Solidny dom budowany ze słów
February 18, 2010
Z Zibą Karbassi, perską poetką mieszkającą w Londynie rozmawia Włodzimierz Fenrych

Opowiedz o swojej rodzinie.
– Mój ojciec był biznesmenem, nigdy nie miał do czynienia z poezją, ze słowem. Był to bardzo dobry, miły człowiek. Mieszkałam z nim do dwunastego roku życia. Mama rozwiodła się z moim ojcem, kiedy miałam kilka miesięcy i wyszła za mąż za generała. Potem urodziły się moje siostry – jedna, kiedy jej ojciec jeszcze żył, gdy został zabrany i zabity, mama była w ciąży z moją drugą siostrą. To było podczas rewolucji. Nowy rząd zabił męża mojej mamy, a ona musiała uciekać z Tabryzu do Teheranu. Ja mieszkałam z moją babcią, ojcem i ukochanym stryjkiem, który mnie zaznajomił z poezją, kiedy jeszcze byłam mała. Dawał mi dużo dobrych książek do czytania, miał największą bibliotekę w Tabryzie, był z tego powodu znany. Miał wielu przyjaciół poetów, którzy się u niego spotykali, kazał mi z nimi siedzieć i słuchać. Dzięki temu moje dzieciństwo było pełne słów i tym podobnych rzeczy…
Jak często widywałaś się z mamą, kiedy mieszkałaś z ojcem?
– Widywałam ją latem przez trzy miesiące i czasem w weekendy przez dwa lub trzy dni. Stryj zabierał mnie czasem samolotem do Teheranu, żebym spotkała się z mamą. Widywałam ją często. Kiedy miałam dwanaście lat mama musiała uciekać z Iranu. Zapytała mnie wtedy, czy chcę z nią jechać, czy zostać w Iranie i nigdy już jej nie zobaczyć, bo ona nigdy tu nie będzie mogła wrócić. W takim wieku jest się raczej blisko z matką i siostrami, więc zdecydowałam się z nimi wyjechać. Byłoby mi bardzo ciężko, wiedząc, że nigdy więcej już ich nie zobaczę. Gdybym mogła zawrócić czas, nie wiem, czy podjęłabym taką samą decyzję.
Dlaczego twój ojczym został zabity?
– Bo w czasach szacha był w armii, był generałem. Zabili go, kiedy przyszła rewolucja. Ja z mamą i siostrami przyjechałam do Anglii i tu zaczęliśmy nowe życie. Od tego czasu starałam się koncentrować na poezji i na słowach. Zaczęłam pisać, kiedy byłam bardzo młoda. Przywiozłam tu swoje wiersze. Zawsze tak było, że cokolwiek zaczynałam budować, to potem traciłam. Tym razem postanowiłam zbudować solidny dom z języka, ze słów i wierszy. Taki, którego nikt mi już nie odbierze.
Czy dziewczyna w wierszu o ukamienowanej to była twoja kuzynka?
– Nie, to nie była moja kuzynka. W tym czasie zdarzały się w Iranie egzekucje przez ukamienowanie. Słyszałam o jednym, które zdarzyło się w naszym sąsiedztwie. Ukamienowali córkę naszej sąsiadki, a ona sama zmarła po tygodniu czy dziesięciu dniach, bo nie mogła znieść bólu. Ale jest jeszcze inne tło tego wiersza. Kiedy mąż mojej mamy został zabity, ona była tak smutna, płakała przez kilka miesięcy, prawie cały rok, a ja nie mogłam zrozumieć, że moja mama kochała swojego męża tak mocno. Byłam wtedy małym dzieckiem, byłam zazdrosna o to, że moja mama kocha kogoś znacznie mocniej niż mnie. Przecież ja byłam żywa – dlaczego się z tego nie cieszyła? Miałam to cały czas w swojej podświadomości, a kiedy dorosłam i byłam już poetką, napisałem ten wiersz – „Matka ukamienowanej”. W tym wierszu sama wczułam się w rolę tej ukamienowanej dziewczyny. Mnie nazywają Ahu, co w naszym języku znaczy „gazela”, w moim wierszu imię ukamienowanej dziewczyny też jest Ahu. W tym wierszu próbowałam ukamienować tę dziewczynę i zobaczyć, jaka będzie reakcja matki. Myślę, że w ten sposób sama pozbyłam się bólu, który czułam jako dziecko. To jest też wiersz o doświadczeniu mojej mamy, której zabito męża. Ona zadawała te wszystkie pytania i nikt nie chciał na nie odpowiedzieć. Nikt nie dał uczciwej odpowiedzi – gdzie był jej mąż i dlaczego został zabity.
Kiedy zaczęłaś zajmować się poezją?
– Moje poważniejsze wiersze zaczęłam pisać kiedy miałam szesnaście, siedemnaście, osiemnaście lat. Wtedy zaczęłam też publikować. Kosztowało mnie to oczywiście dużo wysiłku.
Od dwunastego roku życia nie byłaś w Iranie?
– Nie, nigdy tam nie byłam. Nie mogę tam pojechać odkąd przebywam na wygnaniu.
Jak poznałaś Esmaila i innych poetów?
– Byłam bardzo młoda, kiedy przyjechałam do Anglii i potrzebowałam dobrych ludzi, poetów, nauczycieli.
Poetą, który mi tu pomógł, był starszy człowiek imieniem Mohammad Alia Mahmid, który pisał i po persku, i po azersku. Co tydzień do niego chodziłam i czytałam swoje wiersze, a on mi mówił, co o nich myśli. Kiedy byłam w Iranie, w Tabryzie, pierwszym człowiekiem, który mi pomógł w poezji był Mohammed Hosseini Shahriar. To był największy poeta swojej epoki. Pisał po persku i po azersku. Zmarł kilka lat temu. Potem był Mohammad Alia Mahmid w Newcastle, a potem, kiedy przyjechałam do Londynu, spotkałam Zhale Esfahani i Esmaila Khoia. Oni mieli w sobie dużo ciepła i dodawali mi odwagi, dużo się od nich nauczyłam.
Kim był ten drugi poeta, którego spotkałaś w Londynie?
– Drugiego spotkałam w Newcastle, nazywał się Mohammad Alia Mahmid. Potem w wieku osiemnastu lat przyjechałam do Londynu i spotkałam Esmaila Khoia i Zhale Esfahani, która zmarła w zeszłym roku.
Skąd się wzięła w Londynie?
– Też przebywała na wygnaniu, wszyscy nasi najlepsi poeci są na wygnaniu. Uciekli po rewolucji, bo tam nie ma wolności pisania, nie ma wolności słowa, jest cenzura.
Uciekali przed cenzurą, czy z innego powodu?
– Niektórzy bali się też, że będą aresztowani i zginą.
Ale szczegółów nie znasz?
– Znam szczegóły w przypadku każdego poety, ale to długa historia.
Są tacy, którzy mają ambicje
February 2, 2010

Benedykt Zasadzki przywędrował z Łodzi przez Norwegię (gdzie studiował psychologię) i Glasgow do Londynu, by zrealizować swoje filmowe marzenia. Właśnie ukończył realizację filmu Portobello Road.
Pisałem już kiedyś na łamach „Nowego Czasu”, że przyjeżdżający do Wielkiej Brytanii Polacy nie tylko pracują na budowach czy w knajpach, ale mają też większe ambicje i próbują odnaleźć się w wyuczonych zawodach, co oczywiście w obcym kraju nie jest łatwe. Najtrudniej chyba jest w zawodach artystycznych, które z natury rzeczy oznaczają bycie freelance i (przynajmniej na początku) zdobywanie pieniędzy z różnych źródeł na finansowanie swojej działalności. Tym większy podziw należy się ludziom, którzy z maniakalnym uporem chcą się zajmować tym, co dla nich ważne.
Niedawno poznałem młodego polskiego reżysera, który nie zważając na ogromną konkurencję postanowił nakręcić tu pełnometrażowy film mając bardzo skromny budżet i oczywiście nie mogąc liczyć na gwiazdorską obsadę, wymagającą milionów funtów. Ale nieznani aktorzy, nieżądąjący wyśrubowanych gaż wielokrotnie są lepsi od tych uznanych i w dodatku łatwiejsi w pracy, bez „humorów” czy absurdalnych żądań. Miałem kilka razy okazję zagrać w brytyjskich produkcjach i zawsze z podziwem patrzyłem na zdyscyplinowanie aktorów (gdyby tak było w polskim teatrze!), ich punktualność, gotowość do pracy i przygotowanie. Dotyczy to także reżyserów, którzy nie marnują czasu na zbędne dyskusje, nie wiedząc czego chcą.
Po zagraniu bardzo interesującej roli rosyjskiego fałszerza obrazów w filmie Portobello Road (ma być gotowy w marcu) przeprowadziłem wywiad z jego reżyserem Benedyktem Zasadzkim.
Dlaczego zdecydowałeś się na przyjazd do Londynu, wiedząc przecież z góry, że nie będzie ci tu łatwo?
– Po skończeniu łódzkiej szkoły filmowej, gdzie studiowałem teorię filmu, miałem okazję pojechać na praktyczne studia do Glasgow. Po ich ukończeniu przyjechałem do Londynu, jako do jednego z nielicznych miast (poza Los Angeles, Nowym Jorkiem i ewentualnie Mumbai), gdzie jest szansa na zrobienie filmu.
Jakie źródła mają twoje zainteresowania filmowe?
– Miałem może 7-8 lat, gdy po raz pierwszy zobaczyłem film Stevena Spielberga i już wtedy postanowiłem, że gdy dorosnę, będę robił filmy tak jak on! Bardzo ambitne postanowienie…
Jak na razie daleka do tego droga, ale idę nią z Łodzi przez Norwegię (gdzie studiowałem psychologię) i Glasgow, a od paru lat Londyn.
Co do tej pory udało ci się zrealizować?
– Jeszcze będąc w szkole udało mi się nakręcić kilka filmów krótkometrażowych, które spotkały się z dobrym przyjęciem. Pracowałem także przy produkcji paru filmów pełnometrażowych, zdobywając w ten sposób konieczne doświadczenie. Współpracowałem przy filmie typu horror, dokumentalnym oraz przy różnych teledyskach. Byłem również asystentem reżysera w polskim serialu telewizyjnym „Londyńczycy”.
Porozmawiajmy o Portobello Road – twoim pierwszym filmie fabularnym. Napisałeś do niego scenariusz. Skąd wziął się pomysł?
Sugestia wyszła od producenta, ale temat kołatał mi się w głowie od dawna. Jest to, można powiedzieć, komediowy kryminał z seksem, czyli historia oszukanej dziewczyny i jej zemsta na niewiernym kochanku, którym jest Amerykanin polskiego pochodzenia. Scenariusz napisałem w kilka dni. Jest to już mój trzeci scenariusz i kolejne doświadczenie. Film jest przeznaczony nie do kin (bo to byłaby zbyt kosztowna operacja) ale na DVD i będziemy go starali się sprzedać w Cannes, gdzie poza oficjalnym festiwalem są światowe targi filmowe, na które zjeżdżają się dystrybutorzy z całego świata. Już teraz mamy szanse na sprzedanie go.
Jakie masz plany na przyszłość?
– Mam gotowe dwa scenariusze; jeden to historia polskiego księdza mieszkającego w Londynie, będąca jakby parafrazą Syna Marnotrawnego, drugi dotyczy młodej polskiej pary, wyruszającej na „podbój” Holandii, co zresztą źle się kończy. Swoją drogą, mimo że sam jestem optymista, moje scenariusze mają raczej pesymistyczne zakończenia, może dlatego, iż dotyczą ludzi wyrwanych z własnego otoczenia i przeniesionych na obcy grunt. Oprócz tego mam parę pomysłów, jeszcze nie do końca rozwiniętych, na filmy science fiction, umiejscowionych w Londynie, w niezbyt odległej przyszłości. Londyn od dawna pobudza moją wyobraźnię, a język angielski jest najlepszym do wypowiadania się w takim temacie.
Można mieć najlepszy scenariusz, doświadczenie, dobrych aktorów i pomysły, ale nic nie da się zrobić bez pieniędzy. Jak to wyglądało przy Portobello Road?
– Mieliśmy bardzo skromny budżet, ale film udało się zrealizować. Zasada była taka, że wszyscy pracujący przy nim stali się udziałowcami, tzn. że po sprzedaniu filmu zyski zostaną podzielone między zespół. To zresztą nie jest żadna nowość, w ten sposób działa wielu początkujących reżyserów. Portobello Road nie będzie wprawdzie w brytyjskich kinach, ale mamy nadzieję na sprzedanie go on-line, do telewizji kablowej i może także do naziemnej.
Brytyjski rynek jest zalewany filmami, głównie amerykańskimi, ale także niezależnymi. Przebicie się tutaj musi być bardzo trudne…
– Oczywiście, bo teraz, przy nowoczesnej technologii praktycznie każdy może nakręcić film. Nie każdy jednak ma dobry pomysł i potrafi znaleźć dobrego producenta, wiedzącego jak sprzedać film. Ja trafiłem na doświadczony zespół ludzi i mam nadzieję, że dystrybutorzy się znajdą. Jeśli chodzi o zaistnienie tutaj twórcy, czyli w tym wypadku reżysera lub scenarzysty, to niestety trzeba zaczynać od samego dołu, najczęściej pracując za darmo, by zdobyć zarówno doświadczenie jak i odpowiednie kontakty. Mnie na początku dużo pomogła moja rodzina, ale z drugiej strony zdobyłem się na wiele wyrzeczeń, aby wejść w ten biznes. Dziś byłoby mi o wiele trudniej, bo sam założyłem rodzinę i mam małe dziecko, którego nie mógłbym głodzić.
Portobello Road ma być pokazane dla grona związanego z jego produkcją w marcu. Czekam z niecierpliwością, bo scenariusz to jedna sprawa, a ostateczny kształt to zupełnie inna rzecz. Dziekuję ci za rozmowę oraz powierzenie mi ciekawej roli.
Stefan Gołębiowski
Franciszek Smuda: Nie będzie drugiej szansy
January 19, 2010
Po burzliwym okresie organizacyjnym wreszcie rozpoczyna Pan właściwą pracę. Czy ze sztabem szkoleniowym takim, jakiego Pan sobie życzył, czy takim, jaki musiał mieć?
Z takim, jaki chciałem, nikt mi nie podpowiadał. Powiedziałem, że jak nie ten człowiek, to ten – i tak było.
Co zatem zdecydowało o takim wyborze drugiego trenera?
Nie było innych wolnych trenerów mających pewne doświadczenie. Znam Jacka Zielińskiego jako piłkarza – jest człowiekiem porządnym i lojalnym aż do bólu. Więc jeśli nie mógł Tomek Wałdoch, to stawiałem na Jacka, i to był mój wybór. Zresztą Jacek, jak wspominałem, ma trochę wyciszać mnie, co wynika z jego całkowicie odmiennej natury niż moja.
Przed Panem bardzo eksperymentalny wyjazd – i rywale, i nasza kadra, czego Pan oczekuje po tym turnieju?
Mam kadrę młodych chłopaków, tak jak chciałem, i oni potrzebują teraz dużo gier. Egzotycznych rywali to już w piłce nie ma. Dla wielu to my jesteśmy egzotycznym przeciwnikiem. Pamiętajmy, że jesteśmy na 59. miejscu na świecie. Moim celem nie jest wygrać Puchar Króla, ale mam nadzieję, że uda mi się wyselekcjonować dwóch-trzech piłkarzy, z którymi będziemy współpracować w przyszłości.
Trochę jest to jednak niefortunny okres, jeśli chodzi o selekcję. Czy można w tym czasie poznać prawdziwe umiejętności i formę tych zawodników?
Z trenerami pierwszoligowymi ustaliłem plan zajęć dla wybranej grupy piłkarzy i oni już od świąt idą tym cyklem przygotowawczo-treningowym. Wszyscy mają być przygotowani. U mnie nie ma miejsca na alibi na brak formy. Jeśli nie wykorzystasz swojej szansy, już nie będziesz miał drugiej.
Jak Pan ocenia swoich najbliższych turniejowych rywali?
Dla tej drużyny teraz nie ma to żadnego znaczenia. Singapur, Tajlandia czy Dania to wystarczająco silni rywale na tę kadrę. Teraz mamy przede wszystkim jak najwięcej zgrupowań i wspólnych gier. Dlatego potrzebuję jak najszybciej ustalić stabilną kadrę i z nimi grać mecz po meczu aż do perfekcji.
Czy są już znani przyszli rywale Polaków?
Dopiero po 7 lutym, gdy będą znane wyniki losowania eliminacji do ME 2012, będziemy rozmawiali z ewentualnymi przyszłymi rywalami.
Czy ma Pan jeszcze na oku do powołania jakiś Polaków tzw. „zagranicznych”?
Mogliśmy teraz powołać tylko piłkarzy z kraju, gdyż wiele lig cały czas gra albo za chwilę wznowi rozgrywki. Gramy tam trzy mecze i wszyscy mają pokazać albo potwierdzić swoją przydatność dla kadry. Mam nadzieję, że w tych meczach można będzie naprawdę zobaczyć, co prezentują ci piłkarze – zrobimy porządną, dokładną selekcję każdego. Najważniejsze dla mnie są umiejętności piłkarskie zawodnika. Dla nikogo nie zamykam kadry, ale chcę piłkarzy, którzy mają umiejętności naprawdę ponadprzeciętne, dla przeciętniaków miejsca nie ma.
Czy organizacyjnie wszystko jest już dopięte na ostatni guzik?
Wszystko jest perfekcyjnie przygotowane. Już pojechali pierwsi ludzie, by na miejscu przypilnować wszystkiego.
Rozmawiał:
Ryszard Drewniak
Ostro jak brzytwą
December 22, 2009
Z Tomaszem Żyrmontem, pianistą jazzowym, założycielem i liderem zespołu Groove Razors, rozmawia Alex Sławiński
Masz bardzo dobry rok za sobą…
– Zaczęło się bardzo ciekawie już na samym początku roku. Jednego dnia grałem z Tonym Kofim, a już następnego był występ z Piotrem Wojtasikiem, w marcu zagraliśmy z Adamem Bałdychem. Na wiosnę rozpoczęliśmy działania z Groove Razors. Zaczęliśmy od mniejszych, bardziej kameralnych miejsc, ale potem udało się zagrać koncerty w bardziej prestiżowych klubach. Bardzo ważnym dla mnie wydarzeniem był Eastern European Jazz Festival, który odbywał się w POSKu. Zagraliśmy też w czasie Arterii Nowego Czasu na Borough. Ostatnio zagrałem też kilka koncertów z Fusion Power Band, w bardzo znanym w mieście muzycznym klubie Troy Bar na Shoredith. Przełomem okazało się rozpoczęcie nagrań do naszej płyty kilka miesiecy temu. Całą uwagę skupiam ostatnio na Groove Razors, na komponowaniu i nagraniach.
Czemu akurat Londyn? A nie np. Nowy Jork, Nowy Orlean czy kilka innych miejsc, które bardziej kojarzą z muzyką jazzową?
– Kiedy tutaj przyjechałem, początkowo nie grałem zbyt wiele, ale obserwowałem rynek
i scenę muzyczną, wkręciłem się w mały interes i sprzedawałem fortepiany. Starałem się „rzucać uchem” wszędzie, gdzie tylko coś ciekawego się działo, złapałem kilka dobrych kontaktów z muzykami z lokalnej sceny i wtedy padła decyzja o rozpoczęciu studiów w Guildhall School of Music and Drama, która mieści się w Barbican Art Centre, chyba największym w Europie centrum artystycznym. Atmosfera tego miejsca bardzo mną zakręciła. Wiedziałem zresztą wcześniej o znakomitej renomie tej szkoły. Ma ona świetnych wykładowców, zaplecze i odpowiadający mi program, który uznawał mój polski licencjat z Akademii Muzycznej w Katowicach i pozwoliła mi wskoczyć na kolejny etap edukacji. W Guildhall brałem udział w licznych warsztatach z gwiazdami jazzu, jak Joshua Redman, Danilo Perez, Phil Markowitz, Bobo Stenson czy Christian McBride. Może Londyn nie kojarzy się z jazzem,aż tak jak Nowy Jork, ale jest bez wątpienia stolicą europejskiej muzyki i jej produkcji. Odbywają się tutaj wspaniałe festiwale, koncerty i jam sessions codziennie w kilku miejscach. Można więc wybrać zawsze coś ciekawego, nie wpadając w rutynę i monotonię, spotykając w klubach wybitnych jazzmanów z całego świata. Owa aura wielokulturowości sprawia, że jest to magiczne miejsce i daje niesamowite możliwości rozwoju. Właśnie to sprawiło, że postanowiłem zostać tutaj. W czasie studiów udało mi się nawiązać sporo nowych kontaktów. Dużo wówczas jamowałem z muzykami o różnych korzeniach, wywodzących się z ciekawych muzycznych nurtów. Narodziło się wtedy wiele projektów, które stworzyły moją świadomość muzyczną. Londyn poszerzył zresztą mój horyzont na wielu innych płaszczyznach. Jeśli chodzi o sztukę, kuchnię i kultury to wszystko przeplata się w jednym miejscu, co nadaje miastu niesamowtego aromatu. Fuzja rozmaitych smaków, kolorów, dźwięków, a przede wszystkim pięknych zabytków i licznych atrakcji spaja miasto w wyjątkową całość.
Zaczynając swą karierę muzyczną w Polsce miałeś z pewnością okazję poznać naszą krajową scenę. Na czym polegają różnice między graniem w Polsce i w UK?
– W Polsce mamy wielu wybitnych, światowej klasy muzyków i jazz na bardzo wysokim poziomie. Jeżeli chodzi o muzykę, to jest ona w pewnym sensie naszą wizytówką. Mamy w jazzowym dorobku sporo wielkich nazwisk, jak Krzysztof Komeda, Tomasz Stańko, Michał Urbaniak, Leszek Możdżer czy zespoły Simple Acoustic Trio i Walk Away. Brytyjska scena jazzowa jest również bardzo dobrze rozwinięta i otwarta, między innymi przez swoją wielokulturowość. Przyciąga ostatnio również polskich jazzmanów. Myślę, że Polacy grają z sercem, emocjami i charakterem. Brakuje nam może jedynie tego tutejszego miksu i zróżnicowania. Na Wyspie można spotkać muzyków praktycznie z całego świata. Oni – grając – wplatają swoje muzyczne korzenie, zamiłowania, uczucia, co wpływa na to, że muzyka bywa bardzo żywa, różnorodna, prawdziwa i nie jest szufladkowana. Tutaj muzycy są bardzo otwarci na współpracę. Nieważne, czy jest to gwiazda, czy też osoba stawiająca pierwsze kroki, muzycy bardzo się wspierają, odstępują sobie koncerty, a wspólne granie często jest formą twórczej rekreacji. Najczęściej moje wieczorne wypady na miasto kończą się tym, że jamujemy ze sobą
w klubach i rozmawiamy o muzyce. Muzyka na żywo jest tutaj grana na każym kroku. Począwszy od pubów, stacji metra, kafejek na Covent Garden czy wzdłuż bulwaru nad Tamizą, kończąc na pretiżowych klubach i salach koncertowych. Uszy same się otwierają na dźwięki. Miasto ma swój niepowtarzalny rytm i „gra we wszystkich tonacjach”.
Jazz uchodzi za muzykę raczej trudną. Zarówno w odbiorze, jak i wykonaniu. Dlaczego wybrałeś akurat ten gatunek?
– Zawsze interesowała mnie muzyka pełna barw, przestrzeni, która nie toleruje barier ani
narzucania swoich zamkniętych reguł. Uważam, że właśnie jazz jest najbardziej otwartą formą muzyczną. Pozwala mi w największym stopniu wyrazić siebie, własne emocje. Opowiedzieć o swoich przygodach życiowych, przez dźwięk nawiązać bliższy kontakt ze słuchaczem i tworzyć na bieżąco. W każdej dziedzinie trzeba włożyć wiele wysilku, aby iść do przodu i rozwijać się. Regularnie ćwiczę na fortepianie. Sam i z zespołem. Ważne jest też, żeby ciągle słuchać, chodzić na koncerty, jamować i chwytać inspiracje. A potem przełożyć to wszystko na własny dźwięk.
Wymieniłeś wiele znanych postaci, z którymi miałeś okazję się zetknąć. Jaki wpływ miały te spotkania na to co robisz?
– Na pewno występy z takimi muzykami jak Tony Kofi, który jest członkiem World Saxophone Quartet czy koncert z Piotrem Wojtasikiem w Londynie lub udział w różnych festiwalach muzycznych nadały mi nowego sensu, pozwoliły uwierzyć w siebie, we własne możliwości. Samo zagranie z tymi muzykami było wielkim wyróżnieniem. Otworzyło też wiele drzwi, pomogło wejść do wielu klubów i nawiązać lepsze kontakty z menagerami. Pozwoliło mi też rozwinąć się. Granie z muzykami bardziej doświadczonymi jest naprawdę świetną szkołą. Muzyka przecież to nie teoria, nie materiały i tego typu sprawy, tylko właśnie kontakt z innymi muzykami, granie dla publiczności i forma abstrakcyjnej komunikacji. A czym wyższa jest to półka i wyższe wyzwanie, tym większe kroki stawiamy, by dojść kiedyś do tego poziomu. Niedawno zagrałem na jamie u Ronnie Scotta na Soho, więc już teraz wierzę, że pewnego dnia zagram tam koncert.
Udało ci się stworzyć tu własny zespół.
– Skład Groove Razors formował się od dłuższego czasu, a pomysł stworzenia bandu pojawił się na jam session w POSKu, w Jazz Cafe. Tam poznałem perkusistę Lauriego Lowe. Jest to muzyk młodego pokolenia, ale już zdążył wypracować sobie nazwisko. Podczas tego samego jamu poznałem świetnego gitarzystę Robina Aristorenasa. Początkowo nie grał on na stałe w naszym zespole, ale szukaliśmy różnych opcji. Po roku muzycznych działań Groove Razors nabrało ostatecznego kształtu. Obecnie gramy jako kwintet. Ja jestem liderem i piszę większość materiału. Od samego początku w naszym składzie jest Laurie. Na basie gra Włoch Lorenzo Basignani, Robin Aristoterens pochodzi z Filipin. To bardzo uzdolniony gitarzysta, któremu również udało się już zostać rozpoznawalnym muzykiem na londyńskiej scenie. Zaś jeżeli chodzi o wykonywanie tematów i nakręcanie nas do tworzenia groovu, na pierwszym planie jest u nas Alan Short. Pochodzi z Ameryki, ale wychowywał się we Włoszech. Jak więc widać, mamy międynarodowy skład, każdy daje coś ze swojej kultury. Gościnnie zagrali już z nami: genialny polski skrzypek Adam Bałdych pochodzący z mojego rodzinnego Gorzowa Wielkopolskiego. Parę razy gościł u nas też feneomenalny Rick James na basie, a także Marek Tomaszewski na saksofonie altowym oraz Colin Courtney na tenorze i EWI. Z Groove Razors wykonujemy głównie muzykę fussion i nu-jazz. Te kierunki najbardziej nas inspirują, a dynamitem, który to wszystko odpala jest nasze życie i koncerty w Londynie. Uwielbiamy grać na żywo. Wiele improwizujemy na koncertach. Każdy z nich jest inny. Na to, co zagramy, duży wpływ ma otoczenie, aura w klubie i to, jak publika nas odbiera. Grając staramy się stworzyć pewien rodzaj opowieści-malowidła. Nasza muzyka jest ekspresją emocji, opartą na groovie zawieszonym w przestrzeni barw i rytmu. Te emocje przekazujemy publiczności, która oddaje nam swój ładunek. Bardzo nas nakręca, kiedy gramy i widzimy ich interakcję.
Już wkrótce zagracie kolejny koncert…
– Tak. Koncert obędzie się 22 grudnia w Charlie Wright’s International na Old Street. Jest to jeden z najbardziej pretiżowych klubów muzycznych tutaj, na Wyspie. Znany jest również wśród zagranicznych muzyków. Gorąco zapraszamy, zaczynamy o 21.00. Liczymy też na polskąpubliczność. Zagramy tam w naszym stałym kwintecie. Ale chciałbym również zaprosić na nasz kolejny występ 30 stycznia do Jazz Cafe w POSK-u, gdzie wystąpi z nami gościnnie Australijczyk Jono McNeal, którego poznałem na jamie na Shoredith. Pojawi się on również na naszej płycie, nad którą właśnie pracujemy.
Tomasz Zyrmont zaprasza na strony: www.myspace.com/zyrmont
www.myspace.com/grooverazors
Widziane kolorem
December 8, 2009
Z malarką MARIĄ KALETĄ rozmawia Alex Sławiński
W młodości zajmowałaś się różnymi formami aktywności artystycznej. Grywałaś między innymi w teatrze. Jak doszło do tego, że ostatecznie Twoją życiową pasją stało się malarstwo?
Żeby mówić o końcowym wyborze należałoby zacząć od początków. A one miały miejsce w Kępnie, małym miasteczku na południu Polski. Kępno to miasto zatopione w zieleni parków i ogrodów, z ryneczkiem, na który dzieci wołały „starówka”. Żyje ono na pograniczu kultury chrześcijańskiej, żydowskiej i protestanckiej. W malutkiej przestrzeni rytm codzienności wyznaczały dominujące nad wszystkim kościoły – katolicki, protestancki i żydowska bożnica (oczywiście dziś już nie używana). Ślady obecności przedwojennej społeczności żydowskiej w Kępnie były dość silne, tak jak silny był kult rozmodlonych i rozśpiewanych okolicznych pielgrzymek oraz cygańskiej kultury tańca i śpiewu. Wszystko to razem tworzyło barwną, żywą, rozedrganą mozaikę kulturową. Wyrastając w takiej atmosferze byłam blisko śpiewu, tańca, ruchu ciała. No i malowania, rysowania – wszystkiego, co pozwala na swobodną ekspresję.
Mając 14 lat wyjechałam z tego zaczarowanego miejsca i już nigdy tam nie powróciłam. Kiedy znalazłam się w dużej aglomeracji miejskiej, spodobał mi się ten nerw miasta, ale tęskniłam za otwartą, przyjazną obecnością. Takim miejscem stał się Teatr Ósmego Dnia, który przygarnął nas, młodych licealistów – a potem studentów – i otoczył ciepłem, przyjaźnią, jak w rodzinie. Wpływał bardzo kreatywnie na naszą kształtującą się wrażliwość, zarówno artystyczną, jak i moralną. Prowadził warsztaty i spotkania. Wszystko, co się wokół niego działo, było bardzo rozwijające. Tak zaczęła się ta przyjaźń. Stwierdzenie, że grałam w teatrze jest może przesadą, ale rzeczywiście – uczestniczyłam w wielu wydarzeniach artystycznych i wspólnie z grupą tzw. dzieci Teatru Ósmego Dnia braliśmy udział w spektaklu „Raport z oblężonego miasta”. Każdy kto pamięta stan wojenny w Polsce i ówczesne losy Teatru Ósmego Dnia, wie jak silne to były doznania.
Moje kolejne doświadczenie artystyczne, to plenery malarsko-muzyczne, na których próbowaliśmy swoich sił „teatralnych”, zaaranżowanych wokół wykreowanych zdarzeń, wspólnie z Jaśkiem Bernardem, Moniką Mamińską, Krzysiem Czyżewskim, Małgosią Sporek, Wiesiem Kaletą i innymi. To była niezwykła grupa przyjaciół. Miałam wiele szczęści, pracując z ludźmi, którzy mieli za sobą doświadczenie współpracy z Grotowskim czy – później – z Teatrem Gardzienice. Generalnie był to czas studenckich pasji i eksperymentów. Ale zawsze było to tylko odniesieniem do malowania; odkąd pamiętam, ono było najważniejsze. Moje najdalsze wspomnienie z dzieciństwa to rysowanie patykiem na piasku. Zawsze miałam przekonanie, że to jest moja scieżka; zaś wyniesiona z doświadczeń teatralnych forma improwizacji, jako metody twórczej, jest mi bardzo bliska. I – jak sądzę – obecna w moim malowaniu.

W Twoim malarstwie widać zafascynowanie kolorem. Oglądając prace widzi się najpierw barwę, a dopiero potem formy. Czy to zamierzone działanie?
Cała moja wrażliwość nastawiona jest swoją ostrością na kolor. Szeroko rozumiany. Nie tylko ten, który jest wynikiem oddziaływania farb, ale również ten, który powstaje w efekcie powidoków barwnych i świetlistości sąsiadujących ze sobą kolorów. Ten, który znajdujemy naturalnie w przyrodzie, każdego dnia na nowo. A także ten znaleziony w obrazach mistrzów – od klasycznych po współczesnych artystów. Moją ulubioną lekturą była „Historia koloru” Rzepińskiej. Długi czas pracowałam na komputerze, poruszając się często w bardzo wąskiej i czułej przestrzeni kolorystycznej, odpowiadając za najdelikatniejsze rozróżnienia barw, przekładając język świateł: witrażu, ekranu komputerowego na język farb i druku. Dzisiaj używam często dość intensywnej palety barw, która jakoś współbrzmi z moim temperamentem, ale może jutro moje doświadczenia życiowe i malarskie poprowadzą mnie w inną stronę, wyciszą mnie…. Zachwyca mnie wiele rozwiązań, ale wybieram te, które są zgodne z moim charakterem, temperamentem. Mam takie piękne wspomnienie – siedzieliśmy z polskim alpinistą Andrzejem Zawadą przed komputerem i poprawialiśmy kolory zdjęć szczytów gór do jego albumu o Mount Everest… On opowiadał o kolorze tam wysoko, pod dachem nieba mówiąc, że było bardziej różowe… lub błękitne. I sprowadzaliśmy zdjęcie do tej jedynej prawdy, zapamiętanej przez subiektywne „oko” ludzkie.
Chyba każdy twórca ma swojego duchowego mentora, swoisty autorytet, na który się powołuje i – nierzadko – wzoruje na nim. Kto miał największy wpływ na kształtowanie się Twojego spojrzenia na sztukę?
Myślę, że ono wciąż się kształtuje, jest wynikiem nie tylko autorytetów, ale i intensywności samego życia. Jeśli chodzi o moje autorytety, to historycznie rzecz ujmując kolejność jest taka: Teatr Ósmego Dnia to moi „duchowi rodzice”, odpowiedzialni za moje poglądy nie tylko na sztukę ale na życie w ogóle. Jeśli chodzi o malarstwo, to najpierw Norbert Skupniewicz, mój profesor z Poznańskiej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych. A szerzej – cała szkoła malarstwa, wywodzącego się od Jacka Malczewskiego i potem Tadeusza Brzozowskiego, z polskiej tradycji, oraz Francisa Bacona i Marka Rothko z nowszej tradycji malarstwa światowego.
Ogromnie ważny stał się też dla mnie przyjazd do Londynu. To niezwykle barwne, multikulturowe środowisko, niesamowicie oddziałuje i przewartościowuje spojrzenie na prawie wszystko. Spotkać możemy tutaj kolorowe mniejszości z najróżniejszych zakątków świata i obserwować ich zakorzenienie w tradycji. Widzę, że oni głęboko wierzą w swoje racje kulturowe. Tutaj, z perspektywy tej wielokulturowości, świat zrobił się dla mnie okrągły, pełen problemów i wyzwań, których w Polsce nie zauważałam. I jeszcze te wspaniałe muzea, gdzie można zobaczyć płótna mistrzów oglądanych kiedyś przez nas – studentów malarstwa – tylko w albumach. To wszystko inspiruje i wpływa na moje myślenie o miejscu sztuki w życiu.
Co uważasz za największe osiągnięcia?
Uważam, że osiągnięcia są dopiero przede mną. Ale cieszę się z tego, co już się zdarzyło. Na przykład z Biennale Pasteli, w którym biorę udział, bo to ciekawe doświadczenie. I z tych wszystkich działań na pograniczu artystyczno-parateatralnym, które jednak trudno precyzyjnie zakwalifikować. Bo co można powiedzieć na przykład o obrazkach porozwieszanych w lesie?
Teraz właśnie prezentujesz swoje obrazy w Galerii POSK. Czy mogłabyś powiedzieć kilka słów o tej wystawie?
„Przestrzenie wyobrażone”, bo taką nazwę nosi wystawa, to notatki z podróży do Rzymu. Obrazy są próbą zapisu emocji, refleksji i przeżyć, jakie nagromadziły się w czasie spotkania ze światem i zdarzeniami bardzo odległymi. Szczególnie poruszyła mnie tam ciągle jeszcze obecna konfrontacja świata antycznego i wartości chrześcijańskich. Koloseum rzymskie ma dzisiaj równo 2000 lat i wciąż słychać tam echa światów, które przeminęły. Które uczą pokory i przewartościowują moje widzenie współczesności. Moje obrazy powstawały w kontekście licznych skojarzeń i refleksji dotyczących faktów, mających miejsce właśnie wtedy. W moim odczuciu my zawsze przynależeliśmy kulturowo do Europy i ją współtworzyliśmy. Więc podróż do Rzymu to jakby naturalna próba stawiania pytań – wciąż tych samych, niezależnie od czasów i od otaczającej nas sceny politycznej, kontekstu gospodarczo-kulturowego. Pytań o podstawowe wybory. Zawsze przecież można pójść za komercją, rezygnując z pracy nad własnym zrozumieniem rzeczywistości. Lub wybrać szczytne ideały, intrygujące, czasem trudne wyzwania. Nie wiemy, co czuli pierwsi chrześcijanie w Teatrze Flawiuszów. Ale wiemy, jaką postawę wybrali. Rzym był miejscem krzyżujących się kultur i wynikających z tego postaw. I – dosłownie – ukrzyżowane zostały losy licznych… Dla nas pozostała po tych zdarzeniach potęga i moc znaku, jakim stał się Krzyż, jakim stało się Koloseum, którego światła wciąż płoną w wyjątkowych sytuacjach, jakim była na przykład śmierć Eluany Englaro. I nie jest ważne, po której stronie wyborów stajemy. Znak-symbol – jego maksimum treści w minimum formy, jest dla nas esencją tych wszystkich treści. W moich obrazach pojawia się kilka powtarzających się motywów, takich jak kolumna Trajana. Rozciągniony jest na niej jakby film celuloidowy z opisaną historią tamtych dziejów. Ale ja nie przenoszę dosłownie tych figuratywnych płaskorzeźb – zamieniam intensywność ich opisu na intensywność rozedrganych plam malarskich, uderzeń pędzla, intensywność koloru. Z samego zaś Koloseum pozostają tylko koliste rytmy, gesty. Powracając do planów… Biorę w tej chwili także udział w wystawie „Poznaj zmiany 09” w Polsce oraz „Brent Affortabe Art Fair 2009” w Londynie. Planuję inne, małe wystawy. Ale one dopiero się „rodzą”, wiec chyba za wcześnie na opowieści.
Prace, które oglądałem, zasadniczo zamykają się w abstrakcyjnej formule. Jednak wspominałaś mi również o swojej pracy ilustratorskiej. Czyli sztuka figuratywna również nie jest ci obca?
Cokolwiek robię, nigdy nie jest to figuratywne; kolorem, formą i mieszaniem technik staram się wydobyć istotę rzeczy – figuratywność mnie nie interesuje, uważam to za ograniczenie.
Chociaż robię też rzeczy bardzo praktyczne, jak projekt książki (biografia niezwykłego człowieka) czy ratowanie starych zdjęć. Jednocześnie mam taką swoją małą firmę portretową, którą się bawię, gdzie wykonuję portrety „improwizowane”, czyli gram formą i eksperymentuję z nią, opisując ludzi lub próbując oddać ich charakter w formie grafik w zapisie cyfrowym lub łącząc różne media (np. z gwaszem). Rysuję też sporo rysuneczków z ludźmi, ale to nie są realistyczne szkice – raczej „improwizuję” na ten temat, komentuję. Tutaj, w Londynie, nauczyłam się zawsze mieć szkicownik ze sobą. Jest w nim wiele tego typu prac. Kto wie, może kiedyś zamienią się one w malowane obrazy.
Prawdziwa pasja nigdy nie umiera
November 23, 2009

Leszek Alexander zagra bluesa na kolejnym wydaniu ARTerii – Andrzejki z Andrzejem Krauze – w poniedziałek, 30 listopada, w krypcie kościoła St George the Martyr, Borough High Street (naprzeciwko stacji metra Borough)
Z LESZKIEM ALEXANDREM rozmawia Alex Sławiński
Jak narodziła się w tobie pasja muzyczna?
Mieszkaliśmy całą rodziną w dużym domu w Chelsea. Brat mojej mamy interesował się muzyką. Kochał bluesa i nowe, amerykańskie płyty, które wtedy wychodziły. To były jeszcze płyty, które miały 78 obrotów na minutę. On miał takie olbrzymie radio. Wiesz, na lampy, z wielkim głośnikiem i metalowymi pokrętłami. Ja zawsze siedziałem oparty plecami o to radio i słuchałem płyt w towarzystwie mojego wujka i jego kolegów. Oni pili winko, a mnie nalewano oranżadę. Taki właśnie był początek.
Wspominałeś mi wcześniej, że twoi rodzice również żywo uczestniczyli w muzyce.
Mój ojciec śpiewał. Moi rodzice, kiedy przyjechali tu po wojnie, mieszkali, zdaje się, w Hereford. Tam był polski teatr, w którym śpiewał mój ojciec, zas moja mama tańczyła. Potem ja się urodziłem i to wszystko się skończyło. Ojciec pracował w fabryce, gdyż to była jedyna praca, jaką mógł wtedy zdobyć. Ale nadal śpiewał z kolegami w kwartecie.
Pierwsze kapele zakłada się, kiedy ma się 16 , 17 lat. Czy tak samo było w twoim przypadku?
Tak, to było mniej więcej w tym samym okresie. Nasz zespół nazywał się Electric Funeral. To było trochę cięższe, rockowe granie. Zaczęliśmy grać na rok przed śmiercią Hendrixa. Graliśmy utwory Led Zeppelin, dużo Hendrixa i – naturalnie – bluesa. Później to wszystko się rozpadło. Pod wpływem rodziców niestety przestałem grać, bo musiałem zdobyć „prawdziwy fach”. Ojciec był za tym, bym poszedł na kreślarstwo. Ostatecznie poszedłem na architekturę. Dwa, trzy razy ją zaczynałem, ale w końcu skończyłem studia (śmiech).
Mówiłeś, że muzyka była w twoim życiu nawet wtedy, gdy nie uprawiałeś jej czynnie. Miałem okazję słuchać twojej płyty, która powstała jeszcze w latach siedemdziesią-
tych. Jak doszło do jej powstania?
W POSK-u zorganizowano kiedyś klub. Nazywał się Pomidor. Dostaliśmy jedno betonowe pomieszczenie. Młodzież wyposażała go za własne pieniądze. Wszystko kupiliśmy sami. Tak właśnie ten klub powstał. Po paru latach, zdaje się w 77-78 roku przyszło dwóch muzyków: Sławek Żak i Jurek Izdebski. Oni zaczęli grać i gdy usłyszałem gitarę, to znów mnie do tego wciągnęło. Zagrałem z nimi i zaprosili mnie do restauracji, w której grywali. Tam zawsze była kolejka, przez cały rok. Fantastyczna restauracja. Na górze była pseudorosyjska muzyka, a na dole – blues-rock. Tam również grywał znany bluesman Papa George.
Zacząłem z nimi trochę „brzęczeć”. Byłem taki skurczony, żeby za bardzo mnie nie widziano. Bo z upływem czasu nieco straciłem pewność siebie. Pewnego dnia wokalista zachorował i zapytano mnie, czy śpiewam. Zaśpiewałem parę numerów. Tak się złożyło, że był tam wtedy właściciel owej restauracji. Po skończonym gigu zaoferował mi dwa grania. Ja wtedy w ogóle nie miałem swojego sprzętu, więc mój bardzo dobry kolega, Marek Pawłowski kupił mi go. Spłacałem mu to później, ale bez niego cała moja kariera muzyczna by się nie zaczęła.
Cały czas rozmawiamy o twoim graniu w Londynie. Ale w pewnym momencie znalazłeś się w Stanach.
Gdy grałem w owej restauracji, zaczął do niej przychodzić taki dziwnie ubrany facet. Był tam trzy razy. Za trzecim razem zaoferował mi kontrakt menedżerski na sześć miesięcy. Nie chciał powiedzieć, kogo oprócz mnie „prowadzi”, ale przyznał, że jest jednym z bardziej znanych menedżerów w muzycznym świecie. Rzekł: „Jak w ciągu tych sześciu miesięcy ja ci nie załatwię kontraktu płytowego, to nikt ci go nie załatwi” (śmiech). Podpisałem z nim kontrakt i gdy poznaliśmy się bliżej, okazało się, że to manager między innymi Davida Essexa. Nazywał się Derek Bowmen. W ciągu sześciu tygodni dostałem kontrakt od Charisma Records. Po dwóch tygodniach wyjechaliśmy do Stanów, do Fame Studios w Alabamie. Tam nagraliśmy cały album, dwanaście utworów. Byłem w tamtejszej telewizji, radiu. Wszystko wskazywało na to, że to się rozkręci. Niestety wydaliśmy wszystko dość późno. W międzyczasie z jednym z tych utworów wybił się Santana, z innym Bonnie Raitt, z kolejnym Morrisey. No i cały projekt – że tak powiem – szlag trafił.
Kto pisał te utwory, że różni muzycy mogli je wykorzystywać? To był tylko wasz autorski materiał, czy bazowaliście na muzycznych standardach?
To były różne kawałki. W wytwórni chciano, bym nagrał coś swojego. Ale uważałem, że w materiale, który wybraliśmy, musiały być jakieś hity. To się sprawdziło, bo owi ludzie zrobili swoje hity. Myśmy to po prostu zbyt późno wydali. Ale ja nie byłem wtedy jeszcze muzycznie „dotarty”. Niemalże prosto z wine baru trafiłem do jednego z najlepszych studiów na świecie. Wielu ludzi uważało, że to, co robię, jest za czyste. Nie było tam takiego rockowego pazura, jak na przykład u Roda Stewarda. Dostałem znakomitych muzyków. To wszystko było idealnie nagrane. Ale kiedy wróciłem do Londynu, również doznałem rozczarowania, bo ludzie słuchając tego mówili mi, że bardziej im się podoba moje granie na żywo, niż to, co w Ameryce nagrałem.
Co dalej z muzyką po powrocie do Londynu?
Gdy wróciłem, jeszcze trochę grałem w różnych klubach. Ale dużo się wtedy zmieniło. Rozpoczął się boom gospodarczy. Ci, którzy wtedy do tych klubów przychodzili, nie chcieli, by tam ktoś grał. Woleli zjeść swój obiad za 130 funtów bez żadnego „przeszkadzania”. W okolicach, w których mieszkałem, dawniej było bardzo wielu studentów z całego świata. Potem tamtejsze mieszkania zaczęto przerabiać. I to, co wcześniej kosztowało 30 tysięcy funtów, nagle zaczęło kosztować 230 tysięcy. Tak więc zmieniła się cała atmosfera. I miejsca, w których kiedyś była żywa muzyka po prostu przestały istnieć. Po dwóch, trzech latach już więcej publicznie nie grałem. Co najwyżej w domu, traktując muzykę jako swoistą terapię. Bo jak nie pogram raz na jakiś czas, to wariuję.
Ale okazuje się, że pasja nie umiera do końca…
Tak się złożyło, że w POSK-u otworzono Jazz Cafe. Zacząłem tu przychodzić, słuchać muzyków. Przyłączyłem się do organizacji klubu, gdyż Mariusz, który robił tutaj nagłośnienie, poszedł do teatru. Zapytano mnie, czy mógłbym to robić. Ponieważ miałem dużo sprzętu, którego nie używałem, zdecydowałem, że podaruję go Jazz Cafe, by zrobić tu fajny dźwięk. Przy okazji, gdy klub nie był używany, ja znów zacząłem ćwiczyć. Od tego muzyczna pasja znów się rozpaliła. Postanowiłem, że będę grać i sprawiać ludziom przyjemność, jeśli będzie im się to podobać.
Już wkrótce będziemy mieli okazję posłuchać cię w czasie kolejnej Arterii, czasem można zobaczyć cię również w POSK-u.
Tak. W przyszłości, gdy znów rozwinę swój projekt, mam zamiar częściej grywać. Jeszcze muszę wszystko nieco doszlifować, żeby osiągnąć poziom pasujący do muzyków, z którymi chciałbym grać.
Słuchałem twoich nowych utworów. Czy to już jest przymiarka do nagrania płyty, czy raczej małe demo, służące pokazaniu tego, co chciałbyś teraz robić?
To takie demo. Mam nadzieję, że wraz z moim rozwojem muzycznym, również te utwory będą się rozwijać. Dużo czasu mi nie zostało. Ale mam nadzieję, że mój projekt zdąży jeszcze dojrzeć.
Mówiłeś mi o swojej wdzięczności w stosunku do wielu osób, które ci pomagały. Wiadomo, że sukces ma wielu ojców.
Tak. Bardzo chciałbym podziękować Bartkowi Nowakowi z POSK-u i Markowi Greliakowi, który mi dużo pomagał, załatwił mi możliwość robienia prób w Jazz Cafe. Z kolei Artur Bildziuk pomógł mi ze sprzętem. Ma firmę, która buduje sprzęt. Jest w tym fenomenalny. No i – oczywiście – Markowi Pawłowskiemu, który to wszystko zaczął. Dzięki niemu wyjechałem do Ameryki. I to właśnie on załatwił mi występ w reklamie Gillette najlepsze dla mężczyzny, którą chyba wszyscy w Polsce znają. Jak również Robertowi Rogalskiemu – znakomitemu filmowcowi. Dużo też pomógł mi George Matlock z Radia Orla. Przesłuchał mój materiał i powiedział: „Musisz grać”. Wiele wsparcia dał mi też Sławek Żak. Jednak najwięcej zawdzięczam mojej dziewczynie, Nori Stacey, która mi pomagała, gdy straciłem pracę i musiałem ustabilizować moje życie, by móc znowu grać. Jestem tym wszystkim osobom bardzo wdzięczny.
Recycling i cały ten jazz
October 28, 2009
Nadchodząca impreza Videocrash4 w londyńskim Koko to z pewnością niebagatelna gratka dla miłośnikόw audiowizulanych wariacji. Wydarzenie jest tym bardziej znaczące dla polskiego widza, bo organizator, Soundrash Productions, postarał się też o polski akcent, zapraszając wrocławski Öszibarack – formację, o której mówi się, że poniosła krajową scenę muzyczną w całkiem nowe rejony. Z Agimem Dzeljilji, muzykiem i producentem grupy Öszibarack, rozmawia Anna Gałandzij.
Lubicie grać za granicą?
Tak, jak najbardziej. Gdy gram za granicą, czuję się jak rybka wpuszczona do akwarium, która wcześniej leżała na talerzyku, łapiąc powietrze ledwo co i krzycząc, że brakuje jej sił do życia… Wydaje mi się, że na Zachodzie panuje większa otwartość na rzeczy bardziej odważne stylistycznie; tam tzw. muzyka alternatywna jest bardziej umiejscowiona w kulturze powszechnej, u nas wciąż należy do niszy. W Niemczech, na przykład, gdzie graliśmy na festiwalu w Cottbus, od razu złapaliśmy kontakt z publicznością, natomiast w Polsce – gdzie, owszem, mamy swoją publiczność – podobny kontakt powstaje dopiero po kilku utworach. Dłużej nam zajmuje przekonanie widza do tego, że mamy coś do zaoferowania. Być może jest tak, ponieważ nasza muzyka jest trudna do zdefiniowania; żonglujemy różnymi stylami. To rodzi pewną alienację na linii: my a publiczność.
7 listopada gracie jako support znanego duetu Hexstatic w Koko – jednym z najlep-szych klubów w Londynie. Macie w związku z tym występem jakieś nadzieje, plany?
Nadzieja jest zawsze – jest ona motorem napędowym wszystkiego, co dzieje się na świecie i w nas. Plany mamy takie, aby zagrać dobry koncert. Specjalnie na tę okazję zagramy materiał z albumu, który ukaże się dopiero na początku przyszłego roku. Na koncercie zaprezentujemy też nowe wizualizacje – przygotowane przez Karola Krakowskiego w oparciu o nasze DVD, które miało właśnie premierę w TVP. Materiał zagramy z większym luzem i swobodą, niż na naszym ostatnim albumie „Plim Plum Plam”. Widzisz, podczas gdy dla nas był on rodzajem pstryczka w stronę popu, w Polsce odebrany został zbyt dosłownie – jako album czysto popowy, co jest nieporozumieniem. Nowy album za to będzie miał bardziej otwartą formę, dlatego ten koncert, mam nadzieję, będzie nieprzewidywalny dla nas, jak i dla widza.
Patrząc na dokonania takich grup jak Öszibarack, Milloopa czy Skalpel, wydaje się, że scena alternatywna w Polsce, a szczególnie we Wrocławiu, ma się dobrze.
Sześć lat temu, kiedy zaczynaliśmy jako Öszibarack, we Wrocławiu panował silny ferment artystyczny. Czuliśmy wtedy, że dzieje się coś dobrego, że następuje jakaś eksplozja artystycznej wolności. Wydawało nam się też, że na rynku polskim nie ma alternatywy. Dziś jednak mogę powiedzieć, że od tamtej pory wiele się zmieniło. Wiele ciekawych zespołów z innych miast przebiło się do szerszej świadomości i do mediów. We Wrocławiu natomiast obecnie mało się dzieje, a scena alternatywna jakby przygasła. W pewnym momencie dochodzi się do punktu, w którym trzeba wybrać pomiędzy wolnością artystyczną a stabilizacją materialną. I tak wiele zespołów zaczęło honorować muzykę pop. Mnie się to nie podoba. Ciekawym obecnie zjawiskiem, moim zdaniem, jest formacja Kamp. Natomiast ja wraz z Igorem Pudło ze Skalpela rozpocząłem pracę nad nową płytą. Jest to o tyle interesująca co nietypowa współpraca, bo Igor ma kompletnie inną wrażliwość muzyczną niż ja. Mam nadzieję, że razem wniesiemy dużo dobrego do naszej tzw. sceny wrocławskiej.
A co przyciągnęło Cię do reszty członków Öszibarack?
Tomek, Marcin i ja graliśmy razem w różnych składach, aż pewnego dnia napisaliśmy dwa fragmenty do muzyki do spektaklu teatralnego „Sztuka rodzi się na strychu”. I tak stworzyliśmy brzmienie przyszłego Öszibarack. W tym samym czasie Patrycja, która w wielkim bólu nagrywała drugą płytę z zespołem Husky, usłyszała moje kompozycje, po czym zaproponowała, czy mogłaby do paru z nich zaśpiewać. To scementowało nasz skład, który funkcjonuje do dziś.
Gdy zaczynaliście, wiedziałeś w jakim kierunku pójdziecie?
Od początku swojego istnienia, Öszibarack miał sprecyzowany cel. Zespół zakładaliśmy będąc dojrzałymi muzykami, którzy wiedzieli, jakie brzmienie chcą osiągnąć. Cieszę się, że udało nam się podążyć drogą, jaką sobie wytyczyliśmy i stworzyć brzmienie, które jest rozpoznawalne już po kilku taktach.
Powiedz, w takim razie, jak powstaje
piosenka?
Pomysł na piosenkę przychodzi z mojej miłości do muzyki, do życia. Inspiruje mnie wszystko dookoła: literatura, film, sytuacja, brzmienie, każda chwila, która rodzi koncepcję. W Polsce jest takie przekonanie, że jeśli mówimy o dosłownych inspiracjach, jesteśmy posądzani o epigonizm. Uważam, że nie ma sztuki absolutnej. Podam Ci przykład: James Martin z LCD Soundsystem powiedział wprost, że inspiracją na jego ostatnim albumie był zespół Kraftwerk. W dzisiejszych czasach postmodernizmu, który wciąż trwa i pewnie zostanie całkowicie zdefiniowany za sto lat, sztuka jest wynikiem recyclingu. Chłoniemy obecnie wiele stylów i form – nie tylko muzycznych – i po dokonaniu recyclingu, przepuszczamy je przez wyobraźnię, tworząc własną jakość. Dodatkowo, w Öszibrack nie zapominamy, że muzyka to dobra zabawa i że za każdą koncepcją kryją się emocje – zawarte w głosie, w sposobie gry, tekstach, w brzmieniu. Bez emocji każdy utwór byłby takim intelektualnym potworkiem.
Mój ulubiony utwór z Waszego ostatniego albumu to Point Black – według mnie, osiągnęliście tu szczyt muzycznego rozpasania. Opowiedz o pracy nad nim.
Wiesz, w utworach na Plim Plum Plam zaklęty jest pewien kod. Z jednej strony miały być one kpiną na pop przez małe „p”, czyli na piosenki pozbawione tożsamości – taki produkt, który niewiele ma wspólnego z tym, czym jest prawdziwy, wartościowy przekaz. Z drugiej strony, wymyśliłem sobie, że na tej płycie powrócę do moich młodzieńczych fascynacji jazzem z lat 40. i 50. – Glenem Millerem, Dukem Ellingtonem, a nawet muzyką Beach Boys. Chciałem połączyć ten odległy świat z moją obecną fascynacją, czyli nową technologią. A dlaczego old jazz? Wiedziałem, że pod takim parasolem, moje kompozycje będą takie eleganckie, ekspresyjne, ponadczasowe. Konsekwencją tego są utwory: Toss your Lasso, Twitter czy właśnie Point Black, na którym dodatkowo skumulowana jest pewnego rodzaju wściekłość. Dodam jeszcze, że bezpośrednią inspiracją jest brzmienie bębnów, które pożyczyliśmy od naszego kolegi – zestaw perkusyjny z lat 50. I tak powstał zupełnie rozszalały utwór, mający w sobie niezwykłą motorykę. Wyobraź sobie, że cały big band wsadzasz na rolerkoster i puszczasz w nieznane, a oni grają na trąbkach, szalejąc na całego!
Na „Point Black” jest jeszcze jeden niezwykły instrument – theremin. Kolejny eksperyment, czy stały element w Waszym repertuarze?
Theremin zagościł już na naszej pierwszej płycie [Moshi Moshi z 2004 r. – red.], jednak dopiero na Plim Plum Plam sam go użyłem. Chciałem raz jeszcze nawiązać do tego, co szlachetne – jestem fanem niemieckiego ekspresjonizmu i kina niemieckiego. Brzmienie thereminu kojarzy mi się szczególnie z muzyką do filmu Gabinet dr. Calligari. To brzmienie mnie w jakiś sposób urzeka. Z jednej strony przemawia przez niego szlachetność, z drugiej, potrafi być nieprzewidywalny, wręcz wściekły. Muszę dodać, że Öszibarack był jednym z pierwszych polskich zespołów grających muzykę „popularną”, który włączył theremin do swojego repertuaru. Ostatnio pojawił się on u Nosowskiej. W wywiadach często powtarzam, że uwielbiam eksperymentować. Uwielbiam kontrapunkt – brzmienie, które z pozoru jest nieatrakcyjne, w zestawieniu daje niesamowite efekty. Uważam, że należy badać trendy, stawiając jednocześnie krok do przodu: eksperymentować, nie poddawać się modzie, bo moda przemija wraz z tobą. Owszem, bezpieczniej jest obracać się w znanej stylistyce, tak ładnej, jak ładne buty czy samochód. Artysta powinien jednak być uczciwy w stosunku do siebie i tworzyć muzykę, która przede wszystkim daje mu satysfakcję. My wolimy jednak celebrować to, co w pewnym sensie jest nieprzewidywalne, nawet jeśli jest to tak definiowalna forma, jaką jest piosenka.
W czasie rozmowy kilkakrotnie zahaczyłeś o problem frapujący mnie od wielu lat: zanikający kontrast między popem a alternatywą? Ale zostawmy go sobie na inną rozmowę. Na koniec, zadam pytanie, jakie zazwyczaj zadaję muzykom z Polski: czy myślałeś kiedyś o wyjeździe z kraju?
Życie tak mi się ułożyło, że nie miałem potrzeby opuszczania kraju i przechodzenia przez ten etap przejściowy, tzn. myję garnki, a potem szukam swojego szczęścia.
Ależ to straszny schemat! (śmiech)
Powiedzmy, że nie chciałem robić tego, co by mnie męczyło (śmiech). Od wielu lat piszę muzykę do filmu, pracowałem też przez jakiś czas w radio, czyli, ogólnie mówiąc, nie musiałem martwić się o byt. Podobnie reszta zespołu. Chciałbym dojść do takiego momentu, w którym mógłbym zamieszkać tam, gdzie naprawdę chcę. Obecnie żyję w Warszawie, ale, już wiem, że nie zostanę tu długo, bo rozmienię się na drobne, pochłoną mnie pieniądze i cały ten blichtr, który tu funkcjonuje (śmiech). A w przyszłości chciałbym zamieszkać w Barcelonie albo w Berlinie – gdzie wciąż panuje niesamowity artystyczny ferment. Artysta musi podróżować, aby móc przeżywać. Muzyka to nic innego jak werbalizacja własnych odczuć. A jeśli nie przeżywamy, nie mamy nic ciekawego do powiedzenia.
Życzę w takim razie Tobie i reszcie zespołu jak najwięcej dobrych przeżyć w Londynie 7 listopada!
O naszych sprawach w Brukseli
April 6, 2009
Z Baroness Sarah Ludford, członkiem Izby Lordów i eurodeputowaną reprezentującą w Parlamencie Europejskim Londyn, rozmawia Maciej Psyk
Zbliża się koniec pięcioletniej kadencji Parlamentu Europejskiego. Reprezentowała w nim Pani londyńczyków…
– Jestem wiceprzewodniczącą podkomisji praw człowieka DROI, która jest wydzieloną częścią Komitetu Spraw Zagranicznych, członkiem Komitetu Wolności Obywatelskie, Sprawiedliwość i Sprawy Wewnętrzne LIBE oraz delegacji do spraw relacji z USA. Odpowiadam przed londyńskimi wyborcami za to, co zrobiłam w tych obszarach. Ogromną ilość pracy włożyłam w zapewnienie równości i przestrzegania praw człowieka w Wielkiej Brytanii i całej Unii Europejskiej. W tej kadencji podjęto wielki wysiłek, by stworzyć wspólną politykę azylową, czyli prawa do osiedlania się osób spoza UE, np. z Afryki, ale także z krajów leżących na wschód od granic Unii. Obecnie regulują to państwa członkowskie co powoduje problemy ponieważ po otrzymaniu prawa do pobytu w UE azylanci mogą swobodnie przenieść się do innego kraju. Obecna sytuacja nie uwzględnia integracji, która zaszła w innych obszarach. W praktyce można wystąpić o azyl w różnych krajach członkowskich z różnymi szansami otrzymania go. Ideałem byłby wspólny formularz dla osób występujących o azyl, oczywiście z poszanowaniem praw człowieka.
Przy 27 krajach członkowskich wprowadzenie takiego prawa jest z pewnością bardzo trudne?
– Myślę, że jednolite prawo jest wręcz niemożliwe. Mówimy tu o wypracowaniu podstawy opartej na wspólnych zasadach. Proszę także nie mylić azylantów z imigrantami. To są dwie różne kwestie. Azylanci to osoby prześladowane za działalność w swoich krajach. Z drugiej strony dyskusyjne jest czy emigracją jest korzystanie z prawa do wyboru miejsca zamieszkania, co gwarantuje Unia.

›› Baroness Ludford z polską młodzieżą. Zdjęcie ze zbiorów prywatnych
Z jakimi innymi problemami spotkała się Pani w tej kadencji?
– Inne sprawy, nad którymi pracowałam jako eurodeputowana to terroryzm i ochrona danych osobowych, a przede wszystkim jak przestrzegać prawa człowieka w sytuacji coraz większej kontroli obywateli ze strony instytucji państwowych. To często rodzi konflikty. Muszę tu nadminić, że jedna trzecia Europejskich Nakazów Aresztowania przekazanych Wielkiej Brytanii dotyczy obywateli polskich. W dużej mierze oskarżeni są o drobne przestępstwa, z których najbardziej anegdotyczna była sprawa dotycząca kradzieży świni. Oskarżony przeniósł swój tzw. ośrodek życiowy do Wielkiej Brytanii. Taka dysproporcja w ocenie ważności sprawy rodzi pytanie, dlaczego polskie władze korzystają z Europejskiego Nakazu Aresztowania przy każdej nadarzającej się okazji i czy jest to zgodne z intencjami jego twórców.
W Polsce rozgorzała dyskusja, czy Jakub Tomczak, skazany na karę podwójnego dożywocia za gwałt i pobicie może odbywać karę dożywocia w Polsce, gdzie za takie przestępstwo grozi maksymalnie 12 lat więzienia z szansą na wyjście po sześciu latach. Polski Sąd Najwyższy uznał, że powinien odbyć karę zasądzoną przez sąd brytyjski co oznacza, że będzie mógł wyjść na wolność dopiero po 25 latach.
– Ten przykład pokazuje, z jak poważnymi problemami się zmagamy. Należy mieć nadzieję, że wobec Jakuba zostanie zastosowane prawo łaski [jakie przysługuje Prezydentowi RP – red]. Inny problem to kwestia tego, że nie wszystkie przestępstwa w jednym kraju są penalizowane w innym. Dotyczy to zwłaszcza spraw najbardziej delikatnych i związanych z systemem wartości, takich jak aborcja, negowanie Holocaustu (tzw. „kłamstwo oświęcimskie” zagrożone w Polsce karą do 3 lat więzienia – red.] czy obraza uczuć religijnych. Na pewno Europejski Nakaz Aresztowania nie powinien służyć do propagowania i narzucania jakiegoś światopoglądu.
W listopadzie Parlament Europejski przyjął długo blokowaną dyrektywę zrównującą, z pewnymi wyjątkami, prawa pracowników agencji z prawami pracowników zatrudnionych bezpośrednio przez pracodawców. Jednak grupa ALDE wyrażała się o niej bez entuzjazmu.
– Nie jestem ekspertem w sprawach zatrudnienia. Tą sprawą zajmowała się z ramienia ALDE Liz Lynne. Zgadzam się jednak, że ta sprawa powinna być regulowana przez państwa członkowskie, natomiast regulacja na poziomie unijnym nie jest rozwiązaniem skutecznym. Istnieje wiele możliwości, by rząd brytyjski walczył z wykorzystywaniem pracowników agencyjnych. Możliwe jest zatrudnienie większej liczby inspektorów pracy.
Ta dyrektywa jest związana z obecnie debetowanym tu zniesieniem kluzuli dopuszczającej pracę ponad 48 godzin tygodniowo. Jak zamierza Pani głosować?
– Jestem za utrzymaniem elastyczności brytyjskiego rynku pracy i przeciwko zakazywaniu ludziom, by pracowali dłużej niż inni. Pracownicy powinni mieć w tej sprawie wolny wybór. Zakaz pracy ponad 48 godzin tygodniowo nie cieszy się poparciem ALDE. To trochę tak jakby wyznaczać państwom członkowskim ilu imigrantów mogą przyjąć, np. – maksymalnie 10 tys. z Afryki. Regulując pewne sprawy zmniejszamy wolność innych. Oczywiście popieram przepisy gwarantujące przestrzeganie BHP, jednak jestem przeciwna ograniczaniu prawa do dysponowania swoim czasem.
Rząd brytyjski mocno ograniczył dostęp do rynku pracy dla Rumunów i Bułgarów. Jakie kryją się za tym przesłanki i czy Pani je popiera?
– Zacznę od tego, że w sprawie otwarcia rynku pracy dla wschodnich Europejczyków doszło do dużego paradoksu. Swoje rynki otworzyła tylko Wielka Brytania, Irlandia i Szwecja, wziąwszy pod uwagę egzotyczny język szwedzki, ogromna rzesza pracowników przyjechała na Wyspy. Ta fala byłaby dużo mniejsza, gdyby rynki pracy otwarły wszystkie kraje. To powoduje, że przeciętni Brytyjczycy uważają, że problemem jest sam przepływ pracowników. W efekcie Rumuni i Bułgarzy stali się ofiarą przekonania, że dostęp do rynku trzeba ograniczyć. Rząd Gordona Browna działa jednak pod publiczkę, ponieważ imigranci z tych krajów mogą fikcyjnie rejestrować się jako samozatrudnieni. Mają także prawo do wjazdu do Wielkiej Brytanii. W efekcie wprowadzone ograniczenia są bardziej pozorne i skierowane do opinii publicznej niż oparte na rzetelnych przesłankach. Z drugiej strony rząd nie zrobił niestety wystarczająco dużo, by pokazać pozytywny wkład imigrantów do ekonomii, taki jak choćby tworzenie przez nich miejsc pracy. Sama korzystam z usług polskiego hydraulika. By wykonać naprawę zlecił część pracy angielskiemu koledze. Warto wiedzieć, że tak też się dzieje, a rzeczywistość jest bardziej złożona niż chcą niektóre krzyczące nagłówki prasowe.
Wielka Brytania nie należy do układu z Schengen przez co zachowane są kontrole graniczne – na lotniskach, promach i w Eurotunelu. Skąd taka decyzja władz brytyjskich?
– Uważam, że potrzebujemy publicznej debaty na temat przystąpienia do strefy Schengen, ponieważ moim zdaniem pozostając poza nią, Wielka Brytania więcej traci niż zyskuje. W tej chwili jest w niej już prawie cała Europa. Głównym argumentem przeciwko przystąpieniu były obawy o szczelność wschodniej granicy Unii, gdzie sytuacja jednak bardzo się poprawiła. Jeśli w strefie będzie także Rumunia i Bułgaria, a granice będą szczelne, to uważam, że powinna nastąpić rewizja brytyjskiej polityki.
A jakie jest Pani zdanie w sprawie przyjęcia euro?
– Liberal Democrats zasadniczo są za. Ale teraz nie jest najlepszy okres na debatę na ten temat ze względu kurs wymiany funta na euro. Rząd brytyjski powinien jednak być gotowy do podjęcia tego tematu, który nie może być dla polityków no-go area.
Jest Pani członkiem delegacji do rozmów z USA. Czy zniesienie wiz dla części krajów Unii jest sprawą, którą się zajmowaliście?
– Absolutnie. Wizy do USA są nadal wymagane m. in. od Polaków i Greków. Nie jest to sytuacja komfortowa, ani dla obywateli tych państw ani dla samej Komisji Europejskiej. Myślę, że ta sprawa będzie jeszcze przedmiotem dalszych rozmów aż do osiągnięcia pełnego sukcesu. Wizy do USA są związane z udziałem w układzie z Schengen – skoro Unia pozwala na swobodny ruch obywateli wewnątrz strefy, Amerykanie mają słabe argumenty, by wymagać od niektórych z nich wiz.
W związku z felietonem Gilesa Corena w „The Times”, który użył znieważającego słowa „Polaczki” Zjednoczenie Polskie w Wielkiej Brytanii zwróciło się do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka ze skargą, że prawo nie chroni przed znieważaniem mniejszości polskiej. Czy Pani zdaniem prawo brytyjskie powinno dać taką ochronę grupom etnicznym?
– Sądzę, że nie wszystko powinno być regulowane przez prawo. Za bezmyślne słowa autor i wydawca powinni przeprosić.
Zjednoczenie Polskie podjęło takie próby, lecz bez rezultatu. Adresaci listów nie czuli się zobligowani do wyjaśnień czy przeprosin.
– Ta sprawa przypomina mi zakaz wjazdu do Wielkiej Brytanii dla prawicowego polityka Holandii Geerta Wildera. Zaprosiła go Izba Lordów, lecz prawa wjazdu odmówiła mu minister spraw wewnętrznych. Byłam temu przeciwna. Powinniśmy się z nim spotkać i porozmawiać, zadawać mu pytania. Wolność słowa jest bardzo cenną wartością. Prawna ochrona grup etnicznych czy zakazy wjazdu do kraju nie służą jej pielęgnowaniu.
Rozmawiał Maciej Psyk
Wspiąć się na szczyt świata
February 16, 2009
Mieszka w Londynie, pracuje w City. Z Anną Lichotą o zdobywaniu sześciu z siedmiu najwyższych szczytów świata (nie licząc tego w londyńskim City) rozmawia Grzegorz Małkiewicz.
Dla Anny Lichoty wspinaczka to znacznie więcej niż ekstremalny sposób spędzania wolnego czasu. To szkoła charakteru – jak mówi – z wyników której korzysta także w pracy zawodowej.
Wszystko, co do tej pory w swoim życiu robiła, można porównać ze wspinaczką, z pokonywaniem trudności, które mobilizowały ją do podejmowania kolejnych kroków. Dla Anny Lichoty każdy z nich był wyzwaniem, zapowiedzią samotnej walki, którą chciała stoczyć.
Wspinaczką zajmowała się już w Polsce, w trakcie studiów w Szczecinie. Nie były to jednak trudne trasy, bardziej turystyczne, które jednak zdecydowały o tym, że do gór wciąż wraca. Wtedy jeszcze nie wiedziała, że będą to najwyższe szczyty na wszystkich kontynentach.
Zanim do tego doszło, absolwentka Uniwersytetu w Szczecinie przyjeżdża do Londynu. Jest rok 1996, postanawia kontynuować studia w London School of Economics. Wtedy, przed wejściem Polski do Unii Europejskiej, studiowanie w prestiżowej LSE nie było łatwe, a tym bardziej tanie. Rok studiów kosztował ponad 8 tys. funtów. Były oczywiście tańsze studia, ale te nie były brane pod uwagę, musiała być LSE. Anna nie wybiera łatwych rozwiązań. Zaczynają się strome schody, pierwsza prawdziwa wspinaczka, może mniej niebezpieczna niż te późniejsze, ale równie wyczerpująca.
Opłacenie czesnego było najtrudniejszą przeszkodą. Pożyczki w banku nie wchodziły w grę, była cudzoziemką, bez stałej pracy, i to z biednego kraju. W końcu udało się pożyczyć dużą sumę pieniędzy prywatnie. Pierwsza poważna inwestycja, ale takich Anna Lichota nie boi się. – To najbezpieczniejsza inwestycja – mówi z humorem. – Znasz samego siebie, tak dużo od ciebie zależy, musisz wygrać.
Nie było łatwo utrzymać się studentce prestiżowej uczelni z tygodniowym funduszem 70 funtów. Mieszkała w wieloosobowych pokojach, oszczędzała na żywności i transporcie. Po górskich wędrówkach z ciężkim plecakiem piesze pokonywanie londyńskich odległości nie było straszne. Dorabiała na tłumaczeniach, a jak brakowało pieniędzy, znajdowali się ludzie, którzy pomogli – nakarmili, „przechowali” w najtrudniejszym okresie. I wygrała, opłaciło się.
Po zdobyciu dyplomu pierwszą pracę dostała w amerykańskiej firmie General Electric, w której szybko awansowała. Pracodawca wysyła ją z Londynu na kolejne placówki. Między innymi do Moskwy, gdzie przez kilka miesięcy jest szefem sprzedaży Delta Bank, w którym udziały ma General Electric. Pracuje też w Rumunii, Czechach i Holandii. Szczyt wielkich korporacji zdobyty, szuka nowych wyzwań, tras trudniejszych.
Pomimo dobrej pracy i płacy szuka czegoś innego. Ma świetne wykształcenie i doświadczenie w pracy na szczeblu menedżerskim, więc o propozycje nie było trudno.
Wybiera bank inwestycyjny UBS w Londynie. W krótkim czasie zostaje menedżerem odpowiedzialnym za wdrażanie nowych systemów i technologii. Kieruje obecnie 15-osobowym zespołem. I tak już chyba przez jakiś czas pozostanie, bo bank, w którym pracuje, docenił jej pasję do wysokogórskiej wspinaczki.
- To bardzo ważne – mówi Anna Lichota. – Wyruszam na wyprawy w czasie urlopu, ale czas trwania wspinaczki trudno dokładnie określić, bo zależy od warunków atmosferycznych. Tak było w styczniu na Antarktydzie podczas zdobywania Mount Vision. W kontynuowaniu wyprawy przeszkodziła nam 36-godzinna burza śnieżna. W namiocie było minus 17 stopni. W takich warunkach trzeba pokonać nie tylko zimno, ale też nudę. Na szczęście wzięłam książkę, którą rozerwałam i luźnymi kartkami podzieliłam się z pozostałymi uczestnikami – zbędny bagaż okazał się jak najbardziej przydatny. Potem była piękna pogoda i zdobyliśmy szczyt w słońcu na tle niebieskiego nieba. Ale do pracy nie zdążyłam. Z telefonu satelitarnego zadzwoniłam do kolegi, którego poprosiłam o przesłanie maila do pracy. Nie było żadnego problemu, szef pogratulował mi zdobycia szczytu.
- Był to szósty już szczyt w ramach projektu wspinaczkowego „Korona Ziemi”. Co to za projekt, jak się zaczął?
- Bardzo prywatnie i nieformalnie. Wspinaliśmy się ze znajomymi w Alpach i ktoś wspomniał o tym projekcie. Postanowiliśmy spróbować.
- Jak wypadła pierwsza próba, na którym szczycie?
- Kilimandżaro w Afryce. Wtedy zrozumiałam, co to znaczy prawdziwa wspinaczka. Jak ważna jest odporność organizmu i okres przygotowań, żeby potem nie było najmniejszej niespodzianki. Kilimandżaro ma prawie 6 tys. m.n.p.m, nie jest więc najwyższym szczytem, ale na tej wysokości ludzki organizm reaguje inaczej. Pojawiają się wyraźne objawy, że ktoś nie wytrzymuje tych warunków – np. puchnięcie rąk, zawroty głowy. Zdarzają się zawały serca, u młodych, zdawałoby się wysportowanych ludzi. W takich wypadkach należy wyprawę przerwać, zejść niżej. Często z powodu jednego uczestnika, który nie wytrzymał, schodzi cała grupa. I tu zaczyna się prawdziwa szkoła charakterów. Jest to dla każdego uczestnika najgorszy scenariusz, poczucie winy, że z jego powodu wspinaczka jest przerwana. Powodem może być słabe przygotowanie, a nie wrodzone cechy, chociaż to też się zdarza. Byłam na jednej wyprawie z człowiekiem, który dopiero w takich warunkach odkrył w sobie lęk wysokości. Ale nie poddał się, unikał spoglądania w dół, pokonał swoją słabość. W takich ekstremalnych warunkach wszystko praktycznie zależy od ciebie. Nie ma ułatwień cywilizacyjnych, wszechobecnych ubezpieczeń, które rekompensują każdy nasz fałszywy krok. Nie ma też specjalnych ulg dla kobiet, choć stanowią mniejszość. Rzadko się zdarza, że ktoś pomoże. Ten sam plecak (25 kg), a na Antarktydzie dodatkowo załadowane sanie. Dochodzą do tego niezręczne sytuacje typu namiot dzielony z obcym mężczyzną. Ale to są warunki minimum, i jeśli w to wchodzisz, musisz je zaakceptować.
- Jak w takim razie wygląda przygotowanie do wyprawy w warunkach miejskich?
- Przede wszystkim zdrowe życie, zero alkoholu i intensywny trening – siłownia i spacery z dużym obciążeniem. Przed wyprawą do pracy na Liverpool Street, z Rotherhithe, gdzie mieszkam, chodzę z plecakiem wypełnionym butelkami z wodą, waży 25 kg.
- I nikogo to nie dziwi?
- Trochę tak. Kiedy leciałam do Chile, skąd jest połączenie z Antarktydą, musiałam przynieść cały sprzęt do pracy, miałam samolot wieczorem. Moja podopieczna chciała podnieść plecak i rozpłakała się, był dla niej za ciężki.
- Współczuła Pani, czy może sobie?
- Chyba mnie, że tak bardzo się męczę. Ale to jest mój wybór. A kiedy już byłam na Białym Kontynencie, to wiedziałam, że ten trud się opłacił. Tam było pięknie, około sto osób na całym kontynencie, ślady pozostawione na śniegu sprawiały radość. Prawdziwa ucieczka od szalonego świata, od codzienności, i szansa, żeby się nad sobą zastanowić, szansa na chwilę refleksji.
- Przypuszczam, że taka ucieczka od cywilizacji też sporo kosztuje…
- To prawda, ale zwykle szuka się sponsorów. Dotychczasowe wyprawy nie kosztowały tak dużo. Udało mi się nawet przekazać z zebranych pieniędzy 20 tys. dolarów na rzecz UNICEF-u i domu dziecka w Polsce. To jest jeden z celów moich wypraw – pomagać dzieciom. Znacznie droższa będzie wspinaczka na Mount Everest, około 30 tys. dolarów. Już teraz zaczęliśmy szukać sponsorów, chociaż wyprawę planujemy w 2010 roku.
- Ponad 8 tys. m.n.p.m. Na szczycie świata. To musi dawać ogromną satysfakcję…
- Daje, ale jest to dopiero połowa sukcesu, chociaż ma jakby największe znaczenie. Trzeba jeszcze zejść, co jest o wiele trudniejsze, przede wszystkim z powodu zmęczenia organizmu, większej możliwości popełnienia błędów, bo nie ma już tej adrenaliny.
- A potem jest jeszcze zejście trudniejsze, powrót do codzienności, do pracy biurowej…
- W której można wykorzystać doświadczenie zdobyte w górach, gdzie nie obowiązuje taryfa ulgowa.
Rozmawiał Grzegorz Małkiewicz
Made in Africa
January 19, 2009
Mimo iż jest pierworodnym synem Feli Kuti – kontrowersyjnego twórcy afrobeatu, który jeszcze za życia stał się źródłem inspiracji dla takich sław jak James Brown czy Paul McCartney, Seun Kuti zdołał wyjść z cienia wielkiego ojca. Wraz z ojcowskim zespołem, Egypt 80, zapełnia europejskie sale, rozpraszając chłód ciężkich czasów afrykańską zmysłowością, jazzową improwizacją i polityczną prowokacją. 15 grudnia, w dzień po występie na gali towarzyszącej wręczaniu Pokojowej Nagrody Nobla, Seun Kuti powiedział, iż nie mógłby obrać innej drogi.
Koniec 2008 roku uwieńczasz dużym sukcesem: dwa wyprzedane koncerty w Londynie i występ podczas gali wręczania Pokojowej Nagrody Nobla.
Zaproszenie na występ w Oslo było dla mnie ogromnym wyróżnieniem, choć, tak naprawdę, nie do końca wiem, dlaczego mnie wybrano. Myślę, że organizatorom imprezy chodziło o artystę, który reprezentowałby kontynent, a ja podobno jestem obecnie gorącym debiutantem w Afryce. [śmiech] Idea nagród Nobla jest mi bardzo bliska, tym bardziej że w 1986 roku mój wujek (Wole Soyinka), jako pierwszy Nigeryjczyk, został laureatem Literackiej Nagrody Nobla.
Czy otrzymałeś formalne gratulacje od prezydenta Umaru Yar’Aduy?
Od prezydenta? (śmiech). Nie otrzymałem żadnych oficjalnych gratulacji i ich nie oczekuję. Nie mógłbym stać obok kogoś, kto należy do grupy ludzi niszczącej przyszłość kontynentu. Nie jestem też typem osoby, która wychodzi do dziennikarzy i krzyczy o swoich sukcesach. Po noblowskim występie podszedł natomiast do mnie Martti Ahtisaari (laureat Pokojowej Nagrody), uścisnęliśmy sobie dłonie, po czym dałem mu swoje CD.
Podobało mi się, co powiedziałeś przed występem w Oslo: W Afryce mamy pieniądze, teraz potrzebujemy porządnych rządów.
Afryka jest najbogatszym w surowce naturalne kontynentem – nie jesteśmy żebrakami, ale potrzebujemy ludzi z zewnątrz, którzy „posprzątaliby” bałagan po naszych politykach; innymi słowy, wykopali złych ludzi (śmiech).
Spędziłam rok w Ghanie, gdzie również przez pewien czas mieszkał Twój ojciec. Oto obraz, jaki zapadł mi w pamięć: wielkie domy, dużo samochodów i… wielkie cierpienie…
W Afryce panuje wszechobecna opresja. Żyjemy wciąż w systemie niewolniczym, jaki panował w XVIII wieku. Pan ma dużą posiadłość, więc zatrudnia niewolników, aby na niego pracowali. Niewolnik ma dach nad głową, ma co jeść – jest mu lepiej niż tym na zewnątrz, bo ma pracę. I tak rodzi się miłość do pana. W Nigerii wielka korupcja tworzy wielkie pieniądze – prywatyzują się główne gałęzie przemysłu, tworzą się tzw. miejsca pracy, w efekcie społeczeństwo staje się tak naprawdę niewolnikami tych biznesmenów. Wasi przywódcy w Europie o tym wiedzą, ale nic nie robią z tym problemem.
Piętno, jakie odcisnął kolonializm niewątpliwie jest wciąż bardzo żywe. Afryka jest dogłębnie zakompleksiona. Afrykańska cywilizacja jest postrzegana wciąż przez pryzmat standardów bogatego Zachodu zarówno przez jej mieszkańców, jak i na Zachodzie.
Ale po odzyskaniu niepodległości było w nas wiele dumy. Bardzo szybko jednak doszliśmy do sytuacji, w której wszystko sprowadza się do posiadania pieniędzy. W Afryce jeśli nie jesteś zamożny, jesteś nikim, nikt cię nie szanuje, nie masz elektryczności, nie masz dostępu do informacji, możesz być aresztowany bez przyczyny. W Afryce, w przeciwieństwie do Europy, bogaci ludzie, czyli politycy, nie ingerują w życie biednych. Mam szczęście, że pochodzę z uprzywilejowanej rodziny – naszą zamożność zawdzięczamy sztuce, za pomocą której uświadamiam o tym, co dzieje się w Afryce.
Śpiewasz o korupcji, biedzie i niesprawiedliwości w Nigerii, czyli o tych samych problemach, które poruszał Twój ojciec. Czy to znaczy, że w Nigerii nic nie zmieniło się od czasów, kiedy Fela osiągnął sławę w latach 70.?
Mimo że Nigeria plasuje się jako jeden z bogatszych krajów w Afryce, w dalszym ciągu borykamy się z ogromnymi podziałami społecznymi – bogaci się bogacą, a biedni biednieją. Oprócz tego wciąż mamy poważne problemy z prawami człowieka, z podstawowymi pniedostatkami, jak chroniczny brak elektryczności…
W Ghanie wyłączano elektryczność średnio trzy razy w tygodniu…
Pod tym względem w Nigerii jest jeszcze gorzej… Nie możesz też protestować bez pozwolenia, a tego nigdy ci nie przyznają. Rząd nie reprezentuje społeczeństwa, a prawo jest dla polityków biznesem.
Twojego tatę nieprzerwanie ścigano i więziono za obrazę władz nigeryjskich. Czy Ty śpiewając np. „don’t bring this shit to Africa”, jesteś bezpieczny w swoim kraju?
Czuję się na tyle bezpiecznie, aby wciąż tam mieszkać.
Mimo iż pod wieloma względami przypominasz ojca, na pewno zdołałeś wyjść spod jego cienia. Niewielu dzieciom słynnych rodziców to się udaje. Zastanawiam się, co prócz talentu i determinacji pomogło Ci osiągnąć taki status?
Akceptacja własnego ja – to największe wyzwanie człowieka. Podświadomie żyjemy w konflikcie między tym, kim jesteśmy, a kim chcemy być. Fraza „syn Feli” nie definiuje tego, kim jestem. Widzę siebie jako dobrego muzyka, praktykanta afrobeatu, niezależnie od legendy Feli Kuti.
Zespół Egypt 80 przejąłeś po śmierci Feli w wieku 14 lat, co było nie tyle odważnym, co szalonym krokiem. Ostre recenzje krytyków i ciągłe porównania z ojcem-gwiazdą mogłyby przecież negatywnie wpłynąć na karierę nowicjusza, jakim byłeś.
To była spontaniczna decyzja. Po tym, jak usłyszałem, że wraz ze śmiercią ojca umiera zespół, nie mogłem do tego dopuścić. Przecież Egypt 80 i afrobeat wyznaczały sens jego życia. Egypt 80 to wspaniały zespół, synonim afrykańskiej muzyki i kawałek afrykańskiej historii. Podczas zebrania rodzinnego, zdecydowałem, że przejmę zespół. Rodzina zgodziła się, ale ostrzegła mnie, abym nie przychodził do nich z problemami. Od tego czasu wszystko układa się pomyślnie, a krytycy oczywiście mogą wpłynąć na opinie o mojej muzyce, ale nie wpłyną na moją muzykę. Podróżowałem często z ojcem jako dziecko. Wychowałem się na afrobeacie – pierwszy swój koncert grałem z Nim mając 9 lat. Afrobeat to ja.
Swoją pierwszą płytę „Many things” wydałeś dopiero kilka miesięcy temu, czyli 10 lat od momentu przejęcia Egypt 80 – dlaczego czekałeś tak długo?
Tak naprawdę materiał do „Many things” powstał dwa lata temu. Rok później podpisałem kontrakt, a potem płyta ukazała się w Europie. Ponieważ przejąłem grupę jako nastolatek, musiałem najpierw zrozumieć, co chcę powiedzieć; w jaki sposób wyrazić siebie jako muzyk Afrobeatu. Afrobeat to trudna muzyka, muzyka walczących, która nakłada na artystę dużą odpowiedzialność za niesiony przekaz. Tu nie ma miejsca na kompromisy.
Rozmawiała Anna Gałandzij







Komentarze