Sztuka sprzedaży
November 10, 2009
Najbogatszy artysta świata jest tylko zręcznym manipulatorem? Jedni uważają Damiena Hirsta za następcę Andy Warhola, inni za symbol upadku ideałów. – Sztuka jest dla ludzi, którzy chcą ją posiadać – tłumaczy obrotny Brytyjczyk, udowadniając, że sprzedać można wszystko i za każde pieniądze.
Sierpień 2007 ludzka czaszka inkrustowana prawdziwymi brylantami zostaje wystawiona na aukcję za 50 mln funtów – rekordową sumę w dziejach za pracę żyjącego artysty. Choć cena nie zostaje osiągnięta, dzieło pt. For the Love of God kupuje anonimowe konsorcjum, za którym stoi – Damien Hirst – autor we własnej osobie. Wcześniej w czerwcu tego samego roku Hirst bije ten sam rekord sprzedając inną swoją pracę: Lullaby Spring przedstawiającą trzymetrową szafę z 6136 ręcznie wykonanymi pastylkami. Kupuje ją za 9,7 mln funtów pewien emir z Kataru.
Wrzesień 2008 w londyńskiej siedzibie domu aukcyjnego Sotheby’s trwa nietypowa, otwarta dla publiczności aukcja prac Hirsta pt. Beautiful Inside My Head Forever. Przypomina bardziej show niż to co zwykle robią galernicy. Wystawione prace artysta i jego ludzie przygotowywali przez dwa lata specjalnie na tę okazję. To zupełnie niespotykane w branży kolekcjonerów i handlarzy sztuką. Istnieje między nimi niepisana umowa, że nie wystawia się na aukcjach rzeczy zupełnie nowych – najpierw powinny „odstać” w galeriach przynajmniej pięć lat.
W czasie tej największej dotychczas wystawy Hirsta w ciągu jedenastu dni wystawę odwiedza 21 tys. osób, nieliczni biorą udział w aukcji. Na sali zasiadają między innymi moskiewski handlarz sztuką Gary Tatintsian, Larry Gagosian z Nowego Jorku, znany restaurator i wspólnik Hirsta Marco Pierre White, Mark Getty i Bianca Jagger. Francois Pinault francuski bilioner zgarnia najlepszy kąsek – The Golden Calf, czyli złotego cielca za 10,4 mln. W sumie sprzedano prace za kwotę 111 mln funtów – kolejny rekord.
Kto da więcej
Na aukcji w Sotheby’s był też ktoś kto ze wszystkich sił starał się robić dobrą minę do złej gry. Słynny galerzysta Jay Jopling, którego Hirst „wylał” nie tak dawno, mógł tylko patrzeć jak jego były podopieczny sam zgarnia górę pieniędzy. Co prawda Jopling reprezentuje 40 innych artystów z Tracey Emin na czele, ale bez Hirsta to nie to samo. Tylko on wbrew temu co dzieje się na rynku finansowym potrafi zarabiać coraz więcej i więcej. Tymczasem trudno ocenić ile zawdzięcza wystawom w White Cube – galerii Joplinga. W czasie jednej z nich, pięć lat temu, w dwunastu witrynach reprezentujących uczniów Jezusa umieścił budzące grozę, umazane we krwi przed-
mioty. Ostatnia pusta witryna reprezentowała Chrystusa. Na innym piętrze w szklanych klatkach leżały krowie łby z wetkniętymi w nie nożyczkami albo nożami. Krytycy nazwali wystawę „wyjątkowym ducho-wym przeżyciem” i posypały się zamówienia. A teraz Hirst gra sam i nie zamierza dzielić się z nikim pieniędzmi za swoją sztukę. Usamodzielnił się tak jak jego wielki idol Francis Bacon w latach 70., tyle że Hirst zrobił to dopiero wtedy, kiedy zarobił pierwsze 500 milionów. Jay Jopling ma prawo czuć się rozgoryczony.

Kogo stać na Hirsta?
George Michael kupił pracę Saint Sebastian Exquisite Pain – zatopionego w akwarium czarnego cielaka, skrępowanego i przeszytego strzałami, wydał na nią 3,5 mln funtów. Amerykański finansista Steven Cohen zainwestował dwa razy więcej w instalację pt. Physical Impossibility of Death in the Mind of Someone Living z 1991 roku, czyli rekina w formalinie. Koreański kolekcjoner i wielbiciel Hirsta Kim Chang-il ustrzelił sobie rzeźbę pt. Charity za 1,5 mln funtów. Dawid Beckham jest właścicielem pracy Hirsta z serii motyli na płótnie, a Paul Allen (współtwórca Microsoft) ma obraz z koncentrycznych barwnych plam. Celebryci lgną do Hirsta jak do miodu. Kirsten Dunst skarżyła się, że chciała kupić jedną z grafik Hirsta z motylami (cena 35 tys. funtów) ale jak się dowiedziała ile kosztuje produkcja takiej grafiki (około 1000 funtów) zrezygnowała. Dla porównania koszty wykonania diamentowej czaszki nie były dużo wyższe niż 12 mln funtów za użyte w procesie twórczym diamenty (8601 sztuk). Przy takiej polityce nie dziwi, że zgodnie z tegoroczną listą 100 najbardziej wpływowych ludzi świata Hirst jest na 31 miejscu. Na tej samej liście jest wielu nabywców jego prac, np. Brad Pitt i Angelina Jolie. I pomyśleć, że kiedy Hirst stawiał pierwsze kroki jako artysta zdarzało się, że jego stworzone w przypływie natchnienia dzieła, sprzątacze wyrzucali nieopatrznie do śmieci.
Wszyscy ludzie Midasa
Hirst urodził się 7 czerwca 1965 roku w Bristolu, na granicy Anglii i Walii, w rodzinie niezbyt zamożnego mechanika samochodowego. Jego buntownicza natura objawiła się wcześnie, uczył się marnie, ale od dziecka przejawiał talent do rysunków. Studiował najpierw w Leeds College of Art and Design, a potem w londyńskiej Goldsmiths – jednej z najlepszych akademii sztuk pięknych w kraju. W obu uczelniach oblano go przy egzaminach za pierwszym podejściem. W Goldsmiths poznał grupę ludzi, którą określa się mianem Young British Artists (YBA). Jeszcze na studiach razem z nimi zorganizował pierwszą wystawę pt. „Freeze”. W tamtych czasach Hirst nie stronił od alkoholu, narkotyków i za wszelką cenę starał się zwrócić na siebie uwagę dziennikarzy dziwacznym, czasem obscenicznym zachowaniem. Jednym z jego pomysłów było organi-zowanie wystaw w gmachach nieczynnych fabryk i remontowanych sklepów. Dzisiaj to raczej rutyna, ale w późnych latach osiemdziesiątych było to ewenementem. Jego pierwsza wielka instalacja pt. Tysiąc lat przedstawiała gnijącą, pokrytą czerwiami głowę. Zobaczył ją sam Charles Saatchi – słynny brytyjski marszand i łowca talentów – i od razu wyczuł interes. Ich współpraca trwała przez trzynaście lat w czasie których Saatchi dał Hirstowi wolną rękę w kwesti wydatków. Kiedy artysta wymyślił sobie, że do kolejnej instalacji chce sprowadzić do Londynu zwłoki prawdziwego rekina – bez wachania wyłożył na to 50 tys. funtów. Opłacało się bo za tę instalację nominowano Hirsta do prestiżowej Nagrody Turnera i choć dostał ją dopiero trzy lata później, w 1995 roku, jego popularność wzrosła, a co za tym idzie, ceny prac poszybowały w górę.
Z Saatchim pokłócili się i ostatecznie rozstali w 2003 roku (Hirst odkupił od niego swoje prace za 8 mln funtów). Mniej więcej w tym samym czasie opuściła go też na pewien czas jego amerykańska żona Maia – miała już dość jego pijackich wybryków. Damien ma z Maią trzech synów: 13-letniego Connora, 8-letniego Cassiusa i rocznego Cyrusa. Dopiero najmłodsze dziecko sprawiło, że artysta zrobił się prorodzinny i zaczął odcinać kupony od popularności.
Damien Hirst ma tyle nieruchomości, że sam dokładnie nie wie ile ich jest – przynajmniej kilkadziesiąt. W niektórych mieszka tylko przez kilka dni w roku, w innych w ogóle nie bywa. Oprócz bajkowego pałacu Toddington Manor w Gloucestershire, ma na przykład kilka zabytkowych gregoriańskich domów w snobistycznej dzielnicy Londynu Mayfair i aż sześć studiów w różnych miejscach kraju. Po co mu aż tyle pracowni? Hirst jest żywym dowodem na to, że w dzisiejszych czasach obrotny artysta nie musi mieć rąk powalanych farbą i gipsem. On jest od planowania i zatwierdzania. Czarną robotę wykonują jego pracownicy – około 120 osób. Niektórzy sami są artystami, tylko nie tak znanymi. Malują mu geometryczne obrazy, a on płaci im minimalne ustawowe stawki za godzinę. Przypomina to trochę słynną fabrykę Andy Warhola albo renesansowe studio i oczywiście rodzi wątpliwości co do autentyczności jego prac.
Sztuka zarabiania
Ile tak naprawdę jest wart rekin w formalinie – sto, tysiąc czy milion funtów? Wiadomo, że 2/3 wartości to dobry marketing, a w tym Hirst jest najlepszy. Jest najlepszym handlowcem wśród artystów. Wie, jak dotrzeć do potencjalnych klientów – jeździ na premiery, stara się zgrać terminy swoich wystaw w ważnymi wydarzeniami kulturalnymi. Wie też, że media żywią się sensacją i wie jak ją wywołać.
Głównym tematem jego prac jest śmierć. Największą sławę przyniosła mu seria zakonserwowanych w formaldehydzie zwierzęcych zwłok umieszczonych w olbrzymich akwariach. Zwierzęta pochodzą z ZOO z różnych części świata. Krowy, owce, cielaki, psy, konie, motyle, czaszki, skalpy, nawet zebra. Kupuje je niemal jak w sklepie internetowym. Kiedy kupił nosorożca, który dotarł do niego z odłamanym rogiem, odesłał go z po-wrotem. I choć nie odważy się preparować ludzkich zwłok, jak Gunther von Hagens, bez zahamowań tworzy tak kontrowersyjne instalacje, jak krowa kopulująca z bykiem, pt. Two Fucking and Two Watching, którą nowojorski nadzorca sanitarny zabronił pokazywać z obawy, że będzie wywoływała odruchy wymiotne. Nie wierzymy w jego zapewnienia, że „chce pobudzić ludzi do myślenia, a nie szokować”. Patrząc na to jak bawi się paradoksalnym przesłaniem, formą i wrażeniem, albo raczej przerażeniem, jakie ona wywołuje. Ludzie kupują wszystko, bo Hirst ma prawdziwy talent do robienia pieniędzy. Scenariusz jest zawsze taki sam – machina PR rusza by rozpętać burzę w szklance wody. Jak wtedy, kiedy prestiżowe zaproszenie do reprezentowania Wielkiej Brytanii na weneckim biennale w 1999 roku, odrzucił argumentując, że „nie czuje się na miejscu”.
Czy Hirst to zwykły pirat i manipulator, mamiący kolekcjonerów? Czy jego sztuka jest pusta, śmieszna, nudna, pretensjonalna i jednowymiarowa? O tym, ile warte jest dzieło, decydują tak naprawdę kolekcjonerzy i dealerzy sztuki. Dlatego we wrześniu w siedzibie Sotheby’s byli prawie wszyscy – ponad 600 osób na sali, reszta przy telefonie. Niektórzy po to, żeby kupić Hirsta inni dlatego, że już mają jego dzieła, a wiedzą, że ich wartość jest tym wyższa im większe zamieszanie wokół artysty.
Artysta musi byćtwardy
Czegokolwiek dotknie Damien Hirst obraca to w złoto. W 1998 roku wydał autobiograficzną książkę – sprzedała się rewelacyjnie. Założył grupę muzyczną „Fat Les” i nagrał kilka przebojów – doszły aż na drugie miejsce listy przebojów. Przez pewien czas był też współwłaścicielem restauracji o nazwie Apteka, w Notting Hill – upadła, ale on sprzedał całe zaprojektowane przez siebie wyposażenie na aukcji w Sotheby’s za 11 mln funtów. Teraz myśli o tym, żeby zainwestować w restaurację z owocami morza na wybrzeżu Devon.
Wystawiał już swoje prace w Londyńskiej Serpentine Gallery, Royal Academy i Tate, Gagosian Gallery w Nowym Jorku, jeździ do Seulu, Salzburga, Meksyku – wszędzie jego wystawy to hit. Niedawno ogłosił, że kończy z motylami i plamami koloru (sprytne posunięcie marketingowe?), ale „Zoo of the Dead” – czyli zwierzęta w formalinie zamierza produkować dalej – na tym zarabia najwięcej. Lubi pokazać, że ma gest – w zeszłym roku podarował cztery swoje prace Tate Gallery, sporo pieniędzy przeznacza na cele charytatywne. Sam też jest kolekcjonerem, inwestuje w młodych artystów. A to że kupuje własne dzieła i potem odsprzedaje z zyskiem? To tylko napędza rynek dzieł sztuki.
– Ludzie, którym nie bardzo na czymś zależy zwykle osiągają to co chcą, bo są przygotowani na stratę – wyjaśnia. Twierdzi, że nie dba o pieniądze i dlatego je ma, ale tak naprawdę jego sukces polega na tym, że jest twardym negocjatorem – nie poddaje się do samego końca, nawet gdyby przez to interes miał mu przejść koło nosa. Wszystko albo nic – jak z brylantową czaszką, która podobno teraz jest już warta trzy razy więcej.
Mimo zadawnionych sporów Charles Saatchi uważa Hirsta za geniusza. Bogacze z całego świata stają na głowie, żeby mieć w swojej kolekcji jego prace. W wieku 43 lat Damien Hirst znalazł się na liście 150 najzamożniejszych ludzi w kraju – jest dwa razy bogatszy od Eltona Johna albo Micka Jaggera, stoi ramię w ramię z autorką Harrego Pottera pisarką JK Rowling. Nigdy dotąd żaden artysta nie zarabiał tyle ile on – twierdzi jego księgowy, a teraz manager Frank Dunphy – jest bogatszy niż Van Dyck, Constable albo Turner, bogatszy niż wszyscy jego koledzy z YBA razem wzięci, a po śmierci jego majątek będzie wart o wiele, wiele więcej. Oto do czego prowadzi łączenie biznesowej bezczelności ze sztuką.
Co może być droższe od diamentowej czaszki? – Dwa kopulujące kościotrupy inkrustowane brylantami – śmieje się Hirst i otwiera kolejną wystawę. W szacownej londyńskiej The Wallace Collection do 24 stycznia przyszłego roku można zobaczyć 25 najnowszych prac sygnowanych jego nazwiskiem. Krytycy niemal jednogłośnie orzekli, że są… okropne. Jak więc to możliwe, że znalazły się obok obrazów starych mistrzów? Podobno Hirst przy okazji wystawy sfinansował remont galerii. I wszystko jasne – geniusz sztuki sprzedaży po raz kolejny pokazał kto tu rządzi. Tym razem Hirst przysięga, że nie korzystał z pomocy asystentów i malował obrazy osobiście. Kłamie? Biorąc pod uwagę styl jego pracy oszustwo wchodzi w grę i byłoby trudne do wykrycia.
Katarzyna Gryniewicz
No Love Lost: Blue Painting by Damien Hirst, od 14 października do 24 stycznia 2010. The Wallace Collection, Manchester Square, London W1U 3BN
Tel. 020-7563 9500
www.wallacecollection.org
Pisarze, poeci, artyści i podatki
November 3, 2009
Po wielu artykułach opisujących między innymi rezydenturę podatkową oraz opodatkowanie typowo komercyjnych biznesów, takich jak sklepy, restauracje, hurtownie czy firmy budowlane, w dzisiejszym artykule chciałbym skoncentrować się na zupełnie innej grupie podatników, jaką są artyści. Przypuszczam, że wśród czytelników „Nowego Czasu” znajdzie się dość spora grupa, która zajmuje się pracą kreatywną na cały etat bądź w jakimś jego wymiarze

›› Czy artyści wiedzą, że mogą korzystać z wielu ulg podatkowych?
Muszę jednak przyznać, że w fachowej literaturze podatkowej nie jest to zbyt popularny temat. Dlaczego? Pewnie dlatego, że to typowa nisza w świecie księgowości i podatków. Co nakłoniło mnie do pisania na ten temat? Po pierwsze kilka lat doświadczenia pracy w dziale specjalizującym się w opodatkowaniu właśnie pisarzy i artystów w jednej z czołowych kancelarii doradztwa podatkowego w centrum Londynu oraz – po drugie – uczestnictwo w niedawno zorganizowanej przez „Nowy Czas” wystawie ARTeria w Borough.
Wystawa była niewątpliwie wielkim sukcesem, za co, oczywiście, duże słowa uznania dla jej organi-
zatorów. Wśród uczestników znalazło się olbrzymie grono utalentowanych artystów, dla których brytyjskie kodeksy podatkowe oferują pewne ulgi. Warto z nich skorzystać. I właśnie na tym chciałbym się skoncentrować w dzisiejszym artykule.
Na początek wspomnę o czymś, na co sam się natknąłem wśród polskich artystów, pisarzy czy muzyków pracujących w UK. Większość z nich pompuje dużo pieniędzy w swoją działalność artystyczną, bardzo często pracując jednocześnie na pełny etat w innej firmie (niejednokrotnie wykonując prace nie związane z ich zamiłowaniem, wykształceniem czy ambicjami). W sytuacji takiej nie stoi nic na przeszkodzie, aby zarejestrować swoją działalność artystyczną jako self employment. Według kodeksów podatkowych działalność taka jest tak samo rozpatrywana jak każda inna forma biznesu, czyli np. prowadzenie sklepu czy restauracji. Rejestrując działalność jako osoba self employed, potencjalny artysta automatycznie wpada w sidła systemu self assessment, co w skrócie oznacza, że co roku musi przygotowywać i składać w urzędzie skarbowym deklaracje podatkowe. I nawet jeśli nie osiąga się oczekiwanego dochodu, zarejestrowanie się jako self employed daje prawo do wielu odliczeń kosztów prowadzenia takowej działalności (korzystanie z domu jako pracowni, koszty telefonu, internetu, materiałów używanych w pracy artystycznej, TV, przejazdów, magazynowania prac, czasopism, książek, itp. W ciągu roku podatkowego takich kosztów z pewnością uzbiera się sporo i dzięki temu artysta wykazać może stratę ze swojej działalności, na którą w bardzo prosty sposób można uzyskać ulgę podatkową. Jeśli dany artysta pracuje jednocześnie w systemie PAYE, może ubiegać się o zwrot części zapłaconego już podatku. Uzyskane ze zwrotu podatku środki może zainwestować w swoją twórczość.
Pamiętać jednak należy, że działalność taka musi być komercyjna i nastawiona na osiągnięcie zysku. Jeśli można udowodnić urzędowi skarbowemu, ze jest to działalność komercyjna a nie hobby, to nie ma żadnego problemu z uzyskaniem ulgi podatkowej.
W swojej karierze spotkałem się z artystami, którzy mieli straty z działalności self employed przez pięć i więcej lat (był nawet przypadek, kiedy pisarz miał straty przez 15 lat z rzędu (co oczywiście nie oznacza, że był on złym pisarzem!). Urząd skarbowy może mieć wówczas zapytania, ale jeśli jest na nie dobre wytłumaczenie, to ulga podatkowa jest przyznana. Ci, którzy wydają na swoją działalność twórczą własne oszczędności lub pracują długie godziny w innej firmie po to tylko, by móc realizować swoje własne artystyczne cele i marzenia, powinni z tego skorzystać.
Wśród tych artystów czy pisarzy, którzy utrzymują się tylko i wyłącznie z pracy twórczej dość typową sytuacją jest to, że ich dochód jest nieregularny. Zdarza się bowiem, że artyście stworzenie dzieła może zająć kilka lat, co oznacza, że w jednym roku podatkowym kiedy na przykład rzeźba lub obraz są sprzedane osiąga wysoki dochód, nie mając dużego dochodu w pozostałych latach, kiedy dzieło było tworzone. Podobna sytuacja jest z pisarzami, którzy mając na przykład pomysł na napisanie książki, otrzymują tzw. advance od wydawcy. Advance payment pozwala pisarzowi skoncentrować się tylko i wyłącznie na pisaniu, bez obaw o środki na płacenie bieżących rachunków.
Z punktu widzenia podatków powyższa sytuacja oznacza w skrócie, że dany artysta bądź pisarz zapłaciłby kolosalny podatek w jednym roku fiskalnym (w którym otrzymał pieniądze), po czym nie płaciłby żadnego podatku w kolejnych latach pracując nad swoim dziełem. Biorąc pod uwagę cash flow to raczej niezbyt pożądane rozwiązanie. Lepiej chyba mieć podatek rozłożony na przestrzeni kilku lat tworzenia danego dzieła. Tutaj przychodzi z pomocą mało znany paragraf z kodeksu podatkowego pozwalający na przeprowadzeniu tzw. averaging of profits. Dzięki temu zabiegowi podatek rozłożony zostaje na kilka lat.
Ci artyści lub pisarze, którzy wykonują swój zawód pełnoetatowo i z tego się utrzymują rozważyć powinni zarejestrowanie spółki limited i przetransferowaniu do niej swojej działalności self employment. Wypłacanie sobie ze spółki podstawowej wypłaty oraz dywidend w zakresie podstawowego progu podatkowego oznacza olbrzymie oszczędności podatkowe. Transfer taki powinien być bardzo ostrożnie zaplanowany i przeprowadzony.
Ponadto prowadząc spółkę limited dany artysta może założyć swój prywatny fundusz emerytalny, który opłacany będzie przez jego spółkę. Spółka może sobie wówczas wliczyć w koszty składki emerytalne, a dla właściciela jest to neutralna pozycja podatkowa.
Typowe jest też prowadzenie działalności twórczej z własnego domu. Tutaj również dalsze oszczędności podatkowe są możliwe. Będąc właścicielem domu czy mieszkania artysta może sporządzić umowę ze spółką o wynajem jednego z pokoi dla celów prowadzenia swojej działalności twórczej. Koszt wynajmu jest jednocześnie kosztem spółki na co spółka otrzymuje pełną ulgę podatkową. Oczywiście w sytuacji takiej rozważyć należy pozycję podatku kapitałowego właściciela nieruchomości w sytuacji kiedy dom lub mieszkanie jest sprzedane.
Wiadomo powszechnie, że biznesy, które osiągają obrót w wysokości 68 tys. funtów lub więcej w trakcie kolejnych dwunastu miesięcy działalności powinni uzyskać rejestrację VAT. Z punktu widzenia podatku VAT płaconego od dochodu (tzw. output VAT), nie jest aż tak źle jeśli zleceniodawca czy nabywca sztuki jest podmiotem zarejestrowanym na VAT (w większości przypadków może sobie ten VAT odzyskać). Z drugiej strony wiadomo jednak, że prowadząc działalność z domu (co jest bardzo typowe wśród pisarzy czy artystów) bardzo często nie ma zbyt wiele kosztów, które pozwalają na odzyskanie VAT. Tutaj z pomocą przychodzi Flat Rate Scheme – kolejny mało znany przepis podatkowy ułatwiający prowadzenie księgowości i dający możliwość osiągnięcia dalszych oszczędności.
Przedstawiłem kilka raczej mało rozpowszechnionych przepisów, które mogą być bardzo pomocne pisarzom, poetom, artystom. W zależności od danego przypadku, możliwe są jeszcze dalej idące oszczędności. Warto z nich skorzystać.
Krzysztof Wach
Zachęcamy Czytelników do przesyłania pytań na temat prowadzenia własnej firmy, rozliczeń podatkowych itp., na które Krzysztof Wach, specjalista ds. księgowości, chętnie na łamach Nowego Czasu odpowie. Pytania prosimy kierować do redakcji (redakcja@nowyczas.co.uk) bądź bezpośrednio do autora:
Krzysztof Wach MSc ACCA
Kancelaria Księgowości
i Doradztwa Podatkowego
kjwach@kjwaccountants.co.uk
079600 39267
016896 09551
W poszukiwaniu skarbów
October 26, 2009
Kompleksowa odnowa przeznaczonych na wynajem domów, aranżacja wnętrz nie jest sielanką i wymaga pełnego poświęcenia. Ale dla Pawła Wąska jest to biznes, który idzie w parze z jego artystyczną pasją.

Zewnętrzna klatka schodowa i czerwona cegła to chyba najlepiej rozpoznawalne cechy mieszkań socjalnych, których wiele w Londynie i całej Wielkiej Brytanii. Po przekroczeniu progu czeka nas jednak niespodzianka. Dwupoziomowe mieszkanie przypomina bardziej studio ekstrawaganckiego kolekcjonera niż typowe blokowe wnętrze. Paweł z wykształcenia jest projektantem mody i malarzem, jego żona Gaba socjologiem. Od kilku lat zajmują się aranżacją wnętrz i kolekcjonowaniem przedmiotów, które mają swoją historię.
Podobno żeby powiedziano o kimś że jest londyńczykiem, musi tu spędzić co najmniej dziesięć lat. Pawłowi brakuje do tego jeszcze dwóch i póki co, przeprowadzki nie planuje. Pochodzi z Łodzi, gdzie skończył Akademię Sztuk Pięknych na wydziale projektowania ubioru. Projekt dyplomowy był jednocześnie jego ostatnim. Tak czasami bywa, że wydaje się, że wiesz czego chcesz, a później odkrywasz w sobie zupełnie nowe powołanie. W przypadku Pawła na pierwszym miejscu było malarstwo, na drugim wnętrza. Po skończeniu studiów, razem z Gabą próbowali różnych sposobów na zarabianie pieniędzy. Bez powodzenia. Gaba zaproponowała emigrację. Paweł nie był do końca przekonany, ale w końcu uległ namowom i po rozdaniu całego dotychczasowego dobytku rodzinie, przybyli do Londynu. Był rok 2001, Polska jeszcze nie należała do Unii. Trzeba było się jakoś odnaleźć w nowym miejscu. Nie było warunków ani głowy do zajmowania się sztuką. Przerwa w działalności artystycznej trwała półtora roku, ale wydawało się, że mijają wieki. Paweł miał poczucie, że już tak zostanie do końca życia. Stopniowo jednak wracał do formy. Wystarczała mała rzecz, aby poczuł się lepiej. – Po tym czasie pustki, zaczynałem z dużymi bólami – wspomina. – Nie wiedziałem co malować. I próbowałem tak przez półtora roku. Później jednak, gdy już zacząłem, byłem zupełnie innym człowiekiem.
Podejmowali się różnych prac – sprzątali, Paweł pracował w kuchni, Gaba w coffee shopie. Nie zniechęciło ich to. Zostali wessani przez magię metropolii. – Nie miałbym możliwości zaznać tego wszystkiego mieszkając w Łodzi – mówi Paweł. – Najpierw zamieszkałem w bloku councilowskim na Brixton. Jedną z moich sąsiadek była starsza pani, Murzynka, i samo to, że gdy wychodziłem rano do pracy, a ona codziennie uśmiechała się do mnie i mówiła dzień dobry, było dla mnie czymś nieprawdopodobnym. Nadal takie rzeczy robią na mnie wrażenie.
W ich mieszkaniu wisi asamblaż Pawła zrobiony ze znalezionych w Tamizie skorup naczyń. Właśnie w tego typu obiektach łączy się jego pasja malarska z naturą poszukiwacza skarbów. Nie tropi on jednak zakopanej gdzieś skrzyni złota, tylko przedmioty (jak je nazwał) „pojechane”. – Chodzimy z Gabą nad Tamizę w czasie odpływów. Można wtedy znaleźć cudowne rzeczy. Znajdujemy tam między innymi fragmenty starych mebli, które później wykorzystujemy w naszych projektach wnętrz. Szukamy piękna, nawet jeśli mamy je znaleźć w złomie wyrzuconym przez morze.
Na łowy jeżdżą także na południe Francji, gdzie spędzają wakacje w domu przyjaciela. Na Lazurowym Wybrzeżu znajdują przedmioty wypłukane solą, spalone przez słońce. Chodzą także na londyńskie targi uliczne. Właśnie w takich miejscach można kupić prawdziwe cacka za bezcen, ale także kradziony rower, piękny skórzany portfel za funta i maszynę do szycia, która dopiero w domu, po podłączeniu do prądu, okazuje się nie działać. Sprzedaje się tam dosłownie wszystko, dlatego bardzo przydaje się umiejętność odróżniania rzeczy wartościowych od będących w zdecydowanej większości rupieci. Jeżdżą także na duże weekendowe targi, zwane Car Boot Sale. Nie gardzą też przedmiotami wystawianymi przed domy. – Czasami ludzie wyrzucają na prawdę piękne meble, które im się znudziły. Wówczas wchodzimy do akcji. Mamy oczy szeroko otwarte. Ta ławka, na której siedzisz, także jest znaleziona. Pomalowaliśmy ją, a potem odrapaliśmy papierem ściernym, dlatego wygląda tak oryginalnie.
Kupują na dużą skalę. W ich kolekcji znajdują się przedmioty różnego rodzaju: od edwardiańskich łóżek, przez luksusowe puderniczki, secesyjne szczotki, angielskie leżaki, niezbędniki piknikowe, reklamy coca-coli z lat 40., po oryginalne puzzle Playboya. Niedługo ruszy sklep internetowy, w którym będzie można to wszystko kupić.
Jeden z ich znajomych, właściciel kilku nieruchomości w Londynie, wiedząc, że mają artystyczny zmysł, poprosił, aby zajęli się kompleksową odnową jego przeznaczonego na wynajem domu. W ten sposób zaczęła się ich, trwająca już trzy lata, przygoda z aranżacją wnętrz. Taka praca nie jest jednak sielanką i wymaga pełnego poświęcenia. Domy, którymi się zajmowali, były zaniedbane i potrzebowały gruntownego remontu. Ich zadaniem jest doprowadzeniu takiego domu do stanu idealnego. Aby to osiągnąć, zaczynają od projektu, czuwają nad jego realizacją, na koniec przyjmują oglądających i wynajmują mieszkanie. Nie potrafią wykonywać skomplikowanych prac budowlanych, ale zajmują się ostateczną aranżacją wnętrza. Po kilku miesiącach harówki przychodzi olbrzymia satysfakcja, gdy okazuje się, że końcowy efekt przechodzi najśmielsze oczekiwania.
Czy można żyć z malarstwa? Najczęściej nie. Ale to malarstwo jest Pawła największą pasją. Ściany ich mieszkania, a także odnawianych domów są pokryte jego małoformatowymi olejami i pastelami na papierze. Stanowią idealne dopełnienie całości.
Roma Piotrowska
TATRA, czyli jak dotrzeć na szczyt
October 15, 2009
Deszczowy dzień w Londynie. Godziny popołudniowego szczytu. Wysiadam z zatłoczonego metra na stacji Goldhawk Road. Przebiegam w poprzek jezdnę, nie zważając na śmigające wokół samochody. Tu trzeba szybko i zdecydowanie. Samochód, autobus, kolejny samochód, przerwa i jeszcze jeden samochód. Wciskam się w szczelinę między pojazdami i – już jestem po drugiej stronie. Na rogu – Tatra Restaurant. Cel mojej wyprawy. Kusi ciepłym wnętrzem, rozświetlonym dyskretnym blaskiem lamp i nieźle zaopatrzonym barem.

Wskakuję do środka, ociekając wodą. Mijam kontuar. Za nim – piętrzą się półki. Na jednych polska wódka. Na innych – hiszpańskie wino. Obok, na barze, ekspres do kawy. Szybka decyzja: dziś jestem tu „służbowo”, więc chyba zostanę przy kawie.
Siadam w rogu sali. Ledwie doprowadzam do ładu posklejane deszczem włosy, gdy przy moim stoliku zjawia się właścicielka restauracji. Umówiłem się z nią na wywiad. Mamy dziś mówić o prowadzonym przez nią lokalu. Jednak zamiast sztywnego i oficjalnego wywiadu, udaje mi się przeprowadzić bardzo miłą rozmowę. A jest o czym rozmawiać. Zamiast prowadzić rozmowę z Sylwią Judycką, właścicielką Tatry, to ja jestem prowadzony – niczym dziecko za rękę – po świecie kulinarnego high life’u.
– Właśnie mija pierwsza rocznica istnienia restauracji – mówi Sylwia. – Otworzyliśmy ją w październiku ubiegłego roku. Jednak za odpowiednim lokalem zaczęliśmy rozglądać się dużo wcześniej, jeszcze w 2007.
Wraz ze swoim mężem, Robertem Kusym, rozpoczęła działalność w najtrudniejszym – mogłoby się wydawać – momencie. Dokładnie w chwili, gdy Wielka Brytania, pogrążona w najgłębszym od czasów II wojny światowej kryzysie, zdawała rozpadać się na kawałki.
Zaledwie kilka miesięcy po otwarciu, Tatra otrzymała prestiżową nagrodę Food & Drink Award 2009 w kategorii Best Modern European Restaurant. Wygrała z liczną konkurencją. Cud – mógłby ktoś powiedzieć. Mniej wierzący zwaliłby wszystko na przypadek. Jednak sukces został okupiony ciężką pracą, popartą profesjonalizmem właścicieli.
Sylwia prowadziła wcześniej agencję rekrutacyjną. Orientuje się więc w temacie marketingu i promocji. I tym właśnie zajmuje się w firmie. Z kolei Robert pasję kucharską zaczął rozwijać już w dzieciństwie. Przyjechawszy do Anglii w wieku szesnastu lat, rozpoczął karierę u boku znanego polskiego restauratora, Jana Woronieckiego, właściciela popularnej Wódki w Kensington, a teraz także cieszącgeo się dobrą sławą Balticu przy Blackfriars Road. Współpraca trwała ponad dziesięć lat. W tym czasie Robert doskonalił swój talent kulinarny. W 2007 roku wystąpił w prezentowanym w brytyjskiej telewizji programie New British Kitchen, prowadzonym przez znanych kucharzy. Współpracował również z Silveną Rowe, pomagając jej przygotowywać przepisy polskich potraw, jakie miały znaleźć się w opublikowanej w 2006 roku książce Feasts. W jego karierze znalazł się również wątek filmowy. Wprawdzie – jak na razie – nie został gwiazdą Hollywood, jednak na początku 2007 roku otrzymał rolę food adviser podczas kręcenia obrazu Eastern Promises. Dzieło Davida Cronenberga zostało później nominowane do nagrody Oscara. O Robercie przeczytać można również w brytyjskiej prasie.

W maju bieżącego roku wziął udział w odbywającym się w Hampton Court Foodies Festival. Kogo tam nie było… Szef kuchni z The Ivy – najpopularniejszej wśród celebrities knajpy w Londynie. Kucharz z restauracji w słynnej Oxo Tower, znajdującej się niedaleko Tate Modern. Gwiazdy telewizyjnych shows: Taste The Nation, Saturday Kitchen, czy Celebrity Masterchef.
Robert, znalazłszy wolną chwilę, przysiadł się do nas, by opowiedzieć o imprezie. Ponoć przygotowane przez niego pierogi miały takie wzięcie, że zabrakło dla wszystkich. No, ale jak obczęstować pół tysiąca ludzi, którzy ponad potrawy cuisine nouveau, serwowane przez najlepszych kucharzy Londynu, woleli potrawę tradycyjnej polskiej kuchni?
Rozmawiając o osiągnięciach właścicieli Tatry, wracam do tematu nagrody Food & Drink Award. Jak to się stało, że pomimo stosunkowo krótkiej działalności, restauracji udało się zdobyć takie wyróżnienie?
– Dużo pracowaliśmy nad rozreklamowaniem Tatry – mówi Sylwia. – Jednak w znacznej mierze opieramy się na dobrej opinii, wystawianej przez naszych klientów. Tak zwane word of mouth jest najlepszą formą promocji. A w konkursie Food & Drink Award to głosy klientów decydowały o wygranej.
Klienci to nie bylejacy. Albowiem wśród nich znajduje się wiele znanych nazwisk. Częstym gościem bywa Ian Towning – właściciel sklepów z antykami przy King’s Road w Kensington. Znamy go z telewizyjnego programu aukcyjnego Dickinson Real Deal. Ponoć organizuje on często imprezy charytatywne, na które zaprasza gwiazdy telewizji, kina i estrady. Przedstawicielom Tatry powierza wtedy prowadzenie cateringu.
Ale – co tam Ian Towning. Już wkrótce kunszt kucharzy z Tatra Restaurant pozna (panie i panowie, proszę wstać) brytyjska rodzina panująca. Ponoć królewscy testerzy już zaaprobowali ofertę Roberta i niedługo sama królowa Elżbieta II, wraz ze swymi bliskimi, popróbuje przygotowanych przez niego specjałów. Nie pytałem, co znajdzie się w karcie dań. Bo może opowiadając mi o tym Robert złamałby jakąś tajemnicę państwową? Ponoć imprezie, na której Tatra zadba o żołądki najważniejszych osób w państwie, towarzyszyć będą przedstawiciele mediów. Może uda mi się zdobyć akredytację… Naprawdę – nie chciałbym przegapić TAKIEGO wydarzenia.

Oprócz „prawdziwej”, brytyjskiej królowej, na jakości kuchni Tatry miały okazję poznać się również i nasze, polskie „księżniczki estrady”. W bliskim sąsiedztwie restauracji znajduje się znana sala koncertowa przy Shepherd’s Bush. Różnego formatu polskie gwiazdy często miewają tam koncerty. Gdy pytam, czy któraś tu się stołowała, słyszę długą wyliczankę: Lesz, Cerekwicka, Kowalska, Golcowie… Wszyscy oni przewinęli się przez to miejsce w ciągu zaledwie jednego roku.
Oprócz gwiazd sceny i srebrnego ekranu, częstymi gośćmi Tatry bywają także brytyjscy parlamentarzyści. Widocznie deputowani polubili polską kuchnię i o „brytyjskich wartościach” wolą dyskutować przy schabowym z ziemniakami, niż w parlamentarnej stołówce. Trudno im się dziwić.
Pytam właścicieli, czy przy tak międzynarodowej klienteli zdarza się im podkreślać polskość lokalu. Bo jakoś nie widać nigdzie polskich flag, orzełków ani kolorowej cepeliady, towarzyszącej często polskim knajpkom w Londynie. Nie ma atmosfery niekończącej się gierkowszczyzny. Jest nowocześnie i funkcjonalnie.
– Tak, podkreślamy narodowy charakter – mówi Robert – głównie dzięki serwowanym potrawom kuchni polskiej. Jednak zdarza się nam również serwować dania charakterystyczne dla innych regionów. Często bywają u nas chociażby Rosjanie. Nie raz przygotowywaliśmy coś specjalnie dla nich.
– Organizujemy wiele prywatnych imprez – dodaje Sylwia. – Chrzciny, wesela, spotkania biznesowe… Wkrótce też zacznie się okres Christmas Parties. Dostosowujemy się do potrzeb klienta.
A czy jest drogo? – Nie jest drogo – słyszę w odpowiedzi. – Wielu klientów mówiło nam, że przy tej jakości serwisu, ceny są bardzo przystępne. Gdybyśmy znajdowali się po drugiej stronie ronda przy Shepherd’s Bush, w stronę Kensington czy Holland Park, spokojnie moglibyśmy podnieść cennik. Z pewnością nikomu nie zrobiłoby to żadnej różnicy.
Wierzę w to. Bo cena pewnie i tak nie gra roli dla tych, którzy licznie przybywają tu z okolic Chelsea. Jeśli ktoś, zamiast stołować się w tamtych okolicach, zdecyduje się dotrzeć aż tu, to chyba nie po to, by zaoszczędzić kilka pensów.
Jak z planami na przyszłość? Czyżby Robert z Sylwią – zachęceni sukcesem odniesionym przez Tatrę – zamierzali otworzyć wkrótce kolejną restaurację?
– Może kiedyś, w przyszłości – odpowiada Sylwia. – Na razie staramy skupić się na Tatrze. Stawiamy przede wszystkim na jakość. Gdybyśmy spróbowali otworzyć coś nowego, moglibyśmy nieco odwrócić uwagę od tego miejsca. A na to nie chcemy sobie pozwolić.
Trudno się dziwić, skoro Tatra w ciągu roku zaszła tak wysoko. Ciekawe, gdzie znajdzie się za rok, za dwa?
Alex Sławiński
Podatek od napiwków?
October 6, 2009
Dla kelnerów oraz barmanów pracujących w brytyjskich restauracjach, pubach czy hotelach napiwki bardzo często stanowią dużą część dochodu. W wielu przypadkach zarabiają oni więcej z otrzymywanych napiwków niż z samej wypłaty, szczególnie pracujący w centrum Londynu lub w ekskluzywnych hotelach, klubach i restauracjach na terenie całej Wielkiej Brytanii.
Kultura „tipowania” jest na Wyspach Brytyjskich bardzo popularna. Prawdopodobnie najbardziej powszechna ze wszystkich krajów Unii Europejskiej. Tak jak każde źródło dochodu, tak i napiwki darowane kelnerom dobrowolnie przez klientów są dochodem kelnera i podlegają opodatkowaniu. To, jak są one opodatkowane i w jaki sposób powinny być zadeklarowane do urzędu skarbowego, zależy już od okoliczności.
Wielu klientów opuszczając restaurację z „pełnym brzuchem”, czasami po kilku lampkach wina i zadowolonych z obsługi, zostawia na stole kilka funtów napiwku. Ci, których wrażenia co do posiłku i obsługi przekroczyły najśmielsze oczekiwania, zostawiają nawet banknoty, czyli co najmniej pięć funtów. Dobry kelner, w przeciętnej restauracji w centrum Londynu w trakcie jednego piątkowego lub sobotniego wieczoru może zarobić z napiwków aż 50 funtów. W trakcie całego roku podatkowego kwota może być liczona w tysiącach.
Napiwki brane przez kelnera bezpośrednio do własnej kieszeni są dochodem tegoż kelnera. Według prawa i przepisów podatkowych odpowiedzialność za jego zadeklarowanie w zeznaniu podatkowym i zapłaceniu podatku spoczywa na kelnerze. Właściciel restauracji nie ma z tym nic wspólnego i nie ponosi odpowiedzialności, jeśli kelner z tego obowiązku się nie wywiąże.
Więc co powinien zrobić kelner? Otóż powinien złożyć w HM Revenue and Customs deklarację podatkową w systemie self assessment, w której oprócz dochodu z zatrudnienia w restauracji (według rocznego podsumowania otrzymanego od pracodawcy na formularzu P60) wykazuje dodatkowo dochód z napiwków. Zakładając, że całkowity dochód kelnera w trakcie roku podatkowego mieści się w przedziale basic rate (w bieżącym roku podatkowym kwota do £43,875), to napiwki zostaną opodatkowane stawką 20%. Deklaracja powinna być złożona do dnia 31 stycznia. Termin na zapłacenie podatku upływa tegoż samego dnia.
Jeśli kelner złoży deklarację podatkową przed 31 października lub drogą elektroniczną przed 31 grudnia, to może liczyć na to, że HM Revenue and Customs pobierze od niego podatek poprzez zmianę jego kodu PAYE (Pay As You Earn) w następnym roku podatkowym, zakładając, że należność podatkowa jest mniejsza niż £2,000. Dzięki temu kelner nie będzie musiał jednorazowo wpłacić podatku, który będzie potrącany z jego miesięcznych wypłat otrzymywanych w restauracji w kolejnym roku podatkowym.
Nasuwa się pytanie – ilu kelnerów ujawnia dobrowolnie dochód z napiwków? Z doświadczenia wiadomo, że niewielu, czyli dochody z napiwków pozostają w szarej strefie. Wydaje się, że w dobie kryzysu likwidacja szarych stref jest dla finansów państwa szczególnie ważna, dlatego kelnerzy mogą się w pewnym momencie znaleźć pod lupą urzędu skarbowego. Pewnie pojawi się pytanie, w jaki sposób urząd skarbowy dowie się o tym dodatkowym dochodzie kelnera? Odpowiedź jest prosta. Dość często się zdarza, że urzędnicy skarbówki zanim rozpoczną kontrolę ksiąg i spraw podatkowych danej restauracji, najpierw przychodzą do niej incognito. Zamawiają posiłek niczym zwykły klient, zostawiają napiwek, ale przede wszystkim bacznie obserwują. Dzięki zebranym naocznie informacjom, wyrabiają sobie opinię jak restauracja funkcjonuje, nie tylko czy napiwki brane są przez kelnerów do kieszeni, ale także ilu jest zatrudnionych pracowników, czy cała sprzedaż jest fiskalizowana, itp. Po kilku wizytach urzędnik może oszacować wiele danych, np. obrót, liczbę klientów i inne. Teraz wystarczy sprawdzić księgi, czy dane rzeczywiste nie odbiegają w znaczący sposób od szacunkowych. Biorąc pod uwagę nowe prawa, jakie HM Revenue and Customs nabył od kwietnia 2009 w kwestii dochodzeń skarbowych, to niedeklarowanie dochodu wydaje się „igraniem z ogniem”.
Napiwki, które idą do wspólnej kasy, a następnie są rozdzielane przez pracodawcę (właściciela restauracji), kelnerom (czasem kucharzom) rządzą się trochę innymi regułami. Istnieją tutaj dwie możliwości.
Pierwsza – właściciel restauracji sam decyduje o wysokości napiwków „z puli”, dla poszczególnych pracowników, a następnie uwzględnia je na liście płac (payslip). Oznacza to, że jeśli właściciel osobiście pobiera napiwki w imieniu kelnerów, a następnie rozdziela je swoim pracownikom, to traktowane są one jak część wypłaty w systemie PAYE. W konsekwencji napiwek podlega opodatkowaniu podatkiem dochodowym oraz obciążony jest składką socjalną (National Insurance), zarówno przez pracownika (od jego dochodu brutto) jak i przez pracodawcę (również od dochodu brutto). Odpowiedzialność za obliczenie podatku, składki socjalnej i odprowadzenie ich do HM Revenue and Customs spoczywa na pracodawcy. Jako że napiwki zostają opodatkowane automatycznie poprzez wciągnięcie ich na listę płac, kelnerzy nie mają obowiązku składania osobistych deklaracji podatkowych w systemie self assessment.
Druga – właściciel restauracji wyznacza osobę (tzw. troncmaster’a – może nim być każdy pracownik restauracji), która decyduje o podziale napiwków. Ta metoda daje oszczędności z punktu widzenia wydatków na składki socjalne (National Insurance Contributions). Schemat jest taki: napiwki pobiera pracodawca, przekazuje je troncmaster’owi, a ten niezależnie od pracodawcy redystrybuuje pieniądze wśród pracowników. Tak rozdzielone napiwki są co prawda opodatkowane, ale tylko podatkiem dochodowym. Daje to oszczędność rzędu 11% co do składek socjalnych.
Ustanowienie troncmaster’a jest możliwe pod kilkoma warunkami. Po pierwsze, pracodawca nie może wpływać na to, jak napiwki są rozdzielane pomiędzy pracownikami, w konsekwencji nie są uwzględniane na liście. Po drugie, troncmaster musi być zarejestrowany w HM Revenue and Customs, co oznacza, że posiada własny numer identyfikacyjny w systemie PAYE (Pay As You Earn), a napiwki przez niego rozprowadzane rejestrowane są na osobnych payslip’ach. Po trzecie, napiwki od klientów są całkowicie dobrowolne, to znaczy, że pozycja service charge na rachunku jest wyszczególniona w sposób widoczny, a jej uiszczenie dobrowolne.
Którą metodę wybrać w zarządzaniu pieniędzmi z napiwków, to już sprawa właścicieli restauracji, pubów, hoteli. A czy dochód z napiwków zalicza się na poczet minimalnej płacy (National Minimum Wage) lub czy nalicza się od nich VAT? To może już temat na inny artykuł.
Krzysztof Wach
Zachęcamy Czytelników
do przesyłania pytań na temat prowadzenia własnej firmy,
rozliczeń podatkowych itp., na które Krzysztof Wach, specjalista ds. księgowości, chętnie na łamach Nowego Czasu odpowie. Pytania prosimy kierować
do redakcji (redakcja@nowyczas.co.uk) bądź bezpośrednio do autora:
Krzysztof Wach MSc ACCA
Kancelaria Księgowości
i Doradztwa Podatkowego
kjwach@kjwaccountants.co.uk
079600 39267
016896 09551

Kalejdoskop upadków
September 19, 2008
Co ma wspólnego luksusowy hotel na Karaibach z londyńskim City? Dużo. Od ostatniego czwartku jakby jeszcze więcej. Wszystkich nas straszy zapaść na rynkach i giełdach całego świata. Gazety uspokajają, to znów podnoszą ciśnienie…
W ubiegły piątek Wielką Brytanię zelektryzowała wiadomość, że trzecie największe biuro podróży w UK nagle przestało istnieć. Zarząd XL czekał do samego rana, by ogłosić swoją upadłość, czym zaskoczył nie tylko klientów, ale i pracowników. Ci pierwsi – jeszcze w czwartek o północy rezerwowali bilety na stronie internetowej biura i linii lotniczych XL, mimo – iż jak się później okazało – szefostwo już wiedziało, że żaden z 21 samolotów należących do firmy nigdzie nie poleci. Jeszcze bardziej zaskoczeni byli turyści, którzy w piątkowy ranek na lotniskach w całej Wielkiej Brytanii dowiadywali się, że… z wakacji nici. Nie ma samolotów, nie ma szansy na bilety innej linii, nie ma zarezerwowanych hoteli.
BEZ PROTEKCJI
XL (pełna nazwa to XL Leisure Group) posiadała aż 21 własnych samolotów, którymi latała do ponad 50 miejsc na całym świecie. Do grupy należało aż 11 innych firm, które będąc spółkami zależnymi od XL, również zniknęły z rynku. W piątkowy ranek, gdy firma ogłosiła bankructwo, rozrzuconych po świecie znajdowało się ponad 90 tys. turystów, którzy pozbawieni zostali możliwości powrotu do kraju. Dalszych 200 tys. właśnie pakowało walizki. I zostało z niczym. Okazało się bowiem, że tylko część z niedoszłych urlopowiczów może liczyć na jakikolwiek zwrot pieniędzy. Wszystko zależało od tego, gdzie i w jaki sposób płacili za wakacje czy bilety lotnicze.
W najlepszej sytuacji znaleźli się ci, którzy zdecydowali się na płacenie kartą kredytową, gdyż te z urzędu chronią posiadacza przed tego typu wypadkami. Pewną ochroną objęci zostali również ci, którzy usługi z XL wykupili za pośrednictwem innego operatora, który w takim przypadku przejmuje zobowiązania wobec klienta. Ci, którzy płacili kartą bankową czy czekiem zostali na lodzie. Nie dostaną nic.
Jak przyznaje rzecznik ATOL (Air Travel Organisers’ Licensing) sprowadzanie wszystkich urlopowiczów na Wyspy może potrwać nawet kilka tygodni. Komentatorzy dodają, że kończy się właśnie era tanich wakacji za grosze.
Światełko w ekonomicznym tunelu
August 18, 2008
Bank of England nie próbuje nas łudzić: nadchodzą ciężkie czasy dla brytyjskiej gospodarki. Stara się jednak mówić o tym dyskretnie. Wie, że po części to on jest odpowiedzialny za obecną sytuację. Ale widać już światełko w tunelu.
W środę, 14 sierpnia, Bank of England przyznał, że z jego wyliczeń wynika, iż nie tylko w tym, ale również w następnym roku brytyjska gospodarka nie będzie się rozwijać w takim tempie, jaki przewidywano. Co więcej – nie będzie się rozwijała w ogóle. Wcześniej mówiono o dwuprocentowym poziomie wzrostu, teraz nie mówi się o żadnych procentach.
Publikując w środę swoje przewidywania Bank of England przyznał się również do kolejnej porażki – inflacja rośnie szybciej niż to przewidywano, zbliża się do 5 proc. Jeszcze dwa lata temu 5-procentowa inflacja była trudna do wyobrażenia nawet przez największych sceptyków. Teraz jest prawie faktem.
Kosztowne Shella przekręty
August 4, 2008
Duże, całostronicowe ogłoszenie w najważniejszych dziennikach na świecie bije wręcz w oczy: „Jeśli kupiłeś akcje Royal Dutch Petroleum Company albo The Shell Transport and Trading Company między 18 kwietnia 1999 roku a 17 marca 2004 roku – należy ci się rekompensata”.
A wszystko za sprawą amerykańskiego US Securities and Exchange Commission, które będąc stroną w sprawie doszukały się jednego z największych skandali w historii holenderskiej firmy.
Zaczęło się w 2004 roku, kiedy to Royal Dutch Shell opublikował swój doroczny raport i przyznał się do tego, że zawarte w nim dane dotyczące posiadanych przez firmę rezerw gazu i ropy są nieprawdziwe. Wybuchł skandal, którym zajęła się amerykańska agencja rządowa sprawująca nadzór nad rynkiem giełdowym.
Ściągałeś…uważaj!
August 4, 2008
Lubisz ściągać muzyczne pliki z internetu?
Uważaj, listonosz już niesie dla ciebie przesyłkę.
Szanowna Pani, chciałbym serdecznie podziękować za wybranie naszej firmy jako dostawcę szybkiego łącza internetowego. Jest nam niezmiernie miło, że dołączyła Pani do grona naszych kilkuset tysięcy zadowolonych klientów, którym oferujemy nie tylko niezawodne szybkie łącze internetowe, ale również pomoc techniczną dwadzieścia cztery godziny na dobę. Nasi przyjaciele z BPI zasugerowali nam, abyśmy przy tej okazji w możliwie najłagodniejszy sposób zwrócili Pani uwagę na działalność Pani syna, który wykorzystuje nasz serwis do ściągania ogromnych ilości danych ze stron internetowych, bez przestrzegania praw autorskich. Chcielibyśmy zasugerować…
Recesja!
July 17, 2008
Dane dotyczące rynku nieruchomości mają w Wielkiej Brytanii ogromną wagę. Od tego, ile co roku oddawanych jest do użytku nowych mieszkań zależy dużo. Od tego, ile w ciągu roku udzielanych jest nowych kredytów mieszkaniowych zależy jeszcze więcej.
Liczby pokazują stan rynku nieruchomości, który przekłada się na obraz całej brytyjskiej gospodarki. Gdy ten rynek się załamuje, wiadomość może być tylko jedna: brytyjska gospodarka dostaje zadyszki.
Nie dziwi więc, że gdy tylko pojawią się nowe dane, natychmiast trafiają one na czołówki gazet i serwisów informacyjnych. Są dokładnie analizowane, dokonuje się porównań z tym samym okresem minionego roku. Liczy się każdy punkt procentowy. Każda liczba ma znaczenie. Każdy sprzedany dom jest odnotowany.
Od początku tego roku dane są coraz bardziej pesymistyczne: dzieje się źle, coraz mniej ludzi może uzyskać kredyt, a to oznacza tylko jedno: coraz mniejsze zapotrzebowanie na nowe mieszkania. Agencje nieruchomości biją na alarm, gdyż liczba nowych transakcji ciągle spada. Budzi to niepokój nie tylko w sektorze bankowym, który od kredytów mieszkaniowych jest w znacznym stopniu uzależniony, ale i w branży budowlanej.







Komentarze