Listy do redakcji
November 22, 2008
Dear Ms Hannah Beveridge,
I have to say that the Federation Chairman Dr Jan Mokrzycki and myself are very disappointed by the conclusions reached by the PCC. Following your organisation’s positive role in the earlier dispute between the Federation of Poles and the “Daily Mail”, we had expected a more positive judgement from the Commission.
Those who trusted in the objectivity and high mindedness of the British media had expected that the outrageous comments by Giles Coren, which the “The Times” sub-editors had allowed themselves to publish in “The Times”, would be condemed by the PCC because they fly in the face of good community relations, a sense of fairness and sound English common sense. Both the “Times” editors and yourself had already referred to Giles Coren’s articles as “prejudiced”. How wrong we were. Obviously these are not the criteria on which the sole press watchdog in the UK, the PCC, now operates.
The Equality and Human Rights Commission is prevented by its terms of reference from commenting on the printed press. Consequently the monitoring of ethical standards in the British press is the sole preserve of the PCC. However your decision has exposed the fact that the Editors’ Code of Practice has no protection against slander against whole communities, only against named individuals. I have already made the point that “Polacks” is an offensive term but your Commissioners refuse to condemn it. You cover yourselves by the letter and not the spirit of the Code of Practice to justify such a phrase on the grounds that, as it refers to a whole community and not to an individual, it is beyond your jurisdiction. The quotation I provided from the “Jewish Chronicle” was sufficient evidence that Giles Coren’s attitudes is dominated by contempt and hatred and so cannot be justified as an innocuous humorous aside.
What of offensive terms made about other minorities in the British press? What legislation then protects Jews and Indians against abusive terms like “Kikes” and “Pakis”? If neither the PCC nor the EHRC can intervene in such cases, what prevents the use of such abusive terms against them. A sense of propriety? Fear of disapproval by their readers or their own staff? A fear of litigation on grounds of incitement? Why then cannot Poles be protected by similar measures? Are there no Polish readers, no Polish newspaper staff, no Polish litigants, no Polish rioters or demonstrators to fear?
Furthermore though we successfully showed that there was no evidence provided by “The Times” of Poles locking up and burning Jews in synagogues as a recreational Easter pastime, you have used an incident in the Ukraine during the terror and chaos of the Russian Revolution, in which (…) there was no active participation by Poles, as justification for your Commissioners to maintain that this passage justified Giles Coren’s Polonophobic jibes about Easter.
I chose to remind the PCC before your final decision that this episode has caused considerable outrage both in Poland and among Poles in the UK. There have been parliamentary interventions in Poland, complaints from the Human Rights Commissioner in Poland, letters from concerned British citizens such as Lord Belhaven, and a 2000 strong petition from the Polish Professionals which “The Times” appear to have been completely ignored, I said that the reputation in Poland of the British press as a whole is at stake in this decision. Today your ruling has caused that reputation enormous damage.
We maintain that communities in the UK deserve and require protection against inaccurate information and insults. Effectively you say that this is no longer the role of the PCC. You have now put both British parliamentarians and the Court of Justice of the European Comunities on notice that another body needs to protect Poles and other minorities against this kind of abuse and xenophobia in this country and that the European Convention on the Protection of National Minorities needs to find a champion in this country.
We hope you will convey our disappointment over your decision to all your Commissioners.
Yours sincerely,
Listy do redakcji
August 30, 2008
Droga Redakcjo,
przyjechałem na Wyspy nie do pracy, ale jako turysta. W Londynie wszystko jest dziwne. Takie jest moje wrażenie po kilku dniach pobytu. Wychodzisz z lotniska, samochody nadjeżdżają z przeciwnej strony, na ulicach widać ludzi z całego świata, a pogoda zmienia się szybciej niż Kubica wyprzedza swoich rywali. No i nie do końca sprawdzają się angielskie stereotypy. Nad miastem nie zalega wieczna mgła, a przeciętny Anglik nie chodzi w meloniku.
Przed wyjazdem ludzie mówili mi, że Londyn nie jest zbyt ciekawy, zabytki nie są wystarczająco „zabytkowe” i wystarczą dwa, góra trzy dni, żeby się nimi znudzić. Jednak według mnie jest inaczej. Przepych monarchii, wytrój wnętrz w królewskich pałacach i rozmach, z jakim zostały zbudowane, powala.
I w przeciwieństwie do innych europejskich stolic, nie trzeba stać w kolejkach, żeby się do nich dostać ![]()
Do tego ta zmienność – wystarczy przejść kilkaset metrów, by z historycznego Tower przenieść się w świat bankierów i maklerów w City, albo ze starych doków wsiąść prosto do czołgu! Tak, tak do czołgu. Trzeba mieć wiele szczęścia (a mnie go tym razem nie zabrakło), żeby po dwóch dniach pobytu w Londynie spotkać Jeremy’ego Clarksona (który pozwolił się fotografować i nie zachowywał się jak gwiazda) i jakby tego było mało – przejechać się czołgiem w stylu Top Gear!
I to wszystko w samym centrum miasta. Bomba! Zatrzymaliśmy się na chwilę, kiedy zobaczyłem Clarksona, a po skończeniu realizacji programu ktoś z ekipy po prostu zaprosił nas do czołgu na przejażdżkę! Takie rzeczy to tylko w Londynie
Aż boję się pomyśleć kogo spotkam w Harrodsie.
Na koniec jeszcze jedna rzecz, która wprawiła mnie w spore zdziwienie. Pociągi… Miałem przyjemność (w pełnym tego słowa znaczeniu) jechać, aż boję sie się użyć tego słowa, podmiejskim pociągiem, którego klasa i wygląd o wiele, wiele przewyższała to, co w Polsce nazywamy Intercity. Pomarzyć zawsze można…
Leszek Stępień
z Krakowa
listy@nowyczas.co.uk
Listy od Czytelników
August 1, 2008
Szanowna Redakcjo,
obserwuję nasze życie na Wyspie i widzę, jak zagubieni w pośpiechu tracimy kolejne atrakcyjne chwile. W pogoni za kolejnym funtem próbujemy hedonistycznie zaspokajać potrzeby urozmaicenia naszego w pubach czy na dyskotekach. Mieszkamy tu, ale odwiedzającym nas gościom nie jesteśmy w stanie powiedzieć, co warto zobaczyć w mieście, choć Big Bena znamy, czy gdzie pojechać poza miasto – choć i Windsor Castle nie jest nam obcy. Jednak często na tym się kończy nasza znajomość ziem, na których przyszło nam żyć. Oczywiście nie piszę tego, aby zmusić czytelników do uczenia się kart historii Zjednoczonego Królestwa. Niezależnie jednak od tego, czy pobyt nasz na Wyspach będzie dłuższy czy krótszy, warto choć w ograniczonym zakresie zasięgnąć wiedzy z tego tematu. Tym bardziej iż już bardzo blisko stolicy Wielkiej Brytanii możemy otrzeć się o czasy, których nawet wybitni historycy nie potrafią wytłumaczyć. Choćby Stonehenge czy Avebury. Znamy te nazwy, ale czy mieliśmy szansę te miejsca odwiedzić?
Osobiście przyznaję, iż od samego początku miałam w planach odwiedzenie wielu miejsc. Z wielu względów jest to trudne do zrealizowania. Pierwsze moje kroki skierowałam właśnie do Stonehenge. To znane miejsce z czasów neolitu i brązu było dla mnie nad wyraz mistyczne I chociaż nie mogłam podejść zbyt blisko, kamienie tworzące krąg sprawiły na mnie ogromne wrażenie. Korzystając z czasu wolnego zwiedziłam jeszcze kilka innych miejsc Wielkiej Brytanii. Wiązało się to z niemałą logistyką, kontrolą transportu, dojazdów, terminów otwarcia odwiedzanych miejsc. Pamiętając, ile energii wkładałam w przygotowanie takich wyjazdów, z wielką przyjemnością przeczytałam maila rozsyłanego przez znajomych, jak pospolity łańcuszek, z zaproszeniem na organizowane wycieczki. List krótki, ale trafiający w sedno: „Jeśli chcesz poznać historię ziem, na których mieszkasz, wejdź na naszą stronę i zapoznaj się z wycieczkami zorganizowanymi dla Ciebie – poznaj historię w małych pigułkach”.
Zaciekawiły mnie te informacje i zajrzałam na stronę. Zajmując się projektowaniem stron internetowych, zauważyłam od razu jej prostotę, informacje w niej zawarte powinny przypaść do gustu wielu odwiedzającym. W ciągu jednego dnia w planach wycieczki jest kilka punktów historycznych, i jako dodatek, w każdej z nich jest czas na relaks bądź innego typu rozrywki. Pływanie łódkami, puntami, grill nad morzem, to jedne z dodatkowych atrakcji. Jest zatem czas na zwiedzanie i na odpoczynek, tak bardzo potrzebny po pracowitych tygodniach. Pozwoliłam sobie sprawdzić informacje dotyczące wartości historycznej zwiedzanych miejsc, i to również wywarło na mnie miłe wrażenie. W kilku słowach ukryto informacje, które ciężko było mi znaleźć przeszukując ogólnie dostępne miejsca.
Co jeszcze ciekawsze, pomysłodawca, znany mi już z łam „Nowego Czasu” Kapitan Benge, stara się zaspokoić potrzeby szerszego grona odbiorców. W sierpniu, podczas wakacji szkolnych, możemy oddać dzieci pod jednodniową opiekę Kapitana i podczas kiedy rodzice muszą pracować, ich pociechy mogą zwiedzać Legoland, poznawać dzikie zwierzęta na Safari, czy bawić się w parkach zabaw, jak Thorpe Park czy Alton Tower. Dla dorosłych też coś się znajdzie. Nie wiedziałam co to drifting, ale i dla fanatyków „palenia gum” wyjazd do znanego miejsca zmotoryzowanych – Santa Pod, będzie niewątpliwie atrakcją nie mniejszą niż Europejskie Finały popularnych Dragsterów – pojazdów z silnikami rakietowymi. Innych może zainteresują narty wodne czy spędzenie dnia w rezerwatach przyrody. Jest w czym wybierać czy nawet korzystać z pomysłów wycieczek. Osobiście już za kilka dni włączam się do zwiedzania hrabstwa Kent z atrakcyjnymi zamkami. Tam też Bernard znalazł kilka ciekawych dodatków.
Polecam Wam stronę Rejsbusa.
Z niej na pewno dowiecie się więcej.
Natasza Obrębska
Droga Redakcjo,
wybrałam się na sobotni wypad za miasto idąc za śladami na piasku:), czyli za artykułem zamieszczonym w poprzednim numerze „Nowego Czasu” (nr 29/94, 25.07) opisującym Broadstairs. Rzadko opuszczam Wyspy i jedno-, dwudniowe wypady nad urozmaicone brytyjskie wybrzeże nie są mi obce. Nigdy jednak nie byłam w Broadstairs, choć w jego pobliżu jak najbardziej – znam choćby urocze Deal, opisywany w „Nowym Czasie” Herne Bay, Ramsgate czy przeludnione plaże Margate. Zachęcona artykułem wybrałam się więc do Broadstairs. Miejsce wspaniałe i powiedziałabym – dla wszystkich: dzieci mają wiele różnych atrakcji na samej plaży, można spacerować kilometrami wzdłuż wybrzeża piaszczystą plażą, a jeśli ktoś woli suchą nogą czy na rolkach, też można -wzdłuż betonowych promenad. Płaskie, klifowe wzgórza są też znakomitymi punktami widokowymi. Można być na plaży z innymi letnikami, albo uciec w spokojne, prawie że dzikie miejsca. Z Londynu samochodem jechałam tylko półtorej godziny. Naprawdę polecam.
Joanna Kruk
listy@nowyczas.co.uk






Komentarze