Wspiąć się na szczyt świata

February 16, 2009

Mieszka w Londynie, pracuje w City. Z Anną Lichotą o zdobywaniu sześciu z siedmiu najwyższych szczytów świata (nie licząc tego w londyńskim City) rozmawia Grzegorz Małkiewicz.

Dla Anny Lichoty wspinaczka to znacznie więcej niż ekstremalny sposób spędzania wolnego czasu. To szkoła charakteru – jak mówi – z wyników której korzysta także w pracy zawodowej.

Wszystko, co do tej pory w swoim życiu robiła, można porównać ze wspinaczką, z pokonywaniem trudności, które mobilizowały ją do podejmowania kolejnych kroków. Dla Anny Lichoty każdy z nich był wyzwaniem, zapowiedzią samotnej walki, którą chciała stoczyć.

Wspinaczką zajmowała się już w Polsce, w trakcie studiów w Szczecinie. Nie były to jednak trudne trasy, bardziej turystyczne, które jednak zdecydowały o tym, że do gór wciąż wraca. Wtedy jeszcze nie wiedziała, że będą to najwyższe szczyty na wszystkich kontynentach.

Zanim do tego doszło, absolwentka Uniwersytetu w Szczecinie przyjeżdża do Londynu. Jest rok 1996, postanawia kontynuować studia w London School of Economics. Wtedy, przed wejściem Polski do Unii Europejskiej, studiowanie w prestiżowej LSE nie było łatwe, a tym bardziej tanie. Rok studiów kosztował ponad 8 tys. funtów. Były oczywiście tańsze studia, ale te nie były brane pod uwagę, musiała być LSE. Anna nie wybiera łatwych rozwiązań. Zaczynają się strome schody, pierwsza prawdziwa wspinaczka, może mniej niebezpieczna niż te późniejsze, ale równie wyczerpująca.

Opłacenie czesnego było najtrudniejszą przeszkodą. Pożyczki w banku nie wchodziły w grę, była cudzoziemką, bez stałej pracy, i to z biednego kraju. W końcu udało się pożyczyć dużą sumę pieniędzy prywatnie. Pierwsza poważna inwestycja, ale takich Anna Lichota nie boi się. – To najbezpieczniejsza inwestycja – mówi z humorem. – Znasz samego siebie, tak dużo od ciebie zależy, musisz wygrać.

Nie było łatwo utrzymać się studentce prestiżowej uczelni z tygodniowym funduszem 70 funtów. Mieszkała w wieloosobowych pokojach, oszczędzała na żywności i transporcie. Po górskich wędrówkach z ciężkim plecakiem piesze pokonywanie londyńskich odległości nie było straszne. Dorabiała na tłumaczeniach, a jak brakowało pieniędzy, znajdowali się ludzie, którzy pomogli – nakarmili, „przechowali” w najtrudniejszym okresie. I wygrała, opłaciło się.

Po zdobyciu dyplomu pierwszą pracę dostała w amerykańskiej firmie General Electric, w której szybko awansowała. Pracodawca wysyła ją z Londynu na kolejne placówki. Między innymi do Moskwy, gdzie przez kilka miesięcy jest szefem sprzedaży Delta Bank, w którym udziały ma General Electric. Pracuje też w Rumunii, Czechach i Holandii. Szczyt wielkich korporacji zdobyty, szuka nowych wyzwań, tras trudniejszych.

Pomimo dobrej pracy i płacy szuka czegoś innego. Ma świetne wykształcenie i doświadczenie w pracy na szczeblu menedżerskim, więc o propozycje nie było trudno.

Wybiera bank inwestycyjny UBS w Londynie. W krótkim czasie zostaje menedżerem odpowiedzialnym za wdrażanie nowych systemów i technologii. Kieruje obecnie 15-osobowym zespołem. I tak już chyba przez jakiś czas pozostanie, bo bank, w którym pracuje, docenił jej pasję do wysokogórskiej wspinaczki.

- To bardzo ważne – mówi Anna Lichota. – Wyruszam na wyprawy w czasie urlopu, ale czas trwania wspinaczki trudno dokładnie określić, bo zależy od warunków atmosferycznych. Tak było w styczniu na Antarktydzie podczas zdobywania Mount Vision. W kontynuowaniu wyprawy przeszkodziła nam 36-godzinna burza śnieżna. W namiocie było minus 17 stopni. W takich warunkach trzeba pokonać nie tylko zimno, ale też nudę. Na szczęście wzięłam książkę, którą rozerwałam i luźnymi kartkami podzieliłam się z pozostałymi uczestnikami – zbędny bagaż okazał się jak najbardziej przydatny. Potem była piękna pogoda i zdobyliśmy szczyt w słońcu na tle niebieskiego nieba. Ale do pracy nie zdążyłam. Z telefonu satelitarnego zadzwoniłam do kolegi, którego poprosiłam o przesłanie maila do pracy. Nie było żadnego problemu, szef pogratulował mi zdobycia szczytu.

- Był to szósty już szczyt w ramach projektu wspinaczkowego „Korona Ziemi”. Co to za projekt, jak się zaczął?

- Bardzo prywatnie i nieformalnie. Wspinaliśmy się ze znajomymi w Alpach i ktoś wspomniał o tym projekcie. Postanowiliśmy spróbować.

- Jak wypadła pierwsza próba, na którym szczycie?

- Kilimandżaro w Afryce. Wtedy zrozumiałam, co to znaczy prawdziwa wspinaczka. Jak ważna jest odporność organizmu i okres przygotowań, żeby potem nie było najmniejszej niespodzianki. Kilimandżaro ma prawie 6 tys. m.n.p.m, nie jest więc najwyższym szczytem, ale na tej wysokości ludzki organizm reaguje inaczej. Pojawiają się wyraźne objawy, że ktoś nie wytrzymuje tych warunków – np. puchnięcie rąk, zawroty głowy. Zdarzają się zawały serca, u młodych, zdawałoby się wysportowanych ludzi. W takich wypadkach należy wyprawę przerwać, zejść niżej. Często z powodu jednego uczestnika, który nie wytrzymał, schodzi cała grupa. I tu zaczyna się prawdziwa szkoła charakterów. Jest to dla każdego uczestnika najgorszy scenariusz, poczucie winy, że z jego powodu wspinaczka jest przerwana. Powodem może być słabe przygotowanie, a nie wrodzone cechy, chociaż to też się zdarza. Byłam na jednej wyprawie z człowiekiem, który dopiero w takich warunkach odkrył w sobie lęk wysokości. Ale nie poddał się, unikał spoglądania w dół, pokonał swoją słabość. W takich ekstremalnych warunkach wszystko praktycznie zależy od ciebie. Nie ma ułatwień cywilizacyjnych, wszechobecnych ubezpieczeń, które rekompensują każdy nasz fałszywy krok. Nie ma też specjalnych ulg dla kobiet, choć stanowią mniejszość. Rzadko się zdarza, że ktoś pomoże. Ten sam plecak (25 kg), a na Antarktydzie dodatkowo załadowane sanie. Dochodzą do tego niezręczne sytuacje typu namiot dzielony z obcym mężczyzną. Ale to są warunki minimum, i jeśli w to wchodzisz, musisz je zaakceptować.

- Jak w takim razie wygląda przygotowanie do wyprawy w warunkach miejskich?

- Przede wszystkim zdrowe życie, zero alkoholu i intensywny trening – siłownia i spacery z dużym obciążeniem. Przed wyprawą do pracy na Liverpool Street, z Rotherhithe, gdzie mieszkam, chodzę z plecakiem wypełnionym butelkami z wodą, waży 25 kg.

- I nikogo to nie dziwi?

- Trochę tak. Kiedy leciałam do Chile, skąd jest połączenie z Antarktydą, musiałam przynieść cały sprzęt do pracy, miałam samolot wieczorem. Moja podopieczna chciała podnieść plecak i rozpłakała się, był dla niej za ciężki.

- Współczuła Pani, czy może sobie?

- Chyba mnie, że tak bardzo się męczę. Ale to jest mój wybór. A kiedy już byłam na Białym Kontynencie, to wiedziałam, że ten trud się opłacił. Tam było pięknie, około sto osób na całym kontynencie, ślady pozostawione na śniegu sprawiały radość. Prawdziwa ucieczka od szalonego świata, od codzienności, i szansa, żeby się nad sobą zastanowić, szansa na chwilę refleksji.

- Przypuszczam, że taka ucieczka od cywilizacji też sporo kosztuje…

- To prawda, ale zwykle szuka się sponsorów. Dotychczasowe wyprawy nie kosztowały tak dużo. Udało mi się nawet przekazać z zebranych pieniędzy 20 tys. dolarów na rzecz UNICEF-u i domu dziecka w Polsce. To jest jeden z celów moich wypraw – pomagać dzieciom. Znacznie droższa będzie wspinaczka na Mount Everest, około 30 tys. dolarów. Już teraz zaczęliśmy szukać sponsorów, chociaż wyprawę planujemy w 2010 roku.

- Ponad 8 tys. m.n.p.m. Na szczycie świata. To musi dawać ogromną satysfakcję…

- Daje, ale jest to dopiero połowa sukcesu, chociaż ma jakby największe znaczenie. Trzeba jeszcze zejść, co jest o wiele trudniejsze, przede wszystkim z powodu zmęczenia organizmu, większej możliwości popełnienia błędów, bo nie ma już tej adrenaliny.

- A potem jest jeszcze zejście trudniejsze, powrót do codzienności, do pracy biurowej…

- W której można wykorzystać doświadczenie zdobyte w górach, gdzie nie obowiązuje taryfa ulgowa.

Rozmawiał Grzegorz Małkiewicz

To był przełomowy sezon

December 20, 2008

Za nami kolejny rok ligowych zmagań największej polonijnej ligi piłkarskiej na świecie. O jego podsumowanie, plany na przyszłość oraz odpowiedź na kilka niewygodnych pytań poprosiliśmy członka Zarządu, Piotra Zacharskiego.

Jak Pan ocenia miniony sezon pod względem organizacyjnym i sportowym?
Bez wątpienia był to sezon przełomowy. Pod względem sportowym na pewno było trochę gorzej niż przed rokiem. Przewaga mistrza ligi Inko Team była miażdżąca. To między innymi efekt powrotów wielu zawodników do Polski. Tak się stało m.in. z Domaxem, którego piłkarze grają obecnie w futsalowych drużynach na Śląsku. Muszę jednak zaznaczyć, że w trzeciej lidze poziom wzrósł diametralnie. Dlatego ogólnie nie powinniśmy narzekać.

Niewątpliwie do plusów należy zaliczyć podpisanie kontraktu z nowym sponsorem. Na jak długo podpisano umowę i na jaką kwotę ona opiewa?
Na oferty nie narzekaliśmy, bo firmy bardzo dobrze zdają sobie sprawę, że sponsoring ligi to bardzo dobry interes. Na dobry początek Sami Swoi wspomogli nas pod koniec sezonu. Umowa będzie obowiązywała jeszcze przez rok, ale od razu zaznaczam, iż obie strony chcą ze sobą współpracować co najmniej kilka lat. Ze względu na tajemnicę handlową kwoty oczywiście ujawnić nie mogę, ale jest ona nie mniejsza niż poprzednie i w pełni nas zadowala.

W trakcie obecnego sezonu doszło do kilku organizacyjnych zgrzytów. Nie do końca wyjaśnione były

W trakcie obecnego sezonu doszło do kilku organizacyjnych zgrzytów. Nie do końca wyjaśnione były sprawy awansu do pierwszej ligi Panoramy i LondonTV. Jak ostatecznie rozwiązano te sprawy?
Z Panoramą sprawa jest oczywista. Drużyna Young Juve połączyła się z London Boys. Fuzję pilotował Robert Zalewski, który zobowiązał się do zapłacenia długów Juve. Sytuację porównałbym do znanej w polskiej ekstraklasie fuzji Groclinu Grodzisk Wielkopolski z Polonią Warszawa. Trochę bardziej skomplikowana sytuacja wynikła z LondonTV, ale sprawę szybko wyjaśniliśmy i zespołu tego nie ma już w naszym gronie.

Właściciel tego zespołu zarzucił Zarządowi, że liga działa nielegalnie.
Pan Mirek Błoch to nasza największa porażka mijającego roku. Liga działa jak najbardziej legalnie. Jesteśmy zarejestrowani jako organizacja non-profit. Można nas też sprawdzić poprzez Companies House. Nasze interesy reprezentuje firma prawnicza pana Salingera, a bilans finansowy zlecimy zewnętrznej firmie księgowej.

Czy wyjaśniono już do końca sprawę rozliczeń Krzysztofa Wiciaka?
Można powiedzieć, że na dzień dzisiejszy sprawa rozliczeń wyjaśniona jest w osiemdziesięciu procentach. Będziemy jednak dążyć do tego, aby temat został zamknięty jak najszybciej.

Jak poradziliście sobie z boiskowymi brutalami? Jeszcze niedawno z boisk wiało grozą. Sam byłem świadkiem kilku awantur zakończonych pobiciem…
Postawiliśmy na ostre kary. Jesteśmy bardziej rygorystyczni, a przede wszystkim bezwzględni. Nie ugniemy się przed nikim, nawet jeśli odbędzie się to kosztem całej drużyny.

Kto szefuje rozgrywkom największej polonijnej ligi na świecie?
Nie ma prezesa, ani zastępców. Ligą kieruje po prostu pięciu równorzędnych członków Zarządu. Każdy ma jakieś obowiązki, z których stara się wywiązać jak najbardziej rzetelnie. W tej chwili Zarząd tworzą: Piotr Zacharski, Sylwester Jedynak, Piotr Osiński, Robert Zalewski, Tomasz Cisak.

Jakiś czas temu padł pomysł, aby zorganizować turniej z udziałem zespołów z lig w Londynie, Birmingham, Cork oraz Dublina…
Temat nie jest zamknięty. Sprawa wymaga wielu przygotowań. To jest przede wszystkim duże przedsięwzięcie logistyczne.

Jak dokładnie wyglądał będzie system przyszłorocznych rozgrywek ligowych?
Do 15 stycznia czekamy na zgłoszenia wszystkich chętnych drużyn. Dopiero wtedy ostatecznie zdecydujemy o kształcie ligi oraz terminach. W tej chwili mamy zapewnienia od 25 ekip. Będziemy zadowoleni jeśli w styczniu będzie ich co najmniej 32. Tak jak informowałem już tydzień temu najprawdopodobniej będą dwie ligi po dwie grupy. System rozgrywek będzie bardziej atrakcyjny poprzez wprowadzenie systemu play-off. Jak tylko wystartuje nasza strona internetowa podamy dane kontaktowe.

Kiedy pojawi się więc nowa oficjalna strona internetowa ligi?
To jest w tej chwili nasz największy priorytet. Zrobimy wszystko, aby strona powstała jak najszybciej. Pomoc w tej kwestii obiecał nam sponsor, dlatego jestem dobrej myśli.

Dziękuję za rozmowę i życzę sukcesów, bo od kilku lat nad ligą panuje jakieś fatum jeśli chodzi o niektórych działaczy.
Ja również dziękuję. Jestem przekonany, że najgorsze za nami. Mamy spory bagaż doświadczeń z których na pewno wyciągniemy wnioski. Jestem dobrej myśli.

Rozmawiał:
Daniel Kowalski

Jesteśmy zadowoleni

December 14, 2008

Z pomysłodawcami oraz głównymi organizatorami minipiłkarskiej ligi w Birmingham rozmawia Daniel Kowalski

Skąd wziął się pomysł na ligę w Birmingham?
Jarosław Dyląg: – Idea ligi w naszym mieście narodziła się wiosną 2007 roku. Zapoczątkowaliśmy wtedy regularne spotkania piłkarskie w ramach polskiego Fan Klubu Aston Villa. W sierpniu tego roku dwie drużyny reprezentujące nasz Fan Klub (Astonsi i Villersi) wzięły udział w turnieju Casper Stores 2007. Podczas imprezy poznaliśmy się bliżej i jakiś czas później pomyśleliśmy o stworzeniu regularnych rozgrywek w Birmingham. Idea ligi dojrzewała przez pół roku aż do naszej wspólnej decyzji ogłoszenia zapisów do rozgrywek i zorganizowania ligi.

W jaki sposób werbowaliście zespoły?
Krzysztof Kokociński: – To była krótka akcja promocyjna za pomocą plakatów i ulotek w zaprzyjaźnionych sklepach „Krakus” oraz „Casper”. Oprócz tego pojawiły się anonse na internetowych forach (astonvilla.com.pl oraz bham.pl) oraz ogłoszenia podczas mszy w kościele św. Michała. Wykonaliśmy również sporo telefonów do przyjaciół. Odzew przerósł nasze najśmielsze oczekiwania. W połowie kwietnia w Klubie Polskim w Birmingham odbyło się pierwsze spotkanie organizacyjne Polskiej Ligi Piłki Nożnej „6-A-side” w Birmingham. Frekwencja na spotkaniu mile nas zaskoczyła, gdyż znając realia życia Polonii w Birmingham liczyliśmy na odzew ośmiu, może dziesięciu drużyn. Tymczasem sala kawiarni „Amber” w Klubie Polskim pękała w szwach, ponieważ chętnych i zainteresowanych było ponad trzydzieści osób.

[Czytaj dalej]

Napisaliśmy historię

September 8, 2008

Z piłkarzem Anorthosis Famagusta skontaktowaliśmy się dzień po meczu z Olympiakosem Pireus. Kilka minut po tym jak Bruno Conti, włoski mistrz świata z 1982 roku, wylosował pełny skład grupy, w której zagra cypryjska rewelacja. Inter, Werder, Panathinaikos… To rywale ekipy z Cypru.

Może być?
- Może. Chciałem jakiegoś mocarza z Anglii lub z Hiszpanii, ale przecież nie będę narzekał. Inter to wielka firma, Werder też jest mocny. Mnie cieszy fakt gry z Panathinaikosem. W środę wszyscy jego kibice trzymali za nas kciuki. Tak nie lubią Olympiakosu.

Rozumiem, że w czwartek nie wydał Pan na jedzenie nawet grosza?
- Tutaj piłkarze generalnie nie wydają na jedzenie zbyt dużo, bo dla właściciela każdej restauracji gościć zawodnika to wielki splendor. Teraz dostaniemy pewnie jeszcze większe porcje. W czwartek jednak specjalnie nie chodziłem po mieście. Wróciliśmy do Famagusty około 6 rano i dzień mieliśmy wolny. Poświęciłem go rodzinie, która bardzo mocno trzymała kciuki. Jutro się jednak zacznie… Zresztą już na lotnisku było około 2000 naszych kibiców. Trzeba tutaj mieszkać, by wiedzieć, czym jest wygrana z legendarnym klubem z Grecji.

[Czytaj dalej]

Wygrać każdy najbliższy mecz

September 1, 2008

Rozmowa z Czesławem Michniewiczem

Mimo krótkiego stażu trenerskiego ma Pan już spore osiągnięcia i z pewnością apetyt na kolejne. Czy w Arce widzi pan takie perspektywy?
- Tak. Biorąc pod uwagę, jak ta liga jest wyrównana, jeśli chodzi o środek tabeli. Wiadomo, że Wisła, Lech i Legia zdecydowanie przewyższają potencjał mojego zespołu, ale my chcemy pokazać się z jak najlepszej strony i walczyć o jak najwyższe miejsce.

Co skłoniło Pana do podjęcia pracy w Arce?

- Przez 10 miesięcy, kiedy pracowałem w Lubinie, byłem tam sam, a żona z dziećmi w Gdyni. Gdy pojawiła się propozycja z Gdyni, pomyślałem: czemu nie spróbować. Klub był dopiero tworzony, cały czas nie było wiadomo, w której lidze zagramy. Ja się podjąłem tego zadania.

Zamieszanie związane z kwestią, w której lidze zagra Arka, na pewno nie ułatwiało Panu poznania drużyny i odpowiedniego przygotowania. Czy teraz zna Pan już zespół tak jak by Pan chciał?

- Rzeczywiście ciężko było podpisywać kontrakty z piłkarzami, nie wiedząc, w której lidze zagramy, bo to wiązało się z budżetem klubu, ale już po pierwszym meczu z Jagiellonią wszystko się ułożyło po naszej myśli i teraz w każdym spotkaniu chcemy coś ciekawego pokazać.

[Czytaj dalej]

Haniebny wyrok Trybunału – rozmowa z Janem Tomaszewskim

August 5, 2008

Jak Pan odebrał decyzję Trybunału przy Polskim Komitecie Olimpijskim?
- Jest to samobójstwo. Nasza piłka podlega prawu międzynarodowemu, czyli prawu FIFA i UEFA. To prawo stanowi, iż nie ma przebaczenia oraz przedawnienia, jeśli chodzi o korupcję. Trybunał Arbitrażowy powołał się na jakiś bzdurny przepis, który kiedyś obowiązywał, stanowiący, iż po dwóch latach następuje przedawnienie, później zwiększony do pięciu. W tym momencie Trybunał Arbitrażowy powinien stać po stronie praworządności i zwrócić uwagę PZPN, że międzynarodowe przepisy nie przewidują przedawnienia. Przykładem jest Marion Jones, której odebrano medale po 8 latach. Wydanie takiego wyroku przez trybunał jest pogwałceniem międzynarodowych przepisów. Jeśli Widzew wybiegnie na boisko pierwszoligowe, to jesteśmy automatycznie wykluczeni ze struktur FIFA, bowiem nie ma przedawnienia korupcji. W tej chwili ten haniebny wyrok trybunału spowodował, że „Fryzjer” może być w każdej chwili prezesem każdego klubu, bo PZPN nie może go ukarać. Dariusz W. musi natychmiast otrzymać licencję oraz 120 osób zatrzymanych przez prokuraturę wrocławską już dziś może wrócić do sportu. Walcząc z korupcją, nam przede wszystkim chodzi o to, aby wyeliminować tych ludzi ze środowiska, a w tej chwili po decyzji trybunału zatrzymani mogą wrócić do piłki.

[Czytaj dalej]