Going postal

February 18, 2010

20 sierpnia 1986 roku, w urzędzie pocztowym w Edmond, w stanie Oklahoma, Patrick Sherrill zastrzelił czternaście osób. Tak powstało powiedzenie going postal, które określa trudne do wytłumaczenia akty agresji. 6 listopada ubiegłego roku major armi amerykańskiej Nadil Malik Hasan zastrzelił trzynaście osób. W tym samym dniu, Jason Rodriguez zabił jedną osobę w biurze firmy, z której został przeszło rok wcześniej zwolniony. 9 listopada rezerwista Jasen D. Bruce uderzył kilka razy w głowę łyżką do opon greckiego popa Alexiosa Marakisa, gdyż „obowiązkiem każdego patrioty jest walczyć z arabskimi terorrystami”.

Potęgę Ameryki budowali tacy ludzie jak John D. Rockefeller, J. P. Morgan, Meyer Guggenheim, Andrew Carnegie czy Cornelius Vandrebilt. Każdy z nich, w czasach swojej największej świetności, powinien zostać powieszony. Równocześnie, z szacunkiem i podziwem, należy pochylić przed nimi czoło. Linie kolejowe, drogi, mosty, huty, kopalnie i fabryki, które zostały dzięki nim zbudowane stanowią do dziś fundament amerykańskiej gospodarki. W tamtych czasach ludzi oceniano bowiem w oparciu o to, co potrafili zbudować, a nie w oparciu o liczbę zer na ich bankowym koncie. Fundamenty to jednak nie wszystko. Aby państwa mogły się rozwijać, musi również istnieć akceptowana przez większość moralność i oparte na niej prawo.

W Ameryce głosem zbiorowego sumienia była Mother Jones. To właśnie ona przypomniała wszystkim, że miejsce dzieci jest w szkole a nie w fabryce, a mężczyzna w drelichu i kobieta w wystrzępionej sukience to też ludzie. Dobroć jest jednak zbyt słaba, aby wygrać z chciwością. Kapitalistyczni rycerze-rozbójnicy mieli jednak pecha, który nazywa się Atlantyk. W XVIII i XIX wieku, aby próbować sięgnąć po zagwarantowane w amerykańskiej konstytucyji prawa do poszukiwania szczęścia trzeba było najpierw przepłynąć w łupince przez ocean. To wymagało odwagi.  Ci, którzy się na to decydowali, mieli rogate dusze (wersja dla wierzących)  lub rogate DNA (wersja dla ateistów).  Amerykańskie związki zawodowe składały się więc nie tylko z ludzi „polubownych”. Do ich skrajnego skrzydła zaliczyć trzeba Molly Maguires. Członkowie tej, wywodzącej się z Irlandii, tajnej organizacji nie wahali się poprosić „sędziego Colta” o interwencję w obronie ich prawa do chleba i godności. Powieszono dwudziestu Molly. Nie kwestionując tych wyroków, należy z szacunkiem i podziwem pochylić przed nimi głowę.

Szalę przechylił Henry Ford. Dobrowolne podniesienie płacy robotników o 100 proc. (słownie: sto procent) wywołało w prasie ataki histerycznej nienawiści. Lawiny nie udało się jednak zatrzymać. Amerykanie, w tym wielu kapitalistów i polityków zrozumiało, iż będzie dla wszystkich lepiej jeżeli robotnicy będą dobrze zarabiającymi konsumentami. Zeznając przed kongresową komisją Henry Ford cytował między innymi list proboszcza polskiej parafii w Detroit skierowando niego:

„… Praca Ford Motor Company daje ogromnie pozytywne skutki wsród moich ludzi. Wiem, że pijaństwo jest charakterystyczną cechą Polaków. Skutkiem twojej pracy jest to, że trzeźwość jest teraz czymś powszechnym, a nie czymś wyjątkowym w mojej parafii…”.

Lata Prosperity

Tak rozpoczął się złoty okres w historii Ameryki. W porównaniu ze średnią pensją sprzątaczki, wykwalifikowany robotnik zarabiał w tym czasie 2-3 razy tyle, profesjonalista 4-5, menadżerowie średniego szczebla 6-9, dyrektorzy 10-40, a właściciele wszystko to, co jest czystym zyskiem firmy. Nie było w tym nic nowego. Podobna struktura płac jest światowym standardem.
Nowe było to, że pensja amerykańskiej sprzątaczki była tak wysoka, że ludzie zaliczani do średniej klasy (od wykwalifikowanego robotnika wzwyż) mogli kupować domy, kształcić dzieci i zostawało im jeszcze na wyjazd całą rodziną na wakacje. Wielka więc była depresja bankierów na widok zwykłej kobiety, która za gotówkę – bez konieczności brania pożyczki – kupowała na obiad całego indyka.

Bankierzy wkraczają do akcji

W roku 1913 ziściło się jednak odwieczne marzenie bankierów. Powstał FED i bankierzy mogli zacząć lewarowanie*). Na skutki nie trzeba było długo czekać. W roku 1929 rozpoczęła się Wielka Depresja. W kolejkach po talerz „kuroniówki” ustawiło się przeszło 20 proc. ludzi zdolnych do pracy. W oczy wszystkich zajrzało widmo krwawej rewolucji.
Na szcząście nie istniała jeszcze wtedy telewizja, czyli czytanie i myślenie przychodziło ludziom dużo łatwiej. Bankierom założono więc kaganiec, wzmocniono siłę związków zawodowych, a bezrobotnych zatrudniono przy przebudowie dróg na autostrady oraz budowie mostów, tam, tuneli, szkół i bibliotek. Infrastrukturę Ameryki dostosowano dzięki temu do potrzeb XX wieku.

Niewidzialna ręka rynku

Stopniowo wracał czas dzielonej bardziej sprawiedliwie prosperity. Mozolna praca bankierów, aby konsumenta kupującego za zarobione pieniądze zmienić w konsumenta kupującego za pożyczone pieniądze trwała oczywiście dalej. Postępująca szybko monopolizacja mediów pozwoliła im na to, aby dominująca stała się narracja, która mówi, że za wszystko co w gospodarce dobre odpowiada niewidzialna ręka rynku, a rękę związków zawodowych należy obciąć i zakopać. Towarzyszyły temu systematyczne działania FED powodujace stopniową dewaluację dolara, czyli spadek realnej wartości płac. Równocześnie, wolno ale systematycznie, rosło bezrobocie.

Obecny kryzys rozpoczął się kilkanaście lat temu. Przeciętnego Amerykanina przestało być stać na utrzymanie takiego poziomu życia, do jakiego był przyzwyczajony, w tym na kupno domu. Głupim, ale ludzkim, odruchem braki w domowych budżetach łatano przy pomocy kart kredytowych. Gorzej było z zakupem domu. Tradycyjnie młode małżeństwo zaraz po ślubie kupowało dom. Zdobycie 10-20 tys. na pierwszą wpłatę zwykle nie było problemem. Część dali rodzice, resztę można było szybko zaoszczędzić. Dokładniejsze sprawdzenie własnego budżetu powodowało jednak, że coraz więcej młodych ludzi odkrywało swoją prawdziwą sytuację. W stosunku do zarobków, spłata pożyczki na dom okazywała się tak dużym obciążeniem, że nowy samochód i wakacje, a nawet pójście z przyjaciółmi do restauracji lub na koncert, stawało się luksusem.

Przez Amerykę przetoczyła się wtedy pierwsza fala niezadowolenia. Zdmuchnęła ona Busha seniora oraz wielu republikańskich kongresmenów i senatorów. Nowy prezydent, Babba the love sponge Clinton wybrał post-politykę lub raczej post-ekonomię. Wspólnie z Greenspanem i Rubinem zaoferowano tym wszystkim, których nie było stać na dom nowe zasady udzielania pożyczek – znane teraz jako subprime.

Z punktu widzenia Wall Street była to genialna koncepcja. Obniżono, a w niektórych wypadkach nawet zlikwidowano wymóg płacenia gotówką pierwszej wpłaty i oprocentowanie pożyczki przeorganizowano w taki sposób, że przez pierwsze kilka lat rata była bardzo niska. Gdzieś tam, na piątej lub dziesiątej stronie umowy było oczywiście drobnym drukiem napisane, że po kilku latach oprocentowanie, czyli wysokość rat, drastycznie wzrośnie. Mało komu starczało jednak cierpliwości, aby przeczytać dokładnie całą umowę. Tym bardziej że aby zrozumieć bankowy żargon, trzeba być conajmniej absolwentem prawa.

Wiedzę o tym, jak działają nowe zasady udzielania pożyczek na domy, większość ludzi czerpała z telewizji i prasy. Obowiązująca w korporacyjnych mediach narracja była prosta: jeśli nie stać cię na kupno domu na normalnych zasadach za 150 tys. to należy wziąć subprime i kupić dom za 300 tys. Ceny domów rosną szybko (to była prawda, obniżenie kryteriów udzielania pożyczek spowodowało duży ruch w interesie, czyli szybki wzrost cen, więc za 2-3 lata dom ten sprzedasz za 350 tys. Zrobisz tak 2-4 razy i kupisz dom za gotówkę.
Szeroką rzeką popłynęły też pożyczki udzielane pod zastaw nadwyżki wartości domu nad pozostałym do spłacenia długiem. Wyglądało to jak idealne uzupełnienie dla kart kredytowych. Za te pieniądze można było wyremontować i powiększyć stary dom, zwiększając jego wartość o sumę większą niż się wydało, a za resztę kupić nowy samochód, telewizor z dużym plazmowym ekranem i pojechać na wymarzone wakacje. Jednym zdaniem, żyć nie umierać.

Ratowanie świata

W tym samym czasie FED sprawdzał na kilku bankach i korporacjach, jak działa doktryna „zbyt duży, aby upaść”. Trudno się więc dziwić, że na Wall Street szampan lał się strumieniami i ogromne premie sypały się jak manna z nieba. W roku 1970 średnie zarobki CEO w stu największych amerykańskich korporacjach były 45 razy większe od przeciętnych zarobków robotników. W roku 2006 ta proporcja wynosiła już 1723 do 1.

Nadszedł czas, w którym zaczęło „wskakiwać” bardzo wysokie oprocentowanie pożyczek na domy. Zbliżały się też wybory i Wall Street nie była pewna czy nowy prezydent bedzie się zachowywał „racjonalnie”. W tej sytuacji, zdecydowano się na ruch wyprzedzający i jeszcze w trakcie trwania prezydentury Busha Juniora ogłoszono, że jest kryzys. Tym razem rolę „The Committee to Save the World” przyjął na siebie Henry Paulson i Ben Bernanke. Nic w tym nowego. Wiemy przecież dobrze, że bankierzy raz na około dziesięć lat muszą uratować świat.
FED wypłacił więc bankierom ogromną zaliczkę (TARP) na konto chwilowych strat. Równocześnie rozpoczęło się masowe przekazywanie bankom domów ludzi, którzy zbankrutowali. Szacuje się, że będzie to 10-12 mln domów.  Dzieci tych, którzy domy stracili, będą musiały (gdzieś przecież muszą mieszkać!) te domy od banków odkupić.
Amerykanie zaciągnęli gigantyczny kredyt, który wraz z rosnącym szybko (jest przecież kryzys!) oprocentowaniem, będą spłacać przez następne pokolenie.
Oh, well. Trudno się dziwić, że coraz więcej ludzi – gdzie drwa rąbią tam wióry lecą – going postal.

Kryzys moralny

Ograniczony do spraw ekonomicznych obraz  kryzysu ma dużo białych plam. Największą z nich jest postępująca szybko laicyzacja i zwiazany z tym kryzys etyczno-moralny. Nie znaczy to wcale, że jesteśmy gorsi od poprzednich pokoleń. Chyba nawet jesteśmy – o jedną tysięczną milimetra – lepsi.

W czasach, gdy latamy do nieba i poznajemy tajemnice kodu DNA coraz trudniej jest jednak wierzyć, że wszechmogący Bóg stworzył świat w sześć dni, a siódmego odpoczywał. Wielu ateistów chętnie i bez hipokryzji klęka dalej przed krzyżem, gdyż widzi w nim godny najwyższego szacunku symbol, na którym opiera się chrześcijańska cywilizacja, i do niej chcą się dalej zaliczać. Zwątpienie w istnienie Boga jest jednak często przeżyciem bardzo traumatycznym. Wielu ludzi nie umie sobie z tym poradzić i rusza na wojnę z Bogiem. Towarzyszy im pełne poczucie własnego bezpieczeństwa. Wiedzą, że chrześcijan obowiązuje nakaz kochania nawet wrogów. Andreas Serrano (krucyfiks zanużony w moczu) nie zostanie więc oddany pod katowski topór, a Joanna Krupa (zasłania krzyżem swoje …)
nie zostanie spalona na stosie.

Popularna jest również ucieczka w objęcia sekt, które nakazują wierzyć w to co głoszą w 110 proc. W Ameryce, można codziennie oglądać w telewizji judeochrześcijańskich pastorów, którzy  dokonują aktów cudownego uzdrowienia i przekazują ludziom to, co poprzedniego dnia, po kolacji, Bóg powiedział im w bezpośredniej rozmowie. A te 10 proc. powyżej 100 proc. to procent zarobków, który należy systematycznie oddawać tym telewizyjnym  mesjaszom. Dla wielu ludzi jest to dobry interes. W zamian dostają poczucie przynależności do grona ludzi, którzy znają wolę Boga i mają zarezerwowane miejsce przy oknie w arce zbawienia.

Proszę się nie śmiać. Ludzi „nowo narodzonych” (tak się tutaj nazywa członków różnych sekt) są miliony. Najnowszy numer miesięcznika The Atlantic informuje, że w Ameryce zarejestrowanych jest teraz 148 wyznań i 44 proc. Amerykanów nie identyfikuje się z wiarą swoich rodziców. Mija co prawda moda na hinduskich guru oraz buddyjskich nauczycieli. Zastepują ich wysłannicy UFO-ludków. Z tradycyjnych religii, tylko Kościół katolicki zwiększa liczbę wiernych, ale dzieje się tak głównie ze względu na duży napływ Latynosów. Kościoły protestanckie znikają jak poranna mgła. Protestantów zastępują judeochrześcijanie. Dla tych ludzi jest jasne, że aby przyspieszyć powrót Chrystusa należy wygrać wojnę z muzułmanami i odbudować jego dom czyli świątynię jerozolimską. Powstanie wtedy uniwersalny kościół, a ci, którzy się nie nawrócą, zostaną strąceni do  piekła. Zapytany o to sponsor i sojusznik judeochrześcijan Beniamin Netanjahu powiedział: „Porozmawiamy o tym, gdy dojdziemy do tego punktu.”.

Trudno się więc dziwić, że going postal dotyka również muzułmanów (np., majora Hasana) oraz chłopców, którzy chcą koniecznie, nawet tylko z łyżką do opon w ręce, brać udział w religijnej wojnie XXI wieku.

Co dalej?

Jest prawie pewne, że w trakcie nastepnej prezydenckiej kampanii Sarah Palin będzie pozowała dla Playboya, obieca w New York Times zabicie wszystkich muzułmanów, a w telewizyjnym programie Meet the Press powie, iż wyboru wiceprezydenta i ważniejszych ministrów w jej rządzie dokona rada nadzorcza banku Goldman Sachs.
Historia, aby zmienić kierunek, musi zawsze najpierw dojść do absurdu.

*) Lewarowanie – mechanizm polegający na wykorzystywaniu dźwigni finansowej, używany podczas inwestowania. Jego istotą jest depozyt początkowy, wynoszący kilkanaście procent wartości kontraktu – niewielka pierwsza wpłata umożliwia obracanie kontraktem o wielokrotnie wyższej wartości.

Jerzy Jacek Pilchowski
korespondecja z USA

Na marginesie życia?

December 8, 2008

W Polsce żyją często na marginesie społeczeństwa. Wykluczeni przez pracodawców i otoczenie. Samotni we własnych czterech ścianach, po opuszczeniu których spotykają się co najwyżej z sąsiedzkim współczuciem i litościwym wzrokiem na ulicy. Każdego dnia zmagają się nie tylko z własnymi słabościami, ale także z ludzką obojętnością, mentalnym zacofaniem, architektonicznymi barierami oraz systemem opieki, który niewiele może im zaoferować. Niepełnosprawni – czy wyrok losu musi być dla nich przekleństwem na całe życie?

Choć współczesna Polska to już zupełnie inny kraj, to wraz z transformacją ustrojową niewiele zmieniło się w naszej mentalności. W wielu przypadkach wciąż mamy do czynienia z porażającą ciasnotą umysłu lub po prostu zwykłą ignorancją jeśli chodzi o potrzeby drugiego człowieka. Nie trzeba daleko szukać, by naocznie przekonać się skąd biorą się podobne zjawiska i kto z ich powodu cierpi najbardziej.

Kult młodości i zdrowia

Niemal z każdego bilbordu patrzą na nas nienaganne kobiece twarze, stworzone przez sprawne ręce grafika komputerowego. W kolorowych pismach przystojni panowie opowiadają nam o swojej recepcie na sukces i roli wyglądu zewnętrznego w życiu codziennym, zaś w telewizji uśmiechnięty prezenter z dumą przedstawia nam jeszcze jednego pięknego i zdrowego młodzieńca, przed którym lada dzień świat stanie otworem. Zbiorowy amok nie omija młodych matek, które korygują swym pociechom niedostatki urody, by te dobrze prezentowały się na pamiątkowym zdjęciu komunijnym. W ogólnej histerii związanej z kultem młodości i piękna, zdrowie funkcjonuje przede wszystkim w kontekście urody i tężyzny fizycznej. Stomatolog, kosmetyczka, solarium i oczywiście zdrowa dieta – to dziś niezawodne sposoby na to, by znaleźć lepszą pracę, zaistnieć towarzysko lub po prostu zdobyć społeczną akceptację. Kto nie sprosta wyzwaniom nowych czasów coraz częściej skazywany jest na społeczną izolację.

- Jestem osobą w pełni sprawną, ale mieszkając w kraju czułam się czasem naprawdę gorsza. Co więc może sobie myśleć ktoś chory lub niepełnosprawny, który nie pasuje do kreowanego w Polsce kanonu? Piękna buzia i zdrowe ciało to u nas niemal absolutny priorytet. W Anglii zaś pozostały bardzo mądre proporcje. W telewizji zobaczyć można ludzi otyłych, brzydkich, starych i niepełnosprawnych, zaś na ulicy żadna inność nie budzi sensacji. I to właśnie sprzyja prawdziwej integracji, nie zaś puste gadanie i jednoczesne stwarzanie barier, jak dzieje się to u nas w kraju. Dokąd w Polsce panować będzie fałszywy obraz społeczeństwa, dotąd prawdziwe potrzeby osób niepełnosprawnych będą pomijane, a oni sami traktowani będą jak ludzie drugiej kategorii” – mówi Gosia, która wraz z córką chorą na zespół Downa od dwóch lat mieszka w Anglii.

Powyższą opinię potwierdza najnowszy sondaż przeprowadzony przez CBOS, według którego blisko połowa Polaków (48 proc.) negatywnie ocenia stosunek społeczeństwa do osób niepełnosprawnych. Nie dziwią więc w tym świetle zachowania, które w normalnym społeczeństwie nie powinny mieć miejsca.

Burmistrz Dusznik Zdroju odmówił przyjęcia niepełnosprawnych umysłowo mężczyzn do dawnego szpitala w tej miejscowości, twierdząc, że niepełnosprawni „psują wizerunek uzdrowiska” – napisał kilka miesięcy temu dziennik „Polska”. Czy decyzja burmistrza to jedyny przykład ciasnoty umysłu? Niestety nie.
Jak powiedzieli mi moi rozmówcy, wciąż zdarza im się w kraju spotykać z agresją i brakiem zrozumienia ze strony w pełni sprawnych rodaków i nie są to przypadki odosobnione. Poza nielicznymi przejawami zrozumienia i chęcią do jakichkolwiek głębszych relacji, w dużych miastach niepełnosprawni liczyć mogą jedynie na współczucie i pomoc na przejściu dla pieszych, zaś w małych miejscowościach wciąż zmuszeni są borykać się ze średniowiecznym zacofaniem.

- Jeszcze dziś w małych miasteczkach i na prowincji, można spotkać się z opinią, że choroba fizyczna dziecka to kara Boga za grzechy rodziców – mówi Karol, który rok temu przyjechał do Anglii z małej miejscowości na północy Polski.

Chcemy żyć normalnie!

Tak w skrócie można przedstawić wydźwięk listów, które trafiły na moją skrzynkę e-mailową w reakcji na mój post w internecie. Wśród nich znalazłem również korespondencję od wspomnianego wcześniej Karola, który nie bez cienia goryczy, choć bardzo zdecydowanie stwierdza: „Wolę być niepełnosprawnym emigrantem w Anglii, niż niepełnosprawnym Polakiem w Polsce”. I choć to bardzo smutna deklaracja, to bez trudu można ją zrozumieć, zważywszy na problemy, z jakimi spotykają się w kraju ludzie niepełnosprawni.
Poza wspomnianą potrzebą akceptacji i pragnieniem prawdziwej integracji, wszyscy oni – o ile oczywiście pozwala im na to stan zdrowia – marzą o pracy i samodzielnym życiu. A to nie tylko ze względu na tragiczną sytuację materialną, ale przede wszystkim dlatego, że podjęcie pracy pozwoli im odzyskać często utracone poczucie własnej wartości. Niestety spośród kilkunastu osób, które się ze mną skontaktowały, tylko jedna znalazła pracę w Polsce, gdy tymczasem w Anglii niepełnosprawni pracownicy zatrudniani są niemal wszędzie – począwszy od fabryk i hipermarketów, skończywszy zaś na biurach i bankach.
Karol cierpi na wrodzoną wadę mięśni klatki piersiowej oraz inne poważne dolegliwości, które uniemożliwiały mu podjęcie pracy w Polsce. Rok temu przyjechał do Manchesteru, gdzie pracuje w Domu Opieki Społecznej. Decyzją o wyjeździe zmienił swoje życie oraz udowodnił sceptykom, że mimo fizycznych niedoskonałości potrafi żyć na własny rachunek. I choć przysługuje mu na Wyspach zasiłek dla osób niepełnosprawnych, które nie mogą pracować na cały etat (Disability Working Allowance), to z niego nie korzysta, gdyż największą satysfakcję sprawia mu pełna samodzielność.
- Przez tyle lat byłem zależny od Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej i od innych ludzi, że teraz wolałbym być w stu procentach samodzielny – mówi chłopak.

Jednak nie tylko osoby niepełnosprawne fizycznie mogą w Anglii normalnie funkcjonować. Pracują tu także osoby cierpiące chociażby na zespół Downa, obalając tym samym zakorzeniony w mentalności polskich pracodawców mit, że osoba nie w pełni sprawna pracuje gorzej lub w ogóle się do pracy nie nadaje.
Lisa mieszka w Londynie. Wśród współpracowników ma opinię osoby obowiązkowej i zdyscyplinowanej. Przez kilkanaście godzin w tygodniu pomaga dzieciom chorym na zespół Downa nauczyć się samodzielności. Mimo iż sama (w stopniu niezaawansowanym) cierpi na tę chorobę, radzi sobie doskonale – nie tylko pracuje, ale również prowadzi samochód.

Choć prawo do pracy gwarantują osobom niepełnosprawnym stworzone w Polsce i w Anglii odpowiednie ustawy, to jednak na Wyspach widok niepełnosprawnego pracownika nikogo nie dziwi, gdy tymczasem w Polsce poza zakładami pracy chronionej, jest on wciąż czymś zaskakującym. Doskonale obrazują to statystyki, według których w Polsce pracuje tylko siedemnaście procent ogółu niepełnosprawnych osób, zaś w UK liczba ta osiąga połowę. Tak ogromna dysproporcja wynika przede wszystkim z nieudolności polskiego ustawodawstwa, braku przygotowania naszych pracodawców do zatrudniania osób niepełnosprawnych oraz istniejących wciąż w kraju barier architektonicznych oraz mentalnych.

Rodzimi pracodawcy w dalszym ciągu wolą płacić Państwowemu Funduszowi Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych (PFRON) za to, że nie zatrudniają niepełnosprawnych osób, niż tworzyć dla nich miejsca pracy. Dzieje się tak, gdyż koszty, jakie z tego tytułu ponoszą są znacznie niższe niż przeciętne wynagrodzenie zatrudnionego pracownika, co w prosty sposób przesądza o tym, co jest bardziej opłacalne. Tym bardziej absurdalny to przepis, gdy przyjrzymy się temu jak z perspektywy prawa wygląda ta kwestia w Anglii. Każdy pracodawca zatrudniający powyżej piętnastu osób zobowiązany jest na mocy Disability Discrimination Act do równego traktowania niepełnosprawnego człowieka tak w kwestii zatrudnienia, awansu, jak i przyszłych szkoleń pracowniczych, co zauważyć można chociażby biorąc do ręki application forms.

W przeciwieństwie do polskiej ustawy, która realnie w tej kwestii nie może nic zapewnić, angielskie przepisy gwarantują niepełnosprawnym ludziom równy dostęp do całego rynku pracy oraz zapewniają odpowiednie warunki już po jej podjęciu. Gdy dodamy do tego działalność wyspecjalizowanych organizacji (Show Trust) oraz agencji pracy, które pomagają znaleźć zatrudnienie nawet osobom ze znacznym stopniem niepełnosprawności, doprawdy trudno nie zauważyć różnic. To wszystko wsparte jeszcze ogólnokrajowymi programami, jak chociażby Acces to Work i Workstep, czyni znalezienie pracy przez osoby niepełnosprawne w Anglii problemem dużo mniej skomplikowanym aniżeli w Polsce.

Niepełnosprawny – nie znaczy gorszy

Przyglądając się życiu ludzi niepełnosprawnych w Anglii, bez trudu można zauważyć, że traktowani są oni na równi z resztą społeczeństwa. A to przede wszystkim ze względu na powszechną akceptację przejawiającą się w dużo większej niż w Polsce otwartości na ich potrzeby. Przekłada się to chociażby na większy dostęp do edukacji, niemal całkowity brak barier architektonicznych oraz sprzyjający system prawny. Ponadto korzystać mogą oni z szeregu świadczeń socjalnych (www.direct.gov.uk), które – co najważniejsze – wzajemnie się nie wykluczają i gwarantują im życie na godnym poziomie. Nie do przecenienia jest również sposób, w jaki osoby niepełnosprawne postrzegane są przez przeciętnego Brytyjczyka. Gdy w Polsce myślimy o nich w kategoriach kłopotu i ciężaru, tu odbierane są w sposób partnerski.

Pozostaje tylko wierzyć, że czerpiąc tak chętnie wzorce z Zachodu, zaszczepimy w Polsce również wrażliwość na potrzeby osób niepełnosprawnych, zastępując tym samym puste frazesy o tolerancji, które z nią samą mają niewiele wspólnego.

Michał Opolski

Imiona rozmówców zostały zmienione

Tavisupleba znaczy wolność

August 26, 2008

W sobotę 16 sierpnia przed brytyjskim parlamentem spotkali się prawdopodobnie wszyscy Gruzini mieszkający w Londynie, mała grupa Polaków i jeszcze mniejsze grupy innych narodowości, trochę Brytyjczyków. Nie było jednak tych wszystkich, którzy zwykle tłumnie protestują przeciwko zachodniemu imperializmowi, chociaż w tym dniu wszystkie brytyjskie gazety informowały o tym, że Rosja w odpowiedzi na amerykańską tarczę antyrakietową w Polsce groziła nam atakiem nuklearnym. A stali rezydenci trawnika, etatowi kontestatorzy wojennych decyzji prezydenta Busha, ani na moment nie powstali ze swoich turystycznych krzesełek. Lekko znudzeni przyglądali się rozwojowi wypadków, nie wykazując najmniejszego zainteresowania ich przyczynami.
Demonstrację zorganizowali członkowie The Georgian Community in The UK. Budziła się do życia powoli. Ktoś rozdawał koszulki z wymalowaną czerwonym sprayem flagą Gruzji, dziennikarze brytyjskiej i polskiej telewizji rozmawiali z ludźmi, fotografowie robili pierwsze zdjęcia. Wreszcie naprzeciw parlamentu stanęło kilkaset osób.

[Czytaj dalej]

Turecka herbata i anioł skrzydlaty

August 22, 2008

O wielokulturowości Niemiec

Na pustym, lśniącym peronie nowego dworca Berlin Hauptbahnhof zauważyłam dwie panie. Jedna na oko trzydziestolatka, druga ma może około sześćdziesiątki. Podchodzę do nich, pytam o automat z biletami. – Niestety, nie wiemy, gdzie jest. Ale my mamy taki bilet na cztery osoby, może pani jechać z nami.

fot. Aleksandra Solarewicz

Z wdzięcznością przycupnęłam koło obu kobiet, które przyglądają mi się z zainteresowaniem. – Skąd pani przyjechała? – pyta starsza z nich, słysząc wyraźnie obcy akcent. – Z Polski – odpowiadam już swobodniej. – Z Wrocławia – dodaję. Przytakują obie. Tak, słyszały o Wrocławiu. Wyjaśniam, że przybyłam na projekt dziennikarski Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej i Fundacji Genshagen. – A panie są tutejsze? – drążę, bo według mnie delikatnie różnią się od Niemek, i urodą, i skromnym strojem. – Ja już urodziłam się tutaj – odpowiada starsza z nich, widząc zainteresowanie. – Ale moich rodziców Stalin wypędził znad Wołgi w okolice Krasnojarska. – A więc Niemcy nadwołżańscy! – coś we mnie aż drgnęło. Pani tymczasem smutnieje. – Co to były za czasy i co to za ziemia – wzdycha, jak gdyby widziała je własnymi oczami. – Mój stryj opowiada, jak kopał tę zmarzniętą ziemię na Syberii. Tyle osób umierało z wycieńczenia. Tam jest grób na grobie. Najczęściej bezimienny – głos jej się załamuje. – A panie są już tutaj urodzonymi Niemkami? – myślę głośno. W odpowiedzi słyszę: – Ależ nie. My jesteśmy Rosjanki!

[Czytaj dalej]

Rachel Johnson poszukuje niani z rodowodem

July 31, 2008

Pewnie myśleliście, drodzy Czytelnicy „Nowego Czasu”, że ponury okres nagonki brytyjskiej prasy na Polaków należy do przeszłości. Też tak myślałam. Pewnie myśleliście, że „The Spectator” to porządny angielski magazyn, któremu nie zależy na taniej popularności i który nie bawi się w zamieszczanie złośliwych artykułów o podtekście ksenofobicznym. Też tak myślałam.

Do niedawna. A dokładnie do 18 czerwca. Wtedy to wyjeżdżając z Londynu postanowiłam kupić sobie coś do czytania na czas długiej podróży. Moją uwagę przykuła okładka wyżej wymienionego magazynu (z 14 czerwca b.r.). Na kolorowym obrazku widzimy znudzonego chłopczyka (małego przedstawiciela angielskiej klasy średniej, jak się później okazuje), który z naburmuszoną miną, z ipodem w jednej ręce i gierką w drugiej, wpatruje się w ekran komputera. Obok niego, wygodnie rozparta na krześle, siedzi młoda dziewczyna (o wyraźnie słowiańskim typie urody) i rozmawia w najlepsze przez telefon, nie zwracając na malca najmniejszej uwagi. Dziewczyna ma na sobie spódniczkę mini i krótką, obcisłą bluzeczkę z napisem „Polska”. Na wszelki wypadek, gdyby któryś z czytelników „The Spectator” nie wiedział, że „Polska” to „Poland”, autor obrazka postanowił zamieścić również na bluzeczce, tuż nad nazwą naszego kraju – polską flagę. Teraz wszystko jest jasne, bo przecież nietrudno (w razie wątpliwości) sprawdzić, które to państwo ma flagę w barwach biało-czerwonych.

[Czytaj dalej]

Uwaga na oszusta!

June 7, 2008

Masz szczęście: nie ukradli ci karty kredytowej, nie wzięli kredytu na twoje nazwisko. Jeszcze nie.

Twoje szczęście może jednak nie trwać długo. Masz spore szanse na to, że również staniesz się ofiarą oszustów, którzy stali się coraz bardziej agresywni i stosują coraz bardziej wyrafinowane środki. Wszystko po to, by zdobyć numery konta bankowego czy dokładne dane personalne – albo mówiąc dosłowniej: dorwać się do twoich pieniędzy.
Jak informuje Cifas, agencja zajmująca się walką z przestępstwami finansowymi w Wielkiej Brytanii, oszuści w ostatnich miesiącach wykazują coraz to większą aktywność na coraz to nowych frontach. Do Cifas należą nie tylko największe sieci handlowe, ale także banki i inne instytucje finansowe a sama agencja zbiera wszystkie informacje o przekrętach oraz regularnie współpracuje z policją. Oszuści nie ograniczają się już tylko do skopiowania karty kredytowej w barze czy restauracji, coraz częściej kradną całe portfele, włamują się do komputerów w kawiarniach internetowych oraz wyłudzają dane personalne w internecie. Na dobrą sprawę nigdzie nie można się już czuć bezpiecznym – ostrzegają eksperci CIFAS w wydanym komunikacie.

[Czytaj dalej]

Byłem ekstremistą

April 14, 2008

Kiedyś nastolatek aktywnie rekrutujący ludzi do dżihadu, teraz spokojny i skupiony trzydziestoparolatek, wiecznie w rozjazdach, opowiadający Brytyjczykom i nie tylko im, o niebezpieczeństwach, jakie czyhają na młodych, rozdartych tożsamościowo, radykalizujących się muzułmanów.

Ed Husain, w książce The Islamist. Why I joined radical Islam in Britain, what I saw inside and why I left (Penguin, 2007) opisuje własną historię, drogę od mistycznego islamu, jaki wyznawano w jego rodzinie, do wojującego dżihadyzmu, organizacji Hizb-ut-Tahrir, nadal działającej w Wielkiej Brytanii po lekkich jedynie zmianach kosmetycznych swojej ideologii.

Igranie z ogniem

Ed Husain to wyciszony, skromny pisarz. Pracuje nad doktoratem z nauk politycznych na School of Oriental and African Studies. Na spotkania z nim ściągają tłumy. Pisze do The Guardian, Daily Telegrapgh, The Times, występuje w BBC, CNN, jak ów syn marnotrawny, który wrócił na łono rodziny. Przeszedł burzliwą młodość, wpadając w odmęty radykalnego islamu, spotykając ludzi związanych z najbardziej ekstremistycznymi organizacjami, a teraz uczula innych muzułmanów i nie muzułmanów, jak łatwo i niepostrzeżenie można wpaść w sidła socjotechnicznych manipulacji.
Jego odejście od islamizmu, opisane w książce, szeroko dyskutowane w Wielkiej Brytanii, miało bardzo ponure konsekwencje – pogróżki, do których musiał się przyzwyczaić. Kiedy spotykam się z Edem, przed moimi oczami staje niewysoki, uśmiechnięty skromnie człowiek. Ubrany zwyczajnie, w beżowy garnitur, ciemne buty. Uderza jego skromność, może nawet nieśmiałość.

[Czytaj dalej]