wielką Brytanią – wynika
z danych raportu.
Raport podaje bardzo dużo danych dotyczących
przemieszczania się imigrantów w ostatnich latach. Wynika z nich, iż
imigranci wciąż przyjeżdżają na Wyspy (168 tys. w drugiej połowie 2006)
jednakże stopniowo liczby te zmniejszają się – przyjeżdża nas co roku
coraz mniej (137 tys. w pierwszej połowie 2007). 541 tys. imigrantów
wyjechało między 2004 i 2007 rokiem, a ogólna liczba imigrantów to
około 665 tys. ludzi.
Autorzy raportu przy jego opracowywaniu
posłużyli się m.in. danymi przewoźników, linii lotniczych i operatorów
lotnisk. Ze zgromadzonych danych dowiadujemy się np., iż w grudniu 2004
roku ruch pasażerów między Warszawą i Krakowem a trzema miastami w
Wielkiej Brytanii wyniósł 40 tys. pasażerów. W grudniu 2007 roku liczba
ta zwiększyła się do 385 tys.
Lepiej o Polakach w The Sun
Dziennik
„The Sun” opublikował ostatnio dwa artykuły o imigracji
zarobkowej w Wielkiej Brytanii. 24 kwietnia ukazała się relacja z
Boston w Lincolnshire, gdzie jeden na czterech mieszkańców jest
imigrantem. Kolejna, z 29 kwietnia, opisuje historię małżeństwa
Polaków, którzy przyjechali do Anglii w 2004 roku.

Ton w obydwu artykułach jest niecodzienny dla The Sun, gdyż ich autor
opisuje Polaków i inne mniejszości w dużo przychylniejszych
słowach. Nie ma już mowy o wykorzystywaniu systemu opieki zdrowotnej,
pobieraniu zasiłków, do których nie mamy prawa, czy
zwiększaniu się liczby przestępstw z powodu naszej obecności.
Wręcz przeciwnie, nowi mieszkańcy Bostonu pokazani są jako z reguły
ciężko pracujący ludzie, którzy nie tylko przyczyniają się do
rozwoju miasta, ale stają się coraz szybciej jego integralną niemalże
częścią.
Czytając artykuł
uważnie, można by dojść do wniosku, iż redakcja The Sun obrała zupełnie
inny ton retoryki, ukazując nas jako całkiem porządnych ludzi. Rysuje
się zatem obraz „dobrego imigranta”, takiego jak opisany we
wtorkowym The Sun, Piotr Szepsel. Cztery lata temu przybył on z
żoną na Wyspy, gdy Polska wstąpiła do Unii Europejskiej. Kiedy otwarto
dla nas granice Wielkiej Brytanii, The Sun alarmował o spodziewanym
zalewie tysięcy ludzi z krajów nowej Unii. Piotr był jednym z
nich. Gazeta opisywała wtedy katastrofalny stan polskiej gospodarki,
niskie pensje oraz powody, dla których ludzie tacy jak Piotr z
małżonką postanowili wyjechać. Dziennikarze tabloidu śledzili przyjazd
Polaków od ich wyjazdu z rodzinnego Krakowa, do osiedlenia się
na dobre w Anglii. Cztery lata później czytelnicy mają okazję
ponownie zobaczyć rodzinę pana Szepsela i ich asymilację w Wielkiej
Brytanii. Tym razem Polacy zostali pokazani bardzo pozytywnie.
Pracowici i wartościowi mieszkańcy Anglii, którzy w pełni
wtapiają się w tutejsze warunki, pomimo niełatwego życia. Dodatkowo,
sposób przedstawienia Piotra i jego rodziny z pewnością trafi do
przeciętnego czytelnika The Sun: w artykule jest mowa o futbolu (Piotr
to wierny kibic Arsenalu) i angielskich śniadaniach, które Piotr
uwielbia. Do tego jasno i zdecydowanie zaznaczono, iż nie pobiera on
zasiłków, a wszystkie jego zarobki to rezultat ciężkiej pracy.
Trudno mówić, jak
na razie, o definitywnym końcu złej prasy, jaką tabloidy z
zacięciem zapewniają nam od kilku lat, należy jednak odnotować pierwsze
zmiany. To zupełnie nowy styl opisywania zjawiska imigracji zarobkowej
ostatnich lat, niewątpliwie bliższy prawdzie i bardziej nam przychylny.
Być może jest to rezultat protestu Zjednoczenia Polskiego, jaki
rzecznik prasowy tej organizacji Wiktor Moszczyński złożył do Press
Complains Commission, podając liczne przykłady stronniczego i
negatywnego opisywania Polaków przez Daily Mail. Być może
redaktorzy The Sun postanowili sami stonować retorykę i zmienić
politykę pisma. Pozostaje żywić nadzieję, że inne tabloidy pójdą
w stronę tonu artykułów z The Sun.
..................................
Opowieść katyńska Andrzeja Wajdy
Grzegorz Małkiewicz
Czy podobał ci się film? – padło sakramentalne pytanie po
niedzielnej projekcji Katynia, która dzięki wysiłkom konsula
Generalnego RP Roberta Rusieckiego i przewodniczącego Stowarzyszenia
Rodzin Katyńskich na Zachodzie Andrzeja Polniaszka odbyła się w
londyńskim Prince Charles Cinema w dniu uroczystości przy Pomniku
Katyńskim na Cmentarzu Gunnesbury.
Nie potrafiłem odpowiedzieć, a w zasadzie
zaniemówiłem. Jak to podobał? Ten film uderza tak mocno, że
jakakolwiek refleksja estetyczna jest niemożliwa. Chyba że ktoś tak
bardzo poczuwa się do roli zawodowego recenzenta, że musi, i z tego
musu opowiada zwykłe bzdury.
Słyszałem i czytałem sporo takich komentarzy, zanim
zobaczyłem film, a mając coraz bardziej krytyczny stosunek do
całokształtu twórczości Andrzeja Wajdy, byłem przygotowany na
rozczarowanie. Teatralny i sentymentalny obraz największej naszej
tragedii XX wieku – tego się spodziewałem. Naszej tragedii, bo
zbrodnia na elicie naszego społeczeństwa dokonana przez Sowietów
wymierzona była w nas wszystkich, w cały naród. Miałem
niepokój, bo nie można o tej tragedii opowiadać w konwencji
„Panien z Wilka”.
Od pierwszych kadrów nie pojawiła się jednak
ani chwila, w której mógłbym pielęgnować swoje
uprzedzenia, refleksję historyczną czy estetyczną. Film powala swoją
bezkompromisową potrzebą dotarcia do prawdy. I nie jest to tylko prawda
o Katyniu, którą po pięćdziesięciu latach kłamstwa i
przyzwolenia na kłamstwo poznaliśmy. To był wysiłek reżysera,
twórcy, który zmagał się ze swoim życiem, ze swoją
pamięcią, swoim losem. Stworzone przez niego postaci na tle
rzeczywistych wydarzeń prowadzą nas przez golgotę indywidualnego życia.
Każda partia dialogowa była wyznaniem
artysty, zapisem jego dramatów i goryczy podjętych
wyborów. Zapisem idywidualnych tragedii. „Życiorys ma się
tylko jeden” – brzmiało heroiczne wyznanie młodego
człowieka, który ubiegając się o miejsce w szkole w swoim
curriculum vitae napisał, że ojciec zginął w Katyniu zamordowany przez
Sowietów. Takiej wersji idąca zgodnie z linią partii dyrektorka
szkoły przyjąć nie mogła. Zdolny uczeń mógł się do szkoły dostać
bez problemu, wystarczyło zmienić tylko słowo w swoim życiorysie.
Zapisu tego jednak nie zmienił. Jeszcze tylko przez ułamek dnia ta
niezłomność dodawała mu sił, ale koniec tej drogi był nieubłagany.
Zginął podczas próby aresztowania.
Andrzej Wajda był w podobnej sytuacji. Wielu jego
krytyków, bardziej politycznych niż artystycznych, wypomina mu
swego rodzaju politykę ugody z komunistami, czyli mordercami jego ojca.
Czy podobna sytuacja w jego życiu, w której zachował się
inaczej, była początkiem tej „ugody”? Powiedzieć w być może
swoim ostatnim filmie „życiorys ma się tylko jeden”, w
związku z tym doświadczeniem, to najbardziej bolesny rachunek sumienia.
„Jak to jest – zastanawiał się
Józef Mackiewicz – że Niemcy robili z nas
bohaterów, a Sowieci gówno?”. Film penetruje i tę
prawdę. O to również niektórzy krytycy mieli pretensje do
reżysera, a konkretnie, że wprowadzał w swoją opowieść o morderstwie
katyńskim niepotrzebne wątki.
Mord katyński był początkiem czasów
zniewolenia i nikomu wcześniej w takim skrócie nie udało się
pokazać tego okresu. Ale też i czasów późniejszych, a
nawet i współczesnych. „ Ja myślę podobnie” –
broni swojej postawy jeden z bohaterów. „To nieważne, co
myślisz, ważne, co robisz” – słyszy w odpowiedzi. Wszyscy
uczestniczyliśmy w kłamstwie katyńskim. Wajda dokonuje rozrachunku z
własnym życiorysem, ale nie oszczędza także i nas. Niezłomni zginęli,
inni, którym dopisało szczęście i z nieludzkiej ziemi wyszli z
generałem Andersem, uniknęli po drugiej stronie „żelaznej
kurtyny” trudnych dylematów. „Co pan robi w tym
mundurze? – Nie zdążyłem do Armii Andersa.”
– takie proste wyjaśnienie składa porucznik Jerzy,
którego ocalił los, po to, żeby go w końcu zniszczyć. W jego
przypadku wyjściem z zakłamania jest samobójcza śmierć –
tak między innymi kończyli niezłomni w komunistycznej Polsce. Kończyli
też katowani w ubeckich więzieniach, jak Agnieszka, siostra
pilota zamordowanego w Katyniu, któremu chciała oddać hołd płytą
nagrobną. Niezłomni w PRL-u nie przeżyli.
Prawdę historyczną poznaliśmy wcześniej. Można ją
oczywiście na różne sposoby fabularyzować. Wajda tego nie
zrobił, bo ważniejsza dla niego była prawda związana z mordem
katyńskim, ale jeszcze nie ujawniona – prawda osobista. I to jest
najbardziej powalające w tym filmie – myślę, że w równym
stopniu dla twórcy, jak i widza. Nie ma większego wyzwania w
sztuce, i nie każdy, kto uważa, że sztukę tworzy, jest temu w stanie
sprostać.
Podziwiam i cenię artystów, którzy bez
znieczulenia penetrują zakamarki własnej duszy. A kiedy, dzięki ich
mistrzostwu, to co osobiste staje się uniwersalne, przychodzi kolej na
widza.
Razem z Wajdą ujawniamy tę drugą prawdę o sobie, o
podwójnych standardach, o życiu w strachu, zgodzie na zwykłe
łajdactwo, usprawiedliwiane wyższą racją, o |