Dwa rodzaje idealizmu

February 18, 2010

Dwa lata temu miałem okazję brać udział w pokazie filmów na Trafalgar Square. Najbardziej w pamięci utkwił mi czarno-biały filmik z lat 20. ubiegłego wieku zatytułowany Fugitive Futurist (można go obejrzeć na YouTube). Trwa on niewiele ponad 10 minut i opowiada o pechowym hazardziście spotykającym tajemniczego osobnika, który posiada pudełko pozwalające zajrzeć w przyszłość. W serii następujących po sobie wizji bohater ma okazję ujrzeć Londyn przyszłości, widziany oczywiście z perspektywy lat 20.i ukazany z zastosowaniem nieudolnych tricków filmowych z tamtego okresu. Widzimy, że w Londynie przyszłości na dachu Parlamentu znajduje się lądowisko dla sterowców, Tamiza została osuszona i w jej miejscu są tory kolejowe, a osobna linia kolei przebiega przez górną kładkę Tower Bridge.

Lubię wynajdywać takie alternatywne wizje Londynu. Plany, których nie zrealizowano, budowle, które nie powstały. Przyszłość, której nigdy nie było. Większość z tych utopijnych projektów pozostała tylko na papierze, były jednak takie, które zaczęto realizować i dziś możemy odnaleźć w mieście ich ślady. Chciałbym skupić się na dwóch, mocno odmiennych projektach. Pierwszy to podmiejska willowa dzielnica, drugi – blokowisko w centrum Londynu.

Hampstead Garden – luksus, który miał być udziałem wszystkich; obok

Hampstead Garden (najbliższa stacja metra: Golders Green) to tonące w zieleni osiedle w północnym Londynie. Wolno stojące domy otoczone są żywopłotami i posiadają spore ogrody. Ulice są szerokie, lecz zaciszne, rozchodzą się promieniście od głównego placu osiedla, przy którym stoją dwa kościoły. Nieopodal znajduje się las, gdzie w lecie odbywają się przedstawienia teatralne. Stojące wzdłuż ulic drogie samochody wskazują, że na mieszkania w Hampstead Garden stać tylko wyższą klasę średnią. Według pierwotnych założeń miało to wyglądać zupełnie inaczej.

Hampstead Garden zbudowano według utopijnej koncepcji miasta-ogrodu postulującej zakładanie niewielkich, samowystarczalnych miejscowości, w których ludzie z wszystkich klas społecznych korzystać mogli zarówno z wygód życia miejskiego, jak i kontaktu z przyrodą. Koncepcję opracował pod koniec XIX wieku Ebenezer Howard. Wyłożył ją w książce zatytułowanej Garden cities of to-morrow, zawierającej wizję miasta idealnego.

Zaprojektowane na planie koła miasto-ogród miało być samowystarczalną wspólnotą, zamieszkaną przez nie więcej niż 32 tys. ludzi, otoczoną przez pasy zieleni i pola uprawne zaopatrujące mieszkańców w zdrową żywność. Na obrzeżach wspólnoty mieściłyby się zakłady przemysłowe i rzemieślnicze. Zakładano, że wspólnota miejska powinna być właścicielem swych terenów i zyski płynące ze wzrostu ich wartości miały powracać do mieszkańców, tak aby uniemożliwić spekulację. W mieście Howarda miało nie być biedy, slumsów i przestępczości. Miało ono być syntezą najlepszych cech metropolii – takich jak wysokie płace, rozrywka i możliwość rozwoju oraz życia wiejskiego, czyli świeże powietrze, kontakt z przyrodą i niższe koszty utrzymania.

Churchill. Gardens nad Tamizą – próba realizacji idei mieszkania dla każdego

Można powiedzieć, że Howard odniósł ograniczony sukces. Według jego pomysłu zbudowano w Anglii dwa miasta i cały szereg dzielnic i osiedli, następnie jego idee rozprzestrzeniły się z Wielkiej Brytanii na kontynent. Do rozpłynięcia się miast w zatopione w zieleni idealne społeczności nigdy jednak nie doszło.

Drugie osiedle, które miało być zalążkiem nowego miasta to Churchill Gardens w Pimlico. Składa się ono z 36 bloków położonych nad Tamizą i łącznie liczy 1600 mieszkań. Blokowisko wyrosło na zgliszczach zbombardowanego w trakcie wojny Londynu i było częścią wizjonerskiego projektu  Patricka Abercrombiego, który zakładał odbudowanie zburzonego miasta w sposób planowy i uporządkowany.

Nowy Londyn miał się składać z ciągnących się po horyzont tysięcy bloków takich jak Churchill Gardens. Ale nie tylko. Abercrombie kładł wielki nacisk na stworzenie jak największej liczby terenów zielonych. Wyliczono, że na tysiąc mieszkańców ma przypadać cztery akry zieleni, rozmieszczonej tak, aby z ogrodu pod blokiem można było wejść do systemu parków, a z niego dostać się do podmiejskiego pasa zieleni. Planowano też podział miasta na osobne strefy przeznaczone do mieszkania, pracy oraz handlu i usług – łączyć je miała sieć autostrad.

Plan Abercrombiego wyrósł z ducha rodzącego się po wojnie państwa opiekuńczego. Lata 1945-51 to rekordowa wygrana Partii Pracy w wyborach, wprowadzenie darmowej edukacji i opieki zdrowotnej. To także nacjonalizacja najważniejszych gałęzi przemysłu, obietnica pełnego zatrudnienia i godziwych zarobków. Wreszcie –  to mieszkanie dla każdego. Bloki takie jak Churchill Gardens powstały z optymizmu i wiary w postęp i dobrobyt dla mas. Z przeświadczenia, że „nic nie jest zbyt dobre dla przeciętnego człowieka”.

Wizji Abercrombiego nie udało się nigdy zrealizować. Właściciele zburzonych  domów woleli w większości odbudowywać je po staremu. Bloki nad Tamizą okazały się pierwszym i zarazem ostatnim etapem planu. Parę tysięcy ludzi dostało jednak możliwość godziwego mieszkania. Dziś na blokowiska patrzy się raczej pogardliwie, trzeba jednak pamiętać, że w tamtych czasach były one faktycznie dużym krokiem naprzód. Dla ludzi, którzy często poprzednio mieszkali w zatłoczonych slumsach własna łazienka, centralne ogrzewanie czy gorąca woda prosto z kranu były prawdziwym luksusem. Tę ostatnią osiedle czerpało wprost z elektrowni Battersea położonej po drugiej stronie rzeki. Gorąca woda pompowana była rurami pod Tamizą i magazynowana w szklanej wieży, która do dziś jest znakiem rozpoznawczym osiedla. Mimo że elektrownia od dawna już nie działa, Churchill Gardens mają się dobrze i uznawane są za przykład udanego budownictwa socjalnego. Osiedle jest porządnie utrzymane, a bloki wyglądają czysto i schludnie.

Churchill Gardens i Hampstead Garden to tylko dwa przykłady z bogatej historii Londynu, którego nigdy nie było. Zainteresowanym polecam książkę London as it might have been Felixa Barkera. Warto także zajrzeć na internetowe forum Skyscraper City, gdzie znajduje się wątek poświęcony budowlom, które nigdy nie powstały. Można tam znaleźć prawdziwe cuda i dziwy alternatywnego Londynu.

Rafał Zabłocki

Na kwadratowej mili City

December 8, 2009

Guildhall-serce.City

Guildhall-serce.City

Pogoda ostatnimi czasy absolutnie nie sprzyja wycieczkom. Zamiast więc wymyślać długie trasy spacerowe po obrzeżach miasta, w trakcie których nieuchronnie zmoczy nas deszcz, postanowiłem opisać coś,  co znajduje się w centrum, czyli City of London. City idealnie nadaje się na deszczową pogodę. Jest nieduże, jego powierzchnia to zaledwie mila kwadratowa, ale ma ponad dwa tysiące lat historii. Sprawia to, że nawet podczas krótkiego spaceru co chwila trafiamy w jakieś ciekawe miejsca. A jeśli naprawdę się rozpada, możemy schronić się w jednym z pubów, kafejek lub kościołów, których w City pod dostatkiem.

Spacer zaczynamy przy dworcu London Bridge. Obecnie tereny wokół dworca to jeden wielki plac budowy. Fasady okolicznych sklepików zabite są deskami. Opuszczony biurowiec góruje nad dworcem jak ponury monolit. Cała okolica przygotowywana jest pod budowę największego wieżowca w Wielkiej Brytanii (310 m wysokości). Nazywać się ma on Shard of Glass (odłamek szkła), bo przypominać będzie błyszczący, szklany szpic o lekko niesymetrycznych ścianach. Na płocie otaczającym budowę można odnaleźć komputerowe wizualizacje przedstawiające przyszły wieżowiec, nie oddają one jednak w pełni tego, czym będzie Shard. Lepiej widać to na grafikach dostępnych na stronie developera, gdzie drapacz chmur wpisany jest w istniejącą zabudowę. Dopiero one uświadamiają jak olbrzymi będzie budynek.

Zostawiamy plac budowy i ruszamy na drugą stronę rzeki – przez London Bridge. Na tle wielu innych londyńskich mostów, ten wygląda zupełnie przeciętnie. Patrząc na niego ciężko zgadnąć, dlaczego jest taki znany. Wzięło się to stąd, że London Bridge był pierwszy i przez długi czas – jedyny. Położone po drugiej stronie rzeki City to historycznie najstarsza część Londynu. Pierwsza osada rzymska (zwana Londinium) powstała tu już w 47 roku n.e. Trzy lata później powstał most łączący osadę z południowym brzegiem Tamizy. Do 1729 roku nie było w Londynie innego mostu.

Obecny London Bridge ma trochę ponad 30 lat. Zastąpił on swojego poprzednika, którego… sprzedano do Stanów Zjednoczonych. Sztuka ta udała się w 1968 roku Ivanowi Luckinowi, jednemu z radnych miejskich. Most miał być i tak zdemontowany i zastąpiony nowym, bardziej wytrzymałym. Luckinowi udało się namówić przedsiębiorców z McCulloch Oil Corporation na kupno starego, który zainstalowali w Arizonie. Przez lata krążyła legenda, że Amerykanie byli rozczarowani, gdy zobaczyli swój nowy most, bo myśleli, że kupują “ten zwodzony, z wieżami”, czyli Tower Bridge. Parę lat temu Luckin zaprzeczył tym plotkom w wywiadzie prasowym.

Most sprzedany do Arizony był z kolei następcą średniowiecznego Mostu Londyńskiego, który stał  w tym miejscu ponad 600 lat. Średniowieczny London Bridge był mostem niezwykłym. Cały zabudowany był domami, na środku stał kościół, a dalej wieża z mostem zwodzonym, podobna do tych na Tower Bridge. Cała konstrukcja wyglądała, jakby nie miała prawa się trzymać i faktycznie most wymagał częstych napraw. Podobno stąd wzięła się dziecięca rymowanka London Bridge is falling down. W kościele St Magnus the Martyr położonym w pobliżu mostu można obejrzeć długą na cztery metry szczegółową makietę średniowiecznego London Bridge – gorąco polecam.

Schodząc z mostu po lewej stronie zobaczymy kolumnę zwieńczoną złotym płomieniem. Jest to monument upamiętniający wielki pożar Londynu z roku 1666 . Do środka można wejść i po zapłaceniu trzech funtów wspiąć się na szczyt. Pomnik (Monument) na 61,5 metra wysokości, bo dokładnie w takiej odległości od niego znajduje się miejsce, w którym wybuchł pożar. Zaczął się on w piekarni na Pudding Lane, gdzie piekarz nie wygasił na noc dokładnie ognia w kominku. Domy w City zbudowane były głównie z drewna i stały bardzo blisko siebie, więc płomienie rozprzestrzeniły się błyskawicznie. W ciągu pięciu dni pożar strawił większość City. Zadanie odbudowania miasta powierzono młodemu architektowi Christopherowi Wrenowi, stąd dziś w Londynie tak wiele budynków zaprojektowanych przez niego. Nowe City było już w całości murowane.

<i>Wieże Barbicanu, - czarną perłę architektury brutalistycznej </i>

Wieże Barbicanu, - czarną perłę architektury brutalistycznej

Minąwszy Monument skręcamy w King William Street, którą dochodzimy do skrzyżowania, gdzie zbiega się pięć ulic. Uwagę przyciąga od razu szary, pozbawiony okien gmach Bank of England i dawny budynek giełdy (po prawej stronie). Obecnie w gmachu giełdy mieszczą się luksusowe sklepy i restauracja, w związku z czym można go obejrzeć od wewnątrz.

Skrzyżowanie opuszczamy ulicą Queen Victoria Street. Po lewej stronie, przed opuszczonym biurowcem, natkniemy się na schody. Prowadzą one do ruin świątyni Mitry, pozostałości po czasach, gdy Londyn był jeszcze rzymskim Londinium.

Skręcamy w prawo w Bow Lane i dochodzimy do kościoła St Mary le Bow. Kiedyś mówiono, że żeby być prawdziwym cockneyem trzeba się urodzić w zasięgu głosu dzwonów tego kościoła. Minąwszy St Mary le Bow wychodzimy na Cheapside. Dawniej była to jedna z najważniejszych ulic w City. Słowo Cheap w średniowiecznym angielskim oznaczało rynek. Ślady po targowisku, które niegdyś rozciągało się wzdłuż ulicy odnaleźć możemy w nazwach bocznych ulic: Wood Street, Bread  Street, Honey Lane czy Poultry pochodzą od nazw produktów, które tam sprzedawano.

My skręcamy w Milk  Street, która doprowadzi nas do Guildhall. Jest to ceremonialne i administracyjne centrum City, siedziba samorządu lokalnego (City of London Corporation). Administracyjnie City nie jest jednym z londyńskich borough, ale autonomicznym obszarem z własną policją, burmistrzem (Lord Mayor) i szeregiem unikatowych uprawnień.

Położonymi na północ od Guildhall ulicami Fore  Street, More Lane i Silk  Streettrafiamy pod Barbican – czarną perłę architektury brutalistycznej. W skład tego zbudowanego na przełomie lat 60. i 70. betonowego kompleksu wchodzi 13 bloków mieszkalnych oraz m.in. Galeria Barbican, YMCA, Museum of London i Guildhall School of Music and Drama. Część mieszkalna położona jest dookoła zielonych skwerów i zbiornika wodnego. Najbardziej w oczy rzucają się trzy betonowe wieżowce o balkonach sterczących jak zęby piły. Główny dziedziniec osiedla jest ogólnodostępny, jest na nim kawiarnia i fontanny, można też przejść do Barbican Gallery, jednej z największych galerii sztuki nowoczesnej w Londynie.

Z Barbicanu kierujemy się na wschód, w stronę Liverpool Station. Podążamy Chiswell  Street, która przechodzi w Finsbury Avenue, a potem w Sun  Street. Z tej ostatniej przechodzimy na Sun  Street Passage i jesteśmy pod dworcem. Przed zakończeniem wycieczki można udać się na Exchange Place na tyłach dworca, skąd Liverpool Station można podziwiać w całej okazałości.

Rafał Zabłocki

Bogate, wiejskie Hampstead

November 18, 2009

jednozwielujeziorhampsteadheathfotadrian-1

Zniektórych statystyk wynika, że w granicach Hampstead mieszka więcej milionerów niż w jakim-kolwiek innym rejonie Wielkiej Brytanii. Zawsze zniechęcało mnie to do odwiedzenia tego miejsca. Dzielnice zamieszkiwane przez najbogatszych są na ogół dość sterylne i pozbawione charakteru. Mimo to, gdy w końcu trafiłem do Hampstead, miejsce ujęło mnie swoim urokiem od momentu, gdy skręciłem z głównej drogi w jedną z krętych bocznych uliczek.

Chodząc po uliczkach tej dzielnicy mamy wrażenie, że znaleźliśmy się w małym angielskim miasteczku. Bogactwo Hampstead wygląda zupełnie inaczej niż bogactwo opisywanego tu ostatnio Notting Hill, gdzie białe jednakowe wille stoją w równych szeregach, a zieleń zamknięta jest w prywatnych ogrodach na tyłach rezydencji. W Hampstead budynki przypominają wiejskie domki. Każdy wygląda trochę inaczej, a wiele z nich ma od frontu ogródki, co sprawia, że wąskie i kręte uliczki toną w zieleni. Dodatkowo szczęśliwi rezydenci tej dzielnicy mają w sąsiedztwie największyw Londynie park, Hampstead Heath. W jesiennych kolorach wygląda pięknie, zachęcam więc do spaceru.

Wędrówkę zaczynamy od Parliament Hill, wzgórze to oferuje wspaniały widok Londynu. W jednym ujęciu zobaczyć można zarówno wieżowce Canary Wharf, jak i te z City, a do tego katedrę św. Pawła.  Istnieją dwie teorie co do nazwy wzgórza. Pierwsza mówi, że w trakcie angielskiej wojny domowej broniły się na nim oddziały wierne parlamentowi. Druga, mniej prawdopodobna, lecz za to bardziej sensacyjna mówi, że na wzgórzu w 1605 roku spotkali się katoliccy spiskowcy pod wodzą Guya Fawkesa, by oglądać eksplozję gmachu parlamentu, w piwnicach którego ukryli beczki z prochem.

Kontynuujuąc wyprawę w kierunku północno-zachodnim dochodzimy do porośniętego sosnami tumulusa, czyli kopca ziemnego. Nie wiadomo dokładnie, jaka jest jego geneza. Według jednej  z wersji jest to miejsce spoczynku Boudiki, królowej plemienia Icenów, która w 60 r. p.n.e poprowadziła swój lud do walki z okupującymi wyspę Rzymianami. Boudica jest ważną postacią w angielskiej kulturze. Jej pomnik znajduje się przy moście Westminster, niedaleko parlamentu. Pomnik Boudiki w Londynie zawsze był dla mnie lekkim paradoksem, bo Boudica spaliła to miasto do gołej ziemi w trakcie swojego powstania (tyle że w owym czasie była to mała osada założona przez rzymskiego okupanta). Mimo to powstanie ostatecznie upadło, a Boudica popełniła samobójstwo. Przez długi czas sądzono, że miejscem jej ostatniej bitwy, śmierci i pochówku była wioska Battle Bridge. Dziś w tym miejscu znajduję się dworzec King’s Cross, stąd wzięła się miejska legenda, jakoby Boudica tak naprawdę pochowana była pod peronem numer 10 tego dworca. W przyszłym roku na ekrany kin ma wejść wysokobudżetowa produkcja poświęcona królowej Icenów, producentem filmu jest Mel Gibson.

Podążając w kierunku północnym mijamy szereg jezior, w trzech z nich można się za niewielką opłatą kąpać przez cały rok. Jedno z jezior przeznaczone jest dla mężczyzn, drugie dla kobiet, trzecie dostępne dla wszystkich.

Na jednym z nich zaobserwować możemy także most, który wcale nie jest mostem tylko zwykłą atrapą, pomalowaną tylko z jednej strony. Tego typu obiekty, zwane folly, są częstym elementem angielskich ogrodów. W XVIII wieku popularną ozdobą ogrodów były „ruiny” rzymskiej świątyni czy chińskie pagody. Specyficzną odmianą tego rodzaju architektury były tzw. famine follies, budowane w XIX-wiecznej Irlandii w trakcie wielkiej klęski głodowej. Zgodnie z duchem epoki uważano, że pomaganie ubogim oducza ich pracy i wyrabia roszczeniową postawę. Ponieważ pracy nie starczało dla wszystkich, część z nich budowała niczemu nie służące obiekty, jak drogi znikąd donikąd lub domy złożone z samych tylko zewnętrznych ścian.

Posuwając się cały czas w kierunku północnym mijamy zabytkową fontannę Goodisona i dochodzimy do Kenwood House. Jest to piękna, XVII-wieczna rezydencja. W 1928 roku hrabia Edward Cecil Guiness, odkupiwszy posesję od ówczesnego właściciela, udostępnił ją zwiedzającym. Wstęp do Kenwood House jest nieodpłatny, choć zachęca się do zostawiania datków. Wewnątrz podziwiać możemy kolekcję malarstwa z dziełami mistrzów europejskich, m.in. Rembrandta czy Vermeera, organizowane są też wystawy czasowe. Dużą atrakcją są same wnętrza rezydencji z zabytkowymi meblami i biblioteka ze zdobionym freskami sufitem.

Opuściwszy Kenwood House udajemy się na południowy zachód. Z tym rejonem parku wiąże się kolejna ciekawa historia. W okolicy zamieszkuje Harry Hallows, irlandzki samotnik, który 19 lat temu postawił na Hampstead Heath prowizoryczną chatkę. Znajduje się ona obok Athlone House, zaniedbanej rezydencji w okolicy Hampstead Lane. Athlone House wraz z przyległymi terenami został jakiś czas temu kupiony za 50 mln funtów przez Aliszera Usmanowa, rosyjskiego miliardera powiązanego z przemysłem naftowym i stalowym. Przy dopełnianiu wszystkich formalności związanych z zakupem okazało się, że wedle angielskich przepisów Harry’ego nie można usunąć z postawionego w pobliżu rezydencji szałasu. Przez zasiedzenie nabył on prawo do swojego kawałka ziemi, dziś wartego setki tysięcy funtów.  W ten oto sposób rosyjski miliader i irlandzki squater zostali sąsiadami.

W drodze do bram parku mijać będziemy pub Spaniard’s Inn, w którym według legend zwykł przesiadywać Dick Turpin, bandyta napadający na bogatych podróżnych.  Drugi interesujący budynek, jaki napotkamy, to Jack Straw’s Castle, który niestety pubem już nie jest. Parę lat temu parter zamieniony został w prywatny klub fitness. Ciekawa jest natomiast sama architektura budynku i jego nazwa. Jack Straw był podobno zastępcą Wata Tylera (choć według innej wesji był to pseudonim samego Tylera), przywódcy buntu chłopskiego z 1381 roku. Według legendy w tym miejscu Jack Straw przemawiał do zebranych chłopów, którzy następnie udali się palić i plądrować Londyn.

Rafał Zabłocki

Wielokultrowe Notting Hill

November 3, 2009

1

Najzamożniejsza cześć Notting Hill

Notting Hill znamy przede wszystkim z karnawału i targowiska antyków na Portobello Road. Sporo osób kojarzy tę dzielnicę z romantyczną komedią z Julią Roberts i Hugh Grantem, lub z wyświetlanego jakiś czas temu w angielskich kinach „Kidulthood”. Bohaterowie pierwszego z filmów spędzają czas w „małej wiosce w środku miasta”, pełnej zamożnych ludzi, którzy jednocześnie chcą być trendy. Akcja drugiego filmu pokazuje brutalne życie angielskiej młodzieży szkolnej rozgrywające się na tle ponurych blokowisk i pełnych przemocy ulic. Komuś, kto nie zna londyńskich realiów ciężko będzie uwierzyć, że obydwa filmy przedstawiają tę samą dzielnicę. Kontrast i różnorodność to słowa-klucze w przypadku Notting Hill – dzielnicy bogaczy, imigracyjnej biedoty, drobnych przestępców, bohemy i nowobogackich yuppies.

Spacer proponuję zacząć od stacji metra Notting Hill Gate. Po wyjściu ze stacji skręcamy w prawo (w Pembridge Road), by po paru krokach trafić na rondo, z którego wchodzimy w ulicę Kensington Park. Po chwili skręcamy ponownie w prawo, w Kensington Park Gardens. Po przekroczeniu Ladbroke Grove ulica zatacza łuk i wyprowadza nas z powrotem na Kensington Park tylko bardziej  na północ. Jest to najbardziej luksusowa część Notting Hill. Charakterystyczny łukowaty kształt ulic w tej części dzielnicy bierze się stąd, że w XIX wieku był tu tor wyścigów konnych. Na tyłach wielu ze zdobionych stiukami białych willi znajdują się prywatne parki, do których klucze mają jedynie mieszkańcy przyległych posesji.

Wchodzimy w Westbourne Grove i przecinamy Portobello Road. Za moment wrócimy na tę ulicę, warto jednak na parę kroków zagłębić się w Westbourne Grove, by zobaczyć jak artystyczny duch Notting Hill objawia się czasem w najbardziej zaskakujące sposoby. Możemy tu bowiem podziwiać chyba najbardziej artystycznie wysmakowany szalet miejski w Londynie. Toaleta publiczna Szmaragdowa Wyspa zbudowana jest w modernistycznym stylu i mieści w sobie także kwiaciarnię o nazwie Dzikość serca.

2

Szmaragdowa Wyspa, czyli uliczna toaleta jest też kwiaciarnią

Wracamy na Portobello Road, czyli główną ulicę Notting Hill, zawsze gwarną i multikulturową, pełną kramików, pubów i kawiarni. W soboty odbywa się tu znany na cały Londyn targ antyków, można też kupić modne ubrania z drugiej ręki. Jak to na rynku, panuje tu wtedy straszny tłok, więc jeśli chcemy tylko pospacerować, należy unikać soboty. Portobello Road wije się malowniczo, łagodnie przy tym opadając. Jeśli Notting Hill wydaje się nam kolorowe i pełne klimatu, to trzeba wiedzieć, że jest to zaledwie cień tego, czym dzielnica ta była kiedyś. Notting Hill zawsze silnie związane było z kontrkulturą i zawsze działy się tu rzeczy nie do pomyślenia w innych częściach miasta.

W latach 60. squatersi zajęli duży obszar dzielnicy w okolicy Freston Street, proklamowali Wolną Republikę Frestonii i ustawili własne kontrole graniczne. Należący do lokalnych bogaczy prywatny ogród na Powis Square został przez aktywistów siłą otwarty i udostępniony wszystkim mieszkańcom, na All Saints Road policja bała się wchodzić, a terroryści z Angry Brigade snuli na Notting Hill swoje plany obalenia kapitalizmu. Mury dzielnicy zdobiły rewolucyjne slogany. Najsłynniejsze graffiti przez kilka lat znajdowało się na trasie metra między Westbourne Park a Ladbroke Grove. Miało kilkadziesiąt metrów długości i głosiło: Codziennie to samo – metro – praca – kolacja – praca – metro – fotel – tv – sen – metro – praca – ile jeszcze wytrzymasz? – jeden na dziesięciu wariuje – jeden na pięciu ma załamanie.

Napis był dziełem nihilistyczno-artystycznej grupy o nazwie King Mob założonej przez bliźniaków Davida i Stuarta Wise, zamieszkałych na squotach Notting Hill. King Mob wsławił się m.in. hepeningiem, w którym członkowie grupy wkroczyli do Selfridge’a na Oxford Street i zaczęli rozdawać dzieciom zabawki z półek. Jeden z hepenerów przebrany był za św. Mikołaja. Akcję zakończyła interwencja policji.

Eksponat na wystawie Mutate Britain

Eksponat na wystawie Mutate Britain

Bracia Wise spędzili 20 lat wśród artystów, hipisów i drobnych przestępców Notting Hill. Wszystkim głębiej zainteresowanym nieznaną historią tej dzielnicy polecam ich tekst (dostępny w internecie): Once upon a time there was a place called Nottig Hill Gate.

Znaleźć w nim możemy m.in. barwny opis „centrum układu nerwowego” dawnego Notting Hill jakim było All Saints Road. Patrząc dziś na tę porządnie utrzymaną ulicę trudno uwierzyć, że niegdyś był to główny punkt zapalny dzielnicy. Ta zamieszkana głównie przez ludność karaibską ulica, z racji starć z białymi rasistami (1958 r.) i policją (1976 i 1977 r.) ochrzczona została mianem „linii frontu”.

Bracia Wise opisują All Saints  Road jako ulicę czarnej biedoty, niebezpieczną, lecz mimo wszystko przesiąkniętą duchem lokalnej wspólnoty. Było to miejsce, gdzie wszyscy się znali, bo razem klepali biedę. Życie toczyło się na ulicy i w pubach, takich jak legendarny Apollo – zamknięty, „bo sprzedawali więcej trawki niż piwa”. Charakterystyczną cechą All Saints  Road były piwniczne meliny, połączone „jak królicze nory” systemem korytarzy mających ułatwiać ucieczkę przed policją.

Policję mieszkańcy dawnego Notting Hill darzyli zdecydowaną niechęcią, przeradzającą się niekiedy w otwarta agresję. Największe zamieszki miały miejsce po karnawale w 1976 roku, gdy w wyniku starć rannych zostało ponad stu policjantów. W zamieszkach udział brał Joe Strummer – wokalista The Clash, mocno związany z Notting Hill. Swoje wrażenia opisał w przebojowym utworze White Riot.

Dziś wszystko to już tylko historia, a resztki radykalno-bohemiarskiego klimatu dzielnicy służą co najwyżej jako magnes przyciągający yuppies, którzy chętnie osiedlają się dziś na Notting Hill.

Portobello  Road zbliża się tymczasem do Westway, pod którym w ten weekend można jeszcze podziwiać wystawę street artu zatytułowaną Mutate Britain. Oprócz murali i graffiti największą atrakcją festiwalu są bez wątpienia niesamowite rzeźby i instalacje zespawane ze złomu przez członków grupy Mutoid Waste.

Idziemy dalej wzdłuż Portobello Rd, by po dojściu do skrzyżowania z Golborne Road skręcić w tę właśnie ulicę. Wokół Golborne Road skupia się życie portugalskiej społeczności zamieszkałej na Notting Hill. Podążając prosto dojdziemy do Meanwhile Gardens. Możemy usiąść w tym przyjemnym parku i odpocząć podziwiając Trellick Tower – zaprojektowany przez Ernő Goldfingera 31-piętrowy blok, który mimo że kontrowersyjny, jest dziś jednym z symboli dzielnicy i został wpisany na listę zabytków (Grade II). Jeśli mamy ochotę, możemy kontynuować spacer wzdłuż brzegów pobliskiego kanału (Grand Union Canal) lub udać się na najbliższą stację metra, Westbourne Park.

Rafał Zabłocki