KENIA

February 24, 2010

Po prawej stronie gęsty mrok, po lewej horyzont delikatnie połyskujący łuną wstającego nad Afryką słońca. Inni pasażerowie śpią. Mam wrażenie, że tylko ja obserwuję to niezwykłe zjawisko, lecąc samolotem pomiędzy nocą a dniem.

W wiosce Ngomongo

Kilkadziesiąt minut poźniej, tam gdzie był mrok, pojawia się potężna bryła liczącej 5985 metrów góry Kilimandżaro. Pamiętam ze zdjęć białą czapę i niezliczoną ilość wypełnionych śniegiem żlebów, tymczasem z samolotu widać tylko nieznaczne białe przebarwienia wiecznej zmarzliny. I wianuszek chmur grubo poniżej szczytu. Macham górze ręką. Moim celem nie jest mordercza wspinaczka, tylko rozkoszne leniuchowanie na wybrzeżu Mombasy.

Steward przynosi zwitek blankietów do wypełnienia – podanie o wizę, deklaracja celna, deklaracja, gdzie się zatrzymam i u kogo, a nawet deklaracja, którą będę potrzebował opuszczając gościnne wybrzeże Oceanu Indyjskiego. Patrzę na niego z konsternacją. – Welcome to Africa – mówi z żartobliwym współczuciem.

Mogłem wybrać plażę Nyali, Diani albo Bamburi, gdzie opala się, bawi i nurkuje większość turystów, ale los chciał, że trafiłem do rządowego resortu w Kikambala. Dzięki temu przez ponad godzinę mogłem się gapić przez szybę samochodu na podmiejskie slumsy Mombasy. Już podczas podchodzenia do lądowania widać było pagórki z przylepionymi prowizorycznymi chatami. Teraz mam ich na pęczki po obu stronach szosy. Są sklecone z czego tylko się da – drewna, blachy, kartonu, trzciny. Ich przygnębiający wygląd podkreślają stosy płonących śmieci i stadka straszliwie wychudzonych kóz.
Dla kontrastu za chwilę mijamy piękne, pełne pastelowych barw osiedle willowe, kilka nieźle wyglądających hoteli i fabrykę. Dopiero po jakimś czasie dociera do mnie, że strzegący ją mur uzbrojony jest w drut kolczasty pod napięciem!

Mombasa jest trochę nijaka. Stary port, niewielka arabska starówka, twierdza Fort Jesus, zbudowana przez Portugalczyków, rozpadające się zabytkowe fasady i mnóstwo nijakich, bezbarwnych budynków – to trochę za mało, by zachęcić ludzi do zwiedzania. Tym bardziej że w ostatnim czasie wzrosła liczba napadów rabunkowych. Symbolem Mombasy są skrzyżowane słoniowe kły przy Moi Avenue – głównej arterii prowadzącej do nowoczesnej części miasta. Obowiązuje ruch lewostronny – pozostałość po panowaniu Brytyjczyków, dla których Mombasa była stolicą kolonialnej Afryki

Wschodniej. Wielkie, metalowe kły ustawiono zresztą specjalnie z okazji wizyty brytyjskiej królowej w 1952 roku – jedenaście lat przed uzyskaniem przez Kenię niepodległości.
Miasto leży na koralowej wyspie oblanej ze wszystkich stron wodami Oceanu Indyjskiego. W drodze z lotniska mija się jeden z największych portów handlowych w Afryce. Tutaj przybywają wielkie statki z towarami z całego świata, które potem ciężarówkami i koleją przewozi się w głąb kontynentu – do Ugandy, Sudanu, Etiopii, Ruandy, Burundi, Zambii…

Im dalej od centrum, tym więcej widać biedy. Prowizoryczne straganiki, zakładziki rzemieślnicze, wszechobecne kozy, które siedzą lub leżą wzdłuż drogi. I ludzie bez pracy, leżący wszędzie tam, gdzie jest odrobina cienia – pod drzewem, słupem, murem, wiatą… Kierowcy nie przestrzegają żadnych reguł. W akompaniamencie nieustannego trąbienia próbują wyminąć auto przed sobą lub chociaż zmusić je do szybszej jazdy. Nie mogę wyjść z podziwu, że co chwilę nie dochodzi do wypadku. Piesi niemal wchodzą pod koła, byle tylko przedostać się na drugą stronę drogi. Mijamy pełną luksusowych jachtów uroczą zatoczkę i miasto zostaje z tyłu.

Wjazdu do hotelu strzegą uzbrojeni strażnicy. Podczas lunchu zauważam wielu gości w garniturach. Zbyt wielu, jak na hotel przy plaży. Wieczorem z telewizji dowiaduję się, że w rządowym resorcie w Kikambala odbyła się konferencja największych firm ubezpieczeniowych kraju. Był podobno nawet kenijski minister.

Polowanie na słonia

Polowanie na sŁonia

Czwarta rano. Wreszcie jadę na tę romantyczną wyprawę, o której wszyscy tyle mówią i dzięki której Kenia stała się sławna na cały świat. Jadę na safari. Nie jest tanio, ale wiem dlaczego. Safari to intymna sprawa dla kilku osób. Nie jedzie się klimatyzowanym autokarem w czterdziestu, tylko małym busem z otwieranym dachem – w cztery, góra sześć osób.
Sympatyczny, szczerbaty Saleem okazuje się doskonałym kierowcą i partnerem na cały dzień. Słyszał o Lechu Wałęsie i Zbigniewie Bońku. Zna się na piłce. Kojarzy, że parę razy awansowaliśmy do ważnych rozgrywek, ale teraz wiedzie nam się fatalnie. Podobnie jak reprezentacji Kenii. Wie też, że wkrótce w Polsce spadnie śnieg i że zwykle o tej porze przyjeżdżało tu wielu Polaków. Ale parę lat temu. Teraz ich nie ma. – Kryzys – mówię. – Wolą Tunezję czy Egipt, bo taniej.

Mijamy maleńkie osady przy drodze, pełne prowizorycznych sklepików, kiosków, barów i pubów. W jednym z nich jest wciąż pełno ludzi. Tańczą, śmieją się, popijają drinki. Wtorek, wpół do piątej rano, a tu dyskoteka na całego. Saleem tłumaczy, że potem pół dnia prześpią i, kiedy upał zelżeje, wrócą do życia. Jesteśmy zgodni – tylko pozazdrościć!
Na słynnej szosie Mombasa-Nairobi są dwa wąskie pasy i dość szerokie pobocza. Jak się wkrótce okazuje, te pobocza to bardzo funkcjonalna rzecz. Raz po raz wielka ciężarówka wyprzedza ciąg innych wielkich ciężarówek i świeci nam „długimi” po oczach, byśmy gotowali się na śmierć lub ucieczkę w bok.

– Banditos – mruczy niespecjalnie tym przejęty Saleem. Dla niego to normalny kurs, my tymczasem zdążyliśmy pozielenieć ze strachu.

Zjeżdżamy ciężarówce z drogi i po chwili wracamy na swój pas. Wszyscy w tym busiku jesteśmy kierowcami, ale zgodnie stwierdzamy, że czegoś takiego w życiu nie widzieliśmy. Po jakimś czasie znów musimy uciekać na pobocze. I jeszcze raz. I jeszcze… Banditos przewożący towary między Nairobi a Mombasą dyktują warunki. Duzi mogą więcej.

Krótki, obowiązkowy przystanek przy sklepiku z pamiątkami i wreszcie mijamy bramę parku Tsavo East. To najbardziej przyjazny niewprawionemu turyście park safari w Kenii. Oprócz majaczących w oddali niezbyt wysokich gór, nie ma tam nic tylko rozległa sawanna. Czerwoną jak na Marsie ziemię przetykają mniej lub bardziej wyschnięte akacje, fantazyjne kopce termitów i niewielkie pagórki.
Susza w tym rejonie Afryki trwa od jedenastu lat. Ten rok jest jednak wyjątkowo zły. Kraj wyprodukuje dużo mniej herbaty i kawy niż zazwyczaj, co odbije się na cenach tych towarów na rynkach światowych. Bardziej zielono jest tylko w miejscach, gdzie pracownicy Kenia Wild Life urządzili wodopoje dla zwierząt i miejsca noclegowe dla bardziej wymagających turystów, tzw. lodges.
Najwięcej trafia nam się gazel, antylop, guźców i strusi. Moi znajomi pstrykają niczym zawodowi „Japończycy”, nie chcąc uronić ani jednego ujęcia. Ja czekam na słonie, lwy, nosorożce, hipopotamy, czyli wszystko to, z czego słynie środkowa Afryka i… głos Krystyny Czubówny w niedzielnych filmach przyrodniczych. Pierwszy słoń, jakiego widzę, to leżący na poboczu martwy osobnik, z którego brzucha wypływa dziwne, czarne błoto. Saleem jest równie zdzwiony, jak my. Milczy, macha ręką, jak gdyby z urzędu odmawiał komentarza. Nie wie, co nam powiedzieć, bo przecież śmierć nie wybiera. Martwy słoń przypomina nam czasy, gdy kłusownicy bezwględnie tępili te piękne zwierzęta dla samych tylko kłów. To już się nie zdarza, ale biedne zwierzę leży obok drogi jak przewrócone drzewo.
Kawałek dalej przy sztucznym wodopoju napotykamy wreszcie rodzinę słoni,  2+2. „Maluchy” (pewnie po 100-200 kilo każde) chowają się między potężnymi rodzicami, wyciągając swoje niewielkie trąbki w kierunku basenu z wodą.

– Ciąża u słonia trwa do 20 miesięcy – oznajmia Saleem. – Maleństwa są bezcenne. W naszym parku śmiertelność spadła do minimum – dodaje, by uspokoić tych, którzy wciąż mają przed oczami martwe zwierzę przy drodze.

Wokół nas robi się zielono. Zaczynamy dostrzegać coraz to nowe gatunki zwierząt. Pawiany skulone na drzewach, żyrafy konsumujące śniadanie wprost z gałęzi, bawoły taplające się w błocie, lwicę pałaszującą za krzakiem świeżo upolowaną zdobycz, zebry przechodzące przez drogę. Całe stada słoni, lwów, guźców, zebr i gazel przemieszczają się w oddali, szydząc z naszych wariackich wygibasów, służących znalezieniu najlepszego ujęcia. Mijamy innych turystów, których podwożą porozumiewający się przez CB radio kierowcy. Przez chwilę czuję się jak uczestnik szkolnej wyprawy do ZOO.
Jemy szybki lunch w jednej z malowniczo położonych lodges i Saleem z udawanym smutkiem stwierdza, że czas wracać do Mombasy.

– A Kilimandżaro? Nosorożce? Hipopotamy? – pytam rozczarowany.

– To nie tutaj. Górę Ducha i Mount Kenia widać z parku Tsavo West. Tam też są zwierzęta, o które pytasz.

Na całe szczęście widziałem dumne Kilimandżaro z samolotu. Inaczej bym sobie nie darował, że byłem tak blisko i przegapiłem okazję.
W drodze powrotnej trafiamy na wylegujące się na słońcu lemury, strusie, myszołowy. Drapieżniki trudniej wypatrzyć, ale znów widzimy stadko lwów. Nagle przychodzi mi do głowy, że to przecież na terenie dzisiejszego parku Tsavo (liczy 21 tys. kilometrów kwadratowych!) grasowały lwy-ludojady, zwane Duch i Mrok, ze słynnego filmu z Michaelem Douglasem.

Taniec Masajów

NGOMONGO i RAFA KORALOWA

Siedem dni w Kenii to czas tak żałośnie krótki, że turysta zmuszony jest wybierać jedne atrakcje kosztem drugich, a często słyszany zwrot: „do zobaczenia za rok”, wcale nie musi być pustosłowiem. Siadamy nad przewodnikami i porzucamy nadzieję o ujrzeniu jeziora Wiktorii, Wielkiego Rowu, Parku Narodowego Mount Kenia i innych cudów natury, jak jezioro Nakuru pełne pląsających flamingów. Decydujemy się na wyprawę do wiosek Ngomongo, spacer po Mombasie oraz wyprawę na rafę koralową.

Ngomongo Villages to rodzaj skansenu, z tą różnicą, że tworzą go żywi ludzie i zwierzęta. Ta wielokrotnie nagradzana na świecie inicjatywa pokazuje jak niegdyś wyglądało życie plemion zamieszkujących te ziemie. Chodzimy więc od domostwa do domostwa, spotykając starą kobietę ucierającą ziarno, mężczyznę hodującego krokodyle, łucznika, myśliwego, szamana, wysokich i smukłych Masajów oraz ich dom zbudowany z krowiego łajna, a nawet rybaka znad jeziora Wiktoria, który twierdzi, że z jego plemienia pochodzi dziadek dzisiejszego prezydenta USA.

Całe wybrzeże Mombasy leży na rafie koralowej. Nie wiedziałem, co to znaczy, dopóki nie ujrzałem pierścienia fal otaczającego wybrzeże w odległości jakiegoś kilometra od lądu. 0

– Nie płyń tam – ostrzegali miejscowi rybacy, gdy wypożyczałem kajak. – Ostre krawędzie, głębina, pewna śmierć.

Ale oni wypływają co dnia tymi swoimi kruchymi łódeczkami z daszkiem, który ma chronić przed straszliwym równikowym słońcem. Sami, by złowić coś na kolację, lub z bogatymi turystami, którzy pragną sfotografować się z własnoręcznie złowioną ostrodziobą barakudą, miecznikiem albo rekinem młotem. Biedniejsi łowią tylko na rafie i zbierają muszle na sprzedaż. Paradoks polega jednak na tym, że niczego z Kenii wywozić nie wolno.

W czasie odpływu idziemy na rafę piechotą. Woda sięga ledwie do kolan, a w najgłębszych miejscach najwyżej do pasa. Suniemy między wielkimi koralowcami, zaglądając pod każdy niemal kamień. Znajdujemy mnóstwo różnobarwnych rozgwiazd i rybek o fantazyjnych kolorach. Wystarczy rzucić trochę okruchów chleba, by u nóg zaroiło się od różnorakich stworzeń.  Sporo wrażeń dostarcza też zwykłe zanurzanie głowy w okularach do nurkowania. Wszystko pod wodą wygląda tak atrakcyjnie, że pełzamy przez godzinę, niczym poszukiwacze złota pośrodku potoku w Eldorado.

Na końcu rafy rozłożyli swoje skarby lokalni sprzedawcy muszli. Kiedy po raz setny słyszą, że niczego nie chcemy, proszą, by oddać im resztę chleba, który wzięliśmy dla rybek oraz choć jedną butelkę wody. Obiecujemy, że coś od nich kupimy, gdy wieczorem wrócimy do hotelu.

– Powiedzcie mi jedno – mówię po chwili. – Sprzedajecie te piękne muszle turystom, choć nie wolno niczego z Kenii wywozić. Dlaczego?

– Robimy to od dziesięciu lat. Nie było reklamacji.

Macham ręką. No pewnie, że nie było, bo kto by się fatygował tyle tysięcy kilometrów, by stłuc handlarza z powodu zarekwirowanej na lotnisku pamiątki za parę gorszy? Mała, cętkowana muszla kosztuje 200 kenijskich szylingów, czyli niecałe dwa funty, duża, okazalsza i pewnie trudniejsza do wywiezienia – 500. Staram się o tym nie myśleć, choć moi przyjaciele targują się bez pamięci.
Idę na samiutki koniec rafy. Fale uderzają o spiętrzony grzbiet utworzony przez lata przez umierające koralowce. Parę kroków dalej jest już podobno kilkusetmetrowa głębina. Gdzieś tam, wcale nie tak daleko przed nami, leżą słynne plaże Seszeli. Mógłbym tak patrzeć w zielonkawą toń Oceanu Indyjskiego i błagać czas, by się zatrzymał, lecz powoli trzeba wracać, bo woda niebawem zaleje lagunę aż po mur oddzielający plażę od naszego hotelu.

HAKUNA MATATA

Kenijczycy to bardzo pogodny naród. Przyglądam się uważnie każdej z napotkanych twarzy, szukając czegoś, co pozwoli mi odróżnić ich od sąsiadów – Somalijczyków czy Sudańczyków. Zastanawiam się, co sprawiło, że nie są w stanie rozdzierającej wojny domowej, a zamiast Darfuru, pełnego umierających dzieci, mają piękne parki narodowe, do których garną się turyści z całego świata. Wciąż się uśmiechają, a przy tym poruszają się w zwolnionym tempie, jak gdyby funkcjonowali w galaretowatej zawiesinie. Zawsze gotowi pozdrowić cię tym swoim niewymuszonym: jumbo!

Są przewrotnie chciwi. Byłem wielokrotnie uprzedzany, że wszędzie trzeba dawać napiwki, ale parę razy przesadzili. Przed bramą parku Tsavo, pracownik parku zawsze podchodzi do samochodu, by podnieść turystom dach i wymusić napiwek. Nie robi tego kierowca, choć zajęłoby mu to jakieś 20 sekund. Na lotnisku każda toaleta ma swojego „opiekuna”, który stoi przy umywalkach i podaje kawałek papierowego ręcznika. Zamykając się w kabinie, turysta cały czas ma świadomość, że ten człowiek jest o metr, dwa dalej i czeka na „co łaska”. W Ngomongo Villages jest dziewięć wiosek, a w nich dziewięć osób, którym nie wypada odmówić. Za to tańczący Masajowie nie żebrzą, tylko wymuszają kupno jakiejś pamiątki. Często w hotelowym barze tuż przy plaży żartowaliśmy, że jesteśmy gwiazdami filmowymi, bo ilekroć któreś z nas podnosiło się, by iść do toalety, basenu lub po drinki, zza muru oddzielającego hotel od publicznej plaży wyłaniały się głowy sprzedawców pamiątek i przewodników po rafie. Pozdrawiali, krzyczeli, zapraszali. Wrzawa robiła się taka, że wyobrażaliśmy sobie, iż to fani chcą od nas autograf.

Z początku baliśmy się wyjść na plażę. Skoro przez cały dzień przechadzał się brzegiem muru, uzbrojony w pałkę umundurowany ochroniarz, nie mogło tam być bezpiecznie. Wkrótce okazało się, że chroni hotel przed lokalnymi handlarzami, dla których codzienne nagabywanie hotelowych gości to jedyny sposób na wyżywienie siebie i rodziny. Przełamaliśmy lody i niemal co dnia chodziliśmy nad ocean podziwiać koralowce, kraby, rozgwiazdy, palmy i rozbijające się o brzeg rafy fale. Ludzie z plaży witali nas serdecznie, pokazując świeżo znalezione skarby morza. Moi przyjaciele w końcu nakupili mnóstwo muszli, ale gdy celnicy zawołali nas na bok, pytając co wywozimy, z kamienną twarzą odpowiedziałem, że tylko pamiątki kupione podczas safari.

Hakuna matata (no problem). Przechodzić.

Trzymam jedną z tych wielkich, brunatnych, powlekanych dziwną, skamieniałą łuską muszli na półce w sypialni, ale to nie ona przywodzi mi na myśl cudowne chwile spędzone w Kenii.
Pewnego wieczoru wybraliśmy się nad ocean. Ot, tak, powałęsać się po plaży, zanurzyć nogi, pobyć w raju. Odeszliśmy spory kawałek od hotelu. W dali sunął w stronę Kanału Sueskiego wielki kontenerowiec. Miałem nadzieję, że jego kapitan wie, iż będzie musiał bardzo długo płynąć wzdłuż wybrzeża Somalii. Z zagajnika palm wybiegła nagle gromadka nagich dzieci, które ze śmiechem wpadły do wody, zanurzając się po szyje. Ich matki stały na brzegu zagajnika i doglądały swoich pociech podczas kąpieli. Piski, pluski, fontanny wody. Radość i swoboda. I poczucie bezpieczeństwa. Tak zapamiętałem rajską Kenię, choć dla swoich mieszkańców pewnie wcale rajem nie jest.

Tekst i zdjęcia: Jacek Ozaist

Nowozelandzka Przygoda

January 29, 2010

NZ1Biorąc do ręki globus, łatwo sprawdzimy, że Londyn i leżący w Nowej Zelandii Auckland znajdują się niemalże dokładnie po przeciwnych stronach świata. Różnica czasu pomiędzy obydwoma miastami wynosi dwanaście godzin, zaś podróż w jedną stronę zajmie ponad dobę. Bilety do najtańszych też nie należą, jednak wyprawa do Nowej Zelandii warta jest poniesionych trudów i kosztów.
Lot do Hong Kongu trwał dwanaście godzin. Tam następny samolot i – znów niemalże pół doby w powietrzu. Z góry miałem okazję zobaczyć australijskie wybrzeże, wzdłuż którego lecieliśmy przez jakiś czas. Zaś podchodząc do lądowania – panoramę Auckland, miasta, którego widok nawet z lotu ptaka pozostawia niezapomniane wrażenia.

Jeśli podróżowaliście do Wielkiej Brytanii przed wejściem Polski do UE, to pewnie wiecie, jakim horrorem było wtedy spotkanie z urzędnikiem imigracyjnym. Na lotnisku w Nowej Zelandii wcale nie jest lepiej. Oprócz dokładnej spowiedzi na temat celu wizyty i długości pobytu oraz konieczności odpowiedzi na wnikliwe pytania, gdzie dokładnie zamierzam się zatrzymać, skontrolowano dokładnie mój bagaż podręczny. Nowozelandzkie przepisy są bardzo restrykcyjne jeśli chodzi o wwożenie na teren kraju różnorakich produktów pochodzenia zwierzęcego i roślinnego. Specjalne bramki i wyszkolone psy, biegające po torbach kręcących się na bagażowej karuzeli, sprawdzają nie tylko czy nie przewozimy narkotyków lub kostek semtexu, ale także kanapek z szynką, owoców czy chociażby kwiatów dla ukochanej.

Chroniąc własną gospodarkę

Dzieje się tak nie bez powodu. Nowozelandzka przyroda jest kompletnie bezbronna jeśli chodzi o „najeźdźców” z zewnątrz. Przed przybyciem Europejczyków w te strony jedynymi ssakami występującymi na wyspach były nietoperze. Dziś szczury, króliki, psy i przywiezione z Australii oposy stanowią plagę, którą nie wiadomo jak zwalczyć. Wprawdzie epidemia, jaka wybuchła parę lat temu wśród królików poważnie ograniczyła ich liczbę, jednak bezpańskie psy i koty do dziś są głównym czynnikiem powodującym zmniejszanie się populacji ptaka kiwi, będącego symbolem kraju. W świecie roślinnym sytuacja jest podobna. Europejskie chwasty wypierają rodzimą roślinność, zaś przywleczone nie wiadomo skąd algi sieją spustoszenie w jeziorach Wyspy Południowej.

Kolejnym zagrożeniem dla (tym razem gospodarczej) równowagi kraju są napływający masowo imigranci. Wprawdzie Nowa Zelandia nadal dynamicznie się rozwija i potrzebuje rąk do pracy, jednak tamtejszy rynek oczekuje na specjalistów. Nisko wykwalifikowana siła robocza, głównie z Azji, nie jest w stanie zapewnić krajowi odpowiedniego tempa wzrostu. Co więcej – bezrobotni przybysze, z licznymi rodzinami, stają się dodatkowym obciążeniem dla nowozelandzkiego podatnika. Stąd konieczność restrykcyjnych kontroli wjazdowych.

Gdy jednak przejdziemy już przez wszystkie procedury graniczne, jeden z najpiękniejszych zakątków świata staje przed nami otworem. W Nowej Zelandii znajdziemy wszystko: zapierające dech w piersiach góry i morze z pięknymi plażami, lodowce i tropikalną roślinność, industrialną nowoczesność największych miast i maoryską tradycję…

Pierwszy przystanek

Najlepszym sposobem na zwiedzanie kraju jest wynajęcie samochodu i jazda dokąd oczy poniosą. Albowiem wszędzie znajdziemy coś ciekawego. Paliwo jest w Nowej Zelandii dużo tańsze niż w Anglii, noclegi w licznych hotelikach i schroniskach również, tak więc beztroskie jeżdżenie po kraju nie powinno nadmiernie obciążyć naszej kieszeni jeśli wydatki będziemy planować z rozsądkiem.

Dla większości turystów pierwszym przystankiem jest zazwyczaj Auckland. To największe, najnowocześniejsze, multikulturowe miasto jest najbardziej rzucającą się w oczy wizytówką kraju. W porównaniu z nim znajdujące się na przeciwległym końcu wyspy Wellington jest senną mieściną, do której ludzie nie zapuszczają się zbyt często jeśli nie mają poważnego powodu. A przecież to właśnie Wellington jest stolicą – przynajmniej z administracyjnego punktu widzenia. Bo tak naprawdę, gdy przybywającego do Nowej Zelandii turystę spytamy o stolicę kraju, z pewnością większość bez wahania wymieni Auckland, nie zdając sobie nawet sprawy z tego, jaki błąd popełnia.

I nic w tym dziwnego. Wellington, z jego niemalże prowincjonalną atmosferą w niczym nie przypomina cztery razy większego, nowoczesnego, szybko rozwijającego się Auckland. To tu właśnie skupia się życie artystyczne i kulturalne kraju. Tu również, górując ponad nowoczesnymi biurowcami, stoi Sky Tower – najwyższa budowla południowej półkuli. Stąpanie po szklanej podłodze zawieszonego ćwierć kilometra nad ziemią tarasu widokowego przyspiesza bicie serca nawet tym, którzy twierdzą, że nie wiedzą co to lęk wysokości. Z kolei wielbiciele mocnych wrażeń będą mieli okazję wpompować nieco adrenaliny do żył skacząc ze Sky Tower na linie.

NZ2Ekstremalnie i zwyczajnie

Zresztą nie tylko w Auckland można sobie zafundować podobne przeżycia. Nowa Zelandia uchodzi za światową stolicę sportów ekstremalnych. Pośród wspaniałych widoków, jakie oferuje wyspiarski kraj, skok na bungee to jedyne w swoim rodzaju doświadczenie. W wielu miejscach kraju turysta może sobie również zafundować rafting. Jest to spływ pontonem wzdłuż wartkiej, górskiej rzeki, w której roi się od wirów, wodospadów i wystających z wody ostrych kamieni. Wypadnięcie z pontonu prosto do lodowatej wody nie należało do najprzyjemniejszych wydarzeń mojego życia, ale zjazd w dół siedmiometrowego wodospadu jest wrażeniem, którego łatwo się nie zapomina.

Miłośnicy wspinaczki górskiej również nie powinni czuć się zawiedzeni. Na obu głównych wyspach kraju znajdują się malownicze pasma górskie. Najwyższy szczyt kraju, Mount Cook, wznosi się na ponad 3 tys. metrów nad poziom morza. Otaczające go góry są niewiele tylko niższe, zaś w oddzielających je dolinach przez cały rok zalegają lodowce. Nic więc dziwnego, że nazwano je Alpami Południowymi. Góry wyrastają miejscami prosto z oceanu. Jadąc z Christchurch, największej miejscowości Wyspy Południowej do Picton, portowego miasta, do którego zawijają promy z Wyspy Północnej, po jednej stronie, zaledwie kilkadziesiąt metrów od drogi, są malownicze morskie plaże, zaś po drugiej – górskie szczyty. Na zboczach, zamienionych w wielkie pastwiska – tysiące owiec. Złośliwi mawiają, że Nowa Zelandia ma 44 mln mieszkańców, z czego cztery miliony to ludzie, zaś reszta – barany. Choć tak naprawdę ostatnimi laty zamiast owiec coraz częściej można ujrzeć tam krowy. Jak mówili mi lokalni farmerzy – krowi biznes jest bardziej opłacalny.

Jednak dobrze rozwinięte rolnictwo kraju to nie tylko hodowla. Nowa Zelandia jest też liczącym się producentem jabłek i ich przetworów, oraz – co chyba nie dziwi – owoców kiwi. Jadąc przez kraj często zastanawiałem się, czy slangową nazwę swej nacji (Kiwis) Nowozelandczycy tak naprawdę nie zawdzięczają owocom, a nie osławionym ptakom, bo wymierającego nielota w czasie swej wyprawy nie zobaczyłem ani razu, a plantacje kiwi niemalże na każdym kroku. Z daleka do złudzenia przypominały uprawy winorośli. Bo pamiętajmy, że Nowa Zelandia jest również coraz bardziej liczącym się w świecie producentem wina.

Najlepszym miesiącem na wizytę w tym kraju jest marzec – najazd turystów już się kończy, temperatury stają się bardziej znośne, zaś przyroda jest najpiękniejsza właśnie o tej porze roku. A właśnie dla przyrody, dla widoków warto przebyć taki szmat drogi. Nie bez powodu twórcy ekranizacji „Władcy Pierścieni” wybrali tę krainę, by „udawała” Śródziemie. Albowiem tu właśnie znajdziemy wszystkie części składowe tolkienowskiego świata. Wielkie, trawiaste równiny, nieprzebyte lasy, góry, gejzery i wulkany. Jadąc z północy na południe zauważamy powolną zmianę szaty roślinnej. Tropikalne, palmowe gaje ustępują z wolna lasom liściastym, w których najbardziej rzucającym się w oczy elementem są eukaliptusy. Ich wysokie pnie, z korą obłażącą długimi płatami, pozwalają wiszącym wyżej niż u pozostałych drzew jasnozielonym koronom na znakomity dostęp do światła słonecznego. Wprawdzie również w Londynie znajdziemy w przydomowych ogródkach pojedyncze eukaliptusy zasadzone przez botaników-amatorów, te jednak swym wyglądem w niewielkim stopniu przypominają okazy z południowej półkuli. Im zaś dalej na południe, tym bardziej roślinność przypomina tę, którą znamy z naszej europejskiej strefy klimatycznej.

na czterech kółkach

Przez Nową Zelandię podróżuje się szybko. Wielkie terenowe smoki z napędem na cztery koła rzadko jeżdżą tam wolniej niż 100 km/h, nawet na górskich serpentynach. Podobnie i olbrzymie osiemnastokołowce, przypominające te, które oglądaliśmy w filmie „Konwój”. Sieć kolejowa kraju nie jest najlepiej rozwinięta, więc transport odbywa się w głównej mierze drogami. Ciężarówki gnają więc masowo przez kraj, gotowe staranować wszystko, co porusza się wolniej od nich.

W Nowej Zelandii (wyłączywszy okolice Auckland, Wellington i Christchurch) nie ma autostrad w europejskim rozumieniu tego słowa. State Highway, czyli główna arteria kraju prowadząca z północy na południe to wąska droga, z jednym tylko pasem dla każdego kierunku ruchu. Dodatkowy pas, służący do wyprzedzania, pojawia się co kilkanaście kilometrów. Tak więc – nie chcąc być zawalidrogą – należy dostosować swoją prędkość do ogólnie przyjętej.

Nie jest to łatwe. Szczególnie w górach. Moja wynajęta toyota nie trzymała się drogi tak pewnie jak należące do tubylców „offroady”, poza tym jako turysta, chcąc choć trochę obejrzeć kraj wlokłem się osiemdziesiątką. Często więc tworzył się za mną ogonek z pięciu, sześciu pojazdów. Wedle nowozelandzkich standardów to już niezły korek. Dzięki takiemu ekspresowemu tempu udało mi się przebyć wzdłuż Północnej Wyspy w ciągu pięciu dni. Na szybką jazdę można sobie pozwolić, gdyż prawie nigdzie nie ma kamer kontrolujących prędkość, natężenie ruchu jest niewielkie, zaś drogi dobrze utrzymane.

Jazda samochodem może być początkowo nieco kłopotliwa. Podobnie jak w większości krajów Azji i Pacyfiku – w Nowej Zelandii jeździ się po lewej stronie drogi, więc ktoś, kto już przywykł do prowadzenia pojazdów w Wielkiej Brytanii, teoretycznie nie powinien mieć większych problemów. Teoretycznie. Bowiem chociażby fakt, iż kolumna kierownicy skonstruowana jest tak, że przełącznik kierunkowskazów i wycieraczek znajdują się po odwrotnych stronach niż to jest powszechnie przyjęte, nieco działa na nerwy. Ale dość szybko można się do tego przyzwyczaić i nie włączać wycieraczek przy każdej próbie skrętu.

W każdej, nawet w najmniejszej (a takie tam przeważają) mieścince były jakieś atrakcje. A to olbrzymie jezioro w Taupo, a to gorące źródła w Rotorua, a to wreszcie możliwość kupienia świeżych i tanich, „organicznych” owoców i warzyw wprost od farmerów wykładających swoje towary na stoiskach przy drodze.

Małe, senne mieścinki są rajem dla tych, których zmęczył już codzienny wyścig szczurów, panujący w nowoczesnych metropoliach i chcą odnaleźć trochę spokoju. Na trasie mojej wycieczki spotkałem wielu Brytyjczyków, którzy w poszukiwaniu owego spokoju wynieśli się ze swego kraju. Prowadzą tam swoje sklepiki, knajpy i hoteliki i niewiele ich obchodzi szaleństwo odległego świata. Bo też spacerując ulicami nowozelandzkich miasteczek można zapomnieć nie tylko o świecie, ale i o upływie czasu. Jest sennie, ale nie gnuśnie. Nowozelandczycy to ludzie bardzo energiczni, którzy nigdy nie wyglądają na znudzonych. Są też znacznie bardziej niż Anglicy otwarci i przyjacielscy, chociaż – bez wylewności.

NZ3

Maoryskim zwyczajem

Jednym z powodów mojej podróży na antypody był ślub znajomych. Była to impreza bardzo różniąca się od tego, co znamy z Wielkiej Brytanii. Zamiast krótkiego spotkania przy szampanie, wziąłem udział w wielkim, obliczonym na setkę gości, dwa dni trwającym weselu, które bardzo kojarzyło mi się z polską tradycją ludową. Bo też było na ludowo. Po maorysku. Być w Nowej Zelandii i nie spotkać się z maoryską kulturą to tak jak pojechać do Paryża i nie widzieć wieży Eiffla.

Ceremonii ślubnej opisywać nie będę, wspomnę jedynie, że odbywała się ona pod gołym niebem, na wielkiej łące, oryginalnie będącej pastwiskiem, na czas imprezy „wypożyczonej” od właścicieli, czyli jednego z lokalnych rodów. Miejsce to przekształcono w pole namiotowe, na którym mieszkaliśmy i imprezowaliśmy przez następnych kilka dni. Wystarczał pięciominutowy spacer (połączony ze „skokami przez płotki” oddzielające od siebie poszczególne pastwiska), by dotrzeć na dziewiczą, piaszczystą plażę. Wielkie wrażenie zrobiła na mnie weselna kolacja, przygotowana w tradycyjny, maoryski sposób. Jadło (w tym największe, jakie dotąd widziałem homary nałapane parę godzin wcześniej – jak twierdzili organizatorzy), zakopano w ziemnym dole, w którym rozpalono ogień. Przemówieniom, jedzeniu, piciu i… kolejnym przemówieniom nie było końca. Pośród obfitości jadła i napitku łatwo było się zapomnieć. Jednakże samej imprezy – co chyba oczywiste – zapomnieć się nie da. Dzięki serdeczności organizatorów i uczestników czułem się jakbym był w swojej rodzinie.

Po weselu zostałem jeszcze kilka dni w tym pięknym kraju. Poświęciłem je na zwiedzanie Wyspy Południowej. Jest ona większa od północnej, ale mieszka tu nie więcej niż jedna czwarta populacji kraju. Jej centralną część zajmują posępne, prawie niezamieszkałe Alpy Południowe. Jedynym większym miastem jest Christchurch, leżący na wschodnim wybrzeżu. Z miasta nad morze jedzie się godzinkę, mijając malownicze wzniesienia. Mnie jazda zajęła nieco więcej, gdyż w jednym z miejsc trwały prace remontowe drogi. Na kilkusetmetrowym odcinku uwijała się spora grupa robotników kładących nawierzchnię. Ruch odbywał się wahadłowo po jednym tylko pasie, co opóźniło nieco przejazd. Jednak gdy parę godzin później wracałem do Christchurch, robotnicy zniknęli, a jezdnia była zrobiona. Przyzwyczajony do tego, że w Londynie prace przy najmniejszej nawet dziurze w drodze trwają tygodniami, nie mogłem się nadziwić tempu, w jakim odbył się remont.

Zresztą – różnic pomiędzy tym, co europejskie, a tym, co nowozelandzkie jest więcej. Weźmy choćby pieniądze. Wprawdzie siła nabywcza lokalnej waluty jest znacznie mniejsza niż funta (wymienia się mniej więcej jak 1 do 3), jednak jakość wykonania banknotów jest dużo wyższa. Albowiem są one zrobione z plastikowej folii, co powoduje, że trudniej je podrobić. Są też znacznie trwalsze od papierowych odpowiedników. Owa wytrzymałość na zniszczenie jest w wilgotnym, podzwrotnikowym klimacie kraju cechą bardzo pożądaną. Nic więc dziwnego, że coraz więcej państw regionu Pacyfiku przechodzi na takie właśnie foliowe pieniądze. Jeśli będziecie w Nowej Zelandii nie zdziwcie się, że kupując cokolwiek nie otrzymacie reszty wyliczonej co do centa – najmniejszym nominałem jest dziesięciocentówka, zaś kasy przy sumowaniu po prostu zaokrąglają końcową wartość.

Społeczność tego kraju bardzo poważnie traktuje lokalną tradycję, zwyczaje i historię (szczególnie tę sprzed okresu przybycia Brytyjczyków). Kraj przeszedł niedawno zmianę flagi narodowej. Znaną do tej pory, niebieską, z Union Jack w lewym górnym rogu i krzyżem południa zastąpiła czarna, z gałązką srebrnej paproci – symbolu kraju. Czarny kolor stał się barwą reprezentacyjną. Najlepiej wiedzą o tym fani sportu, którym All Blacks jednoznacznie kojarzą się z nowozelandzką drużyną narodową.

Zaskoczeniem była dla mnie cena domów. Podczas gdy w Londynie za 100 tys. funtów nie kupi się nawet najmniejszej kawalerki w najlichszej dzielnicy, za równowartość tej sumy można w nowozelandzkim countryside dostać dom z trzema sypialniami, sporym ogrodem i garażem na dwa samochody. I mimo że ostatnimi czasy ceny dość szybko idą w górę, nadal – w porównaniu ze średnią europejską – zdają się być bardzo atrakcyjne. Dlatego kto wie, może zamiast myśleć o kupnie domu w Polsce czy Zjednoczonym Królestwie, niektórzy inwestorzy zastanowią się nad kupnem nieruchomości w innym końcu świata, gdzie rynek nadal dynamicznie się rozwija i suma zwrotu z takiego nabytku może być za parę lat znacznie większa niż tutaj?

Krótki pobyt w Nowej Zelandii z pewnością nie dał mi szansy poznania wszystkich osobliwości tego kraju. Dlatego wiem, że wybiorę się tam kiedyś jeszcze, do czego serdecznie namawiam czytelników „Nowego Czasu”.

Tekst i zdjęcia: Alex Sławiński

Zapach miasta

October 26, 2009

Po wyjściu z holu lotniska bucha na mnie ciepło, zupełnie jakby ktoś nagle otworzył przede mną drzwi rozgrzanego pieca. Gorące, lepkie powierze pełne jest niesamowitych zapachów. Już wiem, jestem w Bangkoku.

h5sk9h1n
Tajlandia przez jednych nazywana jest krajem uśmiechu, bo niemal każdy do każdego tam  się uśmiecha. Przewodniki turystyczne określają ją mianem niekończącego się festynu kulturalnego, kontrastu sezonów, uczty kulinarnej czy tęczy zapachów unoszących się w powietrzu. Inni zachwycają się monsunami, które Tajlandię nawiedzają kilka razy w roku. Dla jeszcze innych to dzikie lasy tropikalne z zapierającymi dech w piersiach widokami, różnorodnością fauny i flory. No i jeszcze tajska kuchnia. I uwaga: by jej zasmakować, wcale nie trzeba udawać się do drogich restauracji, przeważnie wystarczy zatrzymać się na ulicy przy jednej z tysiąca mobilnych kuchni, gdzie żywią się tubylcy. Smakuje znakomicie. Jako wielbiciel krewetek przez dwa tygodnie codziennie zamawiałem właśnie krewetki i nigdy nie udało mi się zjeść tej samej potrawy dwa razy.

Tajlandia ma też swój sport narodowy, który w ostatnich latach zdobywa coraz większą popularność na świecie. Chodzi oczywiście o Thai boxing! Polecam gorąco. Bilety co prawda do tanich nie należą, ale warto trochę wydać, gdyż jest to wydarzenie warte przeżycia. Wszystko jest zupełnie inne niż na podobnych meczach w Europie. Nic dziwnego, pierwsze wzmianki o boksie tajskim pochodzą z 1411 roku! Większość turystów przyjeżdża tam jednak przede wszystkich w jednym celu: wypocząć na ciągnących się kilometrami piaszczystych, białych plażach. Czyste piaski, kryształowa woda oraz doskonała baza hotelowa gwarantują udany wypoczynek. A ponadto trudno się tam nudzić. Każdego miesiąca odbywa się wiele różnych festiwali: od sportu, poprzez muzykę, sztukę, kulinaria aż do tarzania się w błocie.  Bangkok jest jedną z niewielu stolic świata, na ulicach których ciągle jeszcze spotkać można… słonia maszerującego jezdnią tuż obok przemykających szybko luksusowych aut.
bild0719

KIEDY?

Turyści ściągają do Tajlandii przez cały rok, ale najlepiej jest wybrać się tam jesienią lub wiosną, kiedy nie ma jeszcze potwornych, dochodzących do 40 stopni upałów i dużej wilgotności powietrza.
W Tajlandii byłem już kilka razy, wiedziałem czego mogę oczekiwać, co znowu chcę zobaczyć. Tym razem postanowiłem, że koniecznie muszę zatrzymać się w Bangkoku, mieście, które po raz pierwszy odwiedziłem przeszło czternaście lat temu i które pamiętam jako nieco dzikie, azjatyckie, powoli dojrzewające do ranga międzynarodowej stolicy. Miałem wrażenie, że to miejsce jest jak rozkwitający kwiat: im dłużej się tam przebywało, pod większym urokiem i wrażeniem się było.

Za Tajlandią tęskniłem. Brakowało mi tego, że każdy jest tam miły, uśmiecha się na ulicy, w sklepie. Nikt się nie śpieszy, nie pędzi, bo jest już spóźniony na następne spotkanie. Życie biegnie tam zupełnie innym torem, który dla przybysza z Europy może wydawać się dziwnym, ale jednocześnie jakże uspokajającym…

ZA ILE?

Wbrew pozorom wyjazd do Tajlandii wcale nie oznacza, że musimy wydać tysiące. Dobrze planując możemy wydać na urlop mniej więcej tyle, ile na podobny wyjazd na Wyspy Kanaryjskie. Oczywiście można skorzystać z gotowych pakietów biur podróży, można jednak poszperać w internecie i wszystko zorganizować samemu, wybierając nie tylko najbardziej odpowiadający mam hotel, ale przede wszystkim daty. Może się okazać, że za wszystko zapłacimy mniej, niż kupując gotowy pakiet.

Najtrudniej jest o bilet lotniczy, nie dlatego, że trudno jest zdobyć miejsce w samolocie. Z Londynu do Bangkoku lata wiele linii lotniczych. Ale jeśli chcemy kupić bilet po atrakcyjnej cenie (lepiej zaoszczędzone pieniądze wydać na miejscu, warto!) to bilet trzeba kupić kilka miesięcy wcześniej. Mamy wtedy szansę zapłacić za przelot poniżej czterystu funtów za osobę. Sporą popularnością cieszy się linia obsługiwana przez Qatar Airways – co prawda z przesiadką w Doha (stolicy kraju), ale za to z doskonałym serwisem na pokładzie i nową flotą samolotów oraz bardzo atrakcyjnymi cenami.

›› Tajlandia to kraj buddyjski, w którym posążki Buddy spotkać można niemal na każdym rogu ulicy, również przed wejściem do hotelu, i nie ma to znaczenia, czy ma on dwie czy pięć gwiazdek. Warto podkreślić również i to, że tradycyjna architektura kościelna jest niezwykle bogata i przyciąga turystów paletą kolorów i bogactwem stylów.  U góry: panorama miasta z tarasu hotelu Lebua; poniżej jedna z wielu mobilnych kuchni, gdzie serwowane są dobre lokalne potrawy

›› Tajlandia to kraj buddyjski, w którym posążki Buddy spotkać można niemal na każdym rogu ulicy, również przed wejściem do hotelu, i nie ma to znaczenia, czy ma on dwie czy pięć gwiazdek. Warto podkreślić również i to, że tradycyjna architektura kościelna jest niezwykle bogata i przyciąga turystów paletą kolorów i bogactwem stylów. U góry: panorama miasta z tarasu hotelu Lebua; poniżej jedna z wielu mobilnych kuchni, gdzie serwowane są dobre lokalne potrawy

GDZIE?

Mając już bilet lotniczy możemy przejść do szukania hotelu. W samym Bangkoku są setki hoteli oferujących wszystkie możliwe standardy. Nie polecam jednak tych z mniej niż trzema gwiazdkami chociażby dlatego, że różnice w cenach są niewielkie, różnice w jakości znaczne. Wybierając się do Azji warto zatrzymać się w jednym z dobrych hoteli, chociażby po to, by zasmakować luksusu oferowanego przez miejscowych hotelarzy. Zapewniam, że to, co określa się mianem luksusu w Europie, w Azji przybiera zupełnie innego, powiedziałbym bardziej luksusowego znaczenia.

Przeglądając oferty na hotels.com moją uwagę zwrócił nowo wybudowany hotel Lebua, który  jest drugim najwyższym budynkiem w mieście. Doskonale położony w centrum, tuż nad rzeką Chao Phraya, oferuje zapierającą dech w piersiach panoramę miasta, które szczególnie wieczorem wygląda imponująco. W Lebua nie ma pokoi, jest za to aż 358 apartamentów różnej klasy: od standardowej do luksusowej, wszystko oczywiście pięciogwiazdkowej jakości. Nasz znajdował się na 86 piętrze i zajmował trzy pokoje.

Na samym szczycie hotelu znajdują się restauracje oraz Skybar – najwyżej położony na świecie bar na świeżym powietrzu z widokami, których nigdy się nie zapomina. Chociaż hotel oddano do użytku zupełnie niedawno, to uzbierał on już wiele prestiżowych nagród. Ale co w Lebua najważniejsze, to ceny. Suite możemy zarezerwować już za siedemdziesiąt parę funtów za dobę, co przy dwóch osobach wynosi jakieś 40 funtów na głowę. Za takie pieniądze możemy tylko marzyć o pięcio gwiazdkowym luksusie gdziekolwiek w Europie.

bild0661

Z WIZĄ

Wybierając się do Tajlandii musimy pamiętać o wizie, którą załatwia się w londyńskim konsulacie. Kosztuje 24 funty i przeważnie czeka się na nią kilka dni.

Czy o czymś zapomniałem? Pewnie o czerwonych latarniach, czyli słynnych salonach masaży, go-go barach i całej reszcie tego typu przybytkach. Nie wspomniałem o nich celowo. Jak będziecie chcieli, to sami zobaczycie. Jeśli oczywiście będziecie mieli na to czas, zagubieni między tysiącami kolorowych straganów, na których można kupić dosłownie wszystko.

Roman Waldca

Katka z Singapuru

October 22, 2009

singapur_02

Dlaczego w Singapurze nie można żuć gumy, wszystkie budynki wyglądają jak nowe, a prezydent jeździ meleksem? Niektórzy twierdzą, że to tylko zdrowy rozsądek, inni że Tygrys Wschodu właśnie tak wygląda.

W niedzielne popołudnie, w czasie gdy przypada Hari Raya (środek września), czyli jedno z najważniejszych świąt islamskich, prezydent Singapuru otwiera bramy swojego prezydenckiego pałacu dla zwiedzających. Sellapan Ramanathan – prezydent Republiki Singapuru od dziesięciu lat – nie przypomina w żadnym sensie typowego europejskiego prezydenta. Kolejka do pałacu jest dość długa, ale wejście jak zawsze przebiega sprawnie. Uiszczamy symbolicznego dolara za bilet, który jest jednocześnie dotacją na fundację pomagającą dzieciom. Przechodzimy przez bramkę bezpieczeństwa wykrywającą metal, jednak nie mamy poczucia wynoszonego często z kontroli osobistej na lotniskach – tu jak najbardziej jesteśmy mile widziani. Za bramą rozciąga się malowniczy ogród, u jego szczytu stoi kolonialny budynek – pałac prezydencki. Nagle na drodze pojawia się kilka osób torujących przejazd dla dwóch meleksów, w jednym na przednim siedzeniu siedzi sam prezydent i uprzejmie macha do mijanego tłumu. Nie chronią go żadne szyby kuloodporne, wokół samochodu biegnie tylko czterech ochroniarzy. Dla Singapurczyków to dość normalne – dlaczego mieliby być agresywni w stosunku do własnego prezydenta – żyje im się przecież jak w raju.

singapur_03

Słońce nad Singapurem

Gospodarczy sukces tego maleńkiego państwa-miasta rozpoczął się niecałe dwadzieścia lat temu. Widać to gołym okiem. W ciągu tych lat wieżowce najważniejszych korporacji na świecie rosły jak grzyby po deszczu właśnie w Singapurze. Zrujnowane kolonialne budynki zyskały nowy wygląd i nowe zadania, tereny portowe stały się miejscami rozrywki i rekreacji w sobotnie wieczory. Choć czasami ma się podejrzenia, że to nieco policyjny ustrój, przestępczość jest tu marginalna – portfel można zostawić na stoliku w kawiarni, a będzie tam jeszcze leżał po godzinie. Ludzie są dla siebie uprzejmi i nie mają problemu z zaadaptowaniem kolejnych przepisów regulujących zasady życia w ich państwie. Europejczycy kiwają głowami – to jest możliwe tylko w Azji. Singapur liczy zaledwie 710 km2 i ma niecałe cztery miliony rdzennych mieszkańców, plus jeden milion cudzoziemców. Jego powierzchnia powiększa się corocznie dzięki zasypywaniu kolejnych mierzei między mniejszymi wyspami na oceanie. Jest państwem wielowyznaniowym z niespotykaną tolerancja dla każdej religii. Rządzącą nim Partię Akcji Ludowej trudno skojarzyć z jakimkolwiek odpowiednikiem z Europy – obecnie opozycja prawie nie istnieje – poziom życia mieszkańców jest jednym z najwyższych na świecie. Sprawnie więc można wprowadzić w życie kolejne przepisy. Singapur kieruje się silnie polityką czystości i higieny w miejscach publicznych. Na ulicach i w metrze nie wolno jeść, pić i żuć gumy. Za wyrzucenie papierka na chodnik grozi wysoka kara – mimo że w pobliżu nie widać policji, kamery CCTV zarejestrują nasz najmniejszy ruch. Za posiadanie narkotyków grozi kara śmierci. Egzekucje wykonuje się nawet na cudzoziemcach, którzy przebywają na terenie kraju turystycznie, a zostali złapani z używką. W wielu miejscach nie wolno też palić. Dla Europejczyka to nie do pomyślenia, dla Singapurczyka to zdrowy rozsądek.

Azjatycki lew

Pałac prezydencki wydaje się mały i dość skromny. Zwiedzającym udostępniono sale na parterze, w których odbywa się wystawa prezentów podarowanych prezydentowi w czasie oficjalnych wizyt przez inne głowy państwa – na jednym ze stołów dumnie prezentuje się kryształ z wygrawerowanym pałacem prezydenckim w Warszawie. Istana – tak się nazywa siedziba prezydenta w Singapurze – to budynek zbudowany w połowie XIX wieku przez Brytyjczyków. Służył w tamtym czasie za siedzibę gubernatora wyspy. Skończono go dokładnie na czas wizyty drugiego syna królowej Wiktorii. Budynek jest utrzymany w stylu kolonialnym i przypomina wiele innych zaprojektowanych w tamtym czasie przez brytyjskich wojskowych architektów. Jak wszystko w Singapurze Istana została odnowiona w połowie lat dziewięćdziesiątych XX wieku i cieszy się obecnie nową świetnością. Podobnie całkowitej restauracji poddano inne budynki kolonialne, takie jak obecny budynek Muzeum Cywilizacyjnego Azji II i Hotel Raffles. Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że w Singapurze nie ma jednego starego zaniedbanego budynku – nawet zabytkowe kamieniczki w Chinatown zyskały nowe fasady i wyglądają niepodobnie do innych jakie możemy spotkać w Chinatown na całym świecie. Szczytem rozmachu i ukoronowaniem nowego wizerunku Singapuru jest park rozrywki i sztuczne plaże na wyspie Sentosa. Pierwotnie Sentosa miała być ekskluzywną dzielnicą najbogatszych mieszkańców Singapuru. Jednak jak się okazało bogaci wcale nie zapragnęli zamknąć się w murach singapurskiego Beverly Hills, znaczną więc część wyspy zajęły hotele, usypane złotym piskiem plaże i kolejne miejsca rozrywki ,takie jak Luna Park czy świetny „podwodny świat” i laguna delfinów. Na Sentosie warto zwiedzić Fort Siloso, w którym zapoznać się możemy z krótką historią Singapuru, a głównie z czasami japońskiej okupacji. Sentosa w wielu miejscach wzbudza silne skojarzenia z atrakcyjnymi miejscami w Europie. Choćby podejście pod punkt widokowy w statule Merliona (rybę z głową lwa) – symbol kraju – przypomina park Gaul z Barcelony. Całość olśniewa blaskiem i luksusem, a wszystko to w cenie biletu kolejki miejskiej, którą w kilka minut przejedziemy nad powierzchnią wody, przedostając się na Sentosę.

singapur_04

Jak w raju

Singapur jest wyjątkowy również z uwagi na sentyment związany z czasami kolonialnymi. Stało się tak dzięki Brytyjczykowi sir Stamfordowi Rafflesowi, który najpierw wydzierżawił wyspę od sułtana Johoru, a później ją kupił, by stworzyć tu port stanowiący konkurencję dla panoszących się w tej części Azji Holendrów. Dla Singapurczyków był to więc początek prosperity – port na ich wyspie stał się jednym z najważniejszych na świecie. Okres rozkwitu przerwała II wojna światowa i okupacja japońska, w czasie której eksterminacji poddano znaczną część ludności. Singapur odłączył się od Malezji w 1965 roku – od tego czasu datuje się początek współczesnej państwowości tego kraju. Przy okazji przypadających w tym roku 44 urodzin państwa wiele cen spadło właśnie do poziomu 44 dolarów singapurskich (1 Euro = 2 SGD) – mieszkańcy są dumni z tego, co w czasie ostatnich dziesięcioleci sami zbudowali – świętują więc z rozmachem.

Poziom życia w Singapurze należy do jednego z najwyższych na świecie. Przeciętna singapurska rodzina (2+2) mieszka w apartamentowcu zwanym kondominium (odpowiednik ekskluzywnego wieżowca) w mieszkaniu zaopatrzonym w klimatyzację, dwie łazienki i pomieszczenie dla maid, czyli pomocy domowej rekrutującej się zwykle z pobliskich uboższych krajów jak Indonezja czy Filipiny. Obostrzenia związane z emisją spalin sprawiły, że jeśli Singapurczycy posiadają samochód jest to zwykle dość nowy model japoński, jednak wiele kondominiów ma w swej ofercie możliwość niedrogiego wypożyczenia samochodu. W ten sposób oszczędza się przestrzeń parkingową budowaną zwykle pod apartamentowcami. Na dachach wielopiętrowych parkingów powstają korty tenisowe i boiska. W ramach jednego strzeżonego osiedla kondominium (zwykle to trzy wieżowce) jest też odkryty basen i siłownia dla mieszkańców. Sukces ekonomiczny Singapuru oparty jest na ogromnym zaangażowaniu w pracę – przeciętnie pracuje się 10 do 12 godzin dziennie. Choć sami Singapurczycy nie podejmują się już wykonywania trudnych prac fizycznych. np. na budowach zatrudniając rzesze pracowników najemnych z państw sąsiedzkich. W Singapurze place budowy nigdy nie zasypiają – panuje system zmianowy 24 godziny na dobę.

Singapur nie posiada żadnych bogactw naturalnych, buduje jednak swoją potęgę w oparciu o port i nowe technologie. Wszyscy mieszkańcy zdają się bezgranicznie być zaangażowani w umacnianie silnej pozycji kraju – obdarzają ogromnym zaufaniem władze państwowe, które z kolei są lojalne wobec ludności wypłacając co roku nadwyżki budżetowe w oparciu o sprawiedliwy podział na konto każdego obywatela.

Singapur zaskakuje jeszcze wieloma rzeczami. Po ucieczce jednego z czołowych terrorystów z lokalnego więzienia każdy z obywateli otrzymał jego rysopis na własny telefon komórkowy. W restauracji wystarczy położyć papierową serwetkę na stoliku na znak rezerwacji i pójść do baru – nikt nas na pewno nie podsiądzie. W parku w centrum miasta jest też Speaker’s Corner – dla osób, które chciałyby wyrazić swoją krytyczną opinię na jakiś temat. Tekst jest zawsze poddawany cenzurze i nie zezwala się na krytykowanie władzy, religii i naruszanie czyjegoś dobrego imienia – zwykle więc brak chętnych do manifestowania swoich poglądów. Singapurczycy są bardzo dumnym narodem i silnie strzegą swojego państwa – cudzoziemcy nie mogą przebywać na terenie Singapuru dłużej niż trzy miesiące bez wizy, po utracie pracy mają dwa tygodnie na opuszczenie kraju. Wciąż jednak przybywa Europejczyków zafascynowanych Singapurem.

Małgorzata Białecka

Karaiby

February 2, 2009

Środek Morza Karaibskiego. Przez cały dzień nie widać żadnego lądu ani nawet obiektu na morzu czy niebie. Nic, tylko bezkresna przestrzeń pełna białych grzyw fal sunących po szafirowej tafli wody.

Na górnym pokładzie zamiast piratów, angielscy emeryci, a zamiast łotrowskich przyśpiewek, łagodne rytmy calipso. Wiatr bezlitośnie burzy wypielęgnowane fryzury angielskich dam i figlarnie porywa ręczniki, koszulki, buty. Jest gwałtowny, ale bardzo ciepły. Dzięki niemu w ogóle nie czuć czającego się w górze słońca. Dopiero wieczorem ludzie nie poznają w lustrze samych siebie.

Atrakcją dnia jest deszcz znikąd. Najpierw pojawia się w oddali ciemna chmara kropel, a potem na pokładzie powstaje panika, jak gdyby wybuchł pożar. Zimne igiełki spadają na rozgrzane ciała, wzbudzając śmiech i okrzyki zdumienia. Najśmieszniejsze jest jednak to, że nad nami nie ma żadnej chmury.

Grenada

Po trwającym półtorej doby rejsie zawijamy w końcu do najdalej wysuniętej wyspy archipelagu Małych Antyli – Grenady. Dalej już tylko Ocean Atlantycki. Port St. George wita nas tęczą i ginącymi w chmurach wierzchołkami gór. Trafiamy pod opiekę wujka Morga, sędziwego Kreola, którego wszyscy tu znają i pozdrawiają. Anglicy udają, że nie dosłyszeli, jak się przedstawiał.

- Kapitan Morgan?

- Nie. Wujek Morg. Nie jesteśmy na wyspie rumu, tylko kakao i cynamonu.
Stwierdza jeszcze, że jest najstarszym przewodnikiem po Grenadzie i pokaże nam kilka miejscowych atrakcji.

Wyjeżdżamy z kolorowego portu i już po paru minutach krajobraz zmienia się diametralnie. Wysłużony japoński busik z trudem wspina się po bardzo stromej i wąskiej drodze, którą z miejsca pokochałby każdy amator rajdów ekstremalnych. Wkrótce już sami nie wiemy, czy liczyć dziury, czy zniszczone, porzucone przez lokatorów domy.

To skutek huraganów, które co jakiś czas przewalają się, dewastując wyspę. Oraz biedy. Grenadyny składają się bowiem z 30 wysepek i atoli, spośród których jedne są bezludne, inne biedne, nie mające wielu atrakcji dla turystów, a jeszcze inne to luksusowe kurorty dla bogaczy. Ten niewielki archipelag pokochali ludzie ceniący spokój, ciszę i brak komercyjnej turystyki. Podobno każdy może znaleźć tu sobie spokojną zatoczkę, małą, prywatną plażę czy leżący na odludziu akwen do nurkowania.

Droga robi się coraz bardziej dziurawa i stroma, a domy coraz bardziej zniszczone. Wujek Morg używa klaksonu za każdym razem, gdy jęczący busik musi wspiąć się na wzgórze zakończone ostrym zakrętem. Mijanie się na drogach Grenady to nie lada sztuka. Ze zgrozą patrzę na podmyte przez ulewne deszcze pobocza, ciągnące za sobą wielkie kawały asfaltu w kierunku ziejącej w dole przepaści.

Zajeżdżamy przed sklepik z pamiątkami oraz przyprawami. Z daleka pachnie cynamonem, którego laski porozkładano gdzie tylko się da. Zapach odurza i budzi miłe wspomnienia. Wcale nie słucham wujka Morga. Jestem w ogródku mojej babci i popijam kompot w gruszek z cynamonem.

Jedziemy dalej w góry. Już nie ma domów ani innych samochodów, tylko czysta natura. Po drodze wodospad, z którego można skoczyć wprost do mineralnej wody, niewielki park narodowy i porośnięte szuwarami jezioro powstałe na kraterze wulkanu. Wszystko to jednak jest maleńkie i niezbyt różni się od znanych w Europie podobnych miejsc. Zupełnie inne wrażenie robi las tropikalny pełen niezwykłych drzew i krzewów. Zachwyca nas wzgórze porośnięte bambusami, z których wyrabia się tu meble oraz drzewa ociężałe od melonów i papai. Królują jednak wszechobecne kakaowce.

Wujek Morg odwozi nas do St. George. Po drodze odwiedzamy stary angielski fort, symbol trudnej historii Wysp Karaibskich, które od czasu odkrycia ich przez okręty Kolumba były obiektem ciągłych walk i targów. O Grenadę walczyli Anglicy i Francuzi.. Kto wygrał? Ruch jest lewostronny, a na banknotach dolarów wschodniokaraibskich widnieje królowa Elżbieta, tylko dużo młodsza i bardziej pogodna, niż na funtach brytyjskich.

Wieczorem kapitan promu informuje pasażerów, że nocą miniemy St. Lucię, Martynikę i kilka pomniejszych wysepek. Po raz pierwszy odczuwam żal, że ich nie odwiedzę, bo jest ich za dużo.

Dominica

O poranku wyspa wygląda dumnie i groźnie, jak gdyby drzemiące głęboko pod dnem oceanu żywioły już miliony lat temu postanowiły uczynić ją wyspą chmurną i dziką.

Znów wyruszamy japońskim busikiem, tym razem klimatyzowanym, na spotkanie z nową przygodą. Sporych rozmiarów przewodniczka zajmuje miejsce tuż obok mnie i zaczyna opowiadać o Dominice.

Historia polityczna niektórych wysp sięga zaledwie kilku dziesięcioleci, tu decydujący ton nadaje natura w swym niezachwianym i trwałym pięknie, sięgającym wielu tysiącleci, zanim powstały perły kultury europejskiej. Nie tworzył tego człowiek, tylko niczym nie skrępowany wulkaniczny żywioł.

Przewodniczka opowiada o szkolnictwie, gospodarce i młodziutkiej historii politycznej Dominiki, ale ja mam większe zmartwienia. Drogi tu są węższe niż na Grenadzie, a pobocza tak podmyte przez ulewne deszcze, że wprost z auta można spojrzeć w dół żarłocznej przepaści. Jedynie żółta taśma ostrzegawcza i kilkanaście centymetrów błota dzieli nas od gwałtownej śmierci.

Busik rzęzi i sapie. Takiej stromizny nie widziałem pod żadną z polskich gór. Po żadnej nie wjeżdżałem pod takim kątem, że odchylało mnie w tył… Bardziej przypomina to start rakiety…

I co? Jeszcze zakręt?! Boże, musimy się minąć z innym pojazdem! Busik na pierwszym biegu wtacza się na górę. Kierowca ma nawet czas i na tyle mocne nerwy, że pozdrawia klaksonem mijanego kolegę. Uff, teraz trochę w dół…

Przewodniczka nuci monotonnym głosem: – Jeśli ktoś nauczy się jeździć na Dominice, poradzi sobie wszędzie.

Po kilkunastu minutach ostrej jazdy bez pobocza, dojeżdżamy do lokalnego spa w górach. Dwa maleńkie baseniki z wodą, której kolor sugeruje dużą ilość siarczanów otaczają wyjątkowej urody drzewa i krzewy. Nie znamy ich nazw, ale sycą oczy fantazyjnymi kształtami i gamą żywych barw.

Gdy wracamy, przewodniczka pokazuje w dole piękne osiedle miejscowych bogaczy, które ostro kontrastuje z rozlokowanymi po obu stronach drogi lichymi budynkami. Tu, tak jak na Grenadzie, króluje tymczasowość. No bo po co budować pałac, skoro huragan może zmieść go w ułamku sekundy? Obite drewnem albo blachą rudery straszą przez całą drogę do portu. Dopiero tam widać zręby cywilizacji, choć miasto wygląda dobrze i schludnie tylko z promu. Wystarczy wejść w dowolną uliczkę, by trafić na obraz zwyczajnej Dominiki. Biednej, ale dumnej. Maleńkie sklepiki i bary, miniaturowe domki, wąskie uliczki pełne solidnych rynsztoków odprowadzających wodę podczas ulewnych deszczów – to wszystko upchnięte jest na niewielkiej przestrzeni między górami a morzem. I tylko auta wyglądają na nowoczesne. Same „japończyki” – toyoty, hondy, mitsubishi… Lokalni Kreole prowadzą je z niesamowitą dumą, tak jakby jedynie to stanowiło coś trwałego w ich trudnym, wyspiarskim życiu.

Malowniczy port Roseau powoli oddala się. Wracamy na morze. Dopiero teraz docierają do mnie słowa przewodniczki, że to wyspa czarnych plaż, pełnych wulkanicznego pyłu, urokliwych zatoczek i deszczowych gór. I że mają tu 365 rzek i rzeczek, po jednej na każdy dzień roku. Piorą w nich i czerpią z nich wodę do produkcji ponczów i soków owocowych. A lokalnym przysmakiem jest iguana, która podobno smakuje jak kurczak…

Nocą mamy minąć Gwadelupę i Montserrat, zniszczony w 1995 roku wybuchem wulkanu. Opuściło go 2/3 populacji, a zniszczona przez lawę stolica-port zionie pustką do dziś.

Antigua

To już inny świat, choć wciąż pozostajemy w obszarze Wschodnich Karaibów. Piękny, stary port wita nas zadbanymi budynkami knajpek, biur podróży i sklepów z pamiątkami. Żywioły wulkaniczne były dla tej wyspy dużo bardziej łaskawe Góry nie są już takie wysokie i strome, a niewielkie wzniesienia przecinają rozłożyste doliny. Drogi dużo szersze i pozbawione dziur.

Antigua to królowa plaż. Hasło reklamowe mówi, że jest ich… 365. My odwiedzamy zaledwie kilka. Nie różnią się od innych plaż w kurortach tego świata, lecz piasek pełen jest drobin muszli morskich, które za nic nie chcą odczepić się od skóry. Wyglądamy niczym początkujący malarze, którym kropelki białej farby oprószyły twarze.

Wszędzie palmy, bungalowy dla bogaczy, plażowe bary i wodne atrakcje. Zwracam uwagę bardziej na wyplataczy kapeluszy z liści palmowych i sprzedawcę kokosów, czymś odurzonego, śpiewającego reggae w trakcie prowadzenia taczki z owocami. Gdy już upoluje klienta, przestaje śpiewać i wbija maczetę w kokos odłupując kawałek, by podać napój wprost z łupiny.

Po południu spacerujemy po St. John’s. Smętnymi uliczkami docieramy do górującej nad portem katedry. Na okalającym ją cmentarzu siedzą na starych nagrobkach lokalni mieszkańcy. Słuchają transmisji z meczu z podręcznego radia. Liga, zdaje się, brazylijska.
Wszystkie okna katedry, wyglądającej w środku jak prowincjonalny kościółek, są pootwierane. Nie ma ani jednego wiernego, ministranta, nikogo.

Za to widok na zatokę przepiękny. Woda w porcie jest seledynowa, dalej dominuje szafir. Słońce powoli zachodzi, a my cieszymy się chłodną bryzą, która powoli zastępuje tropikalny zaduch. Wracając, trafiamy do biedniejszej części miasta. Nie różni się wiele od tych, spotykanych na wcześniejszych wyspach. Wielkie wrażenie robi pub sklecony z płyt blaszanych i pokryty wiechą. Wygląda gorzej niż niejeden garaż w Europie. Domy też przypominają raczej cygańskie czy meksykańskie slumsy zbudowane z czego tylko się da. Tak jak na Grenadzie i Dominice daremnie szukamy bazaru z owocami. Pytani o niego ludzie, patrzą na nas dziwnie. Nie, nic takiego tutaj nie ma. Można znaleźć jedynie maleńkie straganiki przed domami, które oferują ziemniaki i banany.

W porcie zatrzymujemy się na chwilę w winiarni. Mamy nadzieję skosztować jakiegoś lokalnego przysmaku, ale w ofercie są tylko wina z RPA.

- Nie ma lokalnych? – pytam.

- Może pan zakupić lokalny rum w sklepie wolnocłowym – pada odpowiedź.

Przed wejściem na prom, jak co dzień, dezynfekujemy dłonie. Wirus żołądkowy zepsuł już wakacje tysiącom turystów. Mamy zalecenie, by niczego nie jeść na lądzie. Z tym akurat nie ma problemu. Cztery restauracje na pokładzie dbają o to, byśmy nigdy nie byli głodni.

St. Marteen albo St. Martin

Już sama nazwa sugeruje trudną historię tej wyspy. Podzielili ją między siebie Holendrzy i Francuzi. Walutą jest euro. Przystań w Philipsburgu jest w stanie pomieścić kilkanaście promów. Idąc między nimi, człowiek czuje się, jakby szedł alejką po osiedlu wieżowców. Taksówki wodne wożą ludzi do miasta, gdzie czekają na nich tłumy sprzedawców wszystkiego oraz lokalnych przewodników i taksówkarzy. Królują oczywiście „japończyki”. Nie wytrzymuję i pytam jednego z kierowców, dlaczego na Karaibach jeździ się głównie autami z Japonii. Długo myśli, zaskoczony moim pytaniem. Dla niego to element codzienności.

- Lokalny salon ściągnie ci co tylko zechcesz. Ale nie wiem, czemu wszyscy chcą japońskie – mówi w końcu. – Chyba są tańsze, bardziej trwałe i ekonomiczne.

Ruch na St. Marteen jest prawostronny, jak na Dominikanie, a odwrotnie niż na Grenadzie, Dominice i Antidze, gdzie wpływ Anglików odcisnął swoje niezatarte piętno.

Nie jedziemy nigdzie. Cały dzień spędzamy wędrując wąskimi uliczkami, z urokliwymi sklepikami i knajpkami. Nie wiedzieć czemu, dominują sklepy z diamentami, brylantami i zegarkami. Co rusz wielki, klimatyzowany salon z biżuterią. Oprócz tego sklepy ze sztuką afrykańską lub alkoholami. Natrafiamy też na niewielką uliczkę handlową pełną straganów z pamiątkami i wytworami lokalnych rękodzielników. Najdłuższa kolejka stoi jednak do budki z napojami z owoców guavaberry. Można napić się soku, rumowego ponczu albo zjeść lody. Stawiamy na poncz i już po chwili kręci nam się w głowie, gdy siedzimy na ławeczce pośród tłumów turystów z najróżniejszych części świata.

St. Marteen to pięknie odrestaurowane miasto portowe. Wzdłuż plaży, która co chwilę wyłania się z pomiędzy kolorowych budynków, ciągnie się niezliczona ilość restauracji i kawiarni, oferujących łóżko do opalania, parasol i plażowego kelnera, gotowego przynieść nad sam brzeg morza co tylko dusza zapragnie. Nieopodal rozciąga się wielka laguna – atrakcja dla amatorów podziwiania świata pod powierzchnią morza. Kawałek dalej jest lotnisko, znane z filmików na Youtube. Samoloty lądują tam tuż nad plażą, bo pas startowy zaczyna się tuż za płotem. Niejeden pilot ląduje kilkanaście metrów nad głowami plażowiczów.

Wyspy Dziewicze

Nocą kierujemy się na zachód. Wyspy Dziewicze podzieliły między siebie Wielka Brytania i Dania. Swój drobny udział miała również Szwecja. Podobnie jak Alaskę od Rosji, część tych wysp odkupiły od Danii Stany Zjednoczone. Myślę o USA trochę cieplej. Zamiast najeżdżać, zdobywać i grabić, sięgnęły do kiesy, by posiąść coś bez przemocy.

Road Town, jak sama nazwa wskazuje, to miasto-droga rozciągnięte wzdłuż potężnych gór. Większość domów powstała na wzgórzach, zaś niektóre osiedla wżarły się w żleby, parowy i dolinki do tego stopnia, że z morza wyglądają jakby domy powstały jeden na drugim.

Tortola, choć brzmi z hiszpańska, należy do Brytyjskich Wysp Dziewiczych. Dominują tu mariny pełne łodzi i jachtów, których maszty widać zanim zawinie się do Road Town. Nie zostajemy tu na długo. Wsiadamy na motorówkę i tniemy morze pomiędzy wyspami, których liczba przerasta moje zdolności arytmetyczne. Niektóre są jedynie maleńkimi, niezamieszkałymi skrawkami lądu wystającymi z wszechobecnego morza, inne to ogromne wyspy, pełne zacumowanych jachtów.

Płyniemy na Virgin Gorda. Podobno, gdy ujrzał ją Kolumb, powiedział, że wygląda, jak gruba dziewica leżąca na plecach. Pierwsze, co mnie zdumiewa, to lewostronny ruch przy zachowaniu kierownicy po europejskiej stronie.

Wędrujemy pełną kaktusów sawanną, by dotrzeć do najbardziej niezwykłej plaży, jaką w swoim życiu widziałem. Pośrodku jest cudowny, żółty piasek, ale otaczają ją ogromne głazy, których nie przeniósłby tu Herkules nawet przez całe życie. Są trochę jak te w Górach Stołowych, lecz bardziej okrągłe niż płaskie. Wulkan pluł nimi, niczym podwórkowy chuligan śliną pod trzepakiem, tworząc magiczną układankę. Jedne wbiły się głęboko w dno morza, inne w piasek na plaży, reszta spoczęła na górze. Pomiędzy nimi wyrosły palmy i w ten sposób natura zafundowała amatorom pocztówek urokliwe arcydzieło.

Nocą płyniemy wzdłuż Puerto Rico. Łuna ponad wyspą opowiada nam historie o bezsenności w wielkim mieście. Brytyjscy dżentelmeni wystroili się na bal kapitański. Mają muchy, powpinali sobie wojenne ordery. Towarzyszące im damy tęsknie wspominają lata 60. My wolimy podziwiać z pokładu jasność nad Puerto Rico.

Dominikana

Znów La Romana na Dominikanie. Prosto z promu przesiadamy się na motorówkę i płyniemy na jedną z lokalnych plaż. Dominikana jest płaska i przyjazna. Od morza widać skaliste podłoże, które leży pod dżunglą pokrywającą tę wyspę. Nagle zatrzymujemy się na środku zatoki. Kapitan motorówki mówi, że właśnie minęliśmy kanał między Morzem Karaibskim a Oceanem Atlantyckim. Sugeruje, byśmy weszli do wody. Patrzymy na niego jak na wariata. Dno wprawdzie widać, ale czy to automatycznie oznacza zaproszenie, by wskoczyć? Pierwszy śmiałek zanurza się w wodzie. Sięga mu ledwie do pasa, a jesteśmy na środku akwenu!

Czas na rum

Kiedy już wszyscy są w wodzie, kapitan wyciąga dwulitrową butelkę, colę i plastikowe kubki. Pijemy i szukamy rozgwiazd. Raz po raz rozlega się krzyk radości i ktoś wyciąga z wody ogromną rybę w kształcie gwiazdy. Najczęściej mają kolor różowy lub czerwony, lecz trafiają się również osobniczki posrebrzane.

Mijamy zalane wodą krzewy i przybijamy do molo na plaży pełnej palm.
Hamaki i łóżka już czekają, bar i restauracja też. Ostatni dzień na osłodę. Homary, rum, słońce i morze.

Dominikana po raz trzeci. Raj dla nowobogackich Polaków. I nie tylko. Reklamy głoszą, że już od 3000 zł…

La Romana. Urocze miasteczko. Po trzech, czterech chłopaków mieści się na jednym motorze, ciężarówki bez plandek uginające się pod ciężarem kilkunastu robotników suną żółwim tempem w kierunku miejsca przeznaczenia. Latynoski styl. Wszyscy mówią po hiszpańsku. Walutą jest peso. Żal bierze, że zwiedzaliśmy głównie pozostałości po brytyjskiej ekspansji. Latynosi okazują więcej żywiołowości, radości życia i spontaniczności. Mieszkańcy Wschodnich Karaibów zdają się pamiętać czasy niewolnictwa i kolonializmu. Rzadko się uśmiechają, są zażywni i ociężali. Latynosi za to tryskają energią. Bawią się życiem.

Pas startowy wygląda jak oglądany w filmach prywatny pas narkotykowego kartelu, terminal zaś jest mniejszy niż ten w Krakowie. Za to można palić i pić do woli. Gęsty tłum sunie do odprawy: Gatwick, Manchester, Birmingham, Glasgow. Chmury wiszą nisko. Zapraszają w przestworza. Siedem i pół godziny później:

- W Londynie trzy stopnie. Będą państwo zaskoczeni, ale pada deszcz…

Tekst i zdjęcia:
Jacek Ozaist

Co można zobaczyć w głównej loży masońskiej?

November 14, 2008

Pewnego dnia kilka lat temu pojechałem rowerem do katedry w St. Albans. Było to pod koniec czerwca, o ile pamiętam, w sam dzień świętego Jana. W katedrze, ku mojemu zaskoczeniu, schodzili się właśnie panowie w garniturach i z aktówkami, z tych aktówek wyjmowali niebieskie fartuszki, którymi się następnie przepasywali. Czyżbym przypadkiem trafił na spotkanie masonerii?

Istotnie, był to wielki doroczny zjazd wolnomularzy. Byłem tam obecny przez część ceremonii, nikt mnie nie wyrzucił. Miałem ze sobą nawet aparat fotograficzny, ale ponieważ wydawało mi się, że jest to strasznie sekretne stowarzyszenie, nie robiłem zdjęć. Teraz żałuję, byłyby jak znalazł do ilustracji niniejszego artykułu.
Kto to właściwie są ci masoni? I skąd się wzięli w Europie?

Masoni, czyli inaczej wolnomularze, wzięli się w Europie z Anglii. Skąd się wzięli w Anglii, tego tak naprawdę dobrze nie wiadomo. Najstarsza wzmianka o istnieniu w Anglii loży wolnomularskiej pochodzi z 16 października 1646 roku. Tego dnia do loży przyjęty został niejaki Elias Ashmole, który to wydarzenie odnotował w swoim dzienniku. Następny wpis w tym samym dzienniku dotyczący spotkania masonów odnosi się do dnia 11 marca 1682 roku. Autor wymienia tam osoby obecne na spotkaniu w loży, są wśród nich zarówno członkowie cechu murarzy, jak i członkowie klasy średniej, którzy z rzemiosłem murarza nie mieli żadnego związku. Można więc przypuszczać (jest to najszerzej akceptowana teoria), że istniała organizacja związana z cechem murarzy, która przyjmowała w swoje szeregi równiez osoby niezwiązane z rzemiosłem. Pod koniec XVII wieku wśród angielskich warstw wykształconych nastała wręcz moda na wstępowanie do masonerii.

Kluczową datą w historii ruchu jest 24 czerwca 1717 roku. Tego dnia w londyńskim pubie o nazwie Goose and Gridiron utworzona została Wielka Loża Anglii. Dotychczas angielskie loże nie miały ze sobą żadnego formalnego związku, postanowiono więc utworzyć Wielką Lożę, która koordynowałaby działania masonów w całym kraju. Nie obyło się bez zgrzytów, nie wszystkie loże uznały zwierzchność Wielkiej Loży, kilka lat później powstała konkurencyjna Wielka Loża Starorzytnych (w oryginale też z błędem ortograficznym: Grand Lodge of the Antients). W 1813 roku różnice zostały wyjaśnione i obie loże połączyły się w Zjednoczoną Wielka Lożę Anglii.

fot. Włodzimierz Fenrych

Tymczasem znajdujący się na emigracji we Francji angielscy zwolennicy katolickiego króla Jakuba również zakładali loże; moda przyjęła się we Francji, a z czasem utworzono tam centralną lożę o nazwie Wielki Wschód (Grand Orient). Z Francji ruch rozprzestrzenił sie na całą Europę, pod koniec XVIII wieku w Wiedniu Mozart pisał o masonach opery.
Kolejne nasuwające się pytanie – po co istnieje ta organizacja? Co oni takiego robią? Bo przecież nie chodzi o budowanie czegokolwiek, od tego są firmy budowlane.
Otóż jak twierdzą sami wolnomularze, chodzi przede wszystkim o kształtowanie charakteru samych członków. W symbolicznym języku masonów dusza nowo przyjętego kandydata jest jak nieobrobiony kamień czekający na ociosanie. Trzy podstawowe zasady masońskie to braterska miłość, pomoc i prawda. W miarę możliwości celem jest też pozytywny wpływ na społeczeństwo. Masoni zawsze i wszędzie promowali tolerancję. Do masonerii mogą należeć wyznawcy różnych religii i orientacji politycznych, ale na zgromadzeniach masońskich nie wolno dyskutować ani o religii, ani o polityce. Istnieją trzy stopnie wtajemniczenia masońskiego, które sybolicznie ilustrują postęp duchowy. Stopnie te mają nazwy takie jak w cechach rzemieślniczych: uczeń, czeladnik oraz mistrz.

Ciekawe, że rytuały przechodzenia przez te stopnie (jak można sądzić na podstawie publikacji samych masonów) przypominają w dużej mierze rytuały innych ugrupowań, których celem jest kształtowanie charakteru. Dla przykładu: w czasie rytuału przyjęcia do loży kandydat na ucznia zakłada całkowicie nowe, białe ubranie, wchodzi do loży po omacku (prowadzony za rękę), bo ma zawiązane oczy, w czasie rytuału odsłania mu się oczy i nagle widzi światło. Jest to symbol tego, że dotychczas kroczył w ciemności duchowej. Przypomina to rytuały chrześcijańskie, na przykład białą szatę nowo ochrzczonego, albo wielkosobotni rytuał światła, gdzie do pogrążonego w mroku kościoła wnoszony jest paschał. W czasie ceremonii trzeciego stopnia kandydat na mistrza przechodzi symboliczną śmierć (samolubnego ja), po czym wstaje do nowego życia – znów jakby echo głównego wątku Ewangelii, choć głównym wątkiem biblijnym, do którego odwołują się masoni, jest budowa świątyni jerozolimskiej. Wedle apokryficznej historii przekazywanej ustnie wśród masonów – Hiram Abiff, naczelny architekt króla Salomona, zamordowany został przez zazdrosnych czeladników, którym nie chciał przekazać tajników swojej wiedzy. Dla masonów ów Hiram to wzorzec do naśladowania – gotów raczej umrzeć, niż przekazać tajniki wiedzy osobom moralnie niegotowym, które mogłyby z tej wiedzy zrobić niewłaściwy użytek.         Jednak nie cały rytuał znany może być osobom spoza stowarzyszenia. W zasadzie to, co dzieje się w loży, okryte powinno być tajemnicą.
Po co ta tajemniczość? W sumie wydaje się być zrozumiała. Różne dziwne obrzędy, takie jak prowadzenie kandydata z zawiązanymi oczami, przykładanie mu miecza do piersi czy stukanie młotkiem w głowę mogą być niezrozumiane, albo co gorsza, zrozumiane opacznie przez osoby do tego nieprzygotowane.

fot. Włodzimierz Fenrych

Główny nurt masonerii, reprezentowany przez Wielką Lożę Anglii, uznaje tylko trzy stopnie wtajemniczenia, ale to może wyglądać inaczej w innych krajach. Na przykład w Szwecji uznawanych jest dziesięć stopni, natomiast masoneria rytu szkockiego (popularnego w Ameryce) ma aż 33 stopnie do przejścia. Istnieją również różnice światopoglądowe. Zgodnie z zasadami uznawanymi przez Wielką Lożę Anglii masonem może zostać wyznawca każdej religii, ale musi wierzyć w Boga (Wielkiego Architekta Wszechświata), masonem nie może zostać „głupi ateista”. Tymczasem Wielki Wschód Francji w swoje szeregi przyjmuje zdeklarowanych ateistów. W rezultacie Wielka Loża Anglii (teoretycznie macierzysta loża wszystkich wolnomularzy świata) nie uznaje francuskiego Wielkiego Wschodu za organizację masońską.
Widząc zjazd masonów St. Albans dziwiłem się nie tylko temu, że jest to organizacja znacznie mniej sekretna niż mi się to dotychczas wydawało, ale także temu, że jest związana z kościołem. W krajach katolickich masoneria uważana jest za organizację antykościelną, ale w żadnym razie nie jest tak w Anglii. W ceremoniach angielskich masonów Biblia stanowi świętą księgę Prawdy. Każdy nowo przyjęty mason dostaje 24-calową miarkę składaną na trzy części – ma ona wskazywać, jak należy dzielić swój czas. Doba ma 24 godziny, z czego trzecia część należy przeznaczyć na pracę, trzecią część na spoczynek, a trzecią część na składanie czci Najwyższemu. Każda loża masońska musi być zbudowana tak, jak gotyckie katedry, to znaczy zwrócona ku wschodowi (wejście ma być od zachodu, tak by wchodzący zwracał się twarzą ku wschodowi). Można się o tym przekonać zwiadzając centralna lożę masońską na Covent Garden w Londynie.

No właśnie, bardzo łatwo się przekonać, co można zobaczyć w loży masońskiej – w Londynie można ją najzwyczajniej zwiedzić. Znajduje się ona akurat w pół drogi pomiędzy stacjami kolejki podziemnej Covent Garden a Holborn. Teoretycznie nie wolno wewnątrz robić zdjęć, dlatego ilustracje do niniejszego tekstu proszę zignorować.

Włodzimierz Fenrych

Kto mi powie, co to jest powwow?

November 4, 2008

Miasteczko Moosonee położone jest nad Zatoką Hudsona na szerokości geograficznej Londynu, ale dla Kanadyjczyków to jest daleka północ. Klimat Moosonee istotnie różni się od londyńskiego. Lato jest wprawdzie upalne, nawet bardziej niż w Anglii, ale zimą temperatura dochodzi do minus 40 stopni. No, powiedzmy że jak na Kanadę, jest to średnio daleka północ.

Z Toronto można tam dojechać pociągiem, ale wyprawa trwa dwa dni. Warto ją odbyć, ciekawa jest już sama podróż pociągiem. Większość czasu pociąg jedzie przez las i z okien można zaobserwować, jak po kolei znikają z lasu poszczególne gatunki drzew: najpierw te słynne kanadyjskie klony, potem sosny i jodły, na końcu zostają tylko północne świerki. Nie takie, jakimi obsadzono Tatry, tylko czarne świerki tajgi, które zazwyczaj gałęzie mają tylko na czubku i dlatego las z daleka wygląda jak rząd wyciorów do butelek.
W Moosonee 80 proc. mieszkańców stanowią Indianie Kri. Miasto jest dwujęzyczne, co widać w oficjalnych napisach, które są i po angielsku, i w języku Kri. Wygląda to bardzo egzotycznie, bowiem język Kri ma swój własny alfabet, zupełnie niepodobny do łacińskiego. Położone na stałym lądzie Moosonee oraz leżąca na wyspie na środku rzeki Moose Factory to oficjalnie dwie odrębne miejscowości, ale tak naprawdę to są dwie połowy tego samego miasta. Taksówki wodne, czyli czółna z doczepionym motorkiem, śmigają pomiędzy nimi bez ustanku. Nazwa Moose Factory nie ma sugerować, że jest to fabryka łosi, tylko że jest to położona nad rzeką Moose faktoria Kompanii Zatoki Hudsona. Jest to najstarsza faktoria tej kompanii i jako taka jest też najstarszym anglojęzycznym osiedlem w Kanadzie. Jest tam kilka zabytkowych budynków, ale większość wyspy stanowi rezerwat Indian Kri. Turyści przyjeżdżają pociągiem do Moosonee, następnie pędzą taksówką wodną zobaczyć faktorię oraz położone na terenie rezerwatu Muzeum Kultury Materialnej Indian Kri. Po muzeum oprowadzają nastolatki, oczywiście ze szczepu Kri. W ogródku przy muzeum stoi kilka drewnianych konstrukcji, które młody człowiek z plemienia Kri po kolei objaśnia: to jest wigwam letni, to wigwam zimowy, tu jest łaźnia potna, tu zadaszenie dla bębnów w czasie powwow.

fot. Włodzimierz Fenrych

[Czytaj dalej]

Kartka z paryskiego kalendarza

October 17, 2008

PORANEK

Dziewiąta rano. Piątek. Dworzec kolejowy Gare du Nord.
Dzień zapowiada się piękny. Bezchmurny. Słońce świeci mocno, choć poranne, wrześniowe powietrze naznaczone jest piętnem nadchodzącej jesieni.
Ulica, tuż przy dworcu, tętni życiem. Turyści z walizkami spieszą na ostatni pociąg w nieznanym kierunku. Paryżanie, z gazetą codzienną w dłoni, zaczynają dzień filiżanką kawy.
W jednej z urokliwych ulicznych kafejek, w której uśmiech francuskiego kelnera wliczony jest w cenę, zamawiam pierwszą porcję Francji.
Podwójne espresso bez pianki, chrupiący croissant.
Drugą porcję wymyślam sama.
Świeża bagietka z piekarni na rogu, zielone winogrona, znakomity ser o specyficznym zapachu, lampka czerwonego wina z Normandii.
Czy do szczęścia naprawdę potrzeba wiele?

HOTEL POD JEDNĄ GWIAZDĄ

Hotel pod Jedną Gwiazdą przy Rue de chateau d’eau. Recepcjonista o azjatyckich rysach. W wymiętej podkoszulce, z rozwianymi włosem, z pestką brzoskwini w dłoni. Zdziwiony, patrzy na mnie mętnym wzrokiem. Jakbym niechcący pomyliła adres. Jakby ściany w kolorze słabej kawy zbożowej, meble rozpadające się w drzazgi i fotele, wytarte do ostatniej nici przez kolejnych podróżnych, nie miały być moje.
Jakby to, co widzę, było sennym koszmarem wczorajszej nocy. Ale nie moim koszmarem. Nie zastanawiam się długo. Wychodzę.

POCIĄG WIDMO

Poczułam się dziwnie.
Małe, stare, białe, popękane, nadgryzione zębem odległego czasu kafelki. Złamane dziwną, bezbarwną zielenią.
Poczułam się dziwnie, bo atmosfera ciężka. Smutne twarze. Zaschnięte usta. Zgasłe spojrzenia szarych ludzi. Oczy bez błysku i blasku.
Półsenne postaci wpatrzone w półotwarte okna.
Powietrze cuchnące szaletem. Bez tlenu.
Pociąg-widmo sprzed wieków zabiera w podróż donikąd. Do kolejnej stacji pełnej smutnych, szarych ludzi.
Dobrze, że zaraz wysiadam.

fot. Łucja Piejko

[Czytaj dalej]

Czy można tańcząc odmawiać pacierze?

October 7, 2008

- Tam właśnie teraz, dziś i jutro, odbywa się wielki powwow - mężczyzna stojący na skale wskazywał na półwysep wcinający się w jezioro u naszych stóp. Dochodziło stamtąd bicie bębnów. Było to nad jeziorem Whitefish, w samym centrum Algonquin Provincial Park.

Powwow w tym miejscu? Jakiego to szczepu? – zapytałem.
- Algonkinów.
- Algonkinów? A można tam przyjść, jeśli się nie jest Algonkinem?
- Pewnie że tak. Jutro o szóstej rano jest ceremonia powitania słońca przy świętym ognisku, a o dwunastej w południe zaczynają się tańce.

O szóstej rano następnego dnia lało i nie chciało nam się wychodzić z namiotu, ale w południe stawiliśmy się nad jeziorem. Było tam spore obozowisko – namioty, samochody, rodziny z dziećmi, ale gdzie ci Indianie? Większość obozowiczów ani rysami twarzy, ani kolorem skóry, ani nawet kolorem włosów nie przypominała Indian. Niektórzy wprawdzie mieli jakieś indiańskie ubiory, a pod lasem ktoś rozbił nowiutkie tipi prosto ze sklepu, ale to wszystko wyglądało trochę jak obozowisko polskich Apaczów na Mazurach. Na końcu obozowiska kilku młodych ludzi przymierzało się do wielkiego bębna. Dalej pod lasem płonęło ognisko, dwie dziewczyny w indiańskich ubiorach okadzały siebie oraz swoje małe bębenki. Niektóre ubiory były całkiem zaskakujące. Na przykład starszy wiekiem mężczyzna w skórzanych legginsach z frędzlami, w adidasach oraz czerwonej koszuli, do której miał przypięty rządek orderów.

fot. Włodzimierz Fenrych

[Czytaj dalej]

Viva Venezuela!

September 26, 2008

Kierowca taksówki, który wiózł nas z lotniska w Caracas na dworzec autobusowy nie miał…. ręki, ale za to miał papiery na wóz, a w przewodniku napisali, że to jest najważniejsze. Mimo ewidentnych ograniczeń, taksówkarz prowadził jak bohater filmu „Taxi”. Liczył się czas – kraj trzy razy większy od Polski chcieliśmy przecież objechać w dwa tygodnie.

W samolocie poznaliśmy sympatycznych rodaków i postanowiliśmy podróżować razem. Sylwia i Marek zarezerwowali lot awionetką z Caracas prosto do położonej w Andach Meridy. Bez wcześniejszej rezerwacji nie mogliśmy polecieć. Umówiliśmy się w Meridzie następnego dnia o 9 rano. Za 35 tys. bolivarów (ok. 12 dolarów) kupiliśmy bilety na nocny autobus z klimatyzacją. Dobrze, że wzięliśmy śpiwory.

Andy Gracias

Prosto z dworca w Meridzie pobiegliśmy do biura wypraw trekingowych, które znaliśmy z internetu. Tam za 100 dolarów wykupiliśmy czterodniowy treking na Los Llanos i w ramach promocji zamieszkaliśmy w hoteliku nad biurem.

Merida to miejscowość położona w samym sercu wenezuelskich Andów, wśród niebosiężnych szczytów, z których najwyższe mają prawie 5 tys. metrów n.p.m. Na jeden z nich – Pico Bolivar można wjechać najdłuższą kolejką świata. Z nazwiskiem Simona Bolivara – wyzwoliciela Wenezueli – mieliśmy się jeszcze spotykać wielokrotnie. Nawet pieniądze nazywają się tak jak on, nie mówiąc o lotniskach, placach, domach, ulicach, skwerach. Merida zachwyciła nas architekturą z lat 30. i barwnym tłumem na ulicach. Ludzie w tym kraju są naprawdę cudni – śniadzi, czarnowłosi, smukli – nic dziwnego, że Wenezuelki zwyciężają w światowych rankingach urody.

W Meridzie po raz pierwszy spróbowaliśmy miejscowych specjałów: serów (podobnych trochę do naszego polskiego białego), juki (smakuje jak łykowate ziemniaki) i oczywiście tego, co jest produktem narodowym Wenezueli – wołowiny. Specjalnością wenezuelską są też kukurydziane placki arepas. Niewielkich rozmiarów kukurydziane podpłomyki przekraja się i w środek wkłada pieczoną fasolę, jajka, ziemniaki, sałatki, salsę, guacamolę. Ja jednak ostrzyłam sobie zęby na coś innego. W całej Wenezueli bardzo popularne są hamaki. Ustrzeliłam dwie piękne sztuki, dzięki czemu mieliśmy wkrótce odkryć, że istotnie, najwięcej smaku ma spanie w hamaku.

[Czytaj dalej]

Next Page »