Nowy Czas w PDF 4(140)
March 5, 2010
KENIA
February 24, 2010
Po prawej stronie gęsty mrok, po lewej horyzont delikatnie połyskujący łuną wstającego nad Afryką słońca. Inni pasażerowie śpią. Mam wrażenie, że tylko ja obserwuję to niezwykłe zjawisko, lecąc samolotem pomiędzy nocą a dniem.
W wiosce Ngomongo
Kilkadziesiąt minut poźniej, tam gdzie był mrok, pojawia się potężna bryła liczącej 5985 metrów góry Kilimandżaro. Pamiętam ze zdjęć białą czapę i niezliczoną ilość wypełnionych śniegiem żlebów, tymczasem z samolotu widać tylko nieznaczne białe przebarwienia wiecznej zmarzliny. I wianuszek chmur grubo poniżej szczytu. Macham górze ręką. Moim celem nie jest mordercza wspinaczka, tylko rozkoszne leniuchowanie na wybrzeżu Mombasy.
Steward przynosi zwitek blankietów do wypełnienia – podanie o wizę, deklaracja celna, deklaracja, gdzie się zatrzymam i u kogo, a nawet deklaracja, którą będę potrzebował opuszczając gościnne wybrzeże Oceanu Indyjskiego. Patrzę na niego z konsternacją. – Welcome to Africa – mówi z żartobliwym współczuciem.
Mogłem wybrać plażę Nyali, Diani albo Bamburi, gdzie opala się, bawi i nurkuje większość turystów, ale los chciał, że trafiłem do rządowego resortu w Kikambala. Dzięki temu przez ponad godzinę mogłem się gapić przez szybę samochodu na podmiejskie slumsy Mombasy. Już podczas podchodzenia do lądowania widać było pagórki z przylepionymi prowizorycznymi chatami. Teraz mam ich na pęczki po obu stronach szosy. Są sklecone z czego tylko się da – drewna, blachy, kartonu, trzciny. Ich przygnębiający wygląd podkreślają stosy płonących śmieci i stadka straszliwie wychudzonych kóz.
Dla kontrastu za chwilę mijamy piękne, pełne pastelowych barw osiedle willowe, kilka nieźle wyglądających hoteli i fabrykę. Dopiero po jakimś czasie dociera do mnie, że strzegący ją mur uzbrojony jest w drut kolczasty pod napięciem!
Mombasa jest trochę nijaka. Stary port, niewielka arabska starówka, twierdza Fort Jesus, zbudowana przez Portugalczyków, rozpadające się zabytkowe fasady i mnóstwo nijakich, bezbarwnych budynków – to trochę za mało, by zachęcić ludzi do zwiedzania. Tym bardziej że w ostatnim czasie wzrosła liczba napadów rabunkowych. Symbolem Mombasy są skrzyżowane słoniowe kły przy Moi Avenue – głównej arterii prowadzącej do nowoczesnej części miasta. Obowiązuje ruch lewostronny – pozostałość po panowaniu Brytyjczyków, dla których Mombasa była stolicą kolonialnej Afryki
Wschodniej. Wielkie, metalowe kły ustawiono zresztą specjalnie z okazji wizyty brytyjskiej królowej w 1952 roku – jedenaście lat przed uzyskaniem przez Kenię niepodległości.
Miasto leży na koralowej wyspie oblanej ze wszystkich stron wodami Oceanu Indyjskiego. W drodze z lotniska mija się jeden z największych portów handlowych w Afryce. Tutaj przybywają wielkie statki z towarami z całego świata, które potem ciężarówkami i koleją przewozi się w głąb kontynentu – do Ugandy, Sudanu, Etiopii, Ruandy, Burundi, Zambii…
Im dalej od centrum, tym więcej widać biedy. Prowizoryczne straganiki, zakładziki rzemieślnicze, wszechobecne kozy, które siedzą lub leżą wzdłuż drogi. I ludzie bez pracy, leżący wszędzie tam, gdzie jest odrobina cienia – pod drzewem, słupem, murem, wiatą… Kierowcy nie przestrzegają żadnych reguł. W akompaniamencie nieustannego trąbienia próbują wyminąć auto przed sobą lub chociaż zmusić je do szybszej jazdy. Nie mogę wyjść z podziwu, że co chwilę nie dochodzi do wypadku. Piesi niemal wchodzą pod koła, byle tylko przedostać się na drugą stronę drogi. Mijamy pełną luksusowych jachtów uroczą zatoczkę i miasto zostaje z tyłu.
Wjazdu do hotelu strzegą uzbrojeni strażnicy. Podczas lunchu zauważam wielu gości w garniturach. Zbyt wielu, jak na hotel przy plaży. Wieczorem z telewizji dowiaduję się, że w rządowym resorcie w Kikambala odbyła się konferencja największych firm ubezpieczeniowych kraju. Był podobno nawet kenijski minister.
Polowanie na słonia
Polowanie na sŁonia
Czwarta rano. Wreszcie jadę na tę romantyczną wyprawę, o której wszyscy tyle mówią i dzięki której Kenia stała się sławna na cały świat. Jadę na safari. Nie jest tanio, ale wiem dlaczego. Safari to intymna sprawa dla kilku osób. Nie jedzie się klimatyzowanym autokarem w czterdziestu, tylko małym busem z otwieranym dachem – w cztery, góra sześć osób.
Sympatyczny, szczerbaty Saleem okazuje się doskonałym kierowcą i partnerem na cały dzień. Słyszał o Lechu Wałęsie i Zbigniewie Bońku. Zna się na piłce. Kojarzy, że parę razy awansowaliśmy do ważnych rozgrywek, ale teraz wiedzie nam się fatalnie. Podobnie jak reprezentacji Kenii. Wie też, że wkrótce w Polsce spadnie śnieg i że zwykle o tej porze przyjeżdżało tu wielu Polaków. Ale parę lat temu. Teraz ich nie ma. – Kryzys – mówię. – Wolą Tunezję czy Egipt, bo taniej.
Mijamy maleńkie osady przy drodze, pełne prowizorycznych sklepików, kiosków, barów i pubów. W jednym z nich jest wciąż pełno ludzi. Tańczą, śmieją się, popijają drinki. Wtorek, wpół do piątej rano, a tu dyskoteka na całego. Saleem tłumaczy, że potem pół dnia prześpią i, kiedy upał zelżeje, wrócą do życia. Jesteśmy zgodni – tylko pozazdrościć!
Na słynnej szosie Mombasa-Nairobi są dwa wąskie pasy i dość szerokie pobocza. Jak się wkrótce okazuje, te pobocza to bardzo funkcjonalna rzecz. Raz po raz wielka ciężarówka wyprzedza ciąg innych wielkich ciężarówek i świeci nam „długimi” po oczach, byśmy gotowali się na śmierć lub ucieczkę w bok.
– Banditos – mruczy niespecjalnie tym przejęty Saleem. Dla niego to normalny kurs, my tymczasem zdążyliśmy pozielenieć ze strachu.
Zjeżdżamy ciężarówce z drogi i po chwili wracamy na swój pas. Wszyscy w tym busiku jesteśmy kierowcami, ale zgodnie stwierdzamy, że czegoś takiego w życiu nie widzieliśmy. Po jakimś czasie znów musimy uciekać na pobocze. I jeszcze raz. I jeszcze… Banditos przewożący towary między Nairobi a Mombasą dyktują warunki. Duzi mogą więcej.
Krótki, obowiązkowy przystanek przy sklepiku z pamiątkami i wreszcie mijamy bramę parku Tsavo East. To najbardziej przyjazny niewprawionemu turyście park safari w Kenii. Oprócz majaczących w oddali niezbyt wysokich gór, nie ma tam nic tylko rozległa sawanna. Czerwoną jak na Marsie ziemię przetykają mniej lub bardziej wyschnięte akacje, fantazyjne kopce termitów i niewielkie pagórki.
Susza w tym rejonie Afryki trwa od jedenastu lat. Ten rok jest jednak wyjątkowo zły. Kraj wyprodukuje dużo mniej herbaty i kawy niż zazwyczaj, co odbije się na cenach tych towarów na rynkach światowych. Bardziej zielono jest tylko w miejscach, gdzie pracownicy Kenia Wild Life urządzili wodopoje dla zwierząt i miejsca noclegowe dla bardziej wymagających turystów, tzw. lodges.
Najwięcej trafia nam się gazel, antylop, guźców i strusi. Moi znajomi pstrykają niczym zawodowi „Japończycy”, nie chcąc uronić ani jednego ujęcia. Ja czekam na słonie, lwy, nosorożce, hipopotamy, czyli wszystko to, z czego słynie środkowa Afryka i… głos Krystyny Czubówny w niedzielnych filmach przyrodniczych. Pierwszy słoń, jakiego widzę, to leżący na poboczu martwy osobnik, z którego brzucha wypływa dziwne, czarne błoto. Saleem jest równie zdzwiony, jak my. Milczy, macha ręką, jak gdyby z urzędu odmawiał komentarza. Nie wie, co nam powiedzieć, bo przecież śmierć nie wybiera. Martwy słoń przypomina nam czasy, gdy kłusownicy bezwględnie tępili te piękne zwierzęta dla samych tylko kłów. To już się nie zdarza, ale biedne zwierzę leży obok drogi jak przewrócone drzewo.
Kawałek dalej przy sztucznym wodopoju napotykamy wreszcie rodzinę słoni, 2+2. „Maluchy” (pewnie po 100-200 kilo każde) chowają się między potężnymi rodzicami, wyciągając swoje niewielkie trąbki w kierunku basenu z wodą.
– Ciąża u słonia trwa do 20 miesięcy – oznajmia Saleem. – Maleństwa są bezcenne. W naszym parku śmiertelność spadła do minimum – dodaje, by uspokoić tych, którzy wciąż mają przed oczami martwe zwierzę przy drodze.
Wokół nas robi się zielono. Zaczynamy dostrzegać coraz to nowe gatunki zwierząt. Pawiany skulone na drzewach, żyrafy konsumujące śniadanie wprost z gałęzi, bawoły taplające się w błocie, lwicę pałaszującą za krzakiem świeżo upolowaną zdobycz, zebry przechodzące przez drogę. Całe stada słoni, lwów, guźców, zebr i gazel przemieszczają się w oddali, szydząc z naszych wariackich wygibasów, służących znalezieniu najlepszego ujęcia. Mijamy innych turystów, których podwożą porozumiewający się przez CB radio kierowcy. Przez chwilę czuję się jak uczestnik szkolnej wyprawy do ZOO.
Jemy szybki lunch w jednej z malowniczo położonych lodges i Saleem z udawanym smutkiem stwierdza, że czas wracać do Mombasy.
– A Kilimandżaro? Nosorożce? Hipopotamy? – pytam rozczarowany.
– To nie tutaj. Górę Ducha i Mount Kenia widać z parku Tsavo West. Tam też są zwierzęta, o które pytasz.
Na całe szczęście widziałem dumne Kilimandżaro z samolotu. Inaczej bym sobie nie darował, że byłem tak blisko i przegapiłem okazję.
W drodze powrotnej trafiamy na wylegujące się na słońcu lemury, strusie, myszołowy. Drapieżniki trudniej wypatrzyć, ale znów widzimy stadko lwów. Nagle przychodzi mi do głowy, że to przecież na terenie dzisiejszego parku Tsavo (liczy 21 tys. kilometrów kwadratowych!) grasowały lwy-ludojady, zwane Duch i Mrok, ze słynnego filmu z Michaelem Douglasem.
Taniec Masajów
NGOMONGO i RAFA KORALOWA
Siedem dni w Kenii to czas tak żałośnie krótki, że turysta zmuszony jest wybierać jedne atrakcje kosztem drugich, a często słyszany zwrot: „do zobaczenia za rok”, wcale nie musi być pustosłowiem. Siadamy nad przewodnikami i porzucamy nadzieję o ujrzeniu jeziora Wiktorii, Wielkiego Rowu, Parku Narodowego Mount Kenia i innych cudów natury, jak jezioro Nakuru pełne pląsających flamingów. Decydujemy się na wyprawę do wiosek Ngomongo, spacer po Mombasie oraz wyprawę na rafę koralową.
Ngomongo Villages to rodzaj skansenu, z tą różnicą, że tworzą go żywi ludzie i zwierzęta. Ta wielokrotnie nagradzana na świecie inicjatywa pokazuje jak niegdyś wyglądało życie plemion zamieszkujących te ziemie. Chodzimy więc od domostwa do domostwa, spotykając starą kobietę ucierającą ziarno, mężczyznę hodującego krokodyle, łucznika, myśliwego, szamana, wysokich i smukłych Masajów oraz ich dom zbudowany z krowiego łajna, a nawet rybaka znad jeziora Wiktoria, który twierdzi, że z jego plemienia pochodzi dziadek dzisiejszego prezydenta USA.
Całe wybrzeże Mombasy leży na rafie koralowej. Nie wiedziałem, co to znaczy, dopóki nie ujrzałem pierścienia fal otaczającego wybrzeże w odległości jakiegoś kilometra od lądu. 0
– Nie płyń tam – ostrzegali miejscowi rybacy, gdy wypożyczałem kajak. – Ostre krawędzie, głębina, pewna śmierć.
Ale oni wypływają co dnia tymi swoimi kruchymi łódeczkami z daszkiem, który ma chronić przed straszliwym równikowym słońcem. Sami, by złowić coś na kolację, lub z bogatymi turystami, którzy pragną sfotografować się z własnoręcznie złowioną ostrodziobą barakudą, miecznikiem albo rekinem młotem. Biedniejsi łowią tylko na rafie i zbierają muszle na sprzedaż. Paradoks polega jednak na tym, że niczego z Kenii wywozić nie wolno.
W czasie odpływu idziemy na rafę piechotą. Woda sięga ledwie do kolan, a w najgłębszych miejscach najwyżej do pasa. Suniemy między wielkimi koralowcami, zaglądając pod każdy niemal kamień. Znajdujemy mnóstwo różnobarwnych rozgwiazd i rybek o fantazyjnych kolorach. Wystarczy rzucić trochę okruchów chleba, by u nóg zaroiło się od różnorakich stworzeń. Sporo wrażeń dostarcza też zwykłe zanurzanie głowy w okularach do nurkowania. Wszystko pod wodą wygląda tak atrakcyjnie, że pełzamy przez godzinę, niczym poszukiwacze złota pośrodku potoku w Eldorado.
Na końcu rafy rozłożyli swoje skarby lokalni sprzedawcy muszli. Kiedy po raz setny słyszą, że niczego nie chcemy, proszą, by oddać im resztę chleba, który wzięliśmy dla rybek oraz choć jedną butelkę wody. Obiecujemy, że coś od nich kupimy, gdy wieczorem wrócimy do hotelu.
– Powiedzcie mi jedno – mówię po chwili. – Sprzedajecie te piękne muszle turystom, choć nie wolno niczego z Kenii wywozić. Dlaczego?
– Robimy to od dziesięciu lat. Nie było reklamacji.
Macham ręką. No pewnie, że nie było, bo kto by się fatygował tyle tysięcy kilometrów, by stłuc handlarza z powodu zarekwirowanej na lotnisku pamiątki za parę gorszy? Mała, cętkowana muszla kosztuje 200 kenijskich szylingów, czyli niecałe dwa funty, duża, okazalsza i pewnie trudniejsza do wywiezienia – 500. Staram się o tym nie myśleć, choć moi przyjaciele targują się bez pamięci.
Idę na samiutki koniec rafy. Fale uderzają o spiętrzony grzbiet utworzony przez lata przez umierające koralowce. Parę kroków dalej jest już podobno kilkusetmetrowa głębina. Gdzieś tam, wcale nie tak daleko przed nami, leżą słynne plaże Seszeli. Mógłbym tak patrzeć w zielonkawą toń Oceanu Indyjskiego i błagać czas, by się zatrzymał, lecz powoli trzeba wracać, bo woda niebawem zaleje lagunę aż po mur oddzielający plażę od naszego hotelu.
HAKUNA MATATA
Kenijczycy to bardzo pogodny naród. Przyglądam się uważnie każdej z napotkanych twarzy, szukając czegoś, co pozwoli mi odróżnić ich od sąsiadów – Somalijczyków czy Sudańczyków. Zastanawiam się, co sprawiło, że nie są w stanie rozdzierającej wojny domowej, a zamiast Darfuru, pełnego umierających dzieci, mają piękne parki narodowe, do których garną się turyści z całego świata. Wciąż się uśmiechają, a przy tym poruszają się w zwolnionym tempie, jak gdyby funkcjonowali w galaretowatej zawiesinie. Zawsze gotowi pozdrowić cię tym swoim niewymuszonym: jumbo!
Są przewrotnie chciwi. Byłem wielokrotnie uprzedzany, że wszędzie trzeba dawać napiwki, ale parę razy przesadzili. Przed bramą parku Tsavo, pracownik parku zawsze podchodzi do samochodu, by podnieść turystom dach i wymusić napiwek. Nie robi tego kierowca, choć zajęłoby mu to jakieś 20 sekund. Na lotnisku każda toaleta ma swojego „opiekuna”, który stoi przy umywalkach i podaje kawałek papierowego ręcznika. Zamykając się w kabinie, turysta cały czas ma świadomość, że ten człowiek jest o metr, dwa dalej i czeka na „co łaska”. W Ngomongo Villages jest dziewięć wiosek, a w nich dziewięć osób, którym nie wypada odmówić. Za to tańczący Masajowie nie żebrzą, tylko wymuszają kupno jakiejś pamiątki. Często w hotelowym barze tuż przy plaży żartowaliśmy, że jesteśmy gwiazdami filmowymi, bo ilekroć któreś z nas podnosiło się, by iść do toalety, basenu lub po drinki, zza muru oddzielającego hotel od publicznej plaży wyłaniały się głowy sprzedawców pamiątek i przewodników po rafie. Pozdrawiali, krzyczeli, zapraszali. Wrzawa robiła się taka, że wyobrażaliśmy sobie, iż to fani chcą od nas autograf.
Z początku baliśmy się wyjść na plażę. Skoro przez cały dzień przechadzał się brzegiem muru, uzbrojony w pałkę umundurowany ochroniarz, nie mogło tam być bezpiecznie. Wkrótce okazało się, że chroni hotel przed lokalnymi handlarzami, dla których codzienne nagabywanie hotelowych gości to jedyny sposób na wyżywienie siebie i rodziny. Przełamaliśmy lody i niemal co dnia chodziliśmy nad ocean podziwiać koralowce, kraby, rozgwiazdy, palmy i rozbijające się o brzeg rafy fale. Ludzie z plaży witali nas serdecznie, pokazując świeżo znalezione skarby morza. Moi przyjaciele w końcu nakupili mnóstwo muszli, ale gdy celnicy zawołali nas na bok, pytając co wywozimy, z kamienną twarzą odpowiedziałem, że tylko pamiątki kupione podczas safari.
– Hakuna matata (no problem). Przechodzić.
Trzymam jedną z tych wielkich, brunatnych, powlekanych dziwną, skamieniałą łuską muszli na półce w sypialni, ale to nie ona przywodzi mi na myśl cudowne chwile spędzone w Kenii.
Pewnego wieczoru wybraliśmy się nad ocean. Ot, tak, powałęsać się po plaży, zanurzyć nogi, pobyć w raju. Odeszliśmy spory kawałek od hotelu. W dali sunął w stronę Kanału Sueskiego wielki kontenerowiec. Miałem nadzieję, że jego kapitan wie, iż będzie musiał bardzo długo płynąć wzdłuż wybrzeża Somalii. Z zagajnika palm wybiegła nagle gromadka nagich dzieci, które ze śmiechem wpadły do wody, zanurzając się po szyje. Ich matki stały na brzegu zagajnika i doglądały swoich pociech podczas kąpieli. Piski, pluski, fontanny wody. Radość i swoboda. I poczucie bezpieczeństwa. Tak zapamiętałem rajską Kenię, choć dla swoich mieszkańców pewnie wcale rajem nie jest.
Tekst i zdjęcia: Jacek Ozaist
WYSPA
February 23, 2010
[1]
Chciałem na początek coś o sobie. Wziąłem długopis – taki ładny, z napisem Poland oraz orzełkiem na skuwce – i zatrzymałem się wpół zdania. Nie wiem, kim jestem. Wiem za to doskonale, kim byłem, bo tak się składa, że gdzieś po drodze umarłem i teraz rodzę się na nowo.
Byłem nadużywającym piwa lekkoduchem, który żył tylko po to, by spisywać swoje piękne – jak mu się wydawało – myśli. Byłem szefem maleńkiej, przytulnej firmy, w której zebrałem grupkę dobrze rozumiejących się i współpracujących ludzi. Byłem wreszcie człowiekiem permanentnie zaręczonym. Permanentnie, czyli dozgonnie. Nie było szans na własny dom, poczucie bezpieczeństwa, a co za tym idzie – na dziecko, moje wymarzone małe cacko, człowieczeństwo, które mógłbym hodować na naszych pięknych, nieistniejących włościach. Pojawił się za to kot, stworzenie idealnie zaspokajające naszą potrzebę opiekuńczości i miłości do istoty słabszej. Czas płynął i płynąłby z pewnością dalej, gdybym pewnego dnia nie zbankrutował.
Całą noc przed wyjazdem do Londynu przesiedziałem na balkonie, całkiem jak Ediczka – bohater głośnej w tamtym czasie powieści Lemonowa. Tak jak on stałem się śmieciem wyrzyganym przez społeczeństwo, ale mnie zdarzyło się to we własnym kraju. No i mój balkon był wyżej, na dziesiątym piętrze. Poza tym sama orgia beznadziei.
Jedyne, co mi się w życiu udało, to widok z okna. Kiedyś lubiłem zasiadać na balkonie i pisać wiersze albo opowiadania. Z tej perspektywy świat wydawał mi się taki przestronny. Nic go nie zasłaniało, a do tego widać było tyle zieleni. Korony drzew, zbite w gromady, a pomiędzy nimi bloki. Zieleń w betonowej zalewie. Najlepiej oglądało się to przy Piano Concerto nr 20 Mozarta. Te ciągłe fortepianowe pasaże i dudniące przejścia z głębi sali. Coś smakowitego! I nagle fortepian jakby współczesny, z muzyki filmowej. A w tle krakowska huta, która tuż przed świtem wydaje się obraźliwie piękna. Łuna bije z wielkiego pieca, jak gdyby trawił go ogromny pożar. Kominy powoli zaznaczają swą obecność na posępnym niebie. Dym, który się z nich sączy, ma barwę różnych odcieni bieli i szarości. Powoli wspina się ku górze, a tam przebarwia go wschodzące słońce…
Owej nocy wcale mnie to nie ekscytowało. Miałem to głęboko, aż do ostatniego zwoju jelita grubego. Byłem obrzydliwie skwaszonym, gnijącym kawałem mięsa, użalającym się nad sobą, trzeźwiejącym wraz ze zbliżającym się świtem.
Wróciliśmy z imienin. Aneta od razu padła na wyrko, a beznadziejnie zmieniałem kanały. W końcu wziąłem z lodówki resztkę chardonnay za 13,60, paczkę fajek i zasiadłem na balkonie.
To były najbardziej denne imieniny, na jakich w życiu byłem. Sami wykształceni trzydziestolatkowie, niezamężne dziewczyny i nieżonaci kolesie, choć parami. Bezdzietni, bezrobotni lub zarabiający grosze. Solenizantka uczyła historii za 800 na rękę, jej chłopak dawał lekcje angielskiego i lepił pierogi dla turystów. Zosia pracowała za jakieś 1000 zł w sekretariacie posłanki SLD, czyli mogła mieć pracę góra na parę miesięcy, z kolei jej narzeczony, facet po studiach inżynierskich, robił staż za kilka stów, żeby tylko uzyskać niezbędne uprawnienia budowlane. I my. Ja, bezrobotny stylista literacki, tracący czas na prace licencjackie czy magisterskie dla leniwych, oraz Aneta – historyk, chwilowo hotelowa recepcjonistka. Piękni trzydziestoletni, udupieni przez rzeczywistość. Było pyszne żarcie, fura dobrego wina, a jednak impreza wypadła żałośnie.
Kiedy Aneta oznajmiła, że jadę szukać szczęścia do Londynu, wszyscy posmutnieli, a ja przyssałem się do pierwszej z brzegu butelki, by jak najszybciej o tym zapomnieć. Nie żebym się jakoś bał czy sprzeciwiał, po prostu szlag mnie trafiał, że muszę zaczynać tułaczkę od nowa. Pracowałem już za granicą i wiedziałem, ile to kosztuje wyrzeczeń. Niewielu z nas wyjeżdża na Zachód objąć stanowisko prezesa albo katedrę na uniwersytecie. Zwykle jedziemy robić cokolwiek, a najczęściej byle co.
Moja przygoda remontowo-budowlana w Norwegii była krótka i przyjemna. Zarobiłem dużo pieniędzy, zwiedziłem wiele ciekawych miejsc, jak Oslo czy Bergen, i wróciłem do życia w Krakowie. Teraz musiałem jechać w akcie desperacji. Znów po trzech, czterech w pokoju – jak w akademiku, parszywe żarcie z puszki, piwo jedynie od święta, do tego najtańsze. Myśl o tym wżerała się w moje flaki niby kawał rozgrzanego żelastwa.
Aneta dobijała mnie na każdym kroku. Dzień i noc mówiła tylko o wyjeździe. Otwierałem rano oczy i słyszałem, że trzeba kupić funty, bo złoty jest coraz mocniejszy. Trawiłem nędzny, choć smaczny obiad, a ona, że trzeba CV na „inglisza” przełożyć. Wychodziłem z wanny, woda przestawała pierdzieć w odpływie i co? – w pokoju bełkotali przeraźliwie poprawni lektorzy języka angielskiego.
Ucz się, synku, żebyś nie musiał żyć jak ja – ile ja razy to słyszałem? Ironio losu! Uczyłem się, mamusiu, jak stuknięty, a żyję chyba gorzej. Żaden satyryk nie dorasta losowi nawet do pięt.
Zastanawiam się, gdzie tkwi błąd. Co zrobiłem nie tak. Dwa języki obce, które powoli wywietrzały mi z głowy, kupa opcji i bzdur monograficznych. Lata spędzone na wykładach, ćwiczeniach i w czytelniach. Po co?
Studia wybrałem trochę bez sensu, ale kto wtedy mógł wiedzieć, że lepiej kształcić się kierunkowo? Fakt, trzeba mieć mózg jamochłona, żeby studiować filmoznawstwo. Wiem wszystko o niemieckim ekspresjonizmie, włoskim neorealizmie, polskiej szkole filmowej, radzieckiej i hitlerowkiej propagandzie, Felinim, Viscontim, Antonionim, Bergmanie… Znam filmowe implikacje z punktu widzenia socjologii, teorii kultury, filozofii, politologii, semiotyki… I co z tego? Niedługo wszystko to zapomnę.
Zatem pierwszy błąd to studia. A co spaprałem w życiu zawodowym? Próbowałem przecież na tylu frontach. Byłem kołnierzykowym niewolnikiem korporacji, zbijałem bąki na ciepłej posadce państwowej, dłubałem we własnym biznesie, ale nie wyrabiałem z ZUS-em, podatkami i kosztami stałymi, dzięki czemu zyskali wszyscy oprócz mnie.
Może ja się po prostu do niczego nie nadaję? To już nie błąd, tylko wada wrodzona. Mój ojciec też jest do niczego. Degenerował się od dyrektora szkoły do portiera i zamiatacza placów. Nie miał aspiracji, chciał mieć na bełta i żeby wszyscy dali mu święty spokój. Teraz całymi dniami leży w przytułku dla bezdomnych i bezmyślnie ogląda ścianę swojego dożywotniego więzienia. Co innego ja. Mimo że efekt jest właściwie ten sam, wciąż się staram. Wyjeżdżam robić laskę bożkom mamony. Szanse mam, bo na obczyźnie trudniej być żulem. Nikt cię nie zna, nikt ci nie pomoże, więc wstajesz i walczysz, a jak nie, to lepiej zdechnij.
Mózg mi puchnie. Pęcznieje i bulgocze. Może by tak głową w dół z wysoka? Przynajmniej fakt mieszkania na dziesiątym piętrze zyskałby trochę na znaczeniu.
Super wzrost PKB, miliardy dotacji, dodatnie saldo eksportu, imponujące tempo wzrostu gospodarczego, słabnąca inflacja. No i spadło bezrobocie, bo tysiące ludzi wyjechało za lepszym życiem. Świetne dane w ładnych rubrykach, a ja cały czas obserwowałem jak wszystko mi się kurczy, wszystkiego ubywa. Żarłem schaboszczaki, teraz już tylko spaghetti albo kaszanę z cebulą, a mój kot z Royal Canina przeszedł na przemysłowy Whiskas. W kinie nie byłem ze dwa lata, moje ciuchy pamiętały lepsze czasy, a buty człapały i jęczały żałośnie. Książkę kupiłem z rok temu – w taniej księgarence… To kto właściwie zżera ten cały dobrobyt???
Chciałem przedwczoraj kupić bilet w internecie. System wzgardził moją Visa Electron. Bez karty kredytowej mogłem sobie symulacje porobić i pojeździć w sieci po całym świecie. I znów to piekące poczucie wykluczenia. Musiałem fatygować się do biura podróży i zapłacić prowizję za pośrednictwo.
Zamiast samemu skakać, ciskam butelkę i patrzę, jak rozbija się o chodnik. Kiedy coś się nie udawało, babcia powiadała: no to jesteśmy w kaczej dupie. Oto staropolska mądrość.
Kochałem swój kraj, swoje miasto, swoje mieszkanko z widokiem, gdy w pogodny dzień mogłem podziwiać panoramę Tatr. Tu zamierzałem spędzić życie, doczekać potomstwa i wczesnej lub późnej starości. Nigdy mi nawet przez myśl nie przeszło, że będę jednym z tych, których po wejściu Polski do Unii Europejskiej szorstka miotła historii wymiecie za granicę.
Bardzo nie chciałem jechać. Na nic zdała się histeria, awantury, zderzenia wytwornych argumentów i knajpiane bluzgi. Klamka zapadła i urwała się. Kupiłem bilet, wsiadłem w samolot i oto jestem.
Bezwolny jak ciele, ociężały od nadmiaru bagażu, z wielką kluchą strachu w przełyku wysiadłem na Gatwick i ekspresem pognałem na Victorię. Tę samą, która rok temu przeżyła najazd? ludów z Europy Środkowo-Wschodniej. Wszystkie zakazane gęby, zawracane dotychczas na granicy zaczęły dwornie paradować przed urzędnikami imigracyjnymi, a ci z uśmiechem pokazywali: tędy do raju. Znam smutne losy tego dworca z telewizji i prasy. Przeciskam się wśród przechodniów ze smutkiem.
Dziś nie ma po tamtych ludziach ani śladu. Kłębią się tam tłumy, lecz nikt nie siedzi na ziemi i nie patrzy błagalnie w kierunku każdego zbliżającego się przechodnia. Część znalazła robotę, reszta wróciła do wsi i miasteczek, by docenić to, co tam ma.
Ja mogłem liczyć na tyle, że kumpel zgodził się przechować mnie na kilka dni, dopóki nie znajdę taniego pokoju i roboty, a znajoma, która już to wszystko przerabiała, wprowadziła mnie z grubsza w obowiązujące zasady.
Z Victorii mam dwa kroki do knajpy Hog’s Head, gdzie pracuje Jarek. Jako szef obsługi nie ma jednak dla mnie czasu. Zostawiam bety w jakiejś kanciapie, wkładam do plecaczka plik CV oraz innych to-whom-it-may-concernów i ruszam w miasto.
[02]
W kraju krążą legendy o Polakach spacerujących po Londynie od pubu do pubu, od sklepu do sklepu, żegnanych życzliwym uśmiechem albo kartką: No job vacancies. Ale chwilowo nie mam lepszego pomysłu.
Więc idę. Wyobrażam sobie, że wędruję po górach. Każdy pub to jakby ostatni pagórek, za którym kryje się szczyt. Wspinam się na niego i dopiero wtedy wychodzi na jaw, że droga jeszcze daleka. Nie wchodzę do żadnego. Szukam tylko takich, z wywieszonym na drzwiach zaproszeniem. Wstyd przyznać, ale trochę się boję, a może krępuję. No bo jak tak wejść, jak akwizytor z ulicy, między tych wszystkich uśmiechniętych, zadowolonych z życia ludzi i nic nie zamówić, tylko pytać o pracę?
Idę bez sensu. Nawet nie do Pałacu Buckingham czy w stronę Soho, gdzie podobno knajp jest najwięcej, tylko od Victorii w stronę South Kensington. Kupiłem słynną „azetkę”, czyli podręczną mapę miasta, więc na pewno się nie zgubię. Gorzej, że idę po próżnicy. Widać mam w nogach to, czego nie mam w głowie albo nie mam w głowie tego, co mam w nogach. Sam nie wiem. Idę, bo ruch to życie, to nadzieja, to zmierzanie dokądś i rozkosz zgadywania, co znajduje się za zakrętem. Zresztą zawsze lubiłem długie spacery.
Nie znam Londynu i on nie zna mnie. Obaj tego nie potrzebujemy. Jestem dla niego za mały, on dla mnie zbyt ogromny. On tu jest od zawsze, ja od kilku godzin. Nie ma mowy, bym nagiął go do siebie – musi być tak, jak on zechce. Zatem, Mistrzu, daj mi lekcję życia, kopnij mnie w tyłek albo przytul do serca.
Idę. Wszystko wokół mnie drga i pulsuje. Ma swój skomplikowany rytm wyrażony wielokrotnie złożoną strukturą kroków, gestów, słów i dźwięków. Tylko ja w tym całym zamieszaniu nie wiem dokąd zmierzam.
Nie wiadomo czemu, wspominam starego kumpla, który w trakcie zaocznych studiów na politechnice biegał po dziesięciopiętrowych blokach, wieszając ulotki supermarketów na klamce każdych drzwi. Szydziłem z niego, że straci nogi, zanim odzyska głowę. Dziś pracuje w biurze projektowym, a ja zaczynam wszystko od nowa. W Londynie. Inny kumpel zajmował się handlem wszystkim i niczym. Namiętnie sprzedawał reklamy, wpisy do baz biznesu, zegarki, poradniki… Słyszałem, że dostał w końcu kredyt na mieszkanie, kupił samochód, założył rodzinę. A ja?
Zawsze wzbraniałem się przed roznoszeniem ulotek, teraz wziąłbym w ciemno kilka tysięcy i bez problemu rozniósł. Nigdy nie chciałem być akwizytorem, tutaj chętnie pobiegałbym z jakimś szajsem za pół darmo. W końcu i tak idę. Przewrotność losu poprawia mi humor. Z każdym krokiem droga obdziera mnie z resztek manieryzmów i przyzwyczajeń. Powoli staję się człowiekiem niezależnym od tradycji, etosu, zahamowań i reakcji normalnych w kraju ojczystym, lecz poza nim nie mających większego znaczenia.
Czuję, że już niedługo dam rady wejść do któregoś pubu, spuścić głowę i wydukać, że szukam roboty. Ale tak nie można. Słyszałem, że wedle niespisanego podręcznika zachowań emigranta w Londynie, o pracę należy pytać z rumieńcem zadowolenia z życia, beztroskim uśmieszkiem i absolutnym przekonaniem o swojej wartości. Na to chyba nie jestem jeszcze gotowy.
I nagle, co widzę??? Piękny napisik na szybie Irish Pubu: Staff wanted! Doznałem takiej ulgi, że zebrało mi się na żarty. Żeby tak poeta Leopold wiedział, jak go tu potrzeba – pomyślałem radośnie. – A może inaczej? Może ktoś tu potrzebuje kwasa? Lubię żartować z języka polskiego. Pewnie któregoś dnia zrobię to samo z angielskim. Przystaję i udaję, że czytam menu umieszczone w stosownej skrzyneczce. Ktoś mnie trąca, przeprasza krótko i znika w środku. Tyle wystarcza, bym odszedł.
Przystaję po chwili i mam ochotę dać sobie w gębę. Chłopie, weź się w garść! – mruczę pod nosem i nieśmiało wracam pod drzwi. Jest ich chyba ze sześć, bo to naprawdę duży pub. Mogę wybierać. Problem jednak w tym, że bardzo nie chcę. Gdyby były jedne, wszystko byłoby łatwiejsze. Sto razy powtarzam, co mam powiedzieć. W końcu zaciskam pięści i z szerokim uśmiechem wkraczam w pomroczne, zadymione, przepełnione muzyką wnętrze.
Podchodzę chwiejnie do baru i mówię gościowi od nalewania piwa, że jestem wykwalifikowanym kelnerem i chętnie obsłużę paru tutejszych bywalców. Niezbyt rozumie, bo muzyka wszystko zagłusza, ale po chwili mruczy, że zawoła menedżerkę. Ja, gut, fantastishe – jak mawiają niezbyt ładne panie na niemieckich pornosach. Czekam.
Po chwili zjawia się pulchna dziewczyna i z daleka taksuje mnie spojrzeniem kupca niewolników. Szczerzę swoje nieco pożółkłe uzębienie i mam ochotę dla niej zatańczyć na jednej nodze. Na szczęście nie trzeba. Pyta, jak mój angielski. Szczerze odpowiadam, że spikam całkiem do rzeczy, ale ze słuchaniem czasem jest problem, bo za dużo naoglądałem się amerykańskich filmów i lepiej rozumiem American English niż British.
Błąd! Jasna cholera! Szybko dodaję, że mam IQ 160 i łatwo się uczę, jednak czuję, że zmarnowałem szansę. Pulchna kiwa głową i pyta, jak długo chcę zostać albo (psia krew!)… jak długo jestem w Londynie. Nie zrozumiałem i teraz szybko losuję odpowiedź. W końcu stawiam na wersję drugą i przyznaję bez bicia, że dopiero przyjechałem. BŁĄD!!! Natychmiast przypominam sobie słowa Uli, że każdemu należy ściemniać, że się jest w Londynie z pół roku i pracowało się w knajpie na drugim końcu miasta, ale szef był niewypłacalny i szuka się nowej roboty.
Pulchna kiwa głową i nagle przestaje być taka niby miła. Mówi, żebym zostawił CV. Ale przecież nie zaprosiła mnie na zaplecze, tylko kazała przekrzykiwać muzykę i udawała, że słucha. Nie dostałem żadnej ankiety do wypełnienia! Już wszystko rozumiem. To nie jest profesjonalny nabór do pracy, tylko próba spławienia mnie.
Kiwam smętnie głową i wracam na ulicę. Nie trzeba im poety Leopolda ani kwasu, tylko kelnera i pomywacza podłóg. Mopman też człowiek, a drobne, jakie zarabia, też pieniądze.
I znów ten ruch, to mrowienie, pulsowanie, nieskończona podróż cząsteczek po milionach trajektorii. Jestem jedną z nich, tylko uwolnioną, tragicznie rozminiętą z kierunkiem i miejscem przeznaczenia.
Postanawiam skończyć na dziś szukanie pracy i zrobić sobie zwykły spacer. Usiąść gdzieś i spokojnie pomyśleć.
Kiedy tracę Irish Pub z zasięgu wzroku, odzywa się moja polska natura. Wyjmuję z plecaczka jedno z czterech przywiezionych ze sobą piw i pstrykam puszeczką. Po paru łykach przychodzi chwilowe odprężenie i wcale nie czuję zmęczenia.
O, jest jakiś ładny park. Mijam furtkę i wkraczam w zupełnie inny świat. Tu panuje przyjemny bezruch. Siadam pod jakimś drzewem. Noc łagodnie spowija Londyn, zaczyna drzemać każdy liść, źdźbło trawy, mrówka. Słychać ciągle jak krążą ludzie i samochody. W parku jest cicho, to enklawa, ale miasto nie budzi się i nie zasypia. Kraków, mimo wszystko, zamiera po trzeciej nad ranem, a od piątej widać jedynie niewyspanych panów od sprzątania ulic.
Jarek pracuje do ostatniego gościa, więc nie mam się dokąd spieszyć. Popijam lekko już ciepławe piwko z krakowiaczkiem na opakowaniu i poznaję chłód obcej ziemi. Nie opieram mu się. Zrazu delikatnie, potem coraz bardziej agresywnie atakuje każdą tkankę mojego ciała, które reaguje lawiną dreszczy. Na kilka krótkich chwil staję się bezdomnym, skazanym na łaskę pogody. Alkohol dociera do mózgu, lecz zamiast wyzwolenia stosownych endorfin, przywraca i potęguje poczucie totalnego zmęczenia. Nie ten etap. Jeśli picie piwka ma być przyjemnością, musi się odbywać w odpowiednich warunkach. Picie po wysiłku wzmaga senność i dobrze, gdy człowiek ma łóżko w zasięgu wzroku. Ja, w parku, gdzieś pośrodku Londynu, takiego komfortu nie mam. Ziewam głośno.
Przez mgłę zmęczenia widzę zatroskaną twarz Anety, która wygląda jak frasobliwa Madonna z ikony prymitywisty. Kręci głową, nie kryjąc dezaprobaty.
– Już skończyłeś szukać pracy?
– Oj, Aniu. Nie spałem dwa dni. Żarcie mi staje w gardle. Ale to minie.
– Dobrze, jak uważasz.
I tyle. Cała ona. Nie dopuszcza do starcia argumentów, tylko zostawia mnie z kwestią, abym nie zaznał spokoju.
Aneta znika. Dziwny ekran nocy znów zasnuwa ciemność. Wtedy z głębi mroku wypełzają ku mnie wyrzuty sumienia. A może za szybko odpuściłem? Przecież tych knajp jest tysiące. Czy ja jestem leniwy? Wysilam ospały mózg, by dał mi jasną, sprecyzowaną odpowiedź. Nie potrafi. W swoim krótkim w sumie życiu sporo jednak zrobiłem. Policzmy dla rozgrzewki ostatnie dziesięć lat – tak uczciwie, jak w pierwszym napisanym przeze mnie CV, które trzymam w plecaczku. 10 lat to 120 miesięcy, 520 tygodni. Odejmując weekendy daje to z grubsza jakieś 3500 dni roboczych. No to lecimy. Kopanie rowów, praca w administracji, urzędowanie za biurkiem, dziennikarstwo, szeroko pojęta budowlanka, ogrodnictwo, przedstawicielstwo handlowe w kilkunastu odmianach, PR, malowanie, spawanie, zbijanie europalet, handel, rolnictwo, wykłady dla seminarzystów, organizowanie targów, imprez, bankietów…. ee, dość tego. Gdybym to wszystko napisał w CV, zajęłoby z 15 stron.
Jutro, Anetko. Jutro wystartuję znowu. Wyśpię się, ogolę gębę, wyprasuję świeżą koszulę i pójdę w miasto. A ty rób swoje. Ciułaj na koszty obsługi kredytu i wypatruj naszego ślicznego domku. Może już gdzieś jest, a może dopiero powstanie. Jeszcze dwa, trzy lata i będzie nasz.
[03]
Gdybym został w Polsce, zarobiłbym w sam raz na chatę dla swoich dzieci. Zastanawialiście się kiedyś nad tą kwestią? Tyracie całe życie, kupujecie mieszkanie albo dom. Emerytura tuż tuż. Odpoczywacie jakieś dziesięć, dwadzieścia lat. Wasze dzieci dorastają i dom już na nie czeka. Umieracie, pozostawiając je urzadzonymi na cacy. Mnie nikt nic w życiu nie dał. Moi rodzice byli biednymi, choć szanowanymi nauczycielami. Teraz mama mieszka w małej klitce, w której nie ma już dla mnie miejsca. Zresztą i tak bym nie chciał. Muszę zapracować na własny dom, by go potem oddać. Trochę to niesprawiedliwe, co?
Tak, bywam małostkowy. To skutek przemęczenia. W pełni sił wcale tak nie myślę. O, przypomniałem sobie! Coś jednak dostałem. W połowie lat 80. dziadek wpłacił mi 100 000 złotych (słownie sto tysięcy złotych i to była fura kasy) na książeczkę oszczędnościową, żebym odebrał, gdy skończę osiemnasty rok życia. No to dorosłem, ustrój się zmienił, przyszła dewaluacja i wystarczyło w sam raz na garnitur do matury.
Z głębi parku ktoś nadchodzi. Słyszałem, że Londyn to bezpieczne miasto. Wszędzie są kamery i ekipy umięśnionych panów w białych koszulkach, na które założyli kuloodporne kamizelki. To nie konstable, oni nie pokazują drogi, nie kultywują żadnej tradycji. Oni przybywają na miejsce konkretnego zdarzenia lub zapobiec tragedii. Nie pytają o nic. Podejrzany osobnik ma kilka sekund na reakcję, zanim nie przytulą go do ziemi.
Wszędobylskie kamery. Jednocześnie strzegą bezpieczeństwa i odbierają jakąkolwiek intymność. Codziennie zaczyna się fascynujący reality show. Marzę, aby kiedyś dorwać się do tych kamer i zmontować z nich jakiś film, nawet przypadkowy. Zderzenie poszczególnych kadrów musi dać jakiś sens. Może taki film byłby wydarzeniem, a ja pojechałbym w zabłoconych butach na czerwony dywanik do Cannes?
W parku nie ma kamer i przesiadywanie w nim po zmroku to kuszenie złego – tak chyba jest na całym świecie. Wypijam piwo, ciskam puszkę do kosza i zapalam papierosa. Wydaje mi się, wyglądam groźnie dla dwóch białych mężczyzn, którzy zbliżają się do mnie. Jeden ma czarne dredy, drugi rozwianą blond czuprynę. Idą niespiesznie w moją stronę. Zaciągam się, pociągam nosem. Staram się na nich nie patrzeć. Czuję jednak, że uśmiechają się kpiąco i coś o mnie mówią.
– Cześć, koleś – mówi dredziasty. – Może byś coś przyjarał? Mamy promocję.
O Boże mój, jaka ulga! Polskie ćpuny, nie bandyci.
– Dzięki, wolę piwo. Skąd wiecie, że jestem z Polski?
Wybuchają gromkim śmiechem, a ja czuję się, jak pierwszego dnia w szkole, otoczony chłopakami ze starszych klas.
– Stary, dżinsy, adidasy i ta słowiańska gęba to twoja wizytówka. Nawet nie trzeba ci browara w ręce ani komóry, żebyśmy poznali.
Sam się przekonasz. Polak nie musi się odzywać, bo ma wygląd.
Patrzę na nich. No, faktycznie. Mają skórzane buty, spodnie z materiału i fantazyjne koszulki. Teraz czuję, jakby mnie słoma w butach uwierała pośrodku ulicy w wielkim mieście. Mogłem zostawić dżinsy w szafie, ale nie wiem, co zrobić ze swoją słowiańską facjatą.
– To tego, nara, Archie. Towar jest. Wystarczy brzęknąć i siadam w metro.
– No, nara.
Dredziasty odchodzi miękkim krokiem, jakby miał nogi z gumy. Buja się śmiesznie, sprawiając wrażenie, że za chwilę wzbije się w powietrze, zawinie wokół amorka na Piccadilly i zniknie za drzwiami nieba.
Archie przygląda mi się z zamyślonym wyrazem twarzy.
– A ja cię znam – mówi w końcu ku mojemu wielkiemu zdziwieniu. – Przewaletowałeś mnie kiedyś przez tydzień w „Nawojce”. Wywalili nas z takim kolesiem z Bydgoskiej za imprezowanie i zakłócanie porządku. Nie kojarzysz? Chodziliśmy razem na komparatystykę dramatu hiszpańskiego i angielskiego. Szekspir i Calderon, Marlowe i Lope de Vega, gdzieś w tle Słowacki. Referowałeś „Narodziny tragedii” Nietzchego. Naprawdę nie pamietasz?
– Masz znakomitą pamięć – przyznałem i wtedy zaskoczyła mi klepka. To te jego włosy i ogorzała twarz sprawiły, że go nie poznałem – Coś jarzę. Podrywałeś panienki na motyw cudzoziemca, któremu trzeba pokazać miasto.
– He, he, stare dzieje. Najlepiej zapamiętałem koncert jakichś popaprańców w knajpie na dole. Upaliliśmy się zdrowo i wydawało mi się, że jestem solistą Marylin Manson.
– Ja odkryłem wzór na funkcjonowanie wszechświata. Chciałem go potem szybko zapisać, ale nic nie pamiętałem.
– Niezła jazda – Archie klasnął w dłonie.
– Skończyłeś te studia?
Z trudem. Zmarła jedna z profesorek, u których robiłem opcję. Nikt nie wiedział, u kogo będzie egzamin. Długo to trwało. Już miałem napisane dwa rodziały pracy magisterskiej, a jeszcze kończyłem warunkowo czwarty rok.
Ujot. Piękne czasy w Krakowie. Mnie zniszczyły języki. Zwłaszcza ruski. Jakiś debil ułożył zajęcia w ten sposób, że lektorat z ruskiego miałem o 19:30. Nie wiem, kto o tej porze myśli klarownie, ale ja wolałem siedzieć w Pubie Kulturalnym i dyskutować.
Wyjąłem po piwie, nie pytając go o zdanie. Wziął bez szemrania. Pstryknęliśmy głośno.
Świat jest maleńki. Jedziesz ileś tam tysięcy kilometrów, wchodzisz do pierwszego lepszego parku i natrafiasz na kumpla ze studiów.
– Dawno wjechałeś? – pyta Archie, bekając rozkosznie.
– Parę godzin temu.
– I zamierzasz spać w parku?
– Nie, no… Jest taki kumpel…
– Ok. Jakiej roboty szukasz?
– To można wybierać???
– Każdy coś umie. Co ty potrafisz?
Drapię się w głowę. Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia o odpowiedzieć. Z braku lepszych pomysłów, mówię:
– Przyjechałem napisać o Londynie.
Archie patrzy na mnie z dziwacznym grymasem.
– Ooo, to witaj w drużynie.
– Nie kumam.
Śmieje się. Ja też próbuję, jednak trudno mi ukryć zmieszanie.
– A ty myślisz, że ja tu po dragi przyjechałem? Stary, ja piszę duży reportaż o londyńskich ćpunach. Ktoś go kupi. Wolałbym „Wyborczą”, ale nie pogardzę „Rzepą” ani którymś z tygodników.
– Ekstra, chyba starczy dla nas Londynu, nie?
– O to jestem spokojny. Masz gdzie spać?
Mile połechtany, przygladam mu się z wdzięcznością.
– Niby mam bazę na parę dni…
– Jeśli chcesz, możesz pomieszkać u mnie. Tylko nie licz na wygody.
– No co ty? Nie przyjechałem tu na wczasy.
– To ok. Mieszka u mnie chłopak, który dłubie w nieruchomościach. Wiesz, jakie on dostaje maile z Polski? Czekaj, wczoraj chyba jakiś matoł napisał: znajdź mi i mojej dziewczynie pracę, to przyjedziemy i zarobisz na prowizji za wynajęcie nam pokoju. Prawie nas wszystkich szlag trafił. Odpisaliśmy gnojowi, że w Sheratonie dają pokoje i może praca też się znajdzie, bo podobno robią nabór na kałboja i pissuardessę.
Śmiech wstrząsa uśpionym parkiem. Czuję się odlotowo. Wesoła pogawędka czyni mnie silniejszym. Dziwne to i miłe. Już w pierwszy dzień na obcej ziemi spotykam bratnią duszę, kogoś, kto oferuje mi kawałek podłogi. Nie jest źle. Naprawdę nie jest źle.
Wychodzimy z parku. Archie prowadzi, trzymając lewą rękę lekko uniesioną. Macha nią w tę i w drugą, jak gdyby to był kompas.
– Może dokupimy piwa? – pytam nieśmiało.
– Zapomnij. Sprzedają tylko do 23.00.
Zerkam na zegarek. Rzeczywiście muszę zapomnieć.
– Ale w pubach chyba dają? – nie rezygnuję, chcąc mu się jakoś odwdzięczyć za chęć pomocy.
– Nie żal ci trzech funtów na jednego browara? – odpowiada. – Są tu tacy, którzy dostają tyle za godzinę.
– Pewnie, że żal. Chciałem tylko podziękować za pomoc.
– Jeszcze zdążysz. Chodź.
Zbiegamy do metra. Z rozpędu wskakujemy do wagonu i zajmujemy miejsca. Pociąg rusza. Jadę w nieznane ze znajomym z dawnych lat i zastanawiam się, czy dobrze zrobiłem. Tyle się słyszy o różnych mafiach, które wykorzystują ludzi.
Archie nic ode mnie nie chce, więc uspokajam się nieco. Mam tylko nadzieję, że nie jest przywódcą sekty składającej ofiary z ludzi ani szefem gangu handlującego ludzkimi organami. Ech, naoglądałem się horrorów. Tak fajnie buja, że zaczynam przysypiać. Już tylko jednym okiem sprawdzam Archiego, który przygląda się pięknej, śniadej dziewczynie siedzącej naprzeciwko.
Nagle do wagonu wchodzi Aneta. Ma na sobie ogrodniczki i chustkę, wygląda, jak dziewczyna z propagandowych plakatów sowieckich. W plecaku trzyma jakieś widły, łopaty i grabie. Na dłoniach nosi siermiężne rękawice robocze.
– Cześć, kochanie. Przyjechałam na pomoc.
– Jezu, ale po co? To dopiero pierwszy dzień. Zrobiłem, co mogłem.
– Muszę zarabiać, żebyś mógł pić z kolegami w parku.
– Ale ja nie chcę! Będę pracował! Jeśli nie znajdę nic w pubie, pójdę do Job Centre. Tam podobno mają mnóstwo ofert. Aktualnych i konkretnych. Nie to co u nas. U nas pani Krysia wiesza ogłoszenie, mimo że już zajął tę posadę jej szwagier. Tu jest inaczej. Uwierz mi.
Czuję szarpnięcie za ramię i otwieram oczy. Jest mi zimno i źle. Rozespany, w samym środku londyńskiej nocy, idę za Archim przez peron. To jakaś podrzędna stacyjka, która klimatem przypomina okolice rodzinnego domu Kuby Rozpruwacza. Wlokę się po schodach, mijam otwarte już bramki metra i z ulgą patrzę na normalną podmiejską ulicę.
[04]
Rzędy sklepików z zasuniętymi roletami, jasno świecące neony stacji benzynowej, gromadka podpitych Hindusów kopiących piłkę na chodniku.
– Zdrzemnąłeś się – uśmiecha się Archie.
– Zaraz wskoczysz do wyra. To rzut beretem stąd.
Przechodzimy na światłach. Mimo późnej pory, ruch jest całkiem spory. Prawie wpadam pod jakąś ciężarówkę, bo spodziewam się jej z innej strony. Lewostronność wymaga zmian w mózgu. Podejrzewam, że trochę to potrwa.
Archie opowiada mi, co to jest squat. Nie wolno o tym mówić, a tym bardziej zdradzać, gdzie się znajduje. Ealing to polska dzielnica. Co rusz, chłopaki w dżinsach, z browcem albo komórą w ręce i matki mówiące do dzieci czystą polszczyzną. Jest mnóstwo polskich sklepów, nawet gazeta. Na squacie mieszka pewien dyrektor marketingu, dziennikarka i pani z banku. To dość wstydliwy temat. Normalni ludzie płacą za pokój od 50 do 100 funtów w zależności od strefy, odległości od centrum, bliskości stacji metra. Squatowcy nie płacą nic, dlatego ci normalni czują zazdrość, a nawet zawiść i zazwyczaj nie kryją pogardy dla tego procederu.
W Polsce gorszych ruder pilnuje jednonogi emeryt z wyliniałym wilczurem, gotów lać kijem albo dzwonić po policję. I te rudery niszczeją latami, ciągle ofiarnie chronione przed złodziejami i bezdomnymi. A tutaj? Tutaj zajmujesz całkiem przyzwoicie zachowany budynek, dokonujesz niezbędnych prac remon-
towych i wprowadzasz się, jak do siebie. Oczywiście nie kupujesz ratanowych mebli, wanny z jacuzzi, porcelanowych płytek, skórzanej sofy z Kalwarii Zebrzydowskiej ani plazmowego telewizora 30 cali z zestawem kina domowego. Nigdy nie wiadomo, co się może zdarzyć. Normalnie przychodzą ci rachunki za wodę i prąd, nie płacisz jednak podatku od nieruchomości. Pewnego dnia może wpaść policja i cię przegonić. Tyle wywnioskowałem z opowieści Archiego. Teraz mam to przed oczami.
Jakaś obwodnica. Chaszcze, zaniedbany żywopłot, nad którym majaczy dach budynku. Archie nagle skręca między krzewy. Okazuje się, że kryje się tam chodnik idący między dwoma domami. Okna są pozabijane metalowymi płytami, na drzwiach wisi ostrzeżenie, że wstęp wzbroniony.
– Tylko pamiętaj, że to jest squat – uprzedza Archie.
– And so what? – przedrzeźniam go i obaj rechoczemy.
Podobno każdy nowy przeżywa pierwszy kontakt ze squatem tak samo. Czuje szok i przerażenie. Ja chwilowo nie czuję nic. Pracowałem na tylu budowach, że rozgrzebany parter, odkryte, przeciekające rury, gruz i zbutwiałe dechy nie robią na mnie większego wrażenia. Gorszy jest smród. Najpierw czuć stęchłą trawę, potem zgniłą wodę.
Odrapane ściany straszą liszajami, dziurami i strzępami izolacji. Wchodzimy po starych schodach. Półpiętro też jest zniszczone, ale już wygląda nieco lepiej. Za to pierwsze piętro przedstawia całkiem inną rzeczywistość. Ściany zamalowane są kolorowym graffiti, schody zaściela wzorzysty dywanik. Jest ciepło, miło, przytulnie. Na drugim piętrze podobnie. Na wprost są drzwi czyjegoś pokoju. Obok wiklinowy stoliczek pełen gazet i popielniczek, dwa foteliki. Po prawej kuchnia. Kilka lodówek, kuchenek mikrofalowych, zlew, rzędy szafek, stół i krzesła, okno zasłonięte firanką. Gdyby zakryć stare dechy podłogi, byłaby z tego całkiem zwyczajna kuchnia.
Archie popycha drzwi po lewej.
– Tu jest twój pokój. Są jeszcze rzeczy poprzedniej lokatorki, ale wkrótce je zabierze.
Wchodzę z wahaniem. Jakie miłe rozczarowanie! Ściany pomalowane, na podłodze wykładzina, na ścianach półeczki. Obok zasłoniętego płytą wiórową okna, wyłożony kafelkami kominek. W kącie wysoki materac ortopedyczny. Wzdłuż jednej ściany zalegają czyjeś torby, walizki i siatki.
Ciskam plecaczek pod przeciwległą ścianę i szybko zdejmuję płytę z okna. Uwolniona firanka powiewa radośnie, pokój wypełnia świeże powietrze.
– I jak? – pyta Archie.
– Super!
– To spoko. Jak się odkujesz, a chciałbyś zostać dłużej, pobieramy 20 funtów tygodniowo na nową instalację elektryczną.
– Jasna sprawa.
– To śpij dobrze. Rano poznasz resztę ekipy. Teraz kimają po robocie.
Archie ma wyjść, lecz zatrzymuje się w drzwiach.
– Łazienka jest na półpiętrze.
– Dzięki, stary.
Nie mam ochoty na łazienkę. Zresztą moje bety zostały u Jarka. Nie mam nawet śpiwora. Padam więc na materac tak jak jestem. W ciągu minuty przepadam w studni pełnej snów.
Wstałem w południe. Wszyscy dawno zdążyli wziąć prysznic, zjeść śniadanie i pobiec do pracy, a ja wciąż leżałem na moim materacu i gapiłem się w sufit. Coś wyraźnie jest nie tak z tym londyńskim klimatem. Już wczoraj byłem lekko ospały, dziś urosło to do rozmiarów ociężałości.
Snuję się, niby cień po moim maleńkim pokoju i nie mam większego pojęcia, co powinienem dalej robić. Muszę pojechać po moje rzeczy, ale boję się, że zgubię drogę, no, i zjadłbym coś wreszcie, bo co jak co, ale mój żołądek przystosował się do warunków najszybciej.
Biegnę do kuchni, kradnę komuś dwie kromki chleba oraz plasterek szynki i z gotową grzanką wracam do pokoju. Uff, nikt mnie nie przyłapał. Wracam więc i bezczelnie parzę sobie kawę. Popijam tę ciepłą ambrozję i czuję, jak budzi się we mnie potężny duch przyszłego kierownika, dyrektora albo co najmniej brygadzisty. Z takim nastawieniem podchodzę do okna, by sprawdzić, jaki będę miał widok, jeżeli zostanę tu dłużej.
Ludzie! Tym razem to jednak był szok. Najpierw ujrzałem kompletnie zapuszczony ogród zakończony zdezelowanym, drewnianym płotem, a potem wielką górę śmieci leżącą na podwórku. Jest tam wszystko: potłuczone muszle klozetowe, rozbite telewizory, abażury z przetrąconymi kręgosłupami, szczątki mebli, puszki po piwie i konserwowanym żarciu, stosy szkła, gipsu, cegieł, betonu, jakieś kartony, rury, wózek dziecięcy, odkurzacz – jednym słowem totalny syf.
Ktoś puka. Nic nie mówię, więc wchodzi bez zaproszenia.
– A, jesteś – mówi uśmiechnięty Archie. – Sorry, że zostałeś sam. Robota, rozumiesz.
– Ukradłem komuś dwie grzanki i trochę kawy – mówię skruszony. – Potem oddam.
– Spoko – macha lekceważąco ręką. – Chodź na schody.
Siadamy w wiklinowych fotelach. Archie zapala fajkę, ja papierosa. Dym mojego peta brutalnie zabija aromat jego machorki.
– Czym się zajmujesz? – pytam.
– Dłubię w ogrodach. Mam własną firmę, sprzęt i ludzi. Na najlepszą kosiarkę, przedłużacze i sekatory poszedł zarobek z całego tygodnia, ale nie żałuję. Jestem sobie panem. Co dwa tygodnie roznoszę ulotki. Odzew z reguły jest całkiem niezły.
Jestem pod wrażeniem. Nie mówię tego, jednak w głębi duszy czuję dumę, że poznałem kogoś takiego. Zaciągam się w milczeniu, bo nie wiem co powiedzieć.
– Czasem mogę cię zabrać na robotę – ciągnie Archie. – Tylko muszę wiedzieć, że się do czegoś nadajesz. Pisać podobno umiesz…
– Mogę kopać, ryć, siać, sprzątać. Sprawdź mnie.
Archie pyka i myśli. Prawie słyszę, jak pracują jego szare komórki.
– Zobaczymy. Jutro pójdziesz z Rayem do Ahmeda. Trzeba wnieść furę worków z ziemią, wysypać ją i rozplantować. Prosta robota.
– Nie ma sprawy – prawie krzyczę z zachwytu. – A czemu ty tego nie robisz?
– Trzeba się cenić. Jako szefowi firmy nie wypada mi robić byle czego. Wierz mi. To istotna różnica. Ja wykonuję prace specjalistyczne i odpowiednio za to kasuję. Wy dostaniecie pięć albo sześć funtów. Jeszcze się zastanowię. Pewnie chciałbyś pojechać po swoje rzeczy. Patrz, tu jest tube map. Wsiadasz na tej stacji…
Archie całkiem niechcący wcielił się w rolę mojego przewodnika i wychowawcy. Przyjmuję to wszystko z wdzięcznością, choć w środku coś mi się buntuje i miga na czerwono, żebym więcej od siebie wymagał.
Objechałem w półtorej godziny. Jarek bardzo się dziwił, że nie chcę jego pomocy. Chyba go zabolało. Każdy z nas ma w sobie odrobinę mesjańskiej szlachetności, której czasem wspaniałomyślnie używa. Odebrałem Jarkowi tę przyjemność, więc pożegnał mnie chłodno, życząc szczęścia i pomyślnych wiatrów.
W domu wrze. Po południu wszyscy wracają z roboty i jeśli nie dziubnęli po drodze czikena z frytkami, okupują kuchnię, kłócąc się, kto był pierwszy przy kuchence. Potulnie znikam u siebie i siedzę jak mysz pod miotłą, nasłuchując odgłosów ogólnego zamieszania. Dopiero teraz odkrywam akustykę tego domu. W deskach odbija się każdy krok, ściany przepuszczają każde głośniejsze słowo lub gest. Od razu przypomina mi się akademik (a mieszkałem chyba w pięciu czy sześciu), gdzie o intymności można było zapomnieć. A to ktoś opijał udaną sesję, a to za ścianą płakało zbyt wcześnie spłodzone dziecko, a to ktoś rzępolił na rozstrojonej gitarze, a to jakiś kujon w spódnicy mamrotał swoje notatki, bo jutro egzamin. Krótko mówiąc, absolutna kakofonia. Jest jeszcze coś. Zza okna dobiega jednostajny, niekończący się szum silników samochodowych. Słychać go tak, jakby auta jeździły po podłodze piętro wyżej albo jakbym mieszkał pod wiaduktem. Tak czy inaczej, trochę to dziwaczne.
[05]
Do ciągłego ruchu na drodze jestem przyzwyczajony. Od dziecka mieszkałem przy jednej z głównych ulic, po studiach, przez rok miałem okna wychodzące na Aleję Solidarności w Krakowie, gdzie tramwaje wyruszały o czwartej nad ranem i wracały po północy. Jeżeli przeżyłem ciągły stukot ich kół, z szumem też sobie poradzę.
Ktoś puka. Tym razem grzecznie zapraszam. W drzwiach pojawia się brodata twarz o nieco skandynawskich rysach. Później wtacza się reszta potężnego chłopiska w żółtej kamizelce z napisem Street Cleaner.
– Hi, I’m Ray. Divorced man from Ryga.
– Jack. Engaged man from Cracow – odpowiadam, niechcący parodiując jego ton.
– Yeah – dodaje i znika.
Wszyscy pojedli i siedzą w swoich pokojach. Słyszę kaszel, sporadyczne pierdnięcia i…muzykę. „Alleluja” Leonarda Cohena. Żal ściska serce. Od początku wiedziałem, że tego będzie mi brakować najbardziej. Nie jestem dobrym obywatelem. Z prawości pozostała mi tylko wiara w słabą, ale jednak, obecność Boga i miłość dwojga ludzi. Bez jakiegokolwiek zażenowania moralnego zgromadziłem kilkaset pirackich lub przegrywanych płyt CD, które musiałem zostawić w Polsce. Nie uważam tego za przestępstwo ani wykroczenie, tylko przejaw anarchii. Nie godzę się bowiem na stosunek kosztów wyprodukowania dóbr kultury w Polsce do ich sklepowej wartości, a tym bardziej do wysokości naszych zarobków. Ktoś to źle urządził albo chce zarabiać zbyt dużo. Nie zwykłem się zachwycać innymi krajami, lecz dostrzegam istotne różnice w sposobie rządzenia nimi. Może to wynika z naszej polskiej mentalności, wytrenowanego przez wieki braku etosu obywatelskiego (nie mylić z patriotycznym), uwielbienia prywaty. Upraszczając: o swój ogródek dbamy, śmieci przerzucając do ogródka sąsiada, choć oczywistą rzeczą jest, że któregoś dnia nam się odwdzięczy. I idą zastępy chłopaków na Wiejską, i nic się nie zmienia, bo niosą te same przywary, tylko obtoczone inną polityczną panierką. Millery, Leppery, Giertychy i Kaczyńskie. Aż się boję, czy będzie do czego wracać. Resztę przemilczę. Nie wyjeżdżałem dlatego, że w kraju było tak źle. Wyjechałem, bo już nie mam czasu łazić za robotą, a tym bardziej zaczynać wszystkiego od nowa. Przehulałem albo przegapiłem swoją szansę i pozostało grać w ciemno, stawiać wysoko i robić dobrą minę do nie najlepszej gry. Wychowany jestem, jak wy, na kanonie literatury romantycznej i patriotycznej. Weszła mi w krew słowiańska dusza, która wyjątkowo mi się podoba. Nie chcę całe życie udawać, jak tu. Chcę zasiedlić urokliwą ziemię polską, mówić i pisać w języku ojczystym, ale to kosztuje. W funtach będzie kilka razy szybciej.
Dość smęcenia. Muszę powiedzieć, że elegancko wkręciłem się w squatowe towarzystwo. Najbardziej polubiła mnie, od progu, kotka-squatka, jeszcze malutka, a już ciężarna buraska z polskim akcentem w miauczeniu. Wygłaskałem ją za wszystkie czasy i pognaliśmy do lodówki, sprawdzić, czy są dla niej jakieś przysmaki. Pojadła i przyszła do mnie ładnie podziękować. I zyskałem przyjaciółkę, którą teraz muszę dokarmiać i wyprowadzać do ogrodu.
Poza tym poznałem Magdę, dziewczynę Archiego. Poczęstowała mnie firmowym czikenem z ryżem i posiedzieliśmy trochę przy kawie. Oprócz kotki, to jedyna kobieta w domu. Prowadziła wypożyczalnię kaset wideo w jednym z miast wojewódzkich. Ciułała na pensje dla pracowniczki, ZUS i podatki, po czym zostawało jej nieco ponad 800 zł. Kiedy nastąpił szturm DVD, nie była w stanie nadążyć za duchem czasu – finansowo oczywiście. Teraz w miejscu wypożyczalni jest warzywniak, a Magda nauczyła się plewić, kosić i przycinać. Mówi, że nie żałuje i ja jej wierzę.
Siedzimy nad pyszną kawą i zagryzamy ciastem, które upiekła Magda. Strasznie się zrobiło sympatycznie. Obiadek, kawka i ciacho na deser. Całkiem jak u mamy albo we własnym domu. W dalszej części naszej pogawędki już nie jest tak dobrze. Magda opowiada, jak dzień po dniu wsiadała w metro, wysiadała na King Cross, Victorii albo Westminster i zaśmiecała swoimi CV kolejne puby. Oczywiście bez rezultatu. Chciała na zmywak albo do sprzątania, lecz ciągle widziała owo przeklęte kręcenie głową. W końcu Archie zlitował się nad nią i wziął na ogrody. Dostała swoją lekcję Londynu, z której ja wyszedłem zaraz po inauguracyjnym dzwonku. No, bo tak sobie myślę, skoro są te ogrody, to po co ja się będę tułał? Przyjdzie czas, przyjdzie ochota, to pojadę znowu. Przynajmniej już będę miał kasę na trawelkę.
Pokoik Archiego i Magdy jest bezkonkurencyjny. Piękne draperie, wykładziny, stylowe mebelki. Nawet parawanik do przebierania się. Wodzę zazdrosnym spojrzeniem po gigantycznym telewizorze, wieży stereo, komputerze stacjonarnym i laptopie, drukarce, faksie, rolecie w oknie, gustownej lampce nocnej.
– Jak długo na to pracowaliście? – pytam rozanielony.
– Coś ty! – prycha Magda. – To wszystko z rabiszu.
– To znaczy? Z rabunku?
– Nieee. Rabisz to śmieć.
– Jaki śmieć?! – wykrzykuję, bo nadal nie rozumiem. – Przecież to prawie nieużywane rzeczy.
Zgięta wpół Magda śmieje się ze mnie ile wlezie. Sięgam po kolejny kawałek ciasta, żeby ukryć zdenerwowanie.
– Idziesz ulicą i patrzysz po śmietnikach przed domami. Kiedy już masz coś upatrzone, wracasz wieczorem i po prostu bierzesz. Nieraz jest nawet kartka: proszę, weź i używaj, chroń środowisko. To taki odruch ekologiczny. Ktoś czegoś nie potrzebuje, ale nie wywozi na wysypisko, tylko wystawia przed dom. Wszystkie nasze mikrofale, pralki i lodówki zostały przywiezione na wózku.
Kiwam głową. Im więcej rozumiem, tym bardziej mi się to wszystko podoba. Zwłaszcza gdy myślę, jak pusto jest w moim pokoju.
– Może i ja coś znajdę.
– Na pewno, tylko nie w najbliższej okolicy. Chłopcy już wszystko wyzbierali. Ray jest mistrzem rabiszu. Ma w pokoju kilkanaście komputerów, drukarek i telewizorów.
– A po co mu tyle?
– Licho go wie. Może to odruch śmieciarza.
No to się dowiedziałem. Wielu ludzi może mieć opory przed zbieractwem. Ja tam nie mam. Jak tylko wypatrzę jakiś stół albo szafę, biorę z mety i jeszcze cmoknę w dłoń gospodynię, jeśli się pojawi.
Wyszedłem od Magdy pełen ciepłych myśli, planów, nadziei. W swoim pokoju zastałem pustkę i warkot zza okna. Aha, zapomniałem, że dostałem od Archiego książkę „Zaułek łgarza” Roberta Mc Liama Wilsona. Czytam na wdechu. Świetny język, mięsisty, brawurowy, ciekawy. Narrator jest bezdomnym pół Irlandczykiem, pół Walijczykiem, który spaceruje po Londynie, przysypia pod murem albo w metrze i cały czas opowiada. Jestem pod ogromnym wrażeniem tej lektury, choć przeczytałem dopiero ze trzydzieści stron.
Czytanie przerywa mi mało delikatne pukanie do drzwi. Lekko przestraszony mówię: wejść!!! Pojawia się czarna ręka, która mi grozi, potem oszroniona puszka Becksa. Śmieję się głupio z tej osobliwej reklamy piwa. Wtedy do pokoju wparowuje korpulentny, krótko ostrzyżony Jerry w czarnym garniturze i rechocze na całe gardło z tego, że niby przeżyłem chwilę grozy. W dłoni trzyma rękę czarnego manekina.
– Słyszałem, że lubisz chlapnąć browarka – mówi, śmiejąc się do łez. – Chodź.
Zwlekam się z wyra i idę za nim do pokoiku piętro niżej, dokładnie pod moim. Po drodze znów słyszę „Alleluja” Cohena. Pokój Jerry’ego jest tak samo pusty jak mój, poza tym, że na krześle leży laptop, a obok stoi wielka drukarka.
– Niezły rabisz – spieszę z pochwałą.
– Jaki rabisz?! Wziąłem na raty jeszcze w Polsce. Do teraz spłacam.
– Rany, wybacz – łapię się za głowę.
– Nie ma problemu. Chciałem tylko, żebyś wiedział – Jerry podaje mi Becksa i otwiera sobie drugiego. – Rozgość się i czuj jak u siebie. Strzeliłem dziś prowizję miesiąca. 750 funtów. K…a, jaki jestem szczęśliwy!
Cóż mogę rzec. Bąkam jakieś gratulacje i moczę gębę w piwie, żeby nie krzyknąć z zazdrości. Jest kwaśnawe, ale da się pić. Browar Brema czy coś tam.
– Wal śmiało. Przyniosłem dwie siaty – Jerry rozkłada ramiona i głęboko wciąga powietrze – Shit happens, but not today, Forrest. Jutro przyniosę trawsko, to pojaramy.
Czerwona lampka w głowie znów zaleca mi ostrożność.
– Wiesz co – dukam jak poddany pod wpływem blasku jegomości – ja jestem jeszcze trochę biedny. Wolałbym nie robić sobie zobowiązań.
– Daj ty pokój! – Jerry wali mnie w ramię, rozlewając trochę piwa. – Co wolisz, fasolkę po bretońsku czy pizzę?
– Zależy jaką fasolkę i jaką pizzę.
– Teraz gadasz do rzeczy. Fasolka ze słoika. Kupiona w polskim sklepie. Pizza mrożona, z salami.
Wybór mam łatwy. Uśmiecham się szeroko.
– Fasolka będzie cacy.
– To siup. Odpal sobie net, jak chcesz. Ja skiknę podgrzać pierdziuchę.
I wybiegł. Siedzę na podłodze oniemiały tempem znajomości z nim. Nieśmiało unoszę klapę laptopa i włączam Mozillę. Co najpierw? Wieści z kraju czy wieści osobiste. Stawiam na pocztę internetową. Mnóstwo spamu, maili od Anety i jedna propozycja pracy w Krakowie – za późno. Spamy i ofertę kasuję, maile od Anety zostawiam na później. Doskonale wiem, co w nich jest. Pytania, pytania, pytania. Jak sobie radzę, czy już mam robotę, a jeśli tak, to jaką i za ile, gdzie mieszkam i co w ogóle słychać. Nie, nie jestem na to gotów.
Jerry wraca z dwoma parującymi talerzami i stertą grzanek. Po cichu marzę o normalnym chlebie, ale w sklepie na rogu takiego nie widziałem. Wcinamy aż miło.
[06]
Wypijamy tej nocy po osiem piw, śpiewamy i śmiejemy się z filmików wideo z internetu. Jerry w końcu zasypia na siedząco, oparty plecami o ścianę. Opróżniam ostatnią puszkę Becksa i dopalam papierosa, rozmyślając o wspaniałomyślnym gospodarzu wieczoru. To już drugi raz,odkąd jestem w Londynie ktoś widzi we mnie człowieka wartego uwagi, coś oferuje, w czymś chce pomóc.
Jerry był w Polsce dyrektorem handlowym. Gdy pokiwałem z uznaniem głową, machnął wściekle ręką. Dostawał niecałe dwa tysiące, a obowiązków miał tyle, że w domu bywał głównie w niedzielę. Do tego stanowisko pociągało za sobą sporą odpowiedzialność. W końcu nie wytrzymał. Znając angielski mógł sobie poradzić w każdym kraju na świecie. Wybrał Anglię, bo nie tak daleko, a Polonii sporo i może ktoś pomoże, gdyby zaszła taka potrzeba. To było dwa lata przed naszą akcesją do Unii Europejskiej.
Zaczepił się przy irlandzkich budowlańcach. Pracowali całymi dniami, potem szli na piwo i dni mijały beztrosko, jakby cała reszta świata w ogóle nie istniała. Aż pewnego dnia wszystko szlag trafił. Do domu, w którym mieszkał, wpadło kilku policjantów z brygad specjalnych i dali mu minutę na zabranie najpotrzebniejszych rzeczy. Pytał o co biega, lecz nie chcieli gadać. Skuli go i zawieźli na komisariat. Po kilku godzinach żmudnych tłumaczeń okazało się, że zaszła pomyłka. Bardzo przypominał jakiegoś Rosjanina, którego podejrzewano o udział w brutalnym morderstwie. Jerry został oczyszczony z zarzutów, ale do domu już nie wrócił, bo wyszło na jaw, że od kilku miesięcy przebywa w Londynie nielegalnie. Co to wówczas oznaczało? Areszt i deportację. Spędził kilkanaście dni za kratkami, codziennie dopytując się, kiedy przyleci po niego samolot. W jednoosobowej celi było tak samo bezpiecznie, jak nudno. Dostawał książki, gazety i podwójne posiłki, ale marzył, by jak najszybciej się stamtąd wydostać. Wrócił do Polski na koszt Królowej, poślęczał trochę u rodziców i pojechał znowu. Miał wielkiego farta. Nie wbili mi w paszport ,„misia”, więc przekroczył granicę bez problemu.
Wróciłem do siebie, ale znów nie mogłem zasnąć. Przez resztę nocy kursowałem w tę i z powrotem między łóżkiem a łazienką. No właśnie! Nie opowiadałem wam jeszcze o przybytku gołego tyłka. Jest w trochę gorszym stanie niż nasze pokoje. Przeryty sufit odkrywa poszycie dachowe, które coraz bardziej przecieka. Wanna z prysznicem bez zarzutu, lecz spłuczka od sracza nie działa. Tuż obok muszli zionie wielka dziura, przez którą widać zdewastowane pomieszczenie poniżej. Zawsze dostaję schizy, że spadnę tam razem z kiblem. Pamiętacie film „Skarbonka” z Tomem Hanksem? Właśnie coś takiego mam na myśli, tylko że tam bohaterka spadła razem z wanną.
Nazajutrz poszedłem z Rayem do pracy na 11.00. Nadal nie umiem się z tym pogodzić, że chodzi się tu do roboty tak późno. W Polsce chodziłem na 8.00, w Norwegii na 7.00. A tu się ogląda filmy do późnej nocy i pracę rozpoczyna krótko przed południem. Nie wiem jak inni. Wnioskuję to jedynie po obyczajach squatowców.
Idąc pełną domów alejką, wysłuchałem opowieści Raya o Rydze, jego rodzinie i powodach, dla których znalazł się w Londynie. Ma żonę i ośmioletniego syna. Mieszkają u teściów, bo Nadia jest organicznie uzależniona od swoich rodziców. Nie chce, a może nie umie mieszkać bez nich. Kłótnie i wzajemne wyrzuty poważnie podkopały fundamenty ich małżeństwa. Ray pracował już w Szwecji i Finlandii, lecz zawsze marzył o Londynie. Kiedy Łotwa znalazła się w Unii Europejskiej, nie było przeszkód. Z żoną już nic go nie łączy. Posyła pieniądze tylko dla syna. Zrozumiałem, że zadra jednak siedzi głęboko, bo przecież przedstawił się jako rozwiedziony człowiek z Rygi. Archie mi potem wytłumaczył, że właściwie każdy na squacie skrywa jakąś tragedię miłosną. On też swoje przecierpiał, zanim nie spotkał Magdy. Jerry rozstał się z kobietą po czteroletnim związku, a Waldek „Alleluja”, którego jeszcze nie widziałem na oczy (mieszka obok kuchni) wciąż wzdycha do pewnej Anki, oblepiając cały pokój jej zdjęciami z Polski.
Ray rzeczywiście ma naturę śmieciarza. Zaczynam się trochę wstydzić, że przebywam w jego towarzystwie. Na odcinku kilometra spenetrował wszystkie śmietniki i obejrzał wszelkie leżące na chodniku karteczki. Dobrze, że nie pali, bo pewnie zacząłby zbierać pety.
Ciągle rozmawiamy. Niebo powoli zasnuwa się czarnymi chmurami. Dostaję pierwszą kroplą po nosie i podnoszę głowę. W ostatniej chwili uskakujemy pod jakieś drzewo, kiedy rozpętuje się straszna ulewa. No, to mamy po robocie. Czekamy z nadzieją, że to może przejściowe, ale pogoda sobie z nas drwi. Mokniemy pod drzewem, klnąc w trzech dostępnych nam językach. W końcu Ray oświadcza, że trzeba wracać. Mimo woli przyznaję mu rację i wleczemy się z powrotem, człapiąc w szerokich kałużach.
W domu okazuje się, że przybyło ludzi. W wiklinowych fotelach obok mojego pokoiku siedzi dwóch dziwnych facetów z papierosami. Jeden jest wysoki i przeraźliwie chudy, drugi mały i pękaty. Wiem, że to ograny motyw, ale oni naprawdę tacy są. Jest jeszcze gorzej dla mojej historii, bo pierwszy ma tubalny, dobiegający gdzieś z brzucha głos i charakterystyczny akcent, drugi popiskuje z odcieniem mruczenia, jakby wchodził w pierwszą fazę mutacji. Archi stoi nad nimi, pykając swoją niedłączną fajkę.
Witam się krótko i znikam w swoim pokoju. Nie chcę przeszkadzać w rozmowie, choć wszystko doskonale słyszę. Są dziennikarzami śledczymi i planują zrobić z wykorzystywania polskich robotników w fabryce chipsów aferę na miarę Watergate. W zeszłym roku próbowali zrobić dziennikarski hicior o polskiej mafii ze Slough, ale czegoś tam nie dopracowali albo wystraszyli się i całą sensację diabli wzięli. Teraz ma być inaczej. W grze bierze udział polska gazeta i angielska telewizja…
Cholera jasna! W najciekawszym momencie tubalny głos pyta, czy można gdzieś skombinować działkę trawy. Wzdycham ciężko, bo zapowiadała się niezła historyjka. Cienki głosik popiskuje, że nie ma pojęcia skąd wziąć maryśkę. Archie nieśmiało deklaruje chęć pośredniczenia.
Nagle słyszę „Alleluja” Cohena, potem znowu i jeszcze raz. Co u licha?! Facet nie ma innych piosenek, płyta mu się zacięła, czy celowo katuje się ulubionym motywem? Obawiam się, że na dłuższą metę będzie to dla mnie trudne do zniesienia.
Ciiii! Wrócili do bajki. Będą mieli zainstalowane ukryte kamery i mikrofony, którymi odkryją bezmiar zbrodni w fabryce chipsów. Podobno polski szef zatrudnia tam dziesiątki rodaków na czarno i płaci im połowę ustawowego minimum. Zatrudnią się przez pośrednika czerpiącego koszyści z tego procederu, znajdą dowody i sprawa się rypnie.
Tupanie na schodach i robi się cicho. Słychać tylko sączące się przez ściany „Alleluja”. Już nie wiem, kto jest bardziej chory: on, że ciągle tego słucha czy ja, że już nie mogę tego znieść.
Siadam do Wilsona. Noc w jego opowieści jest coraz głębsza i przejmująco zimna. Chyba nie umiałbym dzielić jego losu. Zwiałbym pod kaloryfer domu mamusi albo skoczył do Tamizy. Głód, chłód i wyczerpanie podobno rozjaśnia umysł. Ja jak nie pojem, myślę klarownie tylko i wyłącznie o jedzeniu. Apropos, poburkuje mi w brzuchu, więc leniwie wędruję do kuchni. Co tym razem? Mam trochę żarcia z Polski. Mogę wybierać. Stawiam na najbardziej męski posiłek w historii świata – macham szybką jajecznicę. Muszę, niestety, uciekać z kuchni z powodu „Alleluja”. Zamykam się w pokoju i siedząc po turecku, kiwam się z rękami na uszach. Za późno. Jak każda natrętna melodia, ta też już wżarła się w mój mózg, znalazła tam legowisko i rozpoczęła wytrawne tortury.
Postanawiam, że wyjdę na spacer. Na schodach słyszę żałosne miauknięcie i idziemy razem. Squatka prowadzi mnie do drzwi i cierpliwie czeka, aż jej otworzę. Później znika w krzakach, gdzie pewnie spotkała amanta, który ją tak urządził.
Ruszam przed siebie, byle dalej od tej przeklętej piosenki. Na nieszczęście dla mojego pustawego portfela deszcz przestał padać dopiero przed chwilą i nie ma sensu rozpoczynać roboty.
Po kilku tysiącach kroków znaduję duży skwer, na którym leży na kocach mnóstwo ludzi. Idzie lato. Najpiękniejsza pora roku. Z zazdrością patrzę na rodziny biorące udział w pikniku, na bawiące się dzieci, nawet na popijających piwo chłopaków w dżinsach. Mijam skwer i wchodzę na jakąś główną ulicę. Włączam się w nieustanny ruch ludzi, samochodów i autobusów, oglądając witryny sklepów i oferty kulinarne w knajpkach z całego świata. O, jest nawet kino. Grają „Zemstę Sithów” i „Monster in Law”. Tak dawno nie byłem w ciemnej sali, gdzie można marzyć. Ostatni raz chyba na „Władcy Pierścieni” – Powrót króla”. Dokładnie nie pamiętam, ale to było bardzo dawno. A może by tak wstąpić na ostatni epizod Lucasa, którego nie widziałem? Ten drugi film poza genialnym tytułem, sugerującym związki teściowej z żoną syna, z pewnością będzie totalną kaszaną.
Nieśmiało przekraczam próg kina i zerkam na cennik. Ojoj, 15 funtów za bilet to stanowczo za dużo. Z tego, co zdążyłem się zorientować, można za tyle przeżyć tydzień na squacie.
Z głuchym westchnieniem wracam na ulicę. Mijam kościoły, centra hadlowe, restauracje. Pachnie nieludzko pięknie – zapachy z dobrych knajp to chyba największa zmora emigranta. Spacer nie poszedł jednak na marne. Wypatrzyłem hinduski sklep pod tytułem – wszystko za 99 p. Kwota całkiem mi bliska, więc wstepuję zaciekawiony. To jest coś pomiędzy AGD a wzruszającym wspomnieniem sklepów 1001 Drobiazgów.
Nie zgubiłem się, choć zrobiłem trochę kilometrów. W Londynie można tak iść bez końca i zawsze pojawi się kolejna ulica, park czy zakręt. Wycyrklowałem drogę powrotną jak należy, chociaż nie wracałem po swoich śladach. Raz tylko zgubiłem się i skręciłem w taką jedną uliczkę, która mnie wyprowadziła z powrotem na tę samą ulicę, z jakiej skręciłem, tylko sto metrów dalej. W końcu dotarłem na ten pełen ludzi na kocach skwer. Stamtąd miałem już kilka kroków na squat.
Siadam wygodnie w wiklinowym fotelu na półpiętrze i delektuję się papierosowym dymem, niczym król rymami nadwornego poety. Przeglądam przestarzałe numery gazety pod tytułem „Goniec Polski”. Same bzdety socjalne, ochłap kultury, jakiś wywiadzik, sport, że pożal się Boże i kupa reklam. Odkładam ją mało delikatnie i zaczynam przytupywać z nudów. Słyszałem, że w dzielnicy jest całkiem spory Job Centre i kilka sklepów z ogłoszeniami zamiast wystaw. Przysięgam sobie w duchu, że wybiorę się tam jutro po robocie.
[07]
Do palarni wracają Flip i Flap. Tym razem przedstawiamy się sobie i wiem, że wyższy to Zibi, a niższy Lolek. Ciekawa rzecz, że wszyscy tu używają pseudonimów albo skrótów imion. Chcą być kimś innym? Nie mam pojęcia. Ale – hola, stary – mówię sobie. – Przecież ty też wszystkim przedstawiasz się jako Jack. Wyczytałeś w słowniku, że „Dżak” to karciany walet albo facet, który wszystko potrafi zrobić, czyli złota rąsia.
– I jak z tą trawą? – zagaduję uprzejmie.
– Dzisiaj nici – piszczy zdegustowany Lolek.
– Ale nic to – wtóruje mu Zibi. – Jutro też jest dzień. Pomieszkamy, zobaczymy.
Jak to, pomieszkamy? – wali mnie w głowę pytanie. Ci goście się wprowadzają? Gdzie? Nie drążę jednak i odchodzę od kwestii.
– Jesteście dziennikarzami?
– Trochę piszemy tu i tam.
Zibi wygląda na człowieka, który zbyt głęboko zajrzał do kieliszka i to, co tam zobaczył, sprawiło, że przestał pić. Z tego, co mówi, wydaje mi się typem podstarzałego intelektualisty, który zatrzymał się na pokoleniu pryszczatych, zachwycał „Solidarnością” i wciąż uwielbia kino moralnego niepokoju. Studiował filozofię. Boże jedyny! Ciarki mnie przechodzą na myśl o wieczornych pogawędkach o Arystotelesie, Heideggerze i Kancie. Do tego ten dziwny akcent. Mówi „ą” zamiast „ę”. Miądzy, sią, tądy i tak dalej. Lolek prezentuje się bardziej rozrywkowo. Próbuje żartować, chociaż niespecjalnie mu to wychodzi. Dowcipem znacznie nie odbiega od najgorszych znanych mi opowiadaczy kawałów, których poznałem w kolejnych szkołach, salach wykładowych i biurach. Marudzi coś o babach przychodzących do lekarza i bacach witających turystów. Żenada.
Siedzimy, ćmimy co kto ma i dyskutujemy o najnowszym kinie polskim. Szybko uzyskuję przewagę, bo rzeczywiście mam na ten temat coś do powiedzenia. Uważnie śledziłem produkowany przez TVP cykl „Pokolenie 2000” i każdy z trzech pilotowanych przez nią festiwali kina offowego. Szybko okazuje się, iż moja teza, że twórcy z „pokolenia” gdzieś przepadli, a paraoficjalne kino offowe sprowadza się do opowieści o marzycielach z blokowisk i ich tęsknocie za lepszym życiem, nie napotka na sensowne argumenty.
Niepostrzeżenie odpuszczam i zmieniam temat. Z literaturą jest podobnie. Goście zablokowali się gdzieś między Hłaską a Gretkowską.
Na moje szczęście po schodach ciężko tupie Ray. W paru zdaniach ustalamy plan na dzień następny. Po pierwsze: zaklinamy pogodę, po drugie: umawiamy się w kuchni o dziewiątej rano, po trzecie: uwalniam się od towarzystwa panów dziennikarzy, którzy słysząc nasze bełkoty po angielsku, chyłkiem pomykają na dół.
Z rozkoszą wracam do siebie. Jest już późno. Czuję, że dziś na pewno zasnę. Biegnę się umyć i wskakuję do śpiwora. Patrzę w sufit i rozmyślam, ale tak delikatnie, by nie poruszyć żadnej czułej struny. Myślę o małym, sypiącym się domku, który Aneta odziedziczyła po dziadku. Jest w połowie drewniany, w połowie murowany. Poniżej stoi stodoła, którą bez sukcesu próbujemy od dwóch lat spalić. Jest więcej warta od domu, solidnie ubezpieczona. Wystarczy, by w burzową noc ktoś zakradł się z zapałkami i kasa w kieszeni. Pieprzone polskie kombinowanie, nieustannie wspierane przez kochane, najuczciwsze w zamyśle, polskie prawodawstwo.
Za dobrych czasów planowaliśmy stworzyć w tym domku weekendową bazę wypoczynkową. Zdążyłem z przyszłym teściem zamienić chlewik na pokój z prawdziwego zdarzenia, zreperować dach i wymienić okna. Sad pozostał zaniedbany, kawał ogrodu marnuje się rok po roku, tylko widok na Babią Górę pozostał niezmieniony.
Dusi mnie żal, że zabrakło kasy. Zdołaliśmy zrobić wylewkę, wygładzić sufit i ściany. Łazienka to tylko kawał muru z pustaków, rażący gołą ziemią i dziurą, przez którą powinny biec rury kanalizacyjne. Nie żeby nie dało się tam mieszkać. Nie o to chodzi. Zimą nie dojedziesz przez zaspy, bo to ostatnia kategoria odśnieżania, a poza tym trzeba by władować ze dwadzieścia tysięcy, by doprowadzić ten dom do przyzwoitego stanu. Za to latem odzywa się tęsknota za własnym kawałkiem trawy, miejscem na piknik czy wypoczynek. A jadąc tam, zamiast relaksu, odczuwałem tylko wyrzuty sumienia i piekącą bezradność.
Zapalam dla kurażu. Ciemność przestaje być tak dotkliwa, szum za oknem przycicha. Co robić, Anetko? – pytam bezradnie. Tym razem nie zjawia się. Nie ta pora, nie ten stan. Odwracam się twarzą do ściany.
Ledwie zasnąłem, zadzwonił przeklęty budzik.
Nie wiem, co się dzieje. Mam bardzo poważne podejrzenia co do tutejszego klimatu. On mi robi krzywdę, choć wszystkim wokół zdaje się sprzyjać. Skrytobójczo wbija mnie w ziemię, rozszczepia włókna mięśni, zrzeszotawia kości. Podziwiam tych, co tu ćpają albo jarają. Ja ciągle chodzę otępiony, ziewam, jak zwierz i tęsknie zerkam w stronę każdej ławki, krzesła czy łóżka. Słabo śpię.
Przewracam się i nasłuchuję głuchych odgłosów z całego domu. Co jakiś czas leje. Pokapujące tu i tam krople robią niesamowite wrażenie. W nocy mijaliśmy się z Rayem w drodze do kibla. Gdzieś na dole coś rzęziło, postukiwało i wyrczało.
– Duchy… – powiedział głucho.
– Amityville jak nic – zaśmiałem się sztucznie.
– Lubisz horrory?
– Kocham! Wszystkie: od ekspresjonizmu niemieckiego po Wesa Cravena!
Spojrzał na mnie dziwnie i ziewnął donośnie.
– To dobrej nocy.
Rano człapiemy podrzędną uliczką. Deszczyk siąpi, nic sobie z nas nie robiąc. Jesteśmy jednak zdeterminowani. Wygładzimy Hindusowi ten ogród, choćby podczas tornada.
Jasny gwint! Czy na całym świecie panuje taki cholerny bałagan w nadawaniu cyferek poszczególnym domom? Chyba tak, bo domy ciągle powstają, a lokatorzy sąsiednich czekają na pocztę, rachunki i co tam jeszcze, nie życząc sobie zmiany numeru. Przez to między 146 a 148 wskakuje nagle 224. I tak nie jest źle. W Polsce można godzinami szukać całego bloku, tu mamy problem z jednym małym domem.
Parę minut wcześniej znów miałem przygodę z Tirem za plecami. Ciągle nie mogę się przyzwyczaić. Nawet nie winiłbym kierowcy, bo siedząc po prawej stronie kabiny nie miałby szansy zauważyć, jak włażę mu pod koła. W niebie, w piekle czy jakiejś innej metafizycznej melinie nie mógłbym mieć do niego pretensji.
Ray pyta, czy jestem rasistą. Wzruszam ramionami. Nic mi o tym nie wiadomo. Mówię, że mam znajomych Senegalczyków i nawet ich lubię. W Turcji zaprzyjaźniłem się z Arabem ze Stambułu, który dorabiał na Riwierze. Miałem też znajomego Chińczyka, który nauczył mnie robić szybkie dania. Kręcę głową. Nie jestem rasistą. – Jesteś. Tylko jeszcze o tym nie wiesz – twierdzi Ray z tajemniczym uśmiechem. – Jak sobie życzysz, kolego – myślę i zmieniam temat.
Domki podobne do siebie. Kolonia pieprzonych bliźniaków. Różnią się detalami. Murkami, krzewami, kwiatami, klombami, czasem bramą czy żywopłotem. Mimo wszystko to jest OK, jeśli pomyśli się o ludziach, którzy w Reichu, Tulipanlandzie albo Spaghettilandii zarobili trochę grosza i budują w Pipidówie Małej czy Ludkowie Górnym co im się rzewnie podoba. Te nasze pastele, daszki, subdaszki, werandki, filarki i inne udziwnienia wyglądają trochę jak z lunaparku.
Jest właściwy numer! Patrzymy na siebie z dumą i Ray naciska dzwonek. Przez chwilę nic się nie dzieje, potem pojawia się w drzwiach przestraszona, hinduska głowa w okularach. Po dłuższej chwili głowa każe nam iść do bramki obok domu, która prowadzi do ogrodu. Dopiero teraz dostrzegam stosy ziemi i nawozu w workach leżących na trawniku.
Ahhhhmed (tak się powinno poprawnie wymawiać jego imię) czeka na nas na krzywo przyciętych płytach lastryko, które tworzą taras. Mamrocze coś szybko, gestykulując jak opętany. Nie rozumiem, co mówi. Ray chyba też nie, bo spogląda na mnie bezradnie. Łapię tylko tyle, że mamy wnieść do ogrodu te dwie tony worków.
Zaczynam ostro. Rozpiera mnie energia.
– Powoli, przyjacielu – mówi szeptem Ray. Płacą nam za godziny.
Zwalniam, na ile umiem, ale i tak sterta kurczy się w oczach. Minęło zaledwie pół godziny. Ahhhmed pokazuje, że mamy rozsypać ziemię i rozplantować ją w miejscach, gdzie jest nierówno. Skubany, też ma problemy z angielskim. Na szczęście ma ręce, którymi pięknie gestykuluje każdą sporną kwestię. Dodaje, że potem mamy oddzielić grządki kwiatowe od reszty trawnika blokami krawężnika i wysypać ściółkę. A potem… Uciszam go delikatnie. Za dużo chce na raz. Kiwa ze zrozumieniem głową i znika w zaśmieconym pokoju z wielkim telewizorem. Siada tyłem do nas i gapi się na jakiś film z Bollywood.
Ładny ten ogród. Ma kształt prawie idealnego kwadratu. Wokół drewnianego parkanu ciągnie się metrowa rabatka pełna kwiatów i krzewów. Ani jednego chwasta, trawnik idealnie przystrzyżony. Widać robotę Archiego.
Czas zaczyna płynąć szybciej. Uwijamy się, wysypując ziemię, rozprowadzamy ją grabiami i ugniatamy specjalnym walcem ręcznym. Ahhhmed co jakiś czas wychyla głowę i coś mamrocze. Chyba jest zadowolony.
Ray zatyka jedną komorę nosa i smarka na trawnik. – Sorry, England – mruczy z uśmiechem. Kiedy przechodzimy do krawężnika, Ray zaczyna panikować. Cierpliwie tłumaczę mu, że to proste. Trzeba rozciągnąć linę i starać się zachować poziom. Unosi ręce. Zaczyna bełkotać po łotewsku, po niemiecku, wplątując w to pojedyncze słowa po angielsku. Ogłupiały, też rezygnuję. Ahhhmed dziwi się, bo nie zależy mu na idealnym wykonaniu. Chce to mieć po prostu zrobione. Podejmuję na nowo rokowania z Rayem, lecz zaparł się i nie chce nawet słyszeć o krawężniku. Wtedy Ahhhmed każe nam obłożyć rabatkę jakąś przepuszczalną materią i wysypać ściółkę.
To prosta robota. Wszystko wraca do normy.
[08]
Kiedy przechodzimy do krawężnika, Ray zaczyna panikować. Cierpliwie tłumaczę mu, że to proste. Trzeba rozciągnąć linę i starać się zachować poziom. Unosi ręce. Zaczyna bełkotać po łotewsku, po niemiecku, wplątując w to pojedyncze słowa po angielsku. Ogłupiały, też rezygnuję. Ahhhmed dziwi się, bo nie zależy mu na idealnym wykonaniu – chce to mieć po prostu zrobione.
Podejmuję na nowo rokowania z Rayem, lecz on zaparł się i nie chce nawet słyszeć o krawężniku. Wtedy Ahhhmed każe nam obłożyć rabatkę jakąś przepuszczalną materią i wysypać ściółkę.
To prosta robota. Wszystko wraca do normy.
Po sześciu godzinach pytamy o kasę. Oczka za okularami błyskają przebiegle. Mówi, że nie ma gotówki przy sobie i może dać czek. Ray kręci głową. Stajemy na tym, że przyjdziemy jutro i po skończeniu roboty skasujemy go za dwa dni. Moje pierwsze zarobione funty zostają w depozycie.
Archie jest wściekły. Z jego słów wnioskuję, że Hindusi nie są specjalnie skorzy do płacenia. Oszukują, wykorzystują, kombinują na wszystkie strony, by obniżyć stawkę. Dobrze wiedzieć. Będę ostrożniejszy. Przy okazji dowiaduję się, że wszyscy Azjaci (z Indii, Pakistanu, Bangladeszu, Srilanki) wolą tanio, szybko, czasem wręcz byle jak, i najlepiej wszystko na raz.
Archie szybko wystawił invoice, siadł na rower i pognał do Ahhhmeda. Czekam w swoim pokoju na wynik jego wyprawy. Chwytam za słownik, żeby zająć czymś ręce i głowę. Bezskutecznie. A co, jeśli stracę tę kasę? 36 cholernych funtów. Ze złośliwą satysfakcją szukam słowa oszustwo. Jest kilka określeń, ale najbardziej mi pasuje – imposture, jak w filmie Impostor według prozy Philipa K. Dicka, w którym bohater nosił w sobie bombę nuklearną założoną przez wrogie siły z kosmosu.
– Nie będzie dziś pieniędzy – wkurzony Archie ciska rower pod ścianą i człapie na górę.
– Jeśli jutro nie dostaniecie kasy, nie zaczynacie pracy.
– A nasze sześć godzin? – pytam ostrożnie.
– Nie możecie przecież pracować z darmo. Na koniec dnia z sześciu zrobi się dwanaście albo osiemnaście, i co wtedy? Chyba lepiej stracić za sześć.
Logiczne wytłumaczenie, jednak gdzieś w środku pali mnie myśl, że zostałem oszukany. Nadal nie jestem rasistą, ale chyba zacznę nim bywać.
Jerry łapie mnie za rękaw i ciągnie do swojego pokoju, mrugając porozumiewawczo okiem. Kwaśnawe becksy czekają. Teraz w mojej głowie już nie pika czerwone światełko, tylko mruga potężna czerwona latarnia. Raz było w porządku, ale tym razem naprawdę nie wypada.
– Majtnij parę łyków. Zaraz przyjaramy.
– Jerry, ja…
– Taaa, wiem. Ni ma kasy, blablabla… Dotrzymaj mi towarzystwa jeszcze raz. Potem dam ci spokoj.
Ta argumentacja ma sens. Kiwam smętnie głową i posłusznie otwieram piwo. Byłbym obłudny, gdybym powiedział, że nie mam ochoty. Po kilku godzinach pracy fizycznej mało kto by odmówił, ale jest mi z tym źle. Po poprzednich saksach nauczyłem się nie przeliczać wydatków na złotówki. Inaczej zwariowałbym na myśl, że piwo w Norwegii kosztuje w sklepie 6 czy 8 złotych, a w knajpie nawet 25 złotych. Słyszałem, że zaprawieni w bojach kolesie z Polski traktują funta jak złotego i w ten sposób nie czują wyrzutów przy zakupie każdego sześciopaka. Ba, mają nawet taniej niż w kraju.
– Chluśniem, bo uśniem! – krzyczy Jerry i odpała radio z Winampa.
Polska muzyka porusza we mnie czułą strunę. Zastanawiam się nad przewrotnością losu. W domu nie byłem w stanie słuchać radia, tych samych, durnych pioseneczek produkowanych hurtowo w naszych studiach – trzy chwyty na gitarę i już mamy przebój. Teraz dałbym się pokroić za własny sprzęt do odtwarzania muzyki.
– Fajnie, że jesteś – mówi Jerry. – Wszyscy tutaj żyją swoimi sprawami, pogadać można jedynie w kuchni. Ty jesteś nowy, więc jeszcze nie zdążyłeś zachorować na swoje „Alleluja”. Przewracam oczami na samą myśl o tej piosence.
– Opowiem ci o najfajniejszej panience między kontynentami – ciągnie Jerry.
Staram się nie pokazać grymasu na twarzy. Jezu, tylko nie to. To nic innego, jak kolejny wampiryzm emocjonalny. Gość za chwilę wgryzie się w najgrubszą żyłę na mojej szyi i zrobi ze mnie papierową kukłę.
– Jest psychiatrą. Dawała mi najlepsze prochy, jakich w życiu próbowałem. Robota mnie wykańczała. Permanentny stres. Dostawałem osobne tabletki na uregulowanie snu, metabolizm i samopoczucie. Chodziłem w ciągłej, k…a, euforii. Najlepsze lata mojego żywota, chłopie!
Co za ulga! Żadnego jęczenia, odtwarzania z dokładnością do jednej milionowej piksela obrazów z przeszłości, przytaczania zawiłych rozmów, odbytego seksu ani szczegółów rozpaczliwego rozstania. Żadnych wpomnień o podcinanych żyłach, odkręcanych kurkach, skokach z balkonu i wiązaniu krawata ze sznura.
Pociągamy jointa i zwierzamy się sobie z doświadczeń damsko-męskich. Jerry jest cały czas zrównoważony. Trzyma zęby z dala od mojej szyi. Niestety, upalił się okrutnie, ale nie na wesoło, tylko na senno-strasznie. Kiwa się, jakby każdy członek jego ciała miał zupełnie inne zamiary. W końcu mówi: – Coś się pali…
Faktycznie, zalatuje zza okna. Wyglądam przestraszony, lecz nigdzie nie widzę ognia. Pewnie ktoś rozpalił grill albo robi ognisko.
– Spoko, Jerry. To nie u nas.
Chyba do niego nie dociera. Patrzy na mnie rozszerzonymi źrenicami i bełkocze, że się spalimy. No pięknie! Ja nie trafiłem w jointa i wcale mnie to nie bawi.
Mówię, że idę spać i dyskretnie przechodzę do Archiego, gdzie na wielkim ekranie zaczyna się finałowy mecz Ligi Mistrzów. Na stole butelka wina, moje miejsce na sofie jest wymoszczone.
Zaczyna się fatalnie. Jerzy Dudek puszcza trzy gole. Po drugim przestajemy oglądać z zainteresowaniem i gadamy o byle czym. Przegrywać ze stosującym namiętne cattenacio Milanem 3:0, to jest jak wyrok na chwilę przed uprawomocnieniem, ale Liverpool zaraz po przerwie strzela kontaktową bramkę. Mecz zaczyna się na nowo. Już nie siedzę. Oglądam na stojąco, jak przed laty, gdy Legia grała z Panathinaikosem albo Wisła z Lazio. Liverpool doprowadza do wyrównania i już wiem, że takiego meczu finałowego jeszcze nie było. Z reguły były to mecze na 1:0, czasem któraś z drużyn miażdżyła przeciwnika, jak Milan 4:0 Barcelonę, lecz czegoś takiego moje oczy nie widziały. Im bliżej do końca, tym wieksze są emocje. Raz jedni, raz drudzy marnują stuprocentowe okazje, a wiadomo, że jeżeli ktoś teraz strzeli, ma puchar w kieszeni. Raz jeden zdarzył się cud w ostatnich minutach, kiedy Manchester United strzelił Bayernowi Monachium dwie bramki w dziewięćdziesiąt sekund. Cuda jednak charakteryzuje to, że występują rzadko. Tego wieczoru już nie ma na nie miejsca. Mija dogrywka, czas na rzuty karne. Dudek tańczy jak opętany. Święty Wit to przy nim marny breakdancer. Drzemy się w niebogłosy, kiedy broni strzał Szewczenki i na murawę wbiega cała ławka rezerwowych Liverpoolu. No to mamy trzeciego po Bońku i Młynarczyku zdobywcę Pucharu Europy. Niestety, dwóch z nich to bramkarze.
Wchodzi Jerry. Chweje się i strzela na wszystkie strony przekrwionymi białkami oczu.
– Spalimy się, mówię wam…
Wybucham śmiechem, ale nikomu nie jest do żartów. Archie wybiega sprawdzić, Magda wygląda przez okno. Jerry pociąga nosem i unosi palec wskazujący do góry na znak, że racja musi być po jego stronie.
Przez pół nocy upalony Jerry odwiedza wszystkich po kolei, sprawdzając, czy się nie pali. Zasypia w końcu i w domu zapada błogosławiona cisza. Tylko ciężarówki potrząsają całą swoją zawartością, trafiając na dziury w drodze. Czasem wydaje mi się, że któraś z nich zaraz wpadnie przez okno.
Przewracam się na drugi bok i rozmyślam.
Kiedy spotkałem Anetę, byłem najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi, ale nie poznałem się na niej od razu. Byłem świeżo po ciężkich egzaminach, kończących czwarty rok studiów. Angielski, francuski, kierunki filmu współczesnego, adaptacje filmowe, fantastyka, komparatystyka dramatu, twórczość Dostojewskiego i coś tam jeszcze. Nie pamiętam. W sumie osiem zdawań, wszystkie zaliczone. Oprócz zajęć z języka propagandy u profesor Wesołowskiej, która zmarła tuż przed letnią sesją. Zawsze była u niej pełna sala, jak u księdza Tishnera. Ciekawił ją język więźniów hitlerowskich obozów koncentracyjnych i komunistyczna nowomowa. Nie była znana, jak Miodek czy Bralczyk, ale studenci uwielbiali jej wykłady. Zostałem na lodzie i nikt nie umiał mi powiedzieć, kiedy i u kogo będę mógł zdać ten egzamin.
Później otrzymałem drugi cios. Przecierałem ze zdumienia oczy, lecz nie było mnie na liście ludzi, którym przyznano akademik na rok następny. Podobno nigdy nie zostawiano na lodzie studentów na ostatnim roku. Mnie zostawiono i tak się wściekłem, że nie złożyłem odwołania. Duma to pierwszy krok do piekła, ale czasami piekło jest lepsze od błagania na kolanach o kawałek nieba.
[09]
Zapalam kolejno światło, potem papierosa. Sięgam po Wilsona. Znów te ciarki, znów zazdrość i obawa, że nigdy nie będę umiał tak pisać. Posłuchajcie: Na niebie wystąpiły zacieki wątłego blasku, który kapie na moje powalone nostalgiczne „ja”. Antracytowa rzeka wibruje szeptem i sykiem. Dzień zaczyna rozkładać swój brudny kramik. Wypoczęci, gotowi stawić mu czoło ludzie ściągają do miasta. Londyn przybiera swój poranny nastrój: przeciąga się leniwie w błogiej jeszcze apatii.
Parę razy rzucałem pisanie, jakby to był jakiś nałóg. Pierwszym razem po lekturze „Łuku Triumfalnego”, później po „Ptaśku”, ale najdłuższą przerwę miałem po „Murach Hebronu”. Albo to: Miasto zaczyna lśnić twardym światłem bladego świtu, który spada jak kosa z posępnego kurhanu chmur piętrzącego się na strupieszałym niebie.
Czysta poezja prozy! Mięsista, posępna, przewrotnie zadumana, mrugająca jednym okiem, a drugim wypatrująca reakcji czytelnika. Żeby tak pisać, trzeba to poczuć, mieć żyły kipiące tętnem zawrotnych przeżyć, każdy por skóry wypełniony doświadczeniem, mięśnie wykute pracą i wygłodzony mózg. Postanawiam poczekać na presję Londynu.
Dzień zaczyna się nieźle. Ahhhmed płaci, więc odwalamy resztę chałtury. Ray znów nie chce robić krawężnika. Hindus dostaje napadu gorączki roboczej i w te pędy wkopuje płyty w ziemię. Śmieje się szyderczo, powtarzając: – Da się? Da się?! Wzruszam ramionami. Przynajmniej ma chwilę radochy z życia i świadomość, że do czegoś się nadaje.
Dzwoni Archie. Jest następna robota. Trzeci dzień, a mnie już odpadają ręce! Mam godzinę, żeby się przemieścić z ogrodu Ahhhmeda do ogrodu parę przecznic dalej. Biegnę ze sztychówką i grabiami w ręce, ale czuję, że nie wytrzymam bez jedzenia. Wstępuję na szybkiego chikenchipsa za dwa funty, którego pożeram brudnymi od królewskiej ziemi rękami. Taka moda. Nikt ci nie da złamanego, plastikowego sztućca. Żeżryj i odejdź.
Archie z Magda już czekają. Ogród jest podobny do poprzedniego, ale wysokość i gęstość chwastów budzi moje najwyższe przerażenie. Trzeba je wyrżnąć do gołej ziemi, a potem zryć wszystko na głębokość pół sztycha. Ściągam koszulkę, pluję w dłonie i… dzieje się coś dziwnego. Na taras przed domem wychodzi cała rodzina gospodarzy. Wytrzeszczone oczy, siwiejąca broda i krzywe nogi starego Hindusa do złudzenia przypominają mi wujka z Bielska, tyle że gość ma na głowie turban i trochę złota na szyi. Robi dziwaczne, wielkopańskie gesty dłonią, więc od razu nazywam go Maharadża. Matka, żona i córka wyglądają jak ruskie babuszki, różnią się tylko wiekiem i stopniem zniszczenia twarzy. Cała rodzinka rozsiada się z gracją w fotelach i czeka aż zaczniemy pracę.
– Co jest grane? – pytam półgębkiem.
– Przyszli zobaczyć, jak biali ludzie dla nich pracują – mówi Magda.
– Taki resentyment postkolonialny – dodaje Archie. – Przywykniesz.
Zerkam na taras. Cała rodzinka uśmiecha się życzliwie, tylko Maharadża posępnie spogląda spod turbana. Równocześnie z kolejnym jego dworskim gestem rozpoczynam operację odchwaszczania z absolutnym przekonaniem, że zostanę rasistą. Co oni tu będą sobie moim kosztem cyrk urządzać albo Bollywood na żywo…
Robię swoje. Nareszcie mogę się rozkręcić. Nikt mnie nie pogania ani nie stopuje. Pot zalewa mi oczy, ale mięśnie z wdzięcznością przyjmują błogosławieństwo wysiłku. Archie rusza z kosiarką, a Magda pieli grządki. Okazuje się, że Maharadża po wczorajszym meczu życzy sobie murawę jak na stadionie w Stambule – w kratkę, á la Liga Mistrzów.
Po kwadransie kończę z chwastami. Ładuję zielsko do plastikowych worków, które znoszę pod ścianę domu. W pewnej chwili jeden z nich rozrywa się i cała zawartość wraca na angielską ziemię, której nie zdobył tak naprawdę ani Cezar, ani hiszpańska armada, ani austriacki malarz pokojowy – zdobyły ją dopiero hordy Hindusów, Pakistańczyków i Polaków. Klnę ile wzlezie zbierając rozsypane zielsko.
Archie i Magda jako profesionale biorą po dziewięć funtów za godzinę, ja, pospolity robol, kopię za sześć. Pot wściekle atakuje. Podczas machania sztychówką wypijam dwa litry napoju za 39 p i wcale nie chce mi się do kibla. Wszystko wyparowuje, spływając po mnie. Chyba minąłem się z powołaniem. Łopata w moich rękach to narzędzie szatana. Wszyscy otwierają ze zdziwienia oczy, kiedy w ciągu dwóch godzin odwalam na cacy całkiem spory pas ziemi. Maharadża kiwa z uznaniem głową i zatrudnia mnie do zrobienia reszty ogrodu.
Ledwo żyję, do chwili, gdy Archie wręcza mi kasę. Nagle czuję, że chętnie pokopałbym tę ziemię do północy. Ot, pazerność emigranta.
Wracamy. Nasz wózek klekocze zabawnie, ale nikt nie zwraca na nas uwagi. Fajny kraj. Im ktoś jest bardziej odjechany, dziwaczniej ubrany i ufryzowany, tym lepiej. U nas dostałby w łeb w ciemnej bramie, a tu paraduje, jakby był karnawał.
Pierwsze zrobione funty radośnie podzwaniają w mojej kieszeni. Wyrok zapadł. Dostałem ileś tam lat ciężkich robót i nie widzę sensu wydrapywania na ścianie kolejnych kresek, które za siedem dni będę mógł ceremonialnie przekreślić. Sekundy i minuty nie liczą się w ogóle, tak jak dni. Godziny bywają ważne, o ile kasuję za nie co łaska albo te w nocy, kiedy nie śpię.
Wiekszość Hindusów z okolicy poznała się na mnie i niemal na kolanach błagają, bym dał im numer telefonu. Próbują ominąć Archiego, który inkasuje dwa funty za każdą godzinę mojej roboty. Nic z tego. Jestem lojalny. Facet mnie przygarnął pod swój dach i jeszcze dał pracę.
Wcinam co rano tosty moje powszednie i całą siłą woli powstrzymuję się, by nie pobiec ich wyrzygać. Bez opiekacza ich chleb nie nadaje się do jedzenia. O reszcie produktów nawet nie wspominam. Dałeś im, Boże, te hojne dary, a oni żrą czikeny z frytkami, hamburgery i ociekającą olejem rybę w gazecie. Z zazdrością myślę o tych, których stać na wypady do knajpy. Za dwie godziny pracy mógłbym nieźle i smacznie pojeść w jakimś przybytku Chińczyków, Nepalczyków, Włochów czy Hiszpanów, ale mi szkoda. Albo to piwo – Stella Artois, Grolsh, Fosters, Kronenbeurg. Kubki smakowe strajkują, endorfiny odwracają się dupą. Pewnie, że jest Żywiec, Tyskie i Okocim, ale cwaniaczki się na nich poznały i żądają nieraz półtora funta za sztukę.
Wyżywam się, ile mogę w naszej kuchni, bo prawie nikt ze squatowców nie zawraca sobie głowy gotowaniem. Żal mi ich, kiedy patrzę jak odgrzewają dziwaczne dania z puszki albo mrożoną pizzę w mikrofalówce. Tylko Archie z Magdą rzadko jedzą w domu. Między kolejnymi zleceniami zaglądają na czikena albo special lunch do jednej z tysięcy knajpek. Fajnie im. Może i ja kiedyś tak będę mógł.
Robię wywar z udźca kurczaka (1 kg – 99 p w tanim sklepie dla emigrantów), cebuli i ziemniaków, a na drugie rybne paluszki (18 p za 10 sztuk). Skromne jedzenie, ale pachnie w całym domu. Squatowcy schodzą się, jak cienie, by w wciągnąć w nozdrza ten boski aromat i obejść się smakiem. Zszokowałem ich już pierwszego dnia. Kiedy podsmażyłem odwawelską z cebulą, nie mogłem opędzić się od chętnych do spróbowania. Nawet Łotyszowi ten zapach coś przypominał. I tak co dnia. A to spaghetti á la’ maison z mięskiem albo pieczarkami, a to ryż w sosie w wersji na słodko, na kwaśno i na ostro, a to wielka noga „ptaszyska” (to squatowe określenie przerośniętego, angielskiego kurczaka), z ziemniakami w mundurkach czy zapiekanka typu „tygodniowy przegląd lodówki”. Tylko jak czasem pomyślę, że wy tam chrupiecie schaboszczaka, pierogi ze skwarkami albo bigos, to mi kichy wykręca na wszystkie strony.
Uwielbiam jeść. Uważam to za największą przyjemność w życiu. Wiem, co teraz powiecie, ale wierzcie mi, seksu nie da się uprawiać kilka razy dziennie do samej śmierci. Ciągle jestem na etapie poszukiwania dostawcy produktów kulinarnych, który spełniłby moje oczekiwania. Niestety, każdego dnia szanse maleją.
Minął miesiąc, zanim pojechałem pierwszy raz do centrum. Do tego czasu całym moim światem był pusty pokój na squacie i cudze ogrody. Nie wychylałem nosa z kilkukilometrowego kwadratu czterech skrzyżowań. Pojechałem na Victorię tylko dlatego, że jeden uprzejmy kierowca autokaru przywiózł mi paczkę od Anety.
Wziąłem „azetkę”, mapę metra i z sercem na ramieniu wsiadłem do pociągu. W każdym wagonie są wypisane kolejne stacje, więc uspokoiłem się, a nawet poczułem pewnie. Postanowiłem przesiąść się na South Kensington na zieloną linię District albo żółtą Circle, którą tak chętnie jeździł nocą bohater „Zaułka łgarza”, bo linia krąży wokół centrum, bez jakiejkolwiek stacji początkowej ani końcowej. Na South Kensington zastałem pusty peron i informację z głośników, że District i Circle Line są „out of service”, bo trwa remont torowiska. Wyjąłem tube map. Okazało się, że mogę pojechać „pikadilką” na Green Park i stamtąd linią Victoria dojechać na dworzec. A mam was w dupie – pomyślałem, unosząc się polskim honorem i polazłem na nogach. Na mapie to była jedna stacja, lecz w praktyce pół godziny intensywnego marszu.
[10]
Autobus z Reszowa miał do przejechania dwa tysiące kilometrów i był na czas. Ja miałem kilka stacji metra i nie zdążyłem. Zadzwoniłem do faceta na komórkę. Kazał mi przyjechać nazajutrz o jedenastej.
– Nie da rady dziś? – nie ustępowałem, z przerażeniem myśląc o kolejnych pięciu funtach, które będę musiał wydać na metro.
– Ze dwie godziny będę na podziemnym parkingu Tesco przy Cromwell Road. Jeśli pan zdąży, zapraszam.
– Już lecę!
Dwa dni wcześniej wypaliłem ostatniego papierosa z Polski. Kupiony za 18 funtów karton Saint Georgów z rosyjską akcyzą uratował mi tymczasowo tyłek, ale marzyłem o Marlboro, których karton kosztował w Londynie ponad 50 funciaków! Ryzykowaliśmy z Anetą, że jakiś lotny patrol nadgorliwych Niemców zrobi rewizję autokaru na autostradzie, ale opłaciło się. Czterdzieści paczek fajek czekało na mnie na parkingu w Tesco.
W „azetce” znalazłem Cromwell Road i stwierdziłem, że najłatwiej dostanę się tam metrem, wysiadając na Earl’s Court. No to jazda! W ciągu pół godziny znalazłem autobus i odebrałem moją przyciężkawą torbę. Bilet miałem dzienny, więc mogłem podróżować metrem i autobusem gdziekolwiek chciałem. Wsiadłem w jakiś autobus, żeby złapać oddech, potem przeskoczyłem do metra i bez problemu trafiłem do domu. Z wypiekami na gębie pobiegłem pochwalić się Archiemu, jaki to jestem samodzielny.
– Super, chłopie – mówi z uśmiechem. – Ja ostatni raz byłem w centrum w lutym.
– Jakie to niby było centrum… – oburzam się – Kensington, Victoria Green Line, Earl’s Court!
– I ty kiedyś zobaczysz Big Bena oraz Buckingham Palace… Masz na to takie same szanse, jak inni mieszkańcy squatów, gett i polskich domów w piątej strefie. Aha, jest robota. Trzeba po zmroku spalić trochę gałęzi. Być może będziesz musiał ciąć piłą albo rąbać. Pasuje ci?
– Jak ulał.
– Landlordka szacuje to na dwie, trzy godziny. Mówi po polsku.
– Zasiedziałka?
– Co?
– Zasiedziana, no.
–Pewnie. Kurczę, te twoje wstawki językowe. Są zarąbiste, ale napisz słownik, żebym mógł szybko rozumieć.
– Się zrobi, szefie.
Człowiek ma zupełnie inny humor, kiedy jest robota. Wracam do siebie i w zadowoleniu stukam smsa do Anety. Niech wie, że jestem tu półbogiem, bohaterem naszych czasów i pierwszym stachanowcem.
Nie jestem szczęśliwy, ale też nie jestem nieszczęśliwy. Ciułam funty i wkrótce założę sobie konto w banku. Zarobiłem jakieś 600, ale sporo poszło na żarcie, trawelki i inne rzeczy, których potrzebowałem. Cztery funty na przykład wydałem na 30-centymetrowy kabelek do komputera. W tanim sklepie! W Netto mógłbym kupić za to dwieści paluszków rybnych, szesnaście udźców z kurczaka albo pięć chlebów. No, ale komputer ważna rzecz. Dostałem starego rzęcha od Archiego, tylko bez monitora. Przez tydzień stał bezużyteczny, aż któregoś wieczora Archie powiedział: –- Idziemy na rabisz.
Gdy zrobiło się całkiem ciemno, ubraliśmy się w ciuchy robocze i wzięliśmy dwukołowy, składany wózek. Byłem dziwnie podekscytowany, jakbyśmy wybierali się na jakiś włam.
Kilka przecznic dalej stał ogromny kontener, pełen gruzu, żelastwa i drewna. Na samym rogu leżał on – piękny, 17-calowy monitor.
– Mam nadzieję, że sprawny – mruknął Archie, rozkładając wózek. – Kiedyś brałem pralkę od Pakistańczyka, ciągnie Archie. – Działa?– Jasne, że działa. –Wlokłem żelastwo na squat – ciągnie Archie – a teraz leży gdzieś na dole.
– Może zapytamy? – mówię nieśmiało.
– Coś ty! Wszyscy mnie tu znają jako ogrodnika. Nie rób mi obciachu!
Sięgnąłem po monitor i przy okazji wypatrzyłem składaną suszarkę na pranie. Wracaliśmy chyłkiem bocznymi uliczkami. Umierałem ze śmiechu. W styczniu siedziałem na fotelu prezesa i bujałem się sprawdzając przez internet stan konta, a w maju ciągnę po zakamarkach Londynu wózek ze znalezionym w skipie monitorem.
Mój nowy skarb działa bez zarzutu. Wgrałem sobie polskiego Worda i odzyskałem swój największy atut – słowo pisane. Kiedy nie ma pracy, piszę, jak szalony. Jest to coś w rodzaju bloga albo dziennika. Może kogoś zainteresuje los upadłego prezesa pięcioosobowej firemki przekwalifikowanego na tanią siłę roboczą. Apetyt jednak wzrasta. Już marzę o podłączeniu do sieci, odtwarzaniu filmów, grach. Nie wiem tylko, czy procesor to wytrzyma. Jeśli nie, to może któregoś dnia sprawię sobie coś lepszego. Podobno niezły sprzęt można tu znaleźć za 100-200 funciaków.
Kiedy zamykam oczy, widzę trawę. Może znacie to zjawisko? Obraz czynności, którą człowiek wykonuje przez dłuższy czas narzuca się jego źrenicom. Miałem tak już z kartami, gdy przez kilka nocy grałem w brydża, kolumnami ogłoszeń drobnych, które wklepywałem do komputera i niekończącymi się grządkami skandynawskich truskawek.
O świcie robi się bardzo zimno i jestem sam. Hałas zza okna zabija najfajniejsze marzenia. Zwlekam się i dreptam pod prysznic. Squatowe landlordstwo zaproponowało mi wypad na zakupy. Trochę odkułem się finansowo, więc czemu mam nie zaszaleć? Siadamy w metro i razem z setkami ludzi z całego globu jedziemy na Hammersmith. To prawdziwie polska dzielnica. Mieści się tam kilka organizacji polonijnych, są nasze delikatesy, księgarnie, biura podróży i cały tłum rodaków, których rozpoznaję z daleka. Przypominam sobie mój pierwszy wieczór w Londynie. Faktycznie są charakterystyczni. Niestety, do tego stopnia, że nagle, jak na komendę, przechodzimy na drugą stronę ulicy. Najwięcej jest ich przy delikatesach obok Ściany Płaczu, która robi za swoisty punkt informacyjny i miejsce zborne zagubionych rodaków. Z tego, co wiem od Archiego, władze dzielnicy wypowiedziały wojnę koczownikom i ogłoszenia znikły. Polacy jednak zostali. Stoją tam, oferując informacje o pracy albo fajki z przemytu. Na wystawie jest już tylko kartka z lakonicznym napisem: „Ogłośnia w środku”.
Przed zakupami wstępujemy do chińskiego bufetu typu „jedz ile chcesz”, gdzie codziennie do 14.00 można jeść do rozpuku za jedyne 3,70. Szwedzki bufet ugina się pod ciężarem tych wszystkich pyszności, a mnie oczka błyskają najprawdziwszą żądzą. Nie czekając na resztę, atakuję bufet z największym talerzem, jaki udało mi się wypatrzeć. Ładuję wszystkie mięsa po kolei, polewam je sosami, na koniec kładę odrobinkę chińskiego makaronu i warzyw na ciepło. Z wielką górą żarcia zasiadam naprzeciw zdziwionych przyjaciół.
– No co?
– Ale obciach – mruczy rozbawiony Archie. – Zachowujesz się, jakbyś brał takeawaya.
Nic nie rozumiem, więc odsuwam mój piękny talerz i domagam się wyjaśnień. Oczywiście, oboje umierają za śmiechu. Mniej do śmiechu jest właścielowi knajpy, który patrzy na mnie krzywo.
– Bierz po trochu – mówi Magda – Możesz kursować do baru tyle razy, ile zechcesz.
– Trzeba tak było od razu – oddycham z ulgą i przygarniam mój talerz z powrotem.
Nie spieszymy się. Nie rozmawiamy. Żujemy z rozkoszą. Na dokładkę biorę trochę panierowanych w curry szaszłyczków z kurczaka i żeberka na ostro, polewam chińskim sosem, a potem dokładam odrobinę makaronu, ryżu, frytek, chrupek, chipsów i warzyw. Powolutku góra jedzenia znika w moim brzuchu. Za trzecim razem wypatruję zupy, więc oprócz pysznych szaszłyczków i żeberek, nalewam sobie rosołu z lanym ciastem i zupy kukurydzianej. Przerażony Chińczyk pyta, czy nie chcemy czegoś do picia. Litujemy się nad jego budżetem i zamawiamy trzy szklanki soku.
Kiedy idę po raz czwarty, ramiona mu opadają i odchodzi na zaplecze. Pewnie zastanawia się, gdzie ten chudy facet to mieści, ale mam to gdzieś. To mój wielki dzień po miesiącu wyczerpującej roboty.
– Od jutra będzie wisieć kartka z twoim zdjęciem: „Dla tego pana wstęp wzbroniony” – chichocze Archie.
- – Cóż – mruczę rozanielony. – To jeszcze jedna repeta, a potem deserek.
Lecę do kibla, żeby zrobić trochę miejsca. Kiedy wracam, pytam czy Chińczyk przypadkiem nie popełnił samobójstwa. Mówią, że nie, więc robię kolejną rundkę.
– Pamiętasz film „Wielkie żarcie”? – pyta Archie.
– Jeden z moich ulubionych – odpowiadam.
Z deserem już nie szaleję, bo czubek góry żarcia mam gdzieś w gardle. Kładę na jej szczycie trochę sałatki owocowej i idziemy płacić.
Przyciężkawy, nieustannie czkając, wlokę się za nimi do centrum Hammersmith. Ciągną mnie kolejno od Argosa do AGD, ciucholandu Primark i spożywczego Islandu.
W każdym sklepie Archie z Magdą kupują mnóstwo rzeczy, a ja po jednej. Fundnąłem sobie odjazdową koszulę, choć nie wiem, w którym ogrodzie mi się przyda, port USB do podłączenia internetu i cztery panierowane dewolaje do odsmażenia.
[11]
W domu pełno ludzi. Kręcą się i coś tam gawędzą. Na wiklinowym tronie siedzi Zibi.
– Jak tam artykuł? – pytam, nie wiedząc, co mi za to grozi.
Zbolała na ogół mina Zibiego robi się tragicznie żałosna. Nie ma BBC, polskiej gazety, ukrytych kamer i mikrofonów. Jest za to duży aparat cyfrowy, którego nie da się nigdzie ukryć.
– Tam nie ma co pisać – mówi Zibi tonem wieloletniego rednacza powiatowej gazety. – Ludzie są zadowoleni i wszystko im jedno, że pracują na czarno. Niektórzy robią to już trzy lata. Nie widzę tu tematu na aferę. Popracuję miesiąc i spadam na północ. Tam podobno są farmy, gdzie nękają Polaków. Będzie co pisać…
I po reportażu – myślę złośliwie, ale zaraz robi mi się żal, że facet pracuje od miesiąca całymi nocami, potem śpi i znów biegnie do pracy.
– Jeszcze mi nie zapłacili – mówi, pociągając wymiętoszonego peta. – Podobno trzymają kasę w depozycie nawet trzy miesiące. W razie czego ujawnię się i zażądam natychmiastowej wypłaty.
Zibi z dnia na dzień jest coraz bardziej blady i kurczy się, jakby go ukradkiem po trochu ubywało. Przemyka mi przez głowę myśl, że jest chory, ale przeganiam ją, nie chcąc życzyć mu źle.
Kręcę z niedowierzaniem głową. Bogu niech będą dzięki, że ryję w ogródkach, roznoszę Archiemu ulotki i czasem łapię zlecenie specjalne – wymaluj, wynieś, posprzątaj.
– A Lolek?
– Daj mi z nim spokój! Nie zatrudnił się razem ze mną i zamieszkał na innym squacie. Może zagramy w karty?
– Może kiedyś.
– No, to jakbyś chciał, daj znać.
– Dobra.
Znikam u siebie, ale to nie koniec pogawędki. Po chwili Zibi puka delikatnie i wkłada głowę w drzwi, tak śmiesznie, metr nad podłogą. Musi się tak przechylać, że jakby go ktoś kopnął w dupę, poleciałby z pewnością pod okno.
– A w co lubisz grać?
Matko jedyna! Ja tylko wstępnie wyraziłem chęć uczestnictwa w największej partii karcianej na Wyspach, a on już chce ją aranżować.
– Brydż, 66 i dureń – mówię na odczepnego. – Reszta mnie nie interesuje.
– Fantastycznie. Mogę cię nauczyć kanasty i remika.
– Super.
Znam wszystkie gry, ale dla świętego spokoju rżnę idiotę. Brakuje nam już tylko Monopoly, znanego na wschodzie Europy jako Eurobiznes.
– Jestem u siebie, jakby co…
– Sorry, Zibi. Dziś palę gałęzie.
– Kiedykolwiek! Czeeeeeeekam!
Z trudem powstrzymuję głęboki wydech i wypuszczam powietrze na raty. Wreszcie zostaję sam. W Drammen nad Oslofjordem graliśmy namiętnie w każdy weekend, ale tworzyliśmy paczkę w miarę zgranych kolesiów. Braliśmy skrzynkę zużytych butelek po Tuborgu i szliśmy wymienić je na pełne. Poważna gra w karty to intymna sprawa, zabawa dla przyjaciół. Nic do Zibiego nie mam, ale też nie czuję się zdolny do otwarcia na wspólną rozgrywkę.
Bez trudu znajduję właściwy dom. Miła pani prowadzi mnie na tył ogrodu i pokazuje w czym rzecz. Stos iglastych gałęzi i grubych pniaków zapowiada dłuższą robotę, niż umyśliła sobie polska landlady. Mówię jej o tym, więc każe mi zrobić, co się da.
– Życzy pan sobie coś do picia? Wodę, może piwko?
–Piwko będzie ok.
– A co jeśli pan się upije i będzie wolniej pracował?
– Proszę zrobić, jak pani uważa…
Pieprzona, polska tradycja. Czy rozsiani po całym świecie chłopcy znad Wisły nie mogliby zrobić czegoś odwrotnego? Dostać piwo, zrobić szybciej, zapracować na wspólną renomę? Pewnie nie mieści im się to w głowach. Obserwuję ich co dnia i nie mam dobrych wieści. Za każdym razem wypadają grubo poniżej średniej światowej. Nawet idąc do mojej landlady, stałem na przejściu z dwoma burakami. Mięśnie, jak u największych kurczaków przed wizytą w rzeźni, ale słyszał ktoś o móżdżku z kuraka? Może móżdżusiu? Móżdżeńku? Nie ma mowy. Są jak te kuraki. Suną taśmą w stronę przeznaczenia, myśląc, że raj istnieje. Tych dwóch weszło na drogę, bo czerwone światło zdało im się zbyt upierdliwe. Wleźli komuś pod koła i klęli paskudnie, że nie chce ustąpić im pierwszeństwa, tylko jedzie, jak przykazały przepisy.
Landlady ostrzegła mnie, że był już u niej taki jeden ziomek, który spalił nie tylko furę gałęzi, ale również większość gałęzi pobliskich drzew. Dlatego jestem ostrożniejszy. Mam do wyboru stosy zgrabionego, wysuszonego szajsu, iglaste gałązki i wielkie kawały drewna. Zaczynam od szajsu, potem dokładam coraz większe partie igliwia. Jara się to, jak stodoła pełna zeszłorocznego siana. Od razu staje mi przed oczami domek z widokiem na Babią Górę.
Gospodyni przynosi mi szklankę wody. Po smaku poznaję kranówę. Menda pomyślała widocznie, że po piwie pójdę po następne i już nie wrócę. Przykro, ale robota ciekawa. Ani ciężka, ani trudna. Wrzucam na zmianę gałązki z igliwiem i większe kawałki. Wiatr potrząsa płomieniami, więc muszę uważać, by ogień nie był za wysoki. Nucę sobie pod nosem „Płonie ognisko w lesie” i uśmiecham się szyderczo.
Harcerzem zostałem przez przypadek. Poszliśmy całą gromadą, w dziurawych portkach i rozczłapanych trampkach. Chcieliśmy się zapisać, bo była okazja pojechać na obóz do Siewierza. Żaden z kumpli nie był nigdy nawet na kolonii. Ja z dumą opowiadałem o morzu, a oni najdalej jeździli nad jezioro za miastem. Druh obejrzał nas z konsternacją, ale posłusznie zapisał do drużyny. Trzeba było już tylko kupić mundurek, czapkę, zielony sznur i lilijkę, żeby móc uczestniczyć w zbiórkach. I zaczęły się kłopoty. Koledzy po kolei rezygnowali i w końcu pojechałem sam. Wściekły stawiłem się z plecakiem na umówionym miejscu. Wokół mnie sami rumiani kolesie, z którymi można jedynie paradować w mundurku, przede mną perspektywa trzech tygodni w ich towarzystwie. Byłem zdruzgotany. Wkrótce jednak okazało się, że obóz to fantastyczna sprawa dla kilkunastoletniego chuligana. Kopanie latryn, pływanie kajakiem, zbieranie grzybów, wspólne śpiewanie przy ognisku, a zwłaszcza nocne pobudki i zabawa w podchody, to były wielkie przeżycia.
Zaczynam pod nosem „Płonie ognisko i szumią knieje”. Doskonale pamiętam każdą zwrotkę, czyli gdzieś we mnie została romantyczna, harcerska dusza. Marny był ze mnie druh. Popalałem w ukryciu, lubiłem stoczyć pasjonujący pojedynek w stylu: zapasy i inne formy wzajemnego ściskania, bo nikt przecież po gębie się nie bił. Sama idea harcerstwa jednak mi się podobała, zwłaszcza odkąd przeczytałem „Kamienie na szaniec”, „Kolumbów” czy książki o batalionach „Zośka” i „Parasol”.
Czas na „Rotę”. Śpiewam sobie i od razu komentuję. Nie rzucim ziemi, skąd nasz ród – skoczym tylko na krótko do Londka nadoić funciaków. Nie damy pogrześć mowy – spikać będziem jeno w robocie. Polski my naród, polski ród, rycerski szczep piastowy. Nie będzie Niemiec pluł nam w twarz – za to da zarobić parę euro. Ni dzieci nam germanił – to jak bez szwargotania znajdą w Reichu robotę?
Pani Mario, pani się nie przewraca. Trumna ciasna, krzywdę sobie można zrobić.
Samotna łza. Witaj, kropelko mojej szlachetnej polskości. Uwielbiam „Rotę”, ale na cholerę mi ona dwa tysiące kilometrów od domu, którego nawet nie mam. A do tego brzmi tak cholernie nie aktualnie.
Dokładam drew i przysiadam na pniaku, by się sztachtąć parę razy i uspokoić. Charles Chaplin potrafił idealnie łączyć ciepły humor z pulsującą podskórnie tragedią – tak że śmiech przeciskał się przez łzy. Ja nie umiem. Zaraz wychodzi ze mnie prymityw.
Zbliża się północ. Czas gasić ognisko i pożar wspomnień. Olewam królewską ziemię, ale że landlady nie dała piwa, mam za mało mocy gaśniczej w moim podręcznym strażaku. Idę pod dom. Ciemno, głucho, prawie słychać chrapanie. Na szczęście dostrzegam w mroku szlauch ogrodowy i jakąś miskę. Po piątym kursie nie widać ani jednej tlącej się iskierki.
Zadowolony z siebie człapię opustoszałą ulicą. Obok mnie idzie Aneta w niebieskiej sukience i zgrabnych sandałkach.
– I jak, mój idealisto?
– Ciężko.
– Ile odłożyłeś?
– Na metr mieszkania.
– Cieniutko. Może byś poszukał stałej pracy.
– Cały czas szukam. Chcę czegoś naprawdę na poziomie.
– Masz pozdrowienia od naszych mam.
– Dzięki.
Skręcam w inną ulicę i Anety już nie ma. Fajnie tak czasem pogawędzić.
W domu pusto i cicho. Nalewam sobie szklaneczkę wina za 2dwa funty i siadam do pisania. Moja londyńska epopeja liczy już czterdzieści stron.
[12]
Nigdy nie widziałem Waldka, który mieszka za kuchnią. Wiem o nim tyle, ile powiedział mi Archie, resztę dopowiedziałem sobie po dźwiękach dobiegających z jego pokoju. Ale nie mam pojęcia jak wygląda. Mogę stworzyć jego rysopis, bawić się wyobrażeniami, straszyć lub rozśmieszać.
Facet ma ze trzy telefony komórkowe i jeden stacjonarny, które dzwonią na zmianę, a każdy dzwonek jest głupszy od poprzedniego. Czasem odbiera i gada godzinami (ma taki płaski, nijaki głosik z tendencją do emocjonalnych popiskiwań), lecz najczęściej są to po prostu tak popularne w Polsce sygnałki. Puszczamy je sobie, bo nie mamy sobie nic do powiedzenia, lecz musimy jakoś podkreślić przywiązanie i nieustanne myślenie o sobie. To wersja komunikacji dla oszczędnych – w kasie i słowie.
Ostatnio uradował mnie niezmiernie, bo zmienił płytę na Myslovitz, którego wprost uwielbiam. Przeleciało Korova Milky Bar, a ja słuchałem jak zaczarowany. Niestety, potem upodobał sobie jeden z kawałków i zaczęło się nowe Alleluja.
Archie mówił mi, że facet ma bzika na punkcie religii. Uczepił się jakiegoś wygodnego dla jego sposobu interpretacji kawałka Biblii i stworzył protestancką sektę. Liczyła trzy osoby. Dwie z nich wkrótce zrezygnowały i został samodzielnym guru-prawodawcą. Wyobrażam sobie posępnego bruneta ze złowrogim błyskiem w oku, w długiej szacie i żelastwem na szyi, który odprawia tajemne modły w swojej świątynii za kuchnią.
Od paru dni mam dół jak Rów Mariański. Archie z Magdą ścisnęli tyłki i zaczęli wykonywać nawet najtrudniejszą robotę. Zbierają na samochód, więc muszą zarabiać więcej. Snują się, ledwie powłócząc nogami, ale po mnie nie dzwonią. Z jednej strony ich rozumiem, z drugiej czuję się zbędny. Nie szukałem pracy, bo sama mnie znalazła, a teraz zostałem na lodzie. Codziennie wstaję rano i od razu mam fajrant. W akcie desperacji zadzwoniłem do polskiej gazety i złożyłem kilkanaście propozycji ulepszenia jej wizerunku. Niby zostały przyjęte, ale żadnych konkretów nie usłyszałem. Dostałem za to zlecenie na artykuł sponsorowany. I znów pieprzony paradoks. Przejechałem dwa tysiące kilometrów, by znów musieć robić to, co w Polsce.
Oczywiście zlecenie przyjąłem. Dwadzieścia pięć funtów minus koszty piechotą nie chodzi. Zresztą jakie koszty? Zamiast wsiąść w autobus, poszedłem półtorej godziny piechotą – w tę i z powrotem. Przybyło mi parę odcisków, ale spacer był w sumie przyjemny. Zwiedziłem kawał innej dzielnicy, pogadałem ze setką przechodniów, próbując namierzyć właściwy adres i w końcu znalazłem wielkie magazyny nad jakimś kanałem. W jednym z nich mieściła się firma spawalnicza prowadzona przez dwoje przedsiębiorczych Polaków. Popracowali jakiś czas, odłożyli trochę kasy i spróbowali samemu. Za to kocham Zachód i nienawidzę polskiego piekła. Tutaj masz pomysł, umiesz coś, to działasz bez obaw. U nas musisz nabrać kredytów albo dostać spadek, bo każdy interes zaczynasz ze sporym debetem na ZUS, czynsze, podatki i inne opłaty. W Anglii możesz zaejestrować firmę po trzech miesiącach od wystawienia pierwszej faktury, na ubezpieczenie płacisz dwa funty tygodniowo, a biznes możesz prowadzić we wynajętym flacie. Spotkałem wiele osób, które postawiły na samozatrudnienie i nie zauważyłem, żeby działa im się jakakolwiek krzywda. Może i ja kiedyś spróbuję?
Kiedy wracałem, nad moją głową co minutę startowały samoloty. Nie wiem, czego jest więcej na tutejszym niebie – ptaków czy latających maszyn. Przecinają niebo, niczym jakiś szalony, gigantyczny Zorro i czasem wydaje się, że dojdzie do katastrofy. Pędzą ku sobie z ogromną prędkością, by minąć się na róznych pułapach. Zostaje po nich tylko niemiłosiernie pocięty błękit.
Napisałem tekst w pół godziny. Nie z takimi ludźmi i nie w takich pipidówach się wywiady przeprowadzało. Mam ich na koncie kilkadziesiąt. Moim największym klientem była firma International Paper – ta od pachnącej srajtaśmy. Dyrektor generalna czekała w wielkim, skórzanym fotelu na samym szczycie warszawskiego Marriotta. Pogadaliśmy z godzinę, a na odchodne dostałem całą kolekcję produktów marki Velvet. Czułem się jak król świata.
Tekst został przyjęty, zapłata miała nastąpić po publikacji. No, i zeszły dwa tygodnie, a ja nadal nie mam czeku. Prosty wniosek – jako dziennikarz zdechłbym w Londynie z głodu, bo nie dość, że płatność się przeciąga, to jeszcze obowiązuje forma czeku. Nie mam konta w banku, więc mógłbym go namoczyć i spróbować przełknąć albo dać zamiast sałaty do kanapki. Mimo to napisałem kilka tekstów, które poszły do druku. Może pod koniec roku los sprawi mi niespodziankę i dostanę kasę w większym kawałku.
Nie ma pracy, to i z pieniędzmi krucho. Dobrze, że Aneta o tym nie wie. Mam odłożone parę stów, ale podliczywszy czas, jaki tu jestem, nie zarobiłem aż tak wiele. Zorganizowałem sobie za to słoik na penale. Penale (od penalty) są duże, ciężkie i nikomu niepotrzebne, a więc nosi się je za karę. Każdy tu w domu ma swoją puszkę, do której wrzuca penale na czarną godzinę, lecz gdyby takowa nadeszła, nazbierałoby się tego może dwadzieścia funtów.
Najgorsze jest to, że co dnia wszyscy idą do pracy, a ja zostaję w pustym pokoju i czekam sam nie wiem na co. Wracają pod wieczór i każdy ma jakąś dobrą nowinę, która przygniata mnie do ziemi. A to Jerry dostał prowizję za wynajęcie kolejnego flatu, a to Archie chwali się, że złapał kolejne duże zlecenie. Uśmiecham się życzliwie, lecz w środku przelewa mi się wrząca lawa. Zerkam na swoje krzywe odbicie w lustrze i mam ochotę dać sobie w pysk. Czytam, piszę, oglądam, słucham, czyli ekonomicznie rzecz biorąc marnuję czas. Trzeba coś z tym będzie zrobić, bo inaczej ta eskapada straci sens. No chyba że kapnie jakiś dar losu.
Ktoś puka i w drzwiach ukazuje się głowa Raya.
– Masz pracę?
– Ostatnio nie.
– Umiesz murować?
– Nie za bardzo. Zaprawę mogę robić.
– Chodź ze mną.
Miła pani w średnim wieku pokazuje nam murek w ogrodzie, który oddziela jej działkę od posesji sąsiada. Chyba za nim nie przepada, skoro każe nam dobudować mur na wysokość wzrostu Raya, który do karłów nie należy.
Ja robię zaprawę, on kładzie cegły. Już po dwóch warstwach widać, że nie ma o tym bladego pojęcia. Patrzy na mnie błagalnie i prosi, żebym może ja spróbował. Kręcę głową i umywam ręce z cementowego nalotu. Rób, facet, skoro wziąłeś zlecenie. Po godzinie mur jest już tak koślawy, a dziury między cegłami tak rażą w oczy, że zaczynam się martwić o zapłatę. Póki baba nie widzi, łatam co mogę i paluchem formuję fugi. Can You build the bricks – podśpiewuję pod nosem szyderczo, parodiując Jej Plastyczność Cher.
Godziny mijają, mur przypomina ten chiński, tylko widzany z samolotu. Zakręca, prostuje się, znów zakręca – zupełnie, jakby był z modeliny. Baba mruczy, że ugly, lecz staramy się tego nie słuchać. Postanawiam, że ostatni raz poszedłem z Rayem na robotę. Już ten krawężnik u Ahhhmeda powinien dać mi do myślenia. Co będzie, jeżeli gość jutro stwierdzi, że jest w stanie wymienić komuś dach albo zrobić operację wyrostka? Najwyraźniej chce robić wszystko, ale nie umie nic.
Pracowaliśmy siedem godzin i nie udało się skończyć. Okazuje się, że Ray umówił się na płatność od całości i nie powąchamy dziś nawet funta. Mam czekać, aż znajdzie wolny dzień i będziemy mogli dokończyć. Znów coś zrobiłem i nie mam z tego kasy.
Trzaskam drzwiami i znikam w łóżku. Ciągle słyszę o jakiejś robocie dla mnie, ale tylko gniję w tym cholernym pokoju. Sierota obrzygana! Niedorób! Kaszaniarz!
Coś mnie użarło w nogę. Ukąszone miejsce stwardnialo, spuchło i swędzi nie do wytrzymania. Chyba to był pająk, którego wyprosiłem przedwczoraj za pomocą kubka i kartki papieru. Uprzejmie wyniosłem go przed dom i wypuściłem. Nigdy nie widziałem tak wielkiej bestii, więc w pierwszej chwili chciałem dać nogę. Pomyślałem jednak, że nie mam dokąd pójść i to on musi doświadczyć trudu życia poza domem. Może wrócił się zemścić? W każdym razie mam dodatkowy powód, żeby nie zasnąć – upierdliwe swędzenie.
Całą noc pada deszcz. Dach w korytarzu przecieka. Krople paćkają o dywanik, a echo roznosi ich brzmienie po uśpionym domu. Z braku lepszych pomysłów rozmyślam, na co wydam pieniądze, które kiedyś zarobię. Przydałby się jakiś sprzęt grający, laptop, kino domowe, samochód. Co dnia pilnie przyglądam się zasadom ruchu na londyńskich ulicach i mam wrażenie, że dałbym rady tu jeźdźić. Jeden z tekstów, jakie napisałem do gazety, dotyczył kupowania aut. Endorfiny, te od marzeń, od razu zaczęły eksplodować. Bryczki są wyraźnie tańsze niż w Polsce. Za przyzwoitą wypłatę angielską mozna sobie sprawić sześcioletnie cacko. Nie znam się na psychoanalizie i nie wiem, jak to się przekłada na wielkość i jakość przyrodzenia, ale lubię średnie auta miejskie. Taka, na przykład, Skoda Fabia służyła mi ponad dwa lata. Była w Wiedniu, Bratysławie, Koszycach, Pradze, Miszkolcu, Egerze… Po spłacie ostatniej raty leasingowej, sprzedałem kochane autko, żeby zlikwidować długi, lecz okazało się, że to za mało. Niech komuś służy tak, jak służyła mnie i Anecie.
[13]
Może jednak lepiej nie mieć, a być. Być w moim mniemaniu, to być gdzieś i coś widzieć albo zjeść, wydać pieniądze i cieszyć się. Odkąd mieszkam w Anglii, marzę o podróży do Oksfordu, Edynburga, Dublina czy nad Ocean. Nigdy nad żadnym nie byłem. To pewnie takie przerośnięte morze, ale dopóki nie zobaczę, nie zaznam spokoju. Z Londynu jest tak blisko do Paryża, Amsterdamu, Brukseli, trochę dalej do Barcelony.
Pusty portfel, pusty żołądek, pusta głowa – znakomity punkt wyjścia, żeby zacząć wszystko od nowa. Z tą myślą udaje mi się w końcu zasnąć.
Nazajutrz pada dalej. W wiklinowym fotelu siedzi zgarbiony Zibi. Posępna zazwyczaj twarz wydaje mi się soczewką wszystkich nieszczęść tego świata.
Lecę pod prysznic. Wracam. Zibi ani drgnie. Jem śniadanie, wypijam kawę. Zibi mrugnął powieką może raz. Przystaję.
– Co jest?
Unosi umęczone spojrzenie i zaciąga się Saint Georgem.
– Zwolnili mnie z pracy. Zupełnie bez powodu.
– To co? Jakiś materiał na artykuł masz?
– No niby mam…
Zaczynam rozumieć. To ból prostego człowieka, który dziennikarzem jest dopiero w następnej kolejności. Przede wszystkim chciał zarobić – nawet te 30 funciaków za nockę, co za cały tydzień daje jednak te 200. Nieistotne, jakim kosztem. Może przesiąknął problemami pracujących przy chipsach ludzi, a może odnalazł w sobie tożsame? Omal nie płacze za tymi 2,70 na godzinę, czterdziestominutowymi spacerami do fabryki i paroma godzinami snu.
– Teraz to opiszę – mówi gniewnie.
– Dlaczego dopiero teraz?
– Bo poczułem temat. Sprzedam to do „Super Expressu”, „Europracy”, „Timesa” albo jeszcze gdzie indziej. I dam popalić agencji, która pośredniczy w zatrudnianiu tam ludzi.
Smutno mi. A więc nie dziennikarska powinność, tylko zemsta. Nigdy nie spotkałem dziennikarza śledczego, który zatrudniał się gdzieś w celu zdemaskowania ukrytych mechanizmów i potem żałował, że musi odejść.
– I wrócę do kraju – ciągnie Zibi. – Jeśli parę gazet kupi mój tekst, będę miał pieniądze na rok życia. A wypłaty i tak nie podaruję. Już dzwoniłem. Ujawniłem się i zażądałem wyjaśnień.
Zibi ma tę charakterystyczną cechę, że nie potrafi spuentować tematu. Wszyscy od niego uciekają, bo jak już zacznie gawędzić, to każdy jego monolog wystarcza na sporą, nudną jednoaktówkę. Mimo to słucham. Ten ktoś po drugiej stronie słuchawki wcale nie przejął się rewelacjami Zibiego. Spokojnym tonem oświadczył, że pracuje jako specjalista do spraw rekrutacji i nie interesują go warunki, na jakich fabryka zatrudnia swoich robotników. Zibi może zgłosić się po część wypłaty za dwa dni, wtedy też dowie się, kiedy reszta.
– Jutro się stąd wyprowadzam – mruczy wyraźnie zadowolony. – Archie mnie przyjął tylko na czas zbierania materiału do artykułu.
– To już nie zagramy w karty – mówię z błyskiem w oku.
– Może za rok. Może w lepszym nastroju…
Pichcę sobie kotlety mielone (zrobiłem tyle, że starczyło na cztery dni), wracam do pokoju i słucham deszczu. Z pozoru bezsensowna czynność znacznie poprawia mi nastrój. Przychodzi mi do głowy równie absurdalna myśl, żeby napisać wiersz. Właściwie to nie myśl, tylko imperatyw wewnętrzny, który każe mi wziąć długopis i splamić kartkę kolejnym nerwobólem umysłu. Pisze jeden, drugi, trzeci, potem nagle odkładam długopis i zapominam o sprawie.
Krótka komenda niebios wystarcza, by przestało padać. Po prawie dwudniowym ślęczeniu w pokoju rozpiera mnie energia. Wybiegam na mokrą ulicę, odprowadzany przez tuptającą przy nodze Squatkę. Jest znów leciutka jak piórko. Zapomniałem wspomnieć, że ze dwa dni temu asystowałem przy porodzie małych kociaków. Poszło łatwo i pięć malutkich, kudłatych stworzeń od razu rozpoczęło szturm na rodzinną jadłodajnię.
Robię sobie odprężający spacer po okolicy, powłócząc zdrętwiałymi od nicnierobienia nogami. Trzymanie głowy nisko nie pozwala może wiele dostrzec, ale potrafi człowieka wzbogacić. Pewnego dnia znalazłem 20 pensów, innym razem funta. Teraz idę sobie, a tu pod murkiem leży harmonijka z papieru, który jest mi bardzo bliski. Nie wierząc własnym oczom, podnoszę 10 funtów i oglądam ze wszystkich stron. Wygląda na całkiem zdatne do użycia. Pomijam fakt, że ilekroć patrzę na tutejsze pieniądze, widzę jak brzydkie są angielskie kobiety. Przykład idzie z góry.
Niebo powoli ciemnieje. Wiatr potrząsa wierzchołkami drzew, które dumnie kłaniają się jego potędze. Chmury pędzą na zatracenie, obcierając gębę promiennego księżyca. A ja? Ja rozmyślam, co począć z tak pięknie rozpoczętym wieczorem. Postanawiam zrobić sobie jakąś przyjemność. Łatwo przyszło, łatwo pójdzie. Wstępuję do pubu Greystoke (chyba Tarzan tak miał na nazwisko, zanim zaczął robić hu hu hu). Raźnym krokiem podchodzę do baru i uśmiecham się do dziewczyny, która nalewa piwo.
– Co podać? – pyta bez cienia radości.
Wypuszczam powietrze, nie kryjąc złości. Chyba będę musiał się przyzwyczaić, że wszyscy tutaj wiedzą skąd jestem.
– Carlsberg, proszę – mruczę zdeprymowany.
Łapię szklankę i siadam w kącie za jakimś filarem. Nie chcę razić szanownych bywalców swoją słowiańską gębą, skoro tak to wszystkim przeszkadza. Anglicy piją w pubach na stojąco. Jest to dość ostentacyjne i działa mi na nerwy. Twierdzą, że skoro przez cały dzień siedzą w biurach, mogą postać przy browcu, ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że chcą zaznaczyć w ten sposób swoją szlachetną odmienność. Archie opowiadał mi, że w starych dokach przerobionych na atrakcję turystyczną i w Soho, to w ogóle w pubach nie stoją, tylko na ulicy. W Greystoke ja i ze trzydziestu normalnych kolesi siedzimy, stoi może dwóch, w tym jeden Hindus. Po paru łykach piwa zaczynam w duchu szydzić z jego wyniosłej brytyjskości. A w ogóle, to piwo jest do bani – za słabo schłodzone i gazowane. Ot, sikacz nie wart wspomnienia.
Kupuję jeszcze jedno i wracam na swoje miejsce. Już czuję się pewniej, w duszy gra mi nieco zapomniana melodia, humor też mam niczego sobie. Nagle opada mi szczęka. Przecieram ze zdumienia oczy, lecz te nie kłamią. Podchodzi do mnie uśmiechnięty tajemniczo Matuś.
Przyjaźnimy się od pierwszej klasy liceum – tak na całe życie. Siada naprzeciw mnie, wali szklanką o blat i podbiera mi papierosa, choć podobno sto lat temu rzucił palenie. Odzywa się gwarą, którą wymyśliliśmy na własny użytek:
– Zarobiłżeś co, synku? Martwię się. Nic się nie odzywasz, bucu. Dać ci kasę na smsy?
Prawie płaczę ze wzruszenia.
– Trudny okres. Lada dzień będę jak nowy. Zarobiłżem, ale za mało. W Norłeju mielimy lepiej. Robota stała, wypłata na czas.
– Ale na browca mosz, ino o mnie żeś zapomnioł.
– Nie zapomnołżem, ci godom, tylko nastroju ni mom.
– No dobra. Opowiadaj, jak ci tu.
Wzdycham. Od czego tu zacząć.
– Znalazłem dziś dychę…
Matuś patrzy na mnie, jak na kosmitę.
– Co mi tu bredzisz, bucu? Konkrety! Jak praca?
– Czasem jest, częściej ni ma – mruczę z żałosną miną.
Kręci głową, wypuszczając wielką chmurę dymu. Bez satysfakcji myślę, że znów będzie musiał przeżuć ze dwie gumy, zanim wróci do domu. Basia od dawna ciężko pracuje nad wyplenieniem jego nałogów – póki co z rezultatem takim sobie.
– Och, nie marudź – Matuś dusi peta i pociąga łyk browca. – Ja w Norwegii trzy miesiące czekałem na robotę. A potem przepracowałem cały rok. Długo pospłacałem, Audi kupiłem…
– No wiem, ale Aneta mnie pogania. Mi tu całkiem dobrze jest. Trochę jak w sanatorium. Dawno przestałem myśleć o polskim piekiełku, odsetkach, komornikach, wyciągach z banku, rachunkach do zapłacenia, bezrobociu. Źle sypiam, ale nie z powodu stresu.
– No to piknie, synku. A kasa przyjdzie. Nie chciej szybko. Ona nie lubi być poganiana. Może się obrazić.
– Święte słowa.
– Aneta ma się dobrze. Czasami przechodzę obok waszej Mydlarni. Aneta siedzi i czyta albo z uśmiechem obsługuje klientki. Basia ją też odwiedza, żeby pogadać o byle czym.
– To dobrze. Nie chciałbym, żeby musiała tu przyjeżdżać…
Sam nie wiem, jak to się stało, że Aneta otworzyła sklep z naturalnymi kosmetykami. Parę dni chodziła struta, a potem w ciągu kilku godzin znalazła ciekawych kontrahentów, wynajęła lokal i zorganizowała wyposażenie. Zajęty swoim powolnym bankrutowaniem, nawet nie zauważyłem tej zmiany. Po prostu zastałem gotowy sklep i Anetę za stołem, który miał służyć za ladę. Półki uginały się pod ciężarem towarów, tylko klientów jakoś nie było. Co jej strzeliło do głowy, że poszła w moje ślady? – zachodziłem w głowę, ale bałem się zapytać. Później tak polubiłem ten sklepik, że poświęcałem mu więcej czasu i energii, niż mojej upadającej drętwiźnie. Per saldo radował mnie fakt, że stworzyła od zera coś swojego i ma się czym zająć. Widać zmanierowała się przy mnie na tyle, że kompletnie obca była jej myśl o zatrudnieniu się gdziekolwiek i posiadaniu szefa.
– Mógłbyś mi posłać karton fajek pocztą? – pytam Matusia przebiegle. Na pewno pamięta moje napady paniki w Norwegii, gdy zostawało nam kilka paczek, a ja już chciałem jechać na parking dla TIR-ów po następne.
- Po ile tu stoją? 25?
- Trafiłeś! Jakoś boli, gdy muszę tyle wydać. Nie mówiąc już o kupieniu w sklepie.
Matuś zapisuje adres, dopija piwo i wychodzi. Zostaję sam z burzą myśli. Mam jeszcze trzy paczki. Zanim przesyłka dotrze, i tak będę musiał dokupić. Zawsze ze zgrozą rozmyślam, ile kosztuje nas przedwczesne zejście. Opętańczo wykupujemy polisę na śmierć, a diabeł chichocze. Wydaję na używki więcej niż na jedzenie. Czy zna ktoś głupszego człowieka? Sączę resztki piwa. Na wielkim telebimie gwiazdy popu i rocka gimnastykują się w ośmiu miastach świata, by zebrać kasę dla Afryki i wymusić na politykach większe ustępstwa. Pierwsze idzie łatwo, drugie raczej nie jest możliwe. Live 8 transmituje BBC, więc postanawiam obejrzeć do końca już u siebie. Młody Pakistańczyk w sklepie na rogu pozdrawia mnie czule. Jak oni kochają pieniądze! Entliczek pętliczek – biorę trzy najdroższe piwa – butelkowe Żywce i dumnie niosę do domu.
I tak baśniowa dycha przepadła bez wieści. Wiem, że ze mnie skończony prymityw, ale właśnie tak wydane dziesięć funtów sprawiło mi największą przyjemość.
W domu czekały na mnie dwie wiadomości – dobra i zła. Którą wybrałem? Oczywiście, że złą, by złagodzić jej wpływ balsamicznym działaniem dobrej.
Archie zwołał nas wszystkich do siebie. Na stole stało kilkanaście puszek z piwem. Jerry już siedział, nerwowo strzelając oczami. Nie mógł się doczekać wieści, ale Archie uparcie czekał, aż będzie komplet. W końcu zabrakło tylko Waldka, który jak się okazało, po południu poleciał do Polski.
Każdy z nas otrzymał puszkę eksportowanego z Australii Fostersa i plik dokumentów. Życie we mnie stanęło, krew zatrzymała się, jak metro podczas awarii, a oddech uwiądł gdzieś w podziemiach płuc.
- Nie chciałem wam mówić, ale parę dni temu byli tu ludzie w VPS. Zbadali stan domu od zewnątrz i pojechali. Ten pozew jest skutkiem ich wizyty.
Vacant Property Security. Goście od zabezpieczania drzwi i okien w opuszczonych budynkach. Montują wielkie metalowe blindy i co pewien czas sprawdzają, czy ktoś ich nie naruszył.
- O kurwa! – stwierdza rzeczowo Jerry.
Bladzi i roztrzęsieni rozszyfrowujemy treść pozwu. Jest sześć kopii, jak gdyby wiedzieli, ile osób przebywa na squacie. Nieznane osoby, które naruszyły zabezpieczenia i wdarły się nielegalnie do posesji należącej do przedsiębiorstwa Transport For London, zostaną osądzone zaocznie dnia tego a tego, o tej i o tej, skutkiem czego otrzymają sądowy nakaz opuszczenia zajętego budynku. Koszty sądowe zero funtów, straty wycenione przez TFL – sto pięćdziesiąt.
Pstrykają puszki. Wszyscy wpatrujemy się z napięciem w Jerry’ego, który najlepiej zna angielski. Czekamy na wyrok.
- Odradzam pójście na rozprawę. Możemy zostać oskarżeni o włamanie.
Blady, jak ściana, Archie kręci szybko głową.
- Powiemy, że było otwarte, że ktoś włamał się wcześniej. Przespał noc i poszedł w cholerę.
Jerry dłubie językiem w dziurze w zębie.
- Ryzykowne, ale do zrobienia. I co, będziemy walczyć, żeby uznali nasze prawa lokatorskie, czy jak?
- Mamy tu zarejestrowane firmy, telefony, na ten adres mamy konta w banku. To chyba coś znaczy? Ja tu trzymam cały dobytek, osobisty i firmowy.
Spierają się, zderzają argumenty, obdzierają prawdę z oplatających ją falsyfikatów, a ja w duchu rozmyślam, w czym tak bardzo podpadłem losowi, że znów mnie traktuje w ten sposób. Mogę się spakować w godzinę i z moją jedyną torbą oddalić w dowolnym kierunku, lecz jestem na pół sparaliżowany. Ruszam tylko oczami. Po chwili wstaję i bez słowa idę do siebie. Wiedzą o czym mówią i wiedzą do czego chcą zmierzać. Ja jestem przypadkowym statystą w tym przedstawieniu. Wolę poczekać na wnioski i wtedy podjąć decyzję.
Włączam BBC. Live 8 zwalcza biedę na świecie. Akurat śpiewa Sting. Otwieram piwo i bezsensownie drapię się po brodzie. A, była jeszcze dobra wiadomość. Jerry znalazł mi robotę. Poznał ludzi, którzy kupują flaty i remontują pod wynajem. Trzeba drzeć tapety, malować, sprzątać. Zaczynam od jutra. Znam się na tym. Robiłem to samo w Norwegii. Tylko czy ta wieść jest w stanie równać się z tamtą?
Pół godziny później przychodzi Jerry z dwoma piwami w ręce. Wiem, że do zabrzmi dziwnie, ale jedna połowa jego twarzy jest smutna, a druga promieniuje dawno nie widzianym dawno szczęściem.
- Co jest? – pytam ostrożnie.
- Zakochałem się…
Mimo wszystko, uśmiecham się szeroko. Szczęście w nieszczęściu –czysto polska specjalność .
- Kto jest tą szczęściarą?
- Malwina, kelnerka z Tootingu. Siedzieliśmy obok siebie w pubie, nie wiedząc, że jesteśmy Polakami. Zagadywałem po angielsku, ale słabo jej szło. Nagle okazało się, że też jest z Lublina.
Cieszę się, lecz nijak nie mogę tego okazać. Kiwam tylko głową.
- Rozmawiałem z Archiem. Nie ma nic przeciwko temu, żeby ze mną zamieszkała, zwłaszcza w obecnej sytuacji.
Siedzimy w zamyśleniu. Na scenę w Hyde Parku wychodzi tak oczekiwany Pink Floyd.
[14]
– Po ile tu stoją? 25?
– Trafiłeś! Jakoś boli, gdy muszę tyle wydać. Nie mówiąc już o kupieniu w sklepie.
Matuś zapisuje adres, dopija piwo i wychodzi. Zostaję sam z burzą myśli. Mam jeszcze trzy paczki. Zanim przesyłka dotrze, i tak będę musiał dokupić. Zawsze ze zgrozą rozmyślam, ile kosztuje nas przedwczesne zejście. Opętańczo wykupujemy polisę na śmierć, a diabeł chichocze. Wydaję na używki więcej niż na jedzenie. Ilu jest takich głupków?
Sączę resztki piwa. Na wielkim telebimie gwiazdy popu i rocka gimnastykują się w ośmiu miastach świata, by zebrać kasę dla Afryki i wymusić na politykach większe ustępstwa. Pierwsze idzie łatwo, drugie raczej nie jest możliwe. Live 8 transmituje BBC, więc postanawiam obejrzeć do końca już u siebie. Młody Pakistańczyk w sklepie na rogu pozdrawia mnie czule. Jak oni kochają pieniądze!
Entliczek pętliczek – biorę trzy najdroższe piwa – butelkowe Żywce i dumnie niosę do domu.
Baśniowa dycha przepadła bez wieści, ale właśnie tak wydane dziesięć funtów sprawiło mi największą przyjemność.
W domu czekały na mnie dwie wiadomości – dobra i zła. Którą wybrałem? Oczywiście, że złą, by złagodzić jej wpływ balsamicznym działaniem dobrej.
Archie zwołał nas wszystkich do siebie. Na stole stało kilkanaście puszek z piwem. Jerry już siedział, nerwowo strzelając oczami. Nie mógł się doczekać wieści, ale Archie uparcie czekał, aż będzie komplet. W końcu zabrakło tylko Waldka, który – jak się okazało – po południu poleciał do Polski. Każdy z nas otrzymał puszkę eksportowanego z Australii Fostersa i plik dokumentów. Życie we mnie stanęło, krew zatrzymała się jak metro podczas awarii, a oddech uwiądł gdzieś w podziemiach płuc.
– Nie chciałem wam mówić, ale parę dni temu byli tu ludzie z VPS. Zbadali stan domu od zewnątrz i pojechali. Ten pozew jest skutkiem ich wizyty.
Vacant Property Security. Goście od zabezpieczania drzwi i okien w opuszczonych budynkach. Montują wielkie metalowe blindy i co pewien czas sprawdzają, czy ktoś ich nie naruszył.
– O kurwa! – stwierdza rzeczowo Jerry.
Bladzi i roztrzęsieni rozszyfrowujemy treść pozwu. Jest sześć kopii, jak gdyby wiedzieli, ile osób przebywa na squacie. Nieznane osoby, które naruszyły zabezpieczenia i wdarły się nielegalnie do posesji należącej do przedsiębiorstwa Transport for London, zostaną osądzone zaocznie dnia tego a tego, o tej i o tej, skutkiem czego otrzymają sądowy nakaz opuszczenia zajętego budynku. Koszty sądowe zero funtów, straty wycenione przez TfL – sto pięćdziesiąt.
Pstrykają puszki. Wszyscy wpatrujemy się z napięciem w Jerry’ego, który najlepiej zna angielski. Czekamy na wyrok.
– Odradzam pójście na rozprawę. Możemy zostać oskarżeni o włamanie.
Blady, jak ściana, Archie kręci szybko głową.
– Powiemy, że było otwarte, że ktoś włamał się wcześniej. Przespał noc i poszedł w cholerę.
Jerry dłubie językiem w dziurze w zębie.
– Ryzykowne, ale do zrobienia. I co, będziemy walczyć, żeby uznali nasze prawa lokatorskie, czy jak?
– Mamy tu zarejestrowane firmy, telefony, na ten adres mamy konta w banku. To chyba coś znaczy? Ja tu trzymam cały dobytek, osobisty i firmowy.
Spierają się, zderzają argumenty, obdzierają prawdę z oplatających ją falsyfikatów, a ja w duchu rozmyślam, czym tak bardzo podpadłem losowi, że znów mnie traktuje w ten sposób. Mogę się spakować w godzinę i z moją jedyną torbą oddalić w dowolnym kierunku, lecz jestem na pół sparaliżowany. Ruszam tylko oczami. Po chwili wstaję i bez słowa idę do siebie. Wiedzą o czym mówią i wiedzą do czego chcą zmierzać. Ja jestem przypadkowym statystą w tym przedstawieniu. Wolę poczekać na wnioski i wtedy podjąć decyzję.
Włączam BBC. Live 8 zwalcza biedę na świecie. Akurat śpiewa Sting. Otwieram piwo i bezsensownie drapię się po brodzie. A, była jeszcze dobra wiadomość. Jerry znalazł mi robotę. Poznał ludzi, którzy kupują flaty i remontują pod wynajem. Trzeba drzeć tapety, malować, sprzątać. Zaczynam od jutra. Znam się na tym. Robiłem to samo w Norwegii. Tylko czy ta wieść jest w stanie równać się z tamtą?
Pół godziny później przychodzi Jerry z dwoma piwami w ręce. Wiem, że to zabrzmi dziwnie, ale jedna połowa jego twarzy jest smutna, a druga promieniuje nie widzianym dawno szczęściem.
– Co jest? – pytam ostrożnie.
– Zakochałem się…
Mimo wszystko, uśmiecham się szeroko. Szczęście w nieszczęściu –czysto polska specjalność .
– Kto jest tą szczęściarą?
– Malwina, kelnerka z Tootingu. Siedzieliśmy obok siebie w pubie, nie wiedząc, że jesteśmy Polakami. Zagadywałem po angielsku, ale słabo jej szło. Nagle okazało się, że też jest z Lublina.
Cieszę się, lecz nijak nie mogę tego okazać. Kiwam tylko głową.
– Rozmawiałem z Archiem. Nie ma nic przeciwko temu, żeby ze mną zamieszkała, zwłaszcza w obecnej sytuacji.
Siedzimy w zamyśleniu. Na scenę w Hyde Parku wychodzi tak oczekiwany Pink Floyd.
Dzień wstał mętny jak woda w kiblu. Nie speszyło mnie to ani nie zbiło z pantałyku. W nocy poukładałem sobie meble w głowie i wstałem w znakomitym humorze. Fakt, musiałem wkrótce rozpocząć szukanie dachu nad głową, ale przecież miałem robotę. Czułem się krzepko i przaśnie, jak proletariusz wszystkich krajów złączony w codziennej pasji z pięcioma miliardami pracujących przy ryżu, trzcinie cukrowej, zabawkach za parę centów, taśmociągach, betoniarkach, kasach sklepowych, łopatach. Kolejny miliard prezesów, członków rad nadzorczych, urzędników, pracowników biurowych, całą budżetówkę świata i wszelkiej maści pracodawców z rozkoszą pominąłem, wcale nie chcąc się z nimi bratać.
Zjadłem podwójne śniadanie, narobiłem górę kanapek i pobiegłem do Leylanda po narzędzia. Na dzień dobry dostałem 10% rabatu za to, że stałem na zalanej deszczem ulicy jeszcze przed otwarciem sklepu. To do reszty poprawiło mi humor.
Zanim doszedłem na miejsce jakiś Golfstrom czy inne podobne zjawisko przegoniło złą pogodę w diabły. Już koło południa niebo prawie bulgotało z gorąca, ziemia pękała z sykiem, a skóra na ciele londyńczyków zaczynała skwierczeć. Po tygodniu zimna i deszczu nastało lato z pierwszych stron folderów dla turystów, ja zaś znalazłem się w samym środku tego piekarnika. W dusznym, zakurzonym mieszkaniu odczuwałem to podwójnie, nawet potrójnie, zważywszy że używałem parownicy do zdzierania tapet.
Ale nic to. Od razu włączyłem autopilota i pogrążyłem się w zadumie. Od paru dni myśli były strasznie natrętne. Niektórym dziękowałem – grzecznie, acz stanowczo, inne starałem się zapamiętać, żeby je potem zanotować. Nadchodził czas intelektualnych żniw i wiedziałem, że prędzej czy później będę musiał wrócić do pisania albo zwariuję. Jedna ręka automatycznie przykładała parownicę do ściany, druga zdzierała szpachelką odłażącą tapetę. Mnie, jakby przy tym nie było.
Moją pracodawczynią okazała się młoda, pięknie pachnąca, roztargniona Murzynka o imieniu Catherine. Nasze pierwsze spotkanie przeciągnęło się o godzinę, bo coś poprzestawiało się w jej ślicznej główce i przyjechała mi otworzyć dużo później, niż było ustalone. Płatne minuty mijały, a ja siedziałem sobie na murku i podziwiałem harcujące w ogrodach wiewiórki. Dniówka minęła rozkosznie szybko, efekty widać było gołym okiem. Zadowolony z siebie powędrowałem bocznymi uliczkami w stronę domu, gdzie pożarłem dwie paczki paluszków rybnych z górą ziemniaków i połową słoika czerwonej kapusty firmy „Rolnik”.
Siedzę na łóżku i popijam idealnie smakującą kawę. Wspominam o tym, że trafiłem w smak, bo wbrew pozorom to bardzo drażliwa kwestia. Taka sama kawa smakuje inaczej o innej porze dnia – najlepsza jest rano, potem bywa różnie. To chyba zależy od jakości wody. Rano w wiekowym londyńskim wodociągu płynie w miarę czysta i zdatna do spożycia ciecz, później kwaśna, choć wciąż przezroczysta breja, która zmienia smak wszystkiego, co wymaga użycia wody.
Okazuje się, że nie mam siły czytać ani pisać. Pajęczyna myśli rozerwała się, nie pamiętam ani jednego zdania, których tyle przepłynęło dziś przez moją głowę. Tak samo było w Norwegii. Przez dwa miesiące przeczytałem niecałe pół książki i nie napisałem ani słowa oprócz setki smsów z pozdrowieniami oraz informacjami, co tam u mnie. Jedenastogodzinny dzień pracy nie pozwalał na inny relaks niż kilka butelek Tuborga przed snem.
Okładka „Zaułka łgarza” patrzy na mnie z wdziękiem prokuratora. Udaję, że tego nie widzę. Jestem zmęczony, mimo iż wcale ciężko nie pracowałem. Padam na łóżko i zamykam oczy. Ukrop zza okna bezlitośnie sączy się do mojej samotni i otula mnie wrzącą mgiełką. Czuję się trochę jak na wczasach po powrocie z plaży do pokoju, w którym przestała działać klimatyzacja. Tylko ten wszechobecny szum psuje wrażenie, ale szybko dodaję do mojej wizji, że to promocja „bingo” i trafił mi się akurat pokój od ulicy, a nie od morza. Powoli tonę w lepkiej mazi, prawie nie oddychając. Moje serce stuka w tempie pompki głębinowej ryby…
[15]
Nagle wpada Jerry.
- Włącz telewizor! Szybko!!! Rano były zamachy!!!
- W Londynie? – mruczę przez sen.
- Nie, w Pogwizdowie Mariańskim!
Budzę się z lodowatym dreszczem na plecach i sięgam po pilota. Na każdym kanale relacje z centrum. Zaatakowane zostały trzy stacje metra i autobus. Zakrwawieni, zszokowani ludzie, kordony policyjne, dym. Największe wrażenie robi jednak na mnie przedarty na pół, pozbawiony dachu, piętrowy autobus. Stolica Anglii jest wstrząśnięta chyba po raz pierwszy od czasu, kiedy spadały tu V1 czy V2. Nie ma jeszcze raportów o ofiarach, jednak ze słów reporterów wynika, że może ich być dużo. Żadna linia telefoniczna nie działa, metro zamknięte, policja odradza wychodzenie z domu, jeżeli ktoś naprawdę nie musi. Dopiero teraz dociera do mnie, że za oknem słychać odległe wycie syren.
- Nie mogę się dodzwonić do domu – mówi zmartwiony Jerry – Wszyscy tam pewnie umierają ze strachu.
Od razu myślę o mojej przewrażliwionej mamie. Na pewno pęka jej serce.
Siedzimy z Jerrym i gryziemy paluchy.
- Kto następny? – zżyma się – Polacy czy Australijczycy?
Nie mam siły się nad tym zastanawiać. Wzruszam tylko ramionami – nie obojętnie, raczej bezradnie. W jeden dzień Londyn przestał być sympatycznym, bezpiecznym miejscem, w którym tyle osób planuje zamieszkać na stałe. Także dla muzułmanów stał się mekką lepszego życia, ale ich wojowniczy kumple postanowili ją zniszczyć. Gdzieś wyczytałem albo powiedział mi o tym wszystkowiedzący Archie, że islam wkroczył na drogę, którą chrześcijaństwo kroczyło całe wieki temu. Podbić świat, narzucić mu swoje reguły gry, a jeżeli nie zechce się poddać, zniszczyć i przejąć władzę nad zgliszczami. Tyle, że dla wojowniczego islamu już nie ma niczego do podbicia i stąd wynika frustracja morderców-samobójców. Polityka jest dopiero na drugim miejscu. Może to słuszna teoria, może nie, mnie jakoś przekonała do siebie. W każdym razie najbardziej agresywna religia na świecie zdawała się zagrażać względnemu, z takim trudem zaprowadzonemu porządkowi na świecie.
Eksportowano ją wraz z tysiącami uchodźców poszukujących szans na lepsze życie. Odniosłem wrażenie, że rozpoczęła się czwarta wojna światowa, nie mająca stałego charakteru, skierowana głównie przeciw celom cywilnym. Nowy Jork, Madryt, teraz Londyn. A wcześniej była przecież tunezyjska Djerba, Mombasa, Stambuł, Bali… Powoli ubywało spokojnych miejsc na ziemi. Na zawsze zapamiętałem obraz walących się wież World Trade Center, a jeszcze mocniej wiersz Szymborskiej o spadających ludziach i bezradności poety, który Wyborcza wydrukowała dzień później. To mi po prostu wyżarło dziurę w mózgu.
Późnym wieczorem dodzwoniłem się w końcu do mamy. Drżący głos potwierdza moje podejrzenia. Z mozołem przekonuję ją, że nie jeżdżę do centrum i nic mi nie grozi.
- Po co Ci to wszystko, syneczku?
- Chcę mieć swój dom, przecież wiesz.
- Niech Cię Bóg błogosławi.
- Tu trzeba gadać z Allachem.
- Nie bluźnij!
- Dobrze, mamo. Daj wszystkim znać, że ze mną ok.
Anecie posłałem smsa. Szybko odpowiedziała. Oboje zachowaliśmy spokój.
Nazajutrz ze zdziwieniem odkryłem, że Londyn zachowuje spokój godny czasów Churchila i żyje sobie po staremu. Korki jak co dzień, biegnący na złamanie karku przechodnie, samoloty na niebie. Catherine też nie wyglądała na przejętą.
- It’s terrible – bąknęła tylko i odjechała swoim czarnym BMW V5.
A może to i dobrze? – pomyślałem – To miasto tak łatwo się nie podda. Jest powaga, ale nie ma histerii. Podejście anglosaskie, którego warto byłoby trochę zażyć.
W ciągu trzech dni zdarłem tapety w całym domu. Ostatni to była sobota. Catherine przywiozła jakichś dwóch Murzynów, którzy mieli zrobić stolarkę i dokonać niezbędnych prac przygotowawczych przed przyjściem plastrarzy. Plastrarz to po naszemu tynkarz, ale plaster to nie tynk, tylko śmierdząca trawionym piwem, różowa masa do powlekania ścian. Ci dwaj pracowali wolno, ciągle palili skręty z tytoniu i rozmawiali. Sam zrobiłem więcej, niż oni razem, lecz mimo to odniosłem wrażenie, że Catherine ma do nich lepszy stosunek.
Na koniec dnia wręczyła mi 50 funtów zaliczki i powiedziała, że się odezwie, kiedy plastrarze skończą robotę i będę mógł wystartować z malowaniem. Do domu wracałem tak radośnie, że omal nie tańczyłem po ulicach.
Na squacie czekały dwie niespodzianki. Po pierwsze wyprowadzał się Zibi, po drugie wprowadzała się Malwina. Zibi wziął swój skromny plecak, mruknął coś cicho na pożegnanie i po prostu sobie poszedł. Patrzyłem za nim z lekkim żalem. Nie wiem, ile ma lat, ale skóra obrastająca jego kości jest naprawdę cienka. Od początku podejrzewałem, że jest poważnie chory, lecz nigdy nie odważyłem się zapytać. Mam nadzieję, że sobie poradzi.
Malwina natomiast wzniosła sporo ożywienia do domu. Niewielka, krótko ścięta blondynka z zabawnym błyskiem w oku od razu wywarła na mnie pozytywne wrażenie. Spodobała mi się jej bezpośredniość i niewymuszony luz. Od razu ugotowała obiad dla wszystkich, a to był dla mnie znak, że idą lepsze czasy. Przynajmniej dla mojego żołądka.
Minął cały tydzień.
Telefon milczy. Z goryczą uświadamiam sobie, że Murzyni zabrali mi pracę. Przecież plastrarze na pewno skończyli swoją robotę. Dzwonię kilkakrotnie do Catherine, ale nie odbiera. Schodzę do Jerrego.
Buczy coś przez sen, że do świtu konsumował nową miłość i teraz chce spać, a do Catherine zadzwoni później.
Na wiklinowym fotelu przed moimi drzwiami siedzi Archie i pyka fajkę. Przez chwilę przygląda mi się uważnie, potem kiwa głową.
- Mam dla Ciebie propozycję.
- Dawaj!
- Mam już trochę dość użerania się z Hindusami. Od tego tygodnia podnoszę stawki do dychy za godzinę. Jestem przekonany, że większość z nich zrezygnuje, więc gdybyś chciał, rób dla nich za 5-8 funtów, jak dotąd. Sporo się nauczyłeś, a w fizolce i tak jesteś dobry.
- Dzięki.
- Serio. Weź wszystko na wschód od Hanger Lane. Tylko musisz zrobić sobie ulotki. Ja Ci wydrukuję wzorcowy egzemplarz, a potem będziesz kserował.
W moje uwiędłe ciało wstępuje nowa nadzieja. Biegnę do siebie i przez następną godzinę obmyślam swoją „superatrakcyjną” ofertę. Na pierwszym miejscu daję ogrody, potem malowanie, mycie okien i drobne prace remontowe. Na koniec dodaję, że robię tanio, szybko i dokładnie. Nic więcej nie przyszło mi do głowy.
Widząc moje wypociny, Archie wybucha śmiechem.
- Idealna oferta dla Azjatów. Robisz wszystko i do tego za pół darmo.
- Trudno – wzruszam ramionami – Od czegoś trzeba zacząć.
Jerry dalej śpi, więc nie ma kto sprawdzić, czy zrobiłem to dobrze. Postanawiam zaryzykować. Przygotowujemy z Archiem projekt ulotki, kłócąc się ile egzemplarzy ma mieścić się na stronie A4. On uważa, że osiem, ja obstawiam cztery, bo chcę by treść była dobrze widoczna i czytelna. Z Internetu ściągamy prymitywne obrazki łopat, wideł, grabi i dodajemy jako ornament. Gotowe!
- Łoki toki – stwierdza Archie, puszczając projekt do druku – Weź naszą gilotynę. Nie tnij nożyczkami, bo na bank spieprzysz.
- Się robi, szefie…
Wracam do siebie. Mój nafaszerowany świeżą adrenaliną organizm działa jak idealnie ustawiona maszyna. Równo przycinam ulotki, które rosną w niezły stosik. Ostatnią kartkę zostawiam, żeby pójść naksero.
- Idziesz teraz? – pyta zdziwiony Archie – My z reguły roznosimy ulotki w weekend.
- Nie mam czasu. Zaryzykuję.
Zbiegam po schodach, mijam trąbiące w korku pojazdy i znikam za rogiem jednej z pięknych, bogatych uliczek między North Ealing i Park Royal.
Roznoszenie ulotek to jedna z najprostszych czynności, jakie można wykonywać w Londynie. Każde drzwi mają specjalny otwór, przez który listonosze wrzucają pocztę, akwizytorzy darmowe gazety, a tacy jak ja, swoje oferty.
Przez długi czas nie wierzyłem w skuteczność tego typu reklamy i dopiero sukcesy Archiego przekonały mnie, że Anglicy jednak przeglądają ulotki. Ja, w Krakowie, prosto z wycieraczki niosłem kupkę karteczek prosto do zsypu, czasem zostawiałem na czarną godzinę oferty żarcia na telefon. Tymczasem w Londynie wygląda na to, że mimo ogromnej konkurencji, jest to najprostsza droga dotarcia do klienta. Nie obyło się bez drobnych wpadek. Nie zauważyłem na przykład nalepek ostrzegających, że mieszkańcy domu nie życzą sobie dzwoniących akwizytorów ani „junk mail”, czyli między innymi moich ulotek, i dlatego ktoś wyzwał mnie od najgorszych, ktoś inny zaczął dzwonić na policję, a pewien trzęsący się staruszek poszczuł mnie amstafem.
[16]
Po powrocie do domu jestem wyciszony, jak już dawno nie byłem. Z okładki porzuconej przez kogoś gazety patrzy na mnie ładna buzia Karoliny, która zginęła 7 lipca. Skupiony na własnej niedoli zapomniałem o zamachach, ofiarach, cierpieniu. Wciąż nie podano dokładnej liczby zabitych, ale z dotychczasowych raportów wynika, że może być ich kilkadziesiąt. Jedna ze stacji metra jest nieczynna do dziś. Specjalne ekipy nadal poszukują szczątków, a Piccadily Line jeździ tylko z Heatrow do Hyde Park Corner i z powrotem.
Skończyłem wreszcie „Zaułek łgarza” i przyznam szczerze, że ledwie kilka razy udało się komuś mną tak potwornie wstrząsnąć. Nie zdradzę o co chodzi. Tę podróż każdy czytelnik musi odbyć sam, lecz z powodu wolty, jakiej dokonał Wilson, przez jakiś czas z obawą zerkam na jego kolejną książkę pod tytułem „Ulica marzycieli”. Boję się kolejnej pułapki.
Jerry z Malwiną kręcą się po kuchni, trzaskają garnkami, chichoczą. Jerry beka straszliwie.
– Nie warcz na swoich! – upomina go dziewczyna i oboje wyją ze śmiechu.
Cieszę się ich szczęściem. Wychodzę z mojej nory, żeby im się przyjrzeć. Nie widzą mnie. On siedzi na sofie i popija piwo, ona kręci się przy kuchni. Rozmawiają o małżeństwie, dzieciach, wspólnym życiu. Po paru dniach znajomości! Czy to możliwe, aby dwoje ludzi dobrało się w tak krótkim czasie i jeszcze zyskało absolutną pewność, że chcą ze sobą być na wieki? Nie odpowiadam sobie na to pytanie, nie chcąc psuć nastroju chwili.
– Cześć, Jacenty! – woła jowialnie Jerry – Chodź na browar. Co u ciebie?
– Rozniosłem trochę własnych ulotek. Może coś z tego będzie. A u was?
– Ja od dwóch tygodni nie puściłem żadnego flata. Malwa na razie nie pracuje, bo jej zabroniłem. Muszę się nią nacieszyć.
– Co z Catherine?
– Ode mnie też nie obiera. Może gdzieś wyjechała. Spokojnie, wszystko się wyjaśni. Jutro spróbuję zadzwonić znowu.
Rano budzi mnie telefon. Zaspany próbuję zrozumieć co ta kobieta do mnie mówi. Ma do zrobienia coś wewnątrz domu i cały ogród. Natychmiast odzyskuję przytomność umysłu. Umawiamy się za godzinę na tzw. estimate – obejrzenie roboty i wycenę.
Tego dnia smakują mi nawet grzanki. Nie dopijam kawy i lecę do Susan.
Okazuje się czarnoskórą prawniczką, która mimo urodzenia piątki dzieci zachowała całkiem zgrabną figurę. Przede wszystkim trzeba zamontować w przedpokoju półki, żeby mogła trzymać swoje prawnicze książki i zdjęcia dzieci. Następnie mam poprawić fugi na płytkach w łazience, wyczyścić mur, który upaprali malarze, naprawić wannę, pomalować na nowo biuro i jeszcze tyle rzeczy, że połowę zapomniałem.
Po południu odbieram trzy następne telefony. Emma jest w ciąży i chwilowo nie może zajmować się ogrodem samodzielnie, ma też pomyśleć o myciu okien, Linda chce, żeby przyciąć jej krzewy, a Mrs Abed ma trawnik do przystrzyżenia. Wszystkie spotkania ustalam na jutro. Jestem tak niesamowicie pobudzony i szczęśliwy, że nie mogę zasnąć.
Pracuję przez cały tydzień, biegając z wywieszonym językiem między ogrodami moich nowych, tak nieoczekiwanie zdobytych klientów. U Susan na początku jest śmiesznie. Wydaje mi się, że ona ze mnie kpi, każąc mi przybić parę gwoździ i powiesić jakieś tandetne obrazki. Mam wrażenie, że za chwilę wyskoczy zza drzwi gromada klownów, krzycząc: żartowaliśmy!!! Ale nie, Susan z pełną powagą instruuje mnie, gdzie ma co wisieć i jest bardzo szczęśliwa, kiedy widzi efekt końcowy. Wtedy dociera do mnie, że oni naprawdę nie umieją nic zrobić i cała ta sprawa jest na poważnie. Good for you – mówię sobie i z ochotą wykonuję najbardziej śmieszne zadania, jak dokręcenie deski klozetowej, umocowanie półeczki na szczoteczki do zębów, wkręcenie żarówki.
U Lindy od razu dostaję najtrudniejsze zadanie. Mam zrobić kopułki z krzewów, które strasznie zarosły. Ona czeka z uśmiechem aż zacznę, a mnie z przerażenia trzęsą się nogi. W końcu mówi, że przyniesie coś do picia. Raz kozie… Pierwszy krzew niezbyt mi wyszedł, ale przynajmniej przyzwyczaiłem ręce do posługiwania się nożycami. Drugi całkiem przypomina kulę, a trzeci jest już doskonale okrągły. Z satysfakcją myślę, że z głupia frant przybyła mi nowa, jakże przydatna umiejętność. Reszta zadań była już w moim zasięgu. Łopatą posługuję się równie dobrze, jak piórem, więc szybko zryłem grządki i wysypałem na nie specjalną, kupowaną w workach ściółkę leśną.
Mrs Abed, starej Greczynce chodzi przede wszystkim o przystrzyżenie trawy, a ja nie mam nawet sekatora, o kosiarce już nie mówiąc.
– Mój kolega pani przytnie trawkę, tylko on bierze więcej – sonduję ostrożnie, myśląc o Archiem.
– Nie dam więcej – skrzeczy starsza pani – Co z ciebie za ogrodnik, że kosiarki nie masz?
– Mam, tylko zepsutą – kłamię z wrodzoną łatwością.
– A kiedy naprawisz?
– Za dwa, trzy dni.
– To poczekam, ale nie dłużej, bo mi trawnik zmarnieje.
Chrzanić to na razie, grunt, że wyszedłem z twarzą. Z ulgą biegnę do Emmy. Znów krzaczki do przycięcia, trochę chwastów, zamiatanie. Dzień roboczy mija jak z bicza strzelił, a ja mam 70 funtów w kieszeni. Wszyscy zapłacili mi gotówką, dostałem kilka niezłych napiwków. I po co mi jakaś popieprzona Catherine z jej dniówką za 50 funtów, której i tak nie dostałem?
– Angielki??? – dziwi się Archie, kiedy spotykamy się z palarni przed moimi drzwiami – Dałbym sobie głowę uciąć, że to oferta a’la Hindi/Bengali!
– Widać trafiłem na oszczędnych – wzruszam ramionami – Dzięki, stary.
– Teraz to ci nawet trochę zazdroszczę. Ledwo wrzuciłeś, a już tyle telefonów.
– Głupie szczęście…
W sieni pojawia się Ray. Trzyma w obu dłoniach wielkie torby. Patrzę zdziwiony, jak powoli toczy się po schodach i znika bez słowa.
– Wyprowadza się – tłumaczy Archie – Jest w szoku. Wszystkie pieniądze posyłał synowi, a teraz musi wynająć pokój na legalu.
Wzdycham ciężko. Widmo opuszczenia squatu powraca ze zdwojoną siłą. Ciągle mam tak, że albo szczęście w nieszczęściu, albo odwrotnie.
– Słyszałem, że zwykle dają tydzień na opuszczenie domu. Nie wiem po co ten Ray się tak spieszy – Archie pyka z fajki, mrużąc oczy – Żyjemy w cywilizowanym kraju. Skoro pozwalają zajmować squaty, to muszą mieć opracowaną procedurę ich opróżniania. Podobno istnieje nawet organizacja zajmująca się prawami squatersów. W razie czego zwrócimy się do nich o pomoc.
– Obyś miał rację.
Wieczorem sięgam po kolejną książkę Wilsona. Jakie piękne rozczarowanie! „Ulica marzycieli” jest inna, potoczysta, świeża, zabawna, błyskotliwa. Już po pierwszych kilkunastu stronach wiem, że to jedna z książek mojego życia, że powinna liczyć 10 000 stron albo nigdy się nie kończyć. Facet trafia do przekonania. Fabuła cieszy, bohaterowie są bliscy, tragiczny Belfast staje się miastem prawie znajomym. Zastanawiam się, co pocznę, kiedy już tę książkę przeczytam.
Czytam do późnej nocy. Nie mogę przerwać. Mija godzina za godziną, a ja raz chichoczę kretyńsko, raz nie posiadam się ze zgrozy. Humor, ironia, tragedia – wszystko miesza się inteligentnie i przewrotnie w tym arcypysznym, irlandzkim koktajlu.
Później jednak Wilson znów wycina mi paskudny numer. Kilkanaście stron poświęca na detaliczne opisy masakry w małym sklepiku w Belfaście, jaka nastąpiła po wybuchu bomby. Przedstawia ofiary, ich wcześniejsze życie, a potem dodaje co się z nimi stało w wyniku eksplozji. I mało tego. Następnie zajmuje się wyczerpującym opisem reakcji mieszkańców miasta. Konkluzja? Żadna ze stron – ani bojówki protestantów, ani katolików – nie ucierpiała w wyniku ciągłych zamachów. Jedynymi ofiarami wciąż byli zwykli ludzie.
Rano obudził mnie dzwonek u drzwi. Ktoś zszedł na dół i długo nie wracał. Leżąc w łóżku, rozmyślałem, kto mógł dzwonić. Może kurier, może listonosz, może ktoś z sąsiedniego squata…
Niespodziewanie ktoś zadudnił w moje drzwi, aż podskoczyłem.
- Co kur…!
Archie dygoczącą ręką wręczył mi kawałek papieru. Nie musiałem patrzeć, żeby wiedzieć co to jest.
– Dali nam jeden dzień…
– CO???!!!
– Czarno na białym napisano, że mamy opuścić dom nazajutrz do 9.30 rano.
– Przecież miał być tydzień! – jęczę zdruzgotany.
– Widać procedury się zmieniły. Nie było nas w sądzie.
Rozchodzimy się bez słowa. Namiastka wspólnoty jaką utworzyliśmy pryska w jednej chwili. Teraz każdy jest desperatem, który szuka dla siebie najlepszego wyjścia z sytuacji. Londyn nas złączył, Londyn rozdzieli.
Nikt nie poszedł do pracy. Od rana trwa gorączkowe pakowanie manatków, ukrywanie co większych i wartościowych przedmiotów w Dark Roomie, gdzie na koniec mamy przysypać to wszystko starymi deskami, tworząc sztuczną górę śmieci. A gdy wrócimy, ułożyć cały ten majdan po staremu.
Jerry wstaje ostatni, a na niego właśnie czekam. Chcę go poprosić o pomoc w rozmowach z potencjalnymi landlordami, jednak nie jest to proste. Nerwowo obgryzam paznokcie, gdy bierze z Malwiną wspólny prysznic. Jest tak absurdalnie zakochany, że słabo zdaje sobie sprawę z tego co się dzieje. Oboje przeprowadzają się do znajomego na Ruislip, więc największe zmartwienie mają z głowy.
Zresztą jak każdy, oprócz mnie. Ray od paru dni mieszka gdzieś w okolicach Harlesden, Waldek przeprowadza się na jakiś czas do kolegów z pracy, a Archie z Magdą na pobliski squat. Tylko ja, samotnik, z najkrótszym stażem w Londynie, nie mam gdzie się podziać. W końcu nie wytrzymuję nerwowo i zaczynam zakładać ciuchy, żeby iść pod którąś ze „ścian płaczu” z ogłoszeniami.
Na schodach stoi Jerry z kubkiem parującej kawy w ręce.
- Pomóc ci w czymś? – pyta, wkurzając mnie do reszty.
- Przydałaby się pomoc w szukaniu pokoju, ale jesteś tak zajęty…
- Bo to, stary, jest miłość.
- Znalazłem kilka ogłoszeń. Acton, Ealing, Perivale, Alperton, Brentford.
- Pokaż – popijając kawę, przegląda zakreślone przeze mnie oferty – Dla pracujących, dla niepalących, dla pary… O, to może być.
- Przecież trochę pracuję, a palić mogę poza domem.
- Będzie potrzebne zaświadczenie z pracy. A z fajkami racja. Ten Acton podoba mi się najbardziej. Niedaleko stąd, 70 funtów z rachunkami. – bierze ode mnie telefon i rozmawia z kimś chwilę – Nieaktualne. Chodź do nas. Nie będziemy dzwonić na schodach.
Malwina posyła mi szybki uśmiech i wraca do pakowania rzeczy do wielkiej walizki na kółkach, z którą przybyła tu niedawno. Po paru łykach kawy Jerry dochodzi do formy. Mówi płynnie, pyta o różne szczegóły, jak wysokość depozytu, dostęp do kuchni i łazienki. Po paru telefonach patrzy na mnie bezradnie.
- Wszyscy życzą sobie czterotygodniowy depozyt. To jest, lekko licząc, 280 funtów plus czynsz z góry.
Mam tyle, ale wiem, że moja psychika słabo zniesie utratę 350 funtów.
- Zagadaj o dwutygodniowy. Przecież mogę załatwić referencje o kilku klientów. Nie jestem anonimowy.
- Jesteś – mówi zmartwiony – Nie masz konta, nie masz legalnej pracy. Teoretycznie nie istniejesz. Chyba będziesz musiał poszukać wśród Polaków. Na dwutygodniowy nie zdecyduje się nawet narkoman w ciągu.
- Nie wiem czy chcę z Polakami.
- Jest tu jeszcze coś, ale to Hounslow.
Coś mi świta. To gdzieś po drodze na Heathrow. Nie zastanawiam się wiele.
- Dzwoń!
Drżącą dłonią zapalam papierosa. Jerry patrzy na mnie bezradnie i odkłada telefon.
- Przejdź się obejrzeć ogłoszenia. Potem spróbujemy jeszcze raz.
Widząc moją minę zbitego psa, bezradnie rozkłada ręce. Bąkam ciche podziękowanie i idę na Ealing Broadway. Jest środek lata, ogłoszeń jak na lekarstwo, a do tego większość z nich to same fantastyczne oferty do szybkiego zapomnienia. Dwa razy próbuję dodzwonić się i zapytać o pokój, lecz nikt nie odbiera. Ogłoszenia wiszą z reguły przez tydzień. Prawdopodobnie te są już nieaktualne, choć jeszcze przez parę dni będą robić złudzenia potrzebującym.
Wracam markotnie. Gapię się pod nogi, mając nadzieję na dziesięciofuntową poprawę nastroju, ale nic z tego. Nagle dzwoni telefon.
- Słucham?
Po akcencie poznaję Hindusa. Mówi szybko, nieskładnie i niewiele z tego rozumiem. Przerywam mu i proszę o chwilę cierpliwości, bo zaraz oddzwonię. Rzucam się biegiem. Na schodach potykam się i rozkładam jak długi. Bagatelizuję to. Przyjdzie jeszcze czas na masowanie kolana.
- Jerry! Dzwoń!
Skwapliwie bierze ode mnie telefon. Coś zapisuje, potem uśmiecha się do mnie szeroko.
- Hounslow Central. 5 minut od stacji metra. Zgodził się na trzytygodniowy depozyt. Za dwie godziny masz tam spotkanie. Tu jest adres. Sprawdź w azetce.
Bobby, dziwnie miły, hinduski jegomość z nieco przerośniętym brzuszkiem podaje mi pulchną, nie skalaną pracą dłoń i długo patrzy w oczy. Pyta gdzie pracuję, co robię, jak długo zamierzam zostać. Kiedy dowiaduje się, że dłubię w ogrodach i maluję, uśmiecha się szeroko, proponując mi pomalowanie kilku domów i zadbanie o ogrody. Nie do końca mu wierzę. Chyba przez to, że ciągle poklepuje mnie po ramieniu i próbuje być sympatyczniejszy niż ustawy od Gangesu po Tamizę przewidują. Nadużywa przy tym określeń typu: good man, my friend, bless you. W Polsce na opinię dobrego człowieka trzeba pracować bardzo długo, a i tak w końcu ktoś to zakwestionuje, przyjaciół ma się niewielu, czasem jednego, częściej żadnego, błogosławi cię głównie ksiądz i to z reguły tylko podczas nabożeństw. W Hounslow mam to wszystko w jednym i wcale mi się nie podoba.
Pokój jak pokój. Ma cztery ściany, szafę i łóżko, na podłodze wykładzinę w oknie zasłonę. Mówię, że super, żeby nie ranić uczuć gospodarza. Bobby wystawia mi pokwitowanie za depozyt i czynsz oraz podsuwa do podpisu cztery egzemplarze umowy. Ciągle sypie pustymi frazesami, aż zęby bolą.
Na squacie trwa nerwowa bieganina. Archie i Waldek wciąż znoszą meble do Dark Roomu. Zabawna rzecz, wreszcie zobaczyłem faceta. Rozbiegane oczy za taflą grubych okularów prześlizgnęły się po mnie zdawkowo, blady uśmiech na żółtawej twarzy był niespecjalnie szczery.
Oni dwaj mają najwięcej do stracenia. Cały ich majątek, całe życie od ponad roku znajduje się właśnie tu.
Włączone są już jedynie prąd i woda. Magda polewa Żubrówkę i Teachersa, Jerry i Malwina siedzą na ostatniej, nie wyniesionej jeszcze sofie, i sączą drinki.
- Co podać? – pyta Magda.
- Whisky poproszę.
Dostaję Teachersa z colą i sadowię się na parapecie okna. W duchu chwalę pomysł z alkoholem. W stanie umiarkowanej nieważkości łatwiej będzie nam znieść to wszystko. Wypijam dwa drinki i włączam się do roboty. Znoszę te rzeczy, które jestem w stanie unieść sam. Na dole ładujemy to na wózki i wieziemy na drugi squat.
Z zazdrością patrzymy jak dobrze żyje się naszym znajomym. Nie grozi im żadna eksmisja, mają nawet ładny ogródek, ławeczkę i grill. Od strony ulicy dom wygląda na opuszczony, lecz gdy się wejdzie między krzewy i pójdzie wąską ścieżką, odnajduje się zupełnie inną rzeczywistość.
- Tym to się żyje – jęczy Jerry.
- Jaka piękna trawa – dołącza się Archie – Nie mamy szczęścia, chłopaki.
W drodze powrotnej Jerry mruga do mnie, pokazując sklep na rogu.
- Stary, ja dziś straciłem tyle pieniędzy, że…
Przerywam w połowie zdania, bo dociera do mnie, że to ostatni taki wieczór.
- A, chodź!
Archie odmawia. Tłumaczy, że dopóki sprawy porządkowe nie są skończone, więc musi zachować czysty umysł. Wierzę mu, bo z reguły po drugim piwie osiąga stan, który ja mam po szóstym, a Jerry pewnie po dziesiątym.
Wypijamy pod sklepem po Żywcu, resztę bierzemy ze sobą. Powłóczymy nogami, już nie ma się dokąd spieszyć.
- Jak tu spać? No powiedz, dasz radę? – pyta z goryczą Jerry.
- Mowy nie ma. Czułem się tu lepiej niż w Krakowie – odpowiadam ze smutkiem – Aż pewnego dnia przyszedł smętny pan w czerni, zapukał i zapytał o mnie. Panie Jacku, co się z panem dzieje? Szukamy, pytamy. Brakowało pana w rejestrze, ale już wszystko w porządku.
- Kto to był?
- Urzędnik z Biura Ludzi Zaginionych należącego do Departamentu Ciągłego Braku Szczęścia.
Jerry wybucha krótkim śmiechem.
- A pytał o mnie?
Kiwam lekką już głową.
- Pewnie. A Jerry jest? Jest – mówię – ale zakochał się i poszedł na randkę. Niedobrze – facet jest zmartwiony, potem macha ręką: Pan mu przekaże, że byłem i pytałem o niego. Tak czy owak dobrze by było, żeby panowie wrócili do kraju, gdzie ich miejsce. Wybory tuż tuż, mnóstwo ciekawych spotkań z politykami, którzy mogą coś zmienić.
Jerry klepie się po brzuchu. Patrzy na mnie jakoś tak czule, że robi mi się głupio. Potem zagarnia mnie ramionami i wbija w swój pokaźny brzuch.
- Ty naprawdę wymyślasz historie.
- Raczej kradnę życiorysy. Wrzucam je do kotła i chochlą wybieram co lepsze kęsy. Twój też jest smakowity.
- Fajnie, że cię poznałem. Musimy tu szybko wrócić albo przynajmniej wynająć razem mieszkanie. Studio flat albo one bedroom.
- Byłoby super…
Pospijaliśmy się, jak mopsy. Mam wrażenie, że wcale nie spałem.
Jest szósta. Za trzy i pół godziny deadline. Autentyczny koniec pewnego rozdziału. Początek nowej pustki.
Z trudem przełykam niewielkie śniadanie. Powoli schodzą się wszyscy – markotni, niewyspani, przerażeni, że to naprawdę kres naszych dni na squacie. Archie odłącza kolejno prąd, później wodę. Patrzymy na siebie żałośnie. Ja z wdzięcznością, że złagodził mi trudy emigracji, on z żalem, że nic więcej nie może zrobić. Ściskam go serdecznie, głaskam nic nie rozumiejącego kota i idę po raz ostatni do siebie. Tam ból dokucza mi najbardziej. Spędziłem w tym pokoju dwa spokojne miesiące, moje blizny zasklepiły się, typowo polskie lęki i stresy przepadły. Okres inkubacji dobiegł końca. Nadchodził czas samodzielności.
- Chłopie, pomóż – prosi Jerry – Ja sam nie dam z tym wszystkim rady. Pomóż nam, potem pojedziemy z twoimi.
- Świetny pomysł!
Nigdzie się nie spieszę, a to dobra okazja, żeby jeszcze trochę pobyć razem. Tachamy walizy do metra, cała trójka sapie i zalewa się alkoholowym potem. Po wyjściu z metra Jerry wymiotuje na trawnik.
- Wybaczcie – stęka – Za bardzo się przejąłem.
- Ty mój wrażliwku! – Malwina tuli go i głaszcze po głowie.
Bierzemy bety i człapiemy w górę ulicy.
[17]
Chcę poprosić Jerry’ego o pomoc w rozmowach z potencjalnymi landlordami. Nerwowo obgryzam paznokcie, gdy bierze wspólny prysznic z Malwiną. Jest tak absurdalnie zakochany, że słabo zdaje sobie sprawę z tego, co się dzieje.
Oboje przeprowadzają się do znajomego na Ruislip, więc największe zmartwienie mają z głowy. Zresztą jak każdy, oprócz mnie. Ray od paru dni mieszka gdzieś w okolicach Harlesden, Waldek przeprowadza się na jakiś czas do kolegów z pracy, a Archie z Magdą na pobliski squat. Tylko ja, samotnik, z najkrótszym stażem w Londynie, nie mam gdzie się podziać. W końcu nie wytrzymuję nerwowo i zaczynam zakładać ciuchy, żeby iść pod którąś ze „ścian płaczu” z ogłoszeniami. Na schodach stoi Jerry z kubkiem parującej kawy.
– Pomóc ci w czymś? – pyta, wkurzając mnie do reszty.
– Przydałaby się pomoc w szukaniu pokoju, ale jesteś tak zajęty…
– Bo to, stary, jest miłość.
– Znalazłem kilka ogłoszeń. Acton, Ealing, Perivale, Alperton, Brentford.
– Pokaż – popijając kawę, przegląda zakreślone przeze mnie oferty. – Dla pracujących, dla niepalących, dla pary… O, to może być.
– Przecież trochę pracuję, a palić mogę poza domem.
– Będzie potrzebne zaświadczenie z pracy. A z fajkami racja. Ten Acton podoba mi się najbardziej. Niedaleko stąd, 70 funtów z rachunkami. Bierze ode mnie telefon i rozmawia z kimś chwilę. – Nieaktualne. Chodź do nas. Nie będziemy dzwonić na schodach.
Malwina posyła mi szybki uśmiech i wraca do pakowania rzeczy do wielkiej walizki na kółkach, z którą przybyła tu niedawno. Po paru łykach kawy Jerry dochodzi do formy. Mówi płynnie, pyta o różne szczegóły, jak wysokość depozytu, dostęp do kuchni i łazienki. Po paru telefonach patrzy na mnie bezradnie.
– Wszyscy życzą sobie czterotygodniowy depozyt. To jest, lekko licząc, 280 funtów plus czynsz z góry.
Mam tyle, ale wiem, że moja psychika słabo zniesie utratę 350 funtów.
– Zagadaj o dwutygodniowy. Przecież mogę załatwić referencje od kilku klientów. Nie jestem anonimowy.
– Jesteś – mówi zmartwiony. – Nie masz konta, nie masz legalnej pracy. Teoretycznie nie istniejesz. Chyba będziesz musiał poszukać wśród Polaków. Na dwutygodniowy nie zdecyduje się nawet narkoman w ciągu.
– Nie wiem, czy chcę z Polakami.
– Jest tu jeszcze coś, ale to Hounslow.
Coś mi świta. To gdzieś po drodze na Heathrow. Nie zastanawiam się zbyt długo.
– Dzwoń!
Drżącą dłonią zapalam papierosa. Jerry patrzy na mnie bezradnie i odkłada telefon.
– Przejdź się obejrzeć ogłoszenia. Potem spróbujemy jeszcze raz.
Widząc moją minę zbitego psa, bezradnie rozkłada ręce. Bąkam ciche podziękowanie i idę na Ealing Broadway. Jest środek lata, ogłoszeń jak na lekarstwo, a do tego większość z nich to same fantastyczne oferty do szybkiego zapomnienia. Dwa razy próbuję dodzwonić się i zapytać o pokój, lecz nikt nie odbiera. Ogłoszenia wiszą z reguły przez tydzień. Prawdopodobnie są już nieaktualne, choć jeszcze przez parę dni będą robić złudzenia potrzebującym.
Wracam markotnie. Gapię się pod nogi, mając nadzieję na dziesięciofuntową poprawę nastroju, ale nic z tego. Nagle dzwoni telefon.
– Słucham?
Po akcencie poznaję Hindusa. Mówi szybko, nieskładnie i niewiele z tego rozumiem. Przerywam mu i proszę o chwilę cierpliwości. Mówię, że zaraz oddzwonię. Rzucam się biegiem. Na schodach potykam się i rozkładam jak długi. Bagatelizuję to. Przyjdzie jeszcze czas na masowanie kolana.
– Jerry! Dzwoń!
Skwapliwie bierze ode mnie telefon. Coś zapisuje, potem uśmiecha się do mnie szeroko.
– Hounslow Central. 5 minut od stacji metra. Zgodził się na trzytygodniowy depozyt. Za dwie godziny masz tam spotkanie. Tu jest adres. Sprawdź w azetce.
Bobby, dziwnie miły hinduski jegomość z nieco przerośniętym brzuszkiem podaje mi pulchną, nie skalaną pracą dłoń i długo patrzy w oczy. Pyta, gdzie pracuję, co robię, jak długo zamierzam zostać.
Kiedy dowiaduje się, że dłubię w ogrodach i maluję, uśmiecha się szeroko, proponując mi pomalowanie kilku domów i zadbanie o ogrody. Nie do końca mu wierzę. Chyba przez to, że ciągle poklepuje mnie po ramieniu. Nadużywa przy tym określeń typu: good man, my friend, bless you. W Polsce na opinię dobrego człowieka trzeba pracować bardzo długo, a i tak w końcu ktoś to zakwestionuje, przyjaciół ma się niewielu, czasem jednego, częściej żadnego, a błogosławi cię głównie ksiądz i to z reguły tylko podczas nabożeństw. W Hounslow mam to wszystko w jednym.
Pokój jak pokój. Ma cztery ściany, szafę i łóżko, na podłodze wykładzinę, w oknie zasłonę. Mówię, że super, żeby nie ranić uczuć gospodarza. Bobby wystawia mi pokwitowanie za depozyt i czynsz oraz podsuwa do podpisu cztery egzemplarze umowy. Ciągle sypie pustymi frazesami.
Na squacie trwa nerwowa bieganina. Archie i Waldek wciąż znoszą meble do Dark Roomu. Zabawna rzecz, wreszcie zobaczyłem faceta. Rozbiegane oczy za taflą grubych okularów prześlizgnęły się po mnie zdawkowo, blady uśmiech na żółtawej twarzy był niespecjalnie szczery. Oni dwaj mają najwięcej do stracenia. Cały ich majątek, całe życie od ponad roku znajduje się właśnie tu.
Włączone są już jedynie prąd i woda. Magda polewa Żubrówkę i Teachersa, Jerry i Malwina siedzą na ostatniej, nie wyniesionej jeszcze sofie, i sączą drinki.
– Co podać? – pyta Magda.
– Whisky poproszę.
Dostaję Teachersa z colą i sadowię się na parapecie okna. W duchu chwalę pomysł z alkoholem. W stanie umiarkowanej nieważkości łatwiej będzie nam znieść to wszystko. Wypijam dwa drinki i włączam się do roboty. Znoszę te rzeczy, które jestem w stanie unieść sam. Na dole ładujemy to na wózki i wieziemy na drugi squat.
Z zazdrością patrzymy jak dobrze żyje się naszym znajomym. Nie grozi im żadna eksmisja, mają nawet ładny ogródek, ławeczkę i grill. Od strony ulicy dom wygląda na opuszczony, lecz gdy się wejdzie między krzewy i pójdzie wąską ścieżką, odnajduje się zupełnie inną rzeczywistość.
– Tym to się żyje – jęczy Jerry.
– Jaka piękna trawa – dołącza się Archie. – Nie mamy szczęścia, chłopaki.
W drodze powrotnej Jerry mruga do mnie, pokazując sklep na rogu.
– Stary, ja dziś straciłem tyle pieniędzy, że…
Przerywam w połowie zdania, bo dociera do mnie, że to ostatni taki wieczór.
– A, chodź!
Archie odmawia. Tłumaczy, że dopóki sprawy porządkowe nie są skończone, musi zachować czysty umysł. Wierzę mu, bo z reguły po drugim piwie osiąga stan, który ja mam po szóstym, a Jerry pewnie po dziesiątym.
Wypijamy pod sklepem po Żywcu, resztę bierzemy ze sobą. Idziemy włócząc nogami, już nie ma się dokąd spieszyć.
– Jak tu spać? No powiedz, dasz radę? – pyta z goryczą Jerry.
– Mowy nie ma. Czułem się tu lepiej niż w Krakowie – odpowiadam ze smutkiem. – Aż pewnego dnia przyszedł smętny pan w czerni, zapukał i zapytał o mnie: Panie Jacku, co się z panem dzieje? Szukamy, pytamy. Brakowało pana w rejestrze, ale już wszystko w porządku.
– Kto to był?
– Urzędnik z Biura Ludzi Zaginionych z Departamentu Ciągłego Braku Szczęścia.
Jerry wybucha krótkim śmiechem.
– A pytał o mnie?
Kiwam lekką już głową.
– Pewnie: A Jerry jest? – Jest – mówię – ale zakochał się i poszedł na randkę. – Niedobrze – facet jest zmartwiony, potem macha ręką: Pan mu przekaże, że byłem i pytałem o niego. Tak czy owak dobrze by było, żeby panowie wrócili do kraju, gdzie ich miejsce. Wybory tuż tuż, mnóstwo ciekawych spotkań z politykami, którzy mogą coś zmienić.
Jerry klepie się po brzuchu. Patrzy na mnie jakoś tak czule, że robi mi się głupio. Potem zagarnia mnie ramionami i wbija w swój pokaźny brzuch.
– Ty naprawdę wymyślasz historie.
– Raczej kradnę życiorysy. Wrzucam je do kotła i chochlą wybieram co lepsze kęsy. Twój też jest smakowity.
– Fajnie, że cię poznałem. Musimy tu szybko wrócić albo przynajmniej wynająć razem mieszkanie. Studio flat albo one bedroom.
– Byłoby super…
Pospijaliśmy się jak mopsy. Mam wrażenie, że wcale nie spałem.
Jest szósta. Za trzy i pół godziny deadline. Prawdziwy koniec pewnego rozdziału. Początek nowej pustki.
Z trudem przełykam niewielkie śniadanie. Powoli schodzą się wszyscy – markotni, niewyspani, przerażeni, że to naprawdę kres naszych dni na squacie. Archie odłącza kolejno prąd, później wodę. Patrzymy na siebie żałośnie. Ja z wdzięcznością, że złagodził mi trudy emigracji, on z żalem, że nic więcej nie może zrobić. Ściskam go serdecznie, głaskam nic nie rozumiejącego kota i idę po raz ostatni do siebie. Tam ból dokucza mi najbardziej. Spędziłem w tym pokoju dwa spokojne miesiące, moje blizny zasklepiły się, typowo polskie lęki i stresy przepadły. Okres inkubacji dobiegł końca. Nadchodził czas samodzielności.
– Chłopie, pomóż – prosi Jerry. – Ja sam nie dam z tym wszystkim rady. Pomóż nam, potem pojedziemy z twoimi.
– Świetny pomysł!
Nigdzie się nie spieszę, a to dobra okazja, żeby jeszcze trochę pobyć razem. Tachamy walizy do metra, cała trójka sapie i zalewa się alkoholowym potem. Po wyjściu z metra Jerry wymiotuje na trawnik.
– Wybaczcie – stęka. – Za bardzo się przejąłem.
– Ty mój wrażliwku! – Malwina tuli go i głaszcze po głowie.
Bierzemy bety i człapiemy w górę ulicy.
[18]
6 rano. Londyn budzi się do życia. Na wpół uśpieni ludzie biegną do łazienki, robią kawę i grzanki, w pośpiechu golą twarze lub robią makijaż. Łapię torbę i biegnę wraz z nimi na spotkanie dnia.
7 rano. Londyn jedzie do pracy. Ze sklepów szybko znikają gazety, trzepoczą bramki metra. Na kolejnych stacjach pierzchają coraz większe grupy, by w codziennej sztafecie zmienić się z drużyną zmierzającą do centrum. Ja wymieniam niewidzialną pałeczkę z młodym yuppie w błyszczącym garniturze i modnej ostatnio różowej koszuli. Nie mam uprawnień do tej gry, ale udaję na całego. Nie jadę do żadnej pracy, tylko do pośredniaka, przejrzeć najnowsze oferty. Na miejscu okazuje się, że w czwartki otwierają dwie godziny później.
A niech to szlag – mamroczę wściekły. – Nieszczęścia hasają stadami. Ciekawe co jeszcze? Mam czysto polski talent do wynajdywania i liczenia dla efektu ciemnych stron życia. Archie parokrotnie starał się przekonać mnie, że już wkrótce przesiąknę anglosaskim optymizmem i zacznę z rezerwą podchodzić do problemów, jednak póki co, niczego takiego nie zauważam. Może dlatego, że od dawna nie przydarzyło mi się nic miłego, co choć trochę rozjaśniłoby panujący we mnie mrok.
Mam dwie godziny, więc jadę na Ealing Broadway. Niedaleko stamtąd stoi nasz były dom – tak, nie waham się użyć tego określenia, bo im dłużej mieszkam w Hounslow i muszę sobie radzić sam, tym bardziej tęsknię za spokojnym czasem mieszkania na squacie.
Mój Ealing. Pełen życia, lekko wytworny, bardzo zielony. Przywiązałem się do niego i żadna inna dzielnica mi się nie podoba. Nie wiem dlaczego. Gdy kiedyś ktoś mnie pytał, za co właściwie tak kocham
Kraków, też nie potrafiłem odpowiedzieć. Miałem pustą głowę i pełne serce. Po prostu.
Siadam na ławce w parku i nieudolnie próbuję zrobić skręta. Ciągle mi wychodzą płaskie, niekształtne. Zaciągam się i przyglądam przechodniom. Po twarzach widzę, że wielu z nich to Polacy. Jest nas tu bardzo dużo, lecz nie tworzymy żadnej wspólnoty, jak Hindusi, Arabowie, Japończycy itp. Nie lubimy siebie nawzajem, unikamy się, gdy słyszymy ojczystą mowę, nabieramy wody w usta i udajemy kogoś innego. Jakoś to smutne.
Serce mi podskakuje do gardła na dźwięk dzwonka telefonu. A może to kolejny klient? Po dwóch tygodniach tłustych, kiedy pracowałem niemalże codziennie, przyszedł tydzień kompletnej ciszy. Rozrzuciłem kolejne ulotki w różnych miejscach, ale nikt nie kwapił się, żeby zadzwonić. Cieć Bobby w dwóch ratach zabrał mi połowę zarobionej sumy, a ja z anielskim uśmiechem odpędzałem od siebie mordercze myśli, czekając aż wreszcie sobie pójdzie i będę mógł cierpieć w spokoju.
Nic z tego, to nie dzwoni żaden klient, tylko Archie.
– Co tam? – pytam ponuro.
– Siedzimy na walizkach. Nora ciemna jak Dark Room, gdzie spał Zibi. Musimy jak najszybciej tam wrócić, bo oszalejemy. Codziennie ochroniarze patrolują okolicę Hanger Lane. Nic się nie dzieje, nikt tam nic nie robi. Ekipa trochę zdemolowała wnętrza i zamurowała drzwi. Mam nadzieję, że nie zabiją okien. Przez pierwszy tydzień będziemy wchodzić po drabinie, a potem wstawimy drzwi na nowo.
Zazdroszczę mu determinacji i pewności siebie. Ja czuję wyłącznie przyciąganie ziemskie.
– A jak nie, to mam na oku nowy squat – ciągnie energicznym tonem. – W centrum Ealingu. Gdyby trzeba było pójść w nocy i wyłamać drzwi, pisałbyś się?
Nie myślę długo.
– Za duży ze mnie tchórz – mówię szczerze. Żeby świadomie złamać prawo, trzeba do tego dorosnąć. Ja tu jestem za krótko.
– Ok, tak tylko pytałem. Nie martw się. Jeszcze wrócą stare czasy.
– Pewnie – mruczę bez przekonania.
Jeżeli kiedykolwiek były w moimi życiu stare czasy, nigdy nie wracały. Nagle przychodzi mi do głowy najnowsza, najbardziej aktualna definicja życia. Życie to proces zmuszający człowieka do ciągłego przystosowywania się do zmiennych warunków, jakie w zaskakujący sposób narzuca. W sumie to banał, jednak bardzo mi w tej sytuacji potrzebny.
Wlokę się do Job Centre. Kolejka już czeka. Same szare, zmęczone twarze tych, do których szczęście na ogół odwraca się dupą. O dziesiątej unosi się roleta, ludzie gaszą skręty i kupą walą do drzwi, niby szlachta na Szweda. Nie wiem za bardzo co robić, więc wchodzę ostatni. Część idzie do stoisk informacyjnych, reszta zajmuje miejsca przy elektronicznych wyszukiwarkach lub od razu siada do darmowych telefonów.
Nie chce mi się już jęczeć. Powiem tylko, że wizyta tam zakończyła się całkowitym fiaskiem. Nie znalazłem ani jednej sensownej oferty dla ogrodnika, malarza czy pracownika szeroko pojętej gastronomii. Oferowano same dziwaczne stanowiska o niezrozumiałych wymaganiach. Wychodząc na ulicę po raz pierwszy odniosłem wrażenie, że Londyn mnie nie lubi i chce się mnie pozbyć. Znalazłem się w sytuacji płukacza, który trafił do Eldorado dziesięć lat po wydobyciu ostatniej bryłki złota. Gdybym był Hankiem Chinaskim z książek nieodżałowanego Charlesa Bukowskiego, ucieszyłbym się niezmiernie, że nie ma dla mnie sensownej roboty i poszedł z ćwiartką whiskey do najbliższego parku, by zakończyć wieczór bladym świtem u boku jakiejś pudernicy, ale to nie było „Factotum”, tylko moje pochrzanione życie.
W desperacji myślę o samozatrudnieniu. Podobno to takie proste i w każdej chwili można wycofać się, nie ryzykując kasy ani reputacji. Pod Inland Revenue dosłownie opada mi szczęka i dopiero zbłąkana mucha, która trafia mnie w zęby, pomaga mi unieść ją z powrotem. Wygląda to jak sklep „u turbana” i człowiek nie obeznany na pewno tam nie trafi. U nas budynek Urzędu Skarbowego albo ZUS-u widać z daleka, bo jest największy, najokazalszy w okolicy, pracują tam setki utrzymywanych na koszt podatnika darmozjadów, a i tak wciąż okazuje się, że są braki kadrowe lub ktoś ma problem z interpretacją przepisów.
Kolejka pod Inland Revenue jest na tyle duża, że postanawiam przyjść innym razem. Ostatecznie własny biznes rejestruje się w Anglii w trzy miesiące po wystawieniu pierwszej faktury.
Z każdym krokiem przybywa wątpliwości.
No dobrze, znów będę miał firmę, tylko skąd wziąć klientów? Dobra reklama sporo kosztuje, tania, jak dotąd nie przynosi rezultatów. Za
rogiem ulicy dostrzegam znajomą gębę. Solidna postura, siwy wąs, kamizelka ze sztruksu narzucona na flanelową koszulę – wypisz wymaluj komornik ze skarbowego. Nie mam siły uciekać. Przystaję i czekam co się wydarzy.
– A witam, panie Jacku! – mówi jowialnie.
– Witam, panie Krzyśku! – przedrzeźniam go, choć wcale nie jest mi do śmiechu.
– Gdzie też się pan podziewa? – pyta fałszywie zatroskany.
W referacie komorników US panuje zasada pewnej poufałości z dłużnikiem. Nikt nie nalega, nie pogania, nie straszy, nic tylko gadka-szmatka i uśmieszki. Chyba zatrudnili psychologów, którzy objaśnili, że z ludźmi w kłopotach nie ma żartów. A nuż taki wyjmie tasak, piłę mechaniczną albo koktajl Mołotowa. W końcu pada sakramentalne: to ile wpłacamy? i gość ma poczucie, że dostał wolną rękę w spłacie zaległości. Daje co ma, a potem pytają, kiedy następna rata i może na chwilę odetchnąć.
– Tu i tam – odpowiadam z pozornym luzem.
– Bo, wie pan, odsetki lecą. Dzień po dniu suma rośnie.
– Nic nie poradzę. Nawet tu niespecjalnie mi się wiedzie.
– Przeczekamy – macha ręką i odchodzi. Skarb Państwa nierychliwy…
Kiedy sprzedałem samochód, dostali za PIT-4 i PIT-5 wraz z kosmicznymi odsetkami. Na VAT zabrakło, bo mnie też paru kolesi przekręciło – suma była mniej więcej podobna.
Obracam się i spluwam trzy razy za siebie
– A kysz, maro nieczysta – szepczę rozbawiony tym nieoczekiwanym zachowaniem.
Okrzyki sprzedawców owoców spod Shopping Centre przywracają mi równowagę. Czereśnie po trzy funty, brzoskwinie i truskawki po funcie. Sięgam do kieszeni, bo owoce wyglądają naprawdę apetycznie. Miedziane penale, trochę srebrników – razem 95 pensów. A, niech to. Nie chcę rozmieniać papierów, bo potem już leci.
Wracam do domu pustym pociągiem metra. Wszyscy są w pracy, wagony wożą powietrze, bezrobotnych i turystów do terminali lotniska Heathrow. Cały czas czuję, jak magia Londynu ulatnia się, obdzierając mnie ze złudzeń, że znajdę tu spokój. Na całym świecie tak jest, że aby żyć spokojnie, trzeba mieć pieniądze. Jak to się stało, że o tym zapomniałem???
Dziś znów dzień czynszowy. Bobby wpadnie, kiedy mu przyjdzie ochota i chodząc od pokoju do pokoju będzie poklepywał po ramieniu lub wrzeszczał. Nigdy nie wiadomo, o której przyjedzie, więc ludzie zostawiają mu pieniądze na łóżku. Wchodzi do pokoju i zostawia pokwitowanie. Nie bardzo mi się ten obyczaj podoba, dlatego w każde piątkowe popołudnie siedzę na wyrze i bawię się banknotami, które za moment stracę. Moi najbliżsi sąsiedzi: Rick i Sara łażą boso, jak posrani. Tupanie przenika ściany i dudni w uszach, chwilami zagłusza je szum przelatującego nad domem samolotu.
Później zaczynają trzaskać drzwiami, jakby chodzili tam i z powrotem.
[19]
Na początku było całkiem miło. Zostałem przez nich zaproszony na kolację. Stół w living roomie aż uginał się pod ciężarem rozmaitych przystawek, zakąsek i potraw. Okazało się, że Rick trochę pracował jako kucharz, ale głównie zajmuje się przebywaniem na bezrobociu i dorabianiem na boku jako malarz, ogrodnik czy kierowca. Kiedy zapytałem, skąd jest, obruszył się i pokazał mi pępek z wytatuowanym napisem: Made in England. To po jaką cholerę wynajmujesz jakiś parszywy pokój, zamiast kupić dom?! – przemknęło mi przez myśl, ale zmilczałem. Sara pochodzi z RPA i też jest bezrobotna. Oboje pochwalili mój angielski, który po kilku godzinach intensywnej konwersacji, naprawdę prezentował się nieźle. Powoli schodzili się inni mieszkańcy tego wielkiego, trzypiętrowego domu. Francuzka Letitia, Holender Mark, Linda z Kamerunu, Kathy z Tajlandii, jakiś Albańczyk, którego imienia nie zrozumiałem, kolejna Angielka Kerry, Kall z Algierii… Wszyscy jedli i pogodnie mamrotali o niczym, a ja pośrodku tej międzynarodówki czułem się trochę jak królik wyjęty z kapelusza. Zrozumiałem wreszcie, co to jest kosmopolityzm, i wiem, że mi się nie podoba. Jestem skromnym facetem z Polski, który lubi swój kraj i panujące w nim obyczaje, tylko ma nieustannego pecha i nie może zbudować sobie domu w górach, gdzie zmieści kupę dzieciaków, psów i kotów.
Podobno mieszka tu siedemnaście osób, a ja poznałem zaledwie kilka. Jedni wychodzą bardzo wcześnie, inni wracają bardzo późno. Ktoś stale łazi po pokoju nade mną. Deski trzeszczą, słychać kroki tak dokładnie, jakby ten ktoś chodził mi po głowie. Nawet w krakowskim bloku nie miałem takich atrakcji. Do tego co chwila nad domem przelatuje samolot i to od szóstej rano do jedenastej w nocy.
Nienawidzę tego miejsca. Marzę o powrocie na squat, do mojego pustego pokoju, do warkotu silników, nawet do puszczanego w kółko przez Waldka Hallelujah Cohena. Jedyną niewątpliwą korzyścią z mojego pobytu tutaj jest trening angielskiego. Już się nie jąkam, mówię prawie automatycznie, jakbym miał przygotowane odpowiednie zasoby leksykalne.
Dzwoni telefon. Obcy numer. Naprawdę. Wyskakuję z łóżka i daję sobie kilka sekund na ochłonięcie.
– Halo?
– Czyści pan dywany?
– Co proszę?
– Czy czyści pan dywany?
– Eee, czy może pani powtórzyć?
– CZY-ŚCI PAN DY-WA-NY???
– A, dywany. Niestety nie.
– To przepraszam.
Duma z posiadanych zdolności językowych mija, ale pozostaje nutka satysfakcji, że w końcu ktoś zadzwonił i przynajmniej o coś zapytał. Czyli znów jedna z moich ulotek nie trafiła do kosza ani do kominka, tylko do czyichś rąk.
Powoli tracę kontakt ze światem. Czasem w środku nocy mam wrażenie, że wszyscy o mnie zapomnieli. Czas mija, dni zacierają się w mojej pamięci. Dzień w dzień biegam z kserowanymi ulotkami i wpatruję się w milczący telefon. Ani razu jednak nie przychodzi mi do głowy myśl, żeby spakować się i wracać. Pewnie dlatego, że nie mam dokąd. Mimo wszystko odłożyłem tyle pieniędzy, ile nie zarobiłbym w Polsce przez rok. Tylko to wciąż za mało na długi, na dom, na nowy początek.
Cholera, co jest nie tak z tymi ulotkami?! Te, które odniosły największy sukces, były pełne błędów i podpisane: Jacek. Strasznie się wkurzałem, gdy ktoś zwracał się do mnie per Dżasek lub Dżejsik. Teraz mam poprawne, idealnie zredagowane i skrojone, a zadzwoniła ledwie jedna osoba. Nic nie rozumiem.
Wszyscy wychodzą do pracy, ja siedzę w pokoju i myślę. Nie sprawdziłem się, nie podzieliłem losu tysięcy innych uchodźców z Polski i nie urządziłem się samodzielnie. Wszystko zawdzięczam Archiemu. Gdyby nie on, nie zagrzałbym tu miejsca dłużej niż przez tydzień. Jedyna pociecha, że los zsyła nam czasem ludzi, którzy mogą coś dla nas zrobić.
Londyn nie jest już bezpiecznym miastem. Siedzimy na bombie. Wiemy, że jest, jednak nie wiemy gdzie. Po raz drugi wojujące z własnym cieniem świry próbowały zaatakować metro, lecz eksplodowały jedynie zapalniki. Jeśli bogowie czasem się kłócą o kierunek przeznaczenia, tym razem Nasz był górą.
Codziennie czytam Metro lub jakąś inną gazetę, którą ktoś uprzejmie zostawia dla mnie na murku lub ławce przed domem. Co dnia gazety meldują o jakimś morderstwie. Czasem spektakularnym, czy wręcz romantycznym, jak to, gdy pewien zakochany desperat nie mógł znieść myśli o rozstaniu i zastrzelił kochankę, a potem siebie; częściej o pospolitym mordzie na tle rabunkowym, seksualnym lub będącym skutkiem bójki. W jedno jest zamieszany nawet jakiś Polak, który zniknął, gdy w wynajmowanym przez niego mieszkaniu policja znalazła rozkładające się zwłoki mężczyzny ze Szczecina. W Polsce morderstwo czy napad to jednak medialna gratka dla Faktu czy Super Expressu, tutaj zwykła codzienność.
Londyn przestał również być miejscem do zarobienia szybkich pieniędzy. Przybyło tu zbyt dużo taniej, dobrej siły roboczej, która psuje rynek, żądając niskich, nieraz absurdalnie niskich pieniędzy. Trzeba pracować dłużej, a zarabia się mniej. Polska prasa w stolicy Anglii daleka jest od euforii sprzed roku. Tytuły: „Nadzieja umiera na Wyspach”, „Londyński kierat” itp., mówią same za siebie. W Irlandii mnożą się samobójstwa wśród niemogących sobie poradzić Polaków, w Anglii wielu rodaków nadal toczy walkę o byt dzięki setkom agencji pracy, które nie wymagając znajomości języka, wysyłają „handymanów” do fabryk, na farmy i budowy poza Londynem. W samym Hounslow oraz dalej na zachód i południe jest ich kilkadziesiąt. Sam przez jakiś czas myślałem, żeby spróbować, ale sukces pierwszej partii ulotek, rozbestwił mnie na nowo.
Siedzę i myślę, a silniki samolotów huczą mi nad głową. Nazajutrz znów telefon. Obcy numer. Skwapliwie odbieram, żartując w duchu, że to jakiś ankieter albo telefoniczny sprzedawca byle czego.
– Jack?
– Yes.
– I give you Arthur.
– Ok.
Chwila złowrogiej ciszy.
– Jacek? – głos Archiego lekko drży.
– Zgadnij, skąd dzwonię?
Mówię, że nie wiem, choć gdzieś na dnie brzucha kłuje mnie szpila niepokoju.
– Z aresztu dzwonię…
Syczę przekleństwo, które ciśnie mi się na usta. Siadam ciężko i gapię się w róg ściany.
– Jak to się stało?
– Odpuściliśmy nasz squat, bo ten w centrum Ealingu wydał mi się ładniejszy. Weszliśmy z Waldkiem bez problemu. Kilka minut później przyjechała policja.
– Tam musiał być alarm!
– Też tak myślę. No nic. Teraz to i tak nie ma znaczenia. Dzwonię do ciebie, bo wydaje mi się, że kto jak kto, ale ty zachowasz spokój. Nic się nie dzieje. Mam prawnika i tłumaczkę. Dają nam jeść i tak dalej. Chodzi mi tylko o to, że musisz jakoś powiedzieć to Magdzie. Ona pewnie myśli, że weszliśmy i zaczęliśmy remont.
– Pogadam z nią. Nic się nie martw. Co możemy zrobić, żeby cię wypuścili?
– To już mój ból głowy. Gdybym nie wyszedł po trzech dniach, zacznijcie szukać po komisariatach. Ale sądzę, że po sporządzeniu aktu oskarżenia nas wypuszczą.
Złowrogie słowa dźwięczą mi w głowie, a jednocześnie czuję uzasadnioną ulgę, że nie dałem się namówić na tę imprezę.
– Zrobię co w mojej mocy. Trzymaj się!
Miał możliwość wykonania tylko jednego telefonu i zadzwonił do mnie. Jest chyba kimś więcej niż tylko moim kumplem.
Archie rozłącza się. Siedzę bez ruchu w absolutnej ciszy. Niby zakładałem taką możliwość, a mimo to jestem zaskoczony i smutny. Przyjechaliśmy na tę „Wyspę obiecaną” uczciwie pracować, płacić podatki, żyć zgodnie z nakazami systemu. Niektórzy z nas zdołali już zabijać, gwałcić, kraść, oszukiwać. Teraz Archie dołączył do tego niechlubnego grona, choć przecież nic złego nie zrobił.
Znowu telefon. I drugi. I jeszcze jeden. Najpierw jakiś starszy pan drżącym głosem wypytuje, kiedy mogę przyjechać obejrzeć dom i ogród do zrobienia, potem miła kobieta zapewnia, że potrzebuje ogrodnika na stałe, wreszcie przygłuchy Polak krzyczy mi do ucha, że mam poprawić tynk wokół okna i sprawdzić, czy rynny nie są zapchane. Wszystkich zapewniam o swojej rzetelności i umawiam się na kolejne dni. Ulotki naprawdę działają! Choćby były byle świstkami, pełnymi błędów, w Anglii zawsze znajdzie się ktoś, kto zadzwoni akurat do ciebie.
Wieczorem spotykam się z Magdą w parku na Ealing Broadway. Jest spokojna, lecz zaciśnięte do białości usta sugerują, że to tylko maska. Rozmawiamy o czymkolwiek, byle tylko nie poruszyć bolesnej struny. Próbuję żartować, bagatelizować, być bardziej pewnym siebie, niż sytuacja pozwala. Magda uśmiecha się coraz cześciej, w końcu mówi:
– Niezły z ciebie uspokajacz.
Po chwili dołącza do nas zdyszany Jerry. Koszula pod obcisłym garniturem jest mokra od potu. Jerry przypomina wieloryba, który w tajemnym szale wypezł na brzeg i już nie może wrócić do morza.
– Wiadomo coś?!
Kręcimy głowami.
– Chodźmy na policję. Może nam powiedzą, gdzie ich trzymają i co im grozi.
– Niezła myśl – kiwam głową.
Na komisariacie oficer dyżurny przygląda nam się krzywo. Jerry twardo stawia żądania. Musimy dowiedzieć się, gdzie przetrzymują naszego przyjaciela i jakie są w ogóle zarzuty. W Polsce nie trzyma się ludzi w areszcie na dłużej niż 24 godziny, zwłaszcza przy drobnych przestępstwach. Próba zesquatowania niezamieszkanego domu wydaje nam się właśnie czymś takim.
Oficer twierdzi, że u nich Archiego nie ma. Sugeruje, by przyjść nastepnego dnia lub popytac w sąsiednich komisariatach.
- W dupę uprzejmy – warczy Jerry – Nie wiem czy zauważyliście – bo ja miałem wielokrotnie okazję, że w Londynie wszystko zależy od tego, na kogo trafisz. Załatwiasz wymianę prawa jazdy na angielskie, zakładasz konto w banku, rejestrujesz firmę, kupujesz ubezpieczenie, bierzesz telefon na stałe, wynajmujesz chatę, cokolwiek… Jedna osoba będzie twierdzić, że coś jest nie tak, kręcić, stawiać wymagania, przeszkadzać, inna załatwi ci to od ręki. Bardzo indywidualne podejście. Podejrzewam, że ten baran był zbyt leniwy, żeby nam pomóc.
Mam dziwne wrażenie deja vu. Mój były wspólnik pokłócił się kiedyś z dziewczyną i po wypiciu butelki wódki wyjechał naszym firmowym Polonezem w miasto. Ujechał dwa skrzyżowania i go aresztowali. Szukałem go potem po krakowskich komisariatach, niczym ojciec krnąbrnego dzieciaka.
Jerry sapie, jak podbieszczadzka ciuchcia. Olbrzymi brzuch przeszkadza mu przy każdym kroku. Zerkam ukradkiem czy aby ostatnio bardziej nie przytył.
- Coś ci wyraźnie służy, stary – mówię, klepiąc go w potężne ramię – Wspólne obiadki, kolacyjki, co…?
- Życie rodzinne – przyznaje – Tylko z robotą kiepsko. Malwina ma mało zleceń, a ja trafiłem na chudszy okres.
- Wciąż nie wynająłeś żadnego flatu???
- Niestety…
Odprowadzamy Magdę pod sąsiedni squat. Ściskamy ją serdecznie. Jerry obiecuje rano zadzwonić gdzie trzeba.
Odchodząc, patrzymy na siebie ironicznie. Normalnie od razu poszlibyśmy po piwo i rozsiedli się na trawie przy Heaven Green lub małym skwerku przy stacji Ealing Common, gdzie jest tylko jedna ławka, zawsze zajęta przez Polaków. Tym razem jednak sytuacja nie nastraja do zabawy, a upijać się na smutno nie zawsze wypada.
- To lecę. Baba czeka z kolacją.
- Leć. Daj jutro znać, jeśli się czegoś dowiesz.
- Jasne.
Jerry znika za bramkami metra.
Przez całą drogę do domu myślę o Archiem. Jerry pewnie wie, co on przeżywa, bo sam kiedyś przeszedł procedurę deportacyjną. Ja nie mam pojęcia. Wyobrażam sobie wilgotne kazamaty, gdzie słychać tylko brzęczenie łańcuchów i okrzyki oszalałych więźniów. Po chwili wybucham śmiechem, płosząc jakąś staruszkę siedzącą obok. Moje wiadomości są trochę nieaktualne. Od czasów Hrabiego Monte Christo, Nędzników i Papillona minął szmat czasu. Dziś pewnie cele to pobielone pomieszczenia z piętrowymi łóżkami i okutymi drzwiami lub – jak w amerykańskich filmach – tylko kratą oddzielającą cele od korytarza. Tak czy owak moje myśli nie są kolorowe. Zastanawiam się czy było warto tak ryzykować. Zakładając, że koszt wynajęcia dwuosobowego pokoju wraz z mediami, wynosi średnio 110 funtów na tydzień, oszczędność z tytułu mieszkania na squacie, można było oszacować na jakieś 400-500 funtów miesięcznie. Daje to jakieś 5000-6000 rocznie. Czyli WARTO! W tym momencie zamykam temat. Archie wiedział ile ryzykuje i ile może zyskać.
W domu zastaję hałas i poruszenie. Rick nosi przez living na podwórko mnóstwo dziwnych rzeczy – jakichś starych telewizorów, magnetowidów, lamp, książek, toreb, narzędzi, zabawek, a nawet wielki żyrandol.
- Zjesz z nami kurczaka curry? – pyta, obcierając pot z czoła.
Nieśmiało kiwam głową. W Polsce na ogół nie wypada, ale w Anglii odmawiając, sprawia się komuś przykrość.
- Po co ci to wszystko? – pokazuję ręką na jego graty, nie mogąc powstrzymać krzywego usmieszku.
- Na car boot.
- ???
- Siadaj. Zaraz wytłumaczę.
Sara nakrywa do stołu. Z podziwem patrzę na różne miseczki z zakąskami, sosami i sałatkami. Nie rozmawiamy. Mam wielki kompleks związany z Sarą i ona chyba o tym wie. Mówi inaczej – szybko i z dziwnym akcentem. Prawie wcale jej nie rozumiem, choć przecież mówi po angielsku. Podsłuchując ludzi w metrze i na ulicach, wychwyciłem, że takich jak ona jest więcej. Szkoci i Walijczycy wcale nie ustępują Sarze poziomem bełktoliwości językowej.
Rick stawia przede mną puszkę Stelli.
- Lunch za parę chwil.
Siada obok i pyta:
- Masz jakąś robotę dla mnie?
Uśmiecham się złośliwie i kręcę głowa. Już mnie parę razy złapał na ten żart. Pyta dla jaj, ale wyczuwam podskórną złość, że zabrałem mu pracę. Zaraz po wprowadzeniu się tutaj, dogadałem się z cieciem Bobby’m, że pomaluję korytarz i uporzadkuję ogród za równowartość dwutygodniowego czynszu. Potem okazało się, że Bobby obiecywał to samo Rickowi. Myślałem, że będzie z tego powodu sporo nieporozumień, jednak Rick stwierdził, że to nie moja wina. I rzeczywiście tak było.
- Co to jest ten car boot?
- Stara angielska tradycja. Ludzie mają w domach mnóstwo staroci, z którymi trudno im się rozstać. Nie chcą ich tak po prostu wyrzucić, więc co niedzielę jadą na car boot i sprzedają je z bagażnika. Ja zbieram różne rzeczy wystawione przed domy lub podarowane mi przez klientów i nimi handluję. Mogę cię zabrac w niedzielę. Jestem w tym naprawdę dobry.
- Ile na tym wychodzisz?
- Czasem 100, czasem 300 funtów.
- Nieźle.
Rick podaje swoje cuda kulinarne. Są naprawdę wyśmienite. Chętnie przystaję na dokładkę. Dopijam piwo i zostawiam ich samych przy butelce wina z Południowej Afryki. Chcę zasnąć, zanim obejrzą talk show i pójdą do pokoju. Seksualne jęki Sary nie wpływają na mój sen za dobrze .
Znów myślę o Archiem. Czy mu tam twardo, czy nie marznie, czy nie jest głodny. Jakieś pół godziny temu minęła doba od momentu zatrzymania. A może zdarzył się cud? Dzwonię do Magdy. Nie odbiera. Po kwadransie dostaję od niej sms-a: „nie wrócił”. Pewnie, jak ja, łudziła się i czekała.
Powoli moje myśli kierują się setki kilometrów stąd ku śpiącej w pustym łóżku Anecie.
cdn

JACEK OZAIST
Z URODZENIA BIELSZCZANIN
Z SERCA KRAKOWIANIN
Z DESPERACJI LONDYŃCZYK
ABSOLWENT FILMOZNAWSTWA UJ
PISZE GŁÓWNIE PROZĄ POEZJĄ PARA SIĘ NIEREGULARNIE
Nowy Czas w PDF 3(139)
February 15, 2010
Nowy Czas w PDF 2(138)
February 2, 2010
Nowozelandzka Przygoda
January 29, 2010
Biorąc do ręki globus, łatwo sprawdzimy, że Londyn i leżący w Nowej Zelandii Auckland znajdują się niemalże dokładnie po przeciwnych stronach świata. Różnica czasu pomiędzy obydwoma miastami wynosi dwanaście godzin, zaś podróż w jedną stronę zajmie ponad dobę. Bilety do najtańszych też nie należą, jednak wyprawa do Nowej Zelandii warta jest poniesionych trudów i kosztów.
Lot do Hong Kongu trwał dwanaście godzin. Tam następny samolot i – znów niemalże pół doby w powietrzu. Z góry miałem okazję zobaczyć australijskie wybrzeże, wzdłuż którego lecieliśmy przez jakiś czas. Zaś podchodząc do lądowania – panoramę Auckland, miasta, którego widok nawet z lotu ptaka pozostawia niezapomniane wrażenia.
Jeśli podróżowaliście do Wielkiej Brytanii przed wejściem Polski do UE, to pewnie wiecie, jakim horrorem było wtedy spotkanie z urzędnikiem imigracyjnym. Na lotnisku w Nowej Zelandii wcale nie jest lepiej. Oprócz dokładnej spowiedzi na temat celu wizyty i długości pobytu oraz konieczności odpowiedzi na wnikliwe pytania, gdzie dokładnie zamierzam się zatrzymać, skontrolowano dokładnie mój bagaż podręczny. Nowozelandzkie przepisy są bardzo restrykcyjne jeśli chodzi o wwożenie na teren kraju różnorakich produktów pochodzenia zwierzęcego i roślinnego. Specjalne bramki i wyszkolone psy, biegające po torbach kręcących się na bagażowej karuzeli, sprawdzają nie tylko czy nie przewozimy narkotyków lub kostek semtexu, ale także kanapek z szynką, owoców czy chociażby kwiatów dla ukochanej.
Chroniąc własną gospodarkę
Dzieje się tak nie bez powodu. Nowozelandzka przyroda jest kompletnie bezbronna jeśli chodzi o „najeźdźców” z zewnątrz. Przed przybyciem Europejczyków w te strony jedynymi ssakami występującymi na wyspach były nietoperze. Dziś szczury, króliki, psy i przywiezione z Australii oposy stanowią plagę, którą nie wiadomo jak zwalczyć. Wprawdzie epidemia, jaka wybuchła parę lat temu wśród królików poważnie ograniczyła ich liczbę, jednak bezpańskie psy i koty do dziś są głównym czynnikiem powodującym zmniejszanie się populacji ptaka kiwi, będącego symbolem kraju. W świecie roślinnym sytuacja jest podobna. Europejskie chwasty wypierają rodzimą roślinność, zaś przywleczone nie wiadomo skąd algi sieją spustoszenie w jeziorach Wyspy Południowej.
Kolejnym zagrożeniem dla (tym razem gospodarczej) równowagi kraju są napływający masowo imigranci. Wprawdzie Nowa Zelandia nadal dynamicznie się rozwija i potrzebuje rąk do pracy, jednak tamtejszy rynek oczekuje na specjalistów. Nisko wykwalifikowana siła robocza, głównie z Azji, nie jest w stanie zapewnić krajowi odpowiedniego tempa wzrostu. Co więcej – bezrobotni przybysze, z licznymi rodzinami, stają się dodatkowym obciążeniem dla nowozelandzkiego podatnika. Stąd konieczność restrykcyjnych kontroli wjazdowych.
Gdy jednak przejdziemy już przez wszystkie procedury graniczne, jeden z najpiękniejszych zakątków świata staje przed nami otworem. W Nowej Zelandii znajdziemy wszystko: zapierające dech w piersiach góry i morze z pięknymi plażami, lodowce i tropikalną roślinność, industrialną nowoczesność największych miast i maoryską tradycję…
Pierwszy przystanek
Najlepszym sposobem na zwiedzanie kraju jest wynajęcie samochodu i jazda dokąd oczy poniosą. Albowiem wszędzie znajdziemy coś ciekawego. Paliwo jest w Nowej Zelandii dużo tańsze niż w Anglii, noclegi w licznych hotelikach i schroniskach również, tak więc beztroskie jeżdżenie po kraju nie powinno nadmiernie obciążyć naszej kieszeni jeśli wydatki będziemy planować z rozsądkiem.
Dla większości turystów pierwszym przystankiem jest zazwyczaj Auckland. To największe, najnowocześniejsze, multikulturowe miasto jest najbardziej rzucającą się w oczy wizytówką kraju. W porównaniu z nim znajdujące się na przeciwległym końcu wyspy Wellington jest senną mieściną, do której ludzie nie zapuszczają się zbyt często jeśli nie mają poważnego powodu. A przecież to właśnie Wellington jest stolicą – przynajmniej z administracyjnego punktu widzenia. Bo tak naprawdę, gdy przybywającego do Nowej Zelandii turystę spytamy o stolicę kraju, z pewnością większość bez wahania wymieni Auckland, nie zdając sobie nawet sprawy z tego, jaki błąd popełnia.
I nic w tym dziwnego. Wellington, z jego niemalże prowincjonalną atmosferą w niczym nie przypomina cztery razy większego, nowoczesnego, szybko rozwijającego się Auckland. To tu właśnie skupia się życie artystyczne i kulturalne kraju. Tu również, górując ponad nowoczesnymi biurowcami, stoi Sky Tower – najwyższa budowla południowej półkuli. Stąpanie po szklanej podłodze zawieszonego ćwierć kilometra nad ziemią tarasu widokowego przyspiesza bicie serca nawet tym, którzy twierdzą, że nie wiedzą co to lęk wysokości. Z kolei wielbiciele mocnych wrażeń będą mieli okazję wpompować nieco adrenaliny do żył skacząc ze Sky Tower na linie.
Ekstremalnie i zwyczajnie
Zresztą nie tylko w Auckland można sobie zafundować podobne przeżycia. Nowa Zelandia uchodzi za światową stolicę sportów ekstremalnych. Pośród wspaniałych widoków, jakie oferuje wyspiarski kraj, skok na bungee to jedyne w swoim rodzaju doświadczenie. W wielu miejscach kraju turysta może sobie również zafundować rafting. Jest to spływ pontonem wzdłuż wartkiej, górskiej rzeki, w której roi się od wirów, wodospadów i wystających z wody ostrych kamieni. Wypadnięcie z pontonu prosto do lodowatej wody nie należało do najprzyjemniejszych wydarzeń mojego życia, ale zjazd w dół siedmiometrowego wodospadu jest wrażeniem, którego łatwo się nie zapomina.
Miłośnicy wspinaczki górskiej również nie powinni czuć się zawiedzeni. Na obu głównych wyspach kraju znajdują się malownicze pasma górskie. Najwyższy szczyt kraju, Mount Cook, wznosi się na ponad 3 tys. metrów nad poziom morza. Otaczające go góry są niewiele tylko niższe, zaś w oddzielających je dolinach przez cały rok zalegają lodowce. Nic więc dziwnego, że nazwano je Alpami Południowymi. Góry wyrastają miejscami prosto z oceanu. Jadąc z Christchurch, największej miejscowości Wyspy Południowej do Picton, portowego miasta, do którego zawijają promy z Wyspy Północnej, po jednej stronie, zaledwie kilkadziesiąt metrów od drogi, są malownicze morskie plaże, zaś po drugiej – górskie szczyty. Na zboczach, zamienionych w wielkie pastwiska – tysiące owiec. Złośliwi mawiają, że Nowa Zelandia ma 44 mln mieszkańców, z czego cztery miliony to ludzie, zaś reszta – barany. Choć tak naprawdę ostatnimi laty zamiast owiec coraz częściej można ujrzeć tam krowy. Jak mówili mi lokalni farmerzy – krowi biznes jest bardziej opłacalny.
Jednak dobrze rozwinięte rolnictwo kraju to nie tylko hodowla. Nowa Zelandia jest też liczącym się producentem jabłek i ich przetworów, oraz – co chyba nie dziwi – owoców kiwi. Jadąc przez kraj często zastanawiałem się, czy slangową nazwę swej nacji (Kiwis) Nowozelandczycy tak naprawdę nie zawdzięczają owocom, a nie osławionym ptakom, bo wymierającego nielota w czasie swej wyprawy nie zobaczyłem ani razu, a plantacje kiwi niemalże na każdym kroku. Z daleka do złudzenia przypominały uprawy winorośli. Bo pamiętajmy, że Nowa Zelandia jest również coraz bardziej liczącym się w świecie producentem wina.
Najlepszym miesiącem na wizytę w tym kraju jest marzec – najazd turystów już się kończy, temperatury stają się bardziej znośne, zaś przyroda jest najpiękniejsza właśnie o tej porze roku. A właśnie dla przyrody, dla widoków warto przebyć taki szmat drogi. Nie bez powodu twórcy ekranizacji „Władcy Pierścieni” wybrali tę krainę, by „udawała” Śródziemie. Albowiem tu właśnie znajdziemy wszystkie części składowe tolkienowskiego świata. Wielkie, trawiaste równiny, nieprzebyte lasy, góry, gejzery i wulkany. Jadąc z północy na południe zauważamy powolną zmianę szaty roślinnej. Tropikalne, palmowe gaje ustępują z wolna lasom liściastym, w których najbardziej rzucającym się w oczy elementem są eukaliptusy. Ich wysokie pnie, z korą obłażącą długimi płatami, pozwalają wiszącym wyżej niż u pozostałych drzew jasnozielonym koronom na znakomity dostęp do światła słonecznego. Wprawdzie również w Londynie znajdziemy w przydomowych ogródkach pojedyncze eukaliptusy zasadzone przez botaników-amatorów, te jednak swym wyglądem w niewielkim stopniu przypominają okazy z południowej półkuli. Im zaś dalej na południe, tym bardziej roślinność przypomina tę, którą znamy z naszej europejskiej strefy klimatycznej.
na czterech kółkach
Przez Nową Zelandię podróżuje się szybko. Wielkie terenowe smoki z napędem na cztery koła rzadko jeżdżą tam wolniej niż 100 km/h, nawet na górskich serpentynach. Podobnie i olbrzymie osiemnastokołowce, przypominające te, które oglądaliśmy w filmie „Konwój”. Sieć kolejowa kraju nie jest najlepiej rozwinięta, więc transport odbywa się w głównej mierze drogami. Ciężarówki gnają więc masowo przez kraj, gotowe staranować wszystko, co porusza się wolniej od nich.
W Nowej Zelandii (wyłączywszy okolice Auckland, Wellington i Christchurch) nie ma autostrad w europejskim rozumieniu tego słowa. State Highway, czyli główna arteria kraju prowadząca z północy na południe to wąska droga, z jednym tylko pasem dla każdego kierunku ruchu. Dodatkowy pas, służący do wyprzedzania, pojawia się co kilkanaście kilometrów. Tak więc – nie chcąc być zawalidrogą – należy dostosować swoją prędkość do ogólnie przyjętej.
Nie jest to łatwe. Szczególnie w górach. Moja wynajęta toyota nie trzymała się drogi tak pewnie jak należące do tubylców „offroady”, poza tym jako turysta, chcąc choć trochę obejrzeć kraj wlokłem się osiemdziesiątką. Często więc tworzył się za mną ogonek z pięciu, sześciu pojazdów. Wedle nowozelandzkich standardów to już niezły korek. Dzięki takiemu ekspresowemu tempu udało mi się przebyć wzdłuż Północnej Wyspy w ciągu pięciu dni. Na szybką jazdę można sobie pozwolić, gdyż prawie nigdzie nie ma kamer kontrolujących prędkość, natężenie ruchu jest niewielkie, zaś drogi dobrze utrzymane.
Jazda samochodem może być początkowo nieco kłopotliwa. Podobnie jak w większości krajów Azji i Pacyfiku – w Nowej Zelandii jeździ się po lewej stronie drogi, więc ktoś, kto już przywykł do prowadzenia pojazdów w Wielkiej Brytanii, teoretycznie nie powinien mieć większych problemów. Teoretycznie. Bowiem chociażby fakt, iż kolumna kierownicy skonstruowana jest tak, że przełącznik kierunkowskazów i wycieraczek znajdują się po odwrotnych stronach niż to jest powszechnie przyjęte, nieco działa na nerwy. Ale dość szybko można się do tego przyzwyczaić i nie włączać wycieraczek przy każdej próbie skrętu.
W każdej, nawet w najmniejszej (a takie tam przeważają) mieścince były jakieś atrakcje. A to olbrzymie jezioro w Taupo, a to gorące źródła w Rotorua, a to wreszcie możliwość kupienia świeżych i tanich, „organicznych” owoców i warzyw wprost od farmerów wykładających swoje towary na stoiskach przy drodze.
Małe, senne mieścinki są rajem dla tych, których zmęczył już codzienny wyścig szczurów, panujący w nowoczesnych metropoliach i chcą odnaleźć trochę spokoju. Na trasie mojej wycieczki spotkałem wielu Brytyjczyków, którzy w poszukiwaniu owego spokoju wynieśli się ze swego kraju. Prowadzą tam swoje sklepiki, knajpy i hoteliki i niewiele ich obchodzi szaleństwo odległego świata. Bo też spacerując ulicami nowozelandzkich miasteczek można zapomnieć nie tylko o świecie, ale i o upływie czasu. Jest sennie, ale nie gnuśnie. Nowozelandczycy to ludzie bardzo energiczni, którzy nigdy nie wyglądają na znudzonych. Są też znacznie bardziej niż Anglicy otwarci i przyjacielscy, chociaż – bez wylewności.
Maoryskim zwyczajem
Jednym z powodów mojej podróży na antypody był ślub znajomych. Była to impreza bardzo różniąca się od tego, co znamy z Wielkiej Brytanii. Zamiast krótkiego spotkania przy szampanie, wziąłem udział w wielkim, obliczonym na setkę gości, dwa dni trwającym weselu, które bardzo kojarzyło mi się z polską tradycją ludową. Bo też było na ludowo. Po maorysku. Być w Nowej Zelandii i nie spotkać się z maoryską kulturą to tak jak pojechać do Paryża i nie widzieć wieży Eiffla.
Ceremonii ślubnej opisywać nie będę, wspomnę jedynie, że odbywała się ona pod gołym niebem, na wielkiej łące, oryginalnie będącej pastwiskiem, na czas imprezy „wypożyczonej” od właścicieli, czyli jednego z lokalnych rodów. Miejsce to przekształcono w pole namiotowe, na którym mieszkaliśmy i imprezowaliśmy przez następnych kilka dni. Wystarczał pięciominutowy spacer (połączony ze „skokami przez płotki” oddzielające od siebie poszczególne pastwiska), by dotrzeć na dziewiczą, piaszczystą plażę. Wielkie wrażenie zrobiła na mnie weselna kolacja, przygotowana w tradycyjny, maoryski sposób. Jadło (w tym największe, jakie dotąd widziałem homary nałapane parę godzin wcześniej – jak twierdzili organizatorzy), zakopano w ziemnym dole, w którym rozpalono ogień. Przemówieniom, jedzeniu, piciu i… kolejnym przemówieniom nie było końca. Pośród obfitości jadła i napitku łatwo było się zapomnieć. Jednakże samej imprezy – co chyba oczywiste – zapomnieć się nie da. Dzięki serdeczności organizatorów i uczestników czułem się jakbym był w swojej rodzinie.
Po weselu zostałem jeszcze kilka dni w tym pięknym kraju. Poświęciłem je na zwiedzanie Wyspy Południowej. Jest ona większa od północnej, ale mieszka tu nie więcej niż jedna czwarta populacji kraju. Jej centralną część zajmują posępne, prawie niezamieszkałe Alpy Południowe. Jedynym większym miastem jest Christchurch, leżący na wschodnim wybrzeżu. Z miasta nad morze jedzie się godzinkę, mijając malownicze wzniesienia. Mnie jazda zajęła nieco więcej, gdyż w jednym z miejsc trwały prace remontowe drogi. Na kilkusetmetrowym odcinku uwijała się spora grupa robotników kładących nawierzchnię. Ruch odbywał się wahadłowo po jednym tylko pasie, co opóźniło nieco przejazd. Jednak gdy parę godzin później wracałem do Christchurch, robotnicy zniknęli, a jezdnia była zrobiona. Przyzwyczajony do tego, że w Londynie prace przy najmniejszej nawet dziurze w drodze trwają tygodniami, nie mogłem się nadziwić tempu, w jakim odbył się remont.
Zresztą – różnic pomiędzy tym, co europejskie, a tym, co nowozelandzkie jest więcej. Weźmy choćby pieniądze. Wprawdzie siła nabywcza lokalnej waluty jest znacznie mniejsza niż funta (wymienia się mniej więcej jak 1 do 3), jednak jakość wykonania banknotów jest dużo wyższa. Albowiem są one zrobione z plastikowej folii, co powoduje, że trudniej je podrobić. Są też znacznie trwalsze od papierowych odpowiedników. Owa wytrzymałość na zniszczenie jest w wilgotnym, podzwrotnikowym klimacie kraju cechą bardzo pożądaną. Nic więc dziwnego, że coraz więcej państw regionu Pacyfiku przechodzi na takie właśnie foliowe pieniądze. Jeśli będziecie w Nowej Zelandii nie zdziwcie się, że kupując cokolwiek nie otrzymacie reszty wyliczonej co do centa – najmniejszym nominałem jest dziesięciocentówka, zaś kasy przy sumowaniu po prostu zaokrąglają końcową wartość.
Społeczność tego kraju bardzo poważnie traktuje lokalną tradycję, zwyczaje i historię (szczególnie tę sprzed okresu przybycia Brytyjczyków). Kraj przeszedł niedawno zmianę flagi narodowej. Znaną do tej pory, niebieską, z Union Jack w lewym górnym rogu i krzyżem południa zastąpiła czarna, z gałązką srebrnej paproci – symbolu kraju. Czarny kolor stał się barwą reprezentacyjną. Najlepiej wiedzą o tym fani sportu, którym All Blacks jednoznacznie kojarzą się z nowozelandzką drużyną narodową.
Zaskoczeniem była dla mnie cena domów. Podczas gdy w Londynie za 100 tys. funtów nie kupi się nawet najmniejszej kawalerki w najlichszej dzielnicy, za równowartość tej sumy można w nowozelandzkim countryside dostać dom z trzema sypialniami, sporym ogrodem i garażem na dwa samochody. I mimo że ostatnimi czasy ceny dość szybko idą w górę, nadal – w porównaniu ze średnią europejską – zdają się być bardzo atrakcyjne. Dlatego kto wie, może zamiast myśleć o kupnie domu w Polsce czy Zjednoczonym Królestwie, niektórzy inwestorzy zastanowią się nad kupnem nieruchomości w innym końcu świata, gdzie rynek nadal dynamicznie się rozwija i suma zwrotu z takiego nabytku może być za parę lat znacznie większa niż tutaj?
Krótki pobyt w Nowej Zelandii z pewnością nie dał mi szansy poznania wszystkich osobliwości tego kraju. Dlatego wiem, że wybiorę się tam kiedyś jeszcze, do czego serdecznie namawiam czytelników „Nowego Czasu”.
Tekst i zdjęcia: Alex Sławiński
Nowy Czas w PDF 1(137)
January 19, 2010
Nowy Czas w PDF 20(136)
December 22, 2009
Nowy Czas w PDF 19(135)
December 7, 2009
Nowy Czas w PDF 18(134)
November 23, 2009













Komentarze