Spokojne życie artystki
February 4, 2010

Na spotkanie z Basią Lautman cieszyłam się szczególnie kiedy przeczytałam jej artykuł w „Nowym Czasie” (nr 126, 27.06.09) między innymi o tym, co przeżywają artyści, którzy wysyłają swe prace do akceptacji na Wystawę Letnią Royal Academy of Arts. Ona sama męki te przeżywała kilkakrotnie, ale już dwa razy jej prace były pokazywane na tej najbardziej głośnej dorocznej wystawie Londynu.
Basia promieniuje niesamowitą energią, spokojem ducha, wewnętrzną równowagą, radością i pokorą. Wygląda na co najmniej dziesięć lat mniej niż w istocie ma. Zapytana o receptę na zachowanie młodego wyglądu odpowiada niewinnie, że służą jej częste spacery z psami. Bo oprócz tego, że jest artystką, zajmuje się opieką i wyprowadzaniem psów na spacery. „No i zajęłam się chodzeniem z pieskami na spacer. Już nie przeżywałam zawiedzionych nadziei, odrzucenia ani cierpienia. Wystarczyła przechadzka, przekąska, pogłaskanie pieskowi brzuszka i były nagrody − lizanie, merdanie ogonem, radosne podskoki” – pisze we wspomnianym artykule.
Powiedziałam Basi wprost, że czuję płynącą od niej pozytywną energię i że jestem pewna, że bliskie są jej sprawy duchowe. A ona na to, że praktykuje buddyzm zen.
Na wszystkie sposoby próbowałam wydobyć z niej trochę informacji o niej samej. Na próżno. Basi skromność nie pozwoliła jej opowiedzieć mi ze szczegółami, jak to się stało, że 30 lat temu, zaraz po maturze, przyjechała do Londynu. Jak do tego doszło, że zamieszkała na łódce na Tamizie. Dlaczego postanowiła zostać artystką i jak minęły jej lata studiowania na wydziale grafiki i ilustracji Saint Martin’s School of Art. Z jakiego powodu zajęła się tworzeniem komiksów oraz ilustracji, pisaniem krótkich opowiadań, rysowaniem śmiesznych stworzonek, trochę dla dzieci, ale nie do końca. Jak wspomina mieszkanie na łódce podczas ciąży, w zbiorowisku rupieci. Co sprawiło, że znalazła grupę medytacyjną oddaloną o dwie godziny drogi od jej miejsca zamieszkania. W jaki sposób poznała buddyjską mniszkę, która ciepło ją przyjęła, po czym wyjechała praktykować zen do klasztoru w Japonii. Jak radziła sobie z maleńkim synkiem. Kiedy zakochała się w Brazylijczyku, dzięki któremu zajęła się wyprowadzaniem psów, do których mówi po angielsku. Dlaczego, choć mieszka w Chelsea, a pracownię wynajęła w południowo-wschodnim Londynie, gdzie spędza każdą wolną chwilę na pracy twórczej – maluje, robi wydruki, pisze i ilustruje swoje własne książeczki. Wymyśla także historyjki obrazkowe o zaskakujących tematach i tytułach, takich jak np: Should I read Proust or watch Eastenders?. Z przymrużeniem oka komentuje świat mediów, otaczającą nas rzeczywistość i nasze w niej miejsce. Kreuje fantastyczne stworzonka, a czasem portretuje swoich czteronogich podopiecznych.
Roma Piotrowska

Współczesny doktor Judym
January 20, 2010
Istnieje przepaść między wizerunkiem pozytywnego Polaka-emigranta, a rzeczywistym jego obrazem. Chcemy być w tym kraju, w którym osiedliliśmy się na czas długi lub krótki – dobrze notowani i życzliwie traktowani. Jak zmienić obraz Polaka w Wielkiej Brytanii na lepszy? Oczywiście, popularyzować piękne sylwetki i przykłady. W biografiach takich, jak młodego lekarza ze Śląska Opolskiego, ogniskują się nasze nadzieje i oczekiwania.
Damian Łaba, członek Royal College of Physcians
Lekarz staje się obywatelem świata przez uniwersalność swojego zawodu i sztuki medycznej – mówi Damian Łaba. Smukły, wysoki, w dobrze skrojonym garniturze, przestępuje progi Royal College of Physicians, by odebrać dyplom członka akademii, tej najbardziej prestiżowej medycznej instytucji na świecie.
– To nie tylko honor i przywilej – mówi Damian – ale również zielone światło dla kariery zawodowej. Od założenia w 1518 roku pod auspicjami króla Henryka VIII, Royal College of Physicians przeszedł wiele transformacji i wyłonił się jako instytucja na miarę XXI wieku. Jest profesjonalną organizacją, reprezentującą ponad dwadzieścia tysięcy lekarzy z całego świata, której celem jest poprawa i utrzymanie wysokiego standardu opieki nad pacjentem. Inne zadania College’u to edukacja, wspomaganie lekarzy i udostępnianie kontaktu z najnowszymi osiągnięciami medycyny światowej. Lekarz musi się ciągle rozwijać – to główne motto akademii.
– Zdobyłem mały Mont Everest – uśmiecha się młody lekarz. To mobilizuje do zdobywania kolejnych szczytów.
Kiedy pytam go o drogę, jaką przebył, i czy było warto, jego twarz lekko poważnieje.
– Są dwie równoległe kalkulacje – mówi pragmatyczny medyk. – Trzyetapowe egzaminy, które lekarz musi przejść i pozytywnie zaliczyć są nie tylko trudne, ale i bardzo kosztowne. Zaliczenie za pierwszym podejściem jest ulgą finansową i zdecydowanie chroni przed wrzodami żołądka. Wielu bierze dodatkowe kursy dokształcające, aby podołać wysokim wymaganiom. Poprzeczka jest często za wysoka dla rodowitych Anglików, a cóż dopiero dla cudzoziemca, który zawsze będzie się zmagał z językiem. Tylko najlepsi biorą udział w ceremonii przyjęcia do Royal College of Physicians. Koszt finansowy tego wysiłku można mierzyć w wielu tysiącach funtów, a za tym ciągnie się jeszcze długa lista wyrzeczeń osobistych – wyznaje Damian. Mija długa chwila milczenia, której nie przerywam…
– Przyjechałem do Londynu z małego miasta Krapkowice na Opolszczyźnie pierwszego dnia po przystąpieniu Polski do Unii Europejskiej. Pamiętam ojca, który mówił, że mężczyzna musi mieć w swoim życiu jakąś misję, w którą się angażuje, która wykracza nawet poza dom i rodzinę. Miałem w kieszeni dyplom Akademii Medycznej w Poznaniu, zaliczony roczny staż w szpitalu, ale bez żadnych perspektyw na zrobienie specjalizacji. A przecież miałem tak dużo do zaoferowania – energię, ambicje i kwalifikacje. Powtarzałem sobie, że wewnątrz każdy mężczyzna jest wojownikiem, ale decyzję, żeby walczyć, musi podjąć sam. Bałem się, ale ciągnęło mnie do miejsc, gdzie medycyna korzysta z najnowszych osiągnięć nauki i techniki i daje pełne możliwości rozwoju. Świadomość tego, że reprezentuję swój kraj, dom rodzinny i polską medycynę, podnosiła mnie na duchu w trudnych momentach zwątpienia, jak i nie pozwalała na moralny czy zawodowy kompromis.
To, że miesiącami pracowałem za darmo w szpitalu psychiatrycznym – zatrudniłem się jako pielęgniarka po to, aby poznać od podszewki system opieki szpitalnej – nie było żadnym kompromisem, ale moim wyborem i drogą do osiągnięcia celu. Natomiast jak już straciłem jedną trzecią masy ciała, uratowała mnie angielska gastronomia – podejmowałem pracę w pubach, kuchniach i barach.
– Wejście w świat angielskiej medycyny wydaje mi się naturalną koleją mojego losu. Czułem, że chcę być tam, gdzie geografia miejsca koresponduje z geografią mojego serca. Od listopada 2007 jestem związany z Norfolk and Norwich University Hospital, gdzie robię specjalizację z medycyny wewnętrznej i medycyny stanów nagłych. Moje zainteresowania medycyną są wszechstronne. Lekarzem była również moja babcia i jako mały chłopiec często towarzyszyłem jej i obserwowałem relacje lekarz-pacjent. Babcia mówiła, że kiedy wiesz, co chcesz robić w życiu i kim chcesz być, to tak jakbyś się rodził po raz drugi. – To ja chcę być prawdziwym lekarzem! – krzyczałem do babci. Głęboko interesują mnie zagadnienia etyki medycznej i szczególnego posłannictwa profesji medycznej. Nie jest to bowiem zwykłe zajęcie, ale misja i powołanie życiowe – ważne i wyjątkowe. W sztuce wykonywania tego zawodu lekarz musi łączyć bycie dobrym lekarzem z byciem dobrym człowiekiem. Bo wady ludzkie łatwo przenoszą się na to, co wykonujemy zawodowo.
– Miarą wartości społecznej lekarza jest jego wkład w zmniejszenie cierpienia. Metafizyka śmierci i proces umierania fascynowały mnie od dawna i rozwinąłem badania nad aspektami medycyny paliatywnej. Przywołam tutaj ładną metaforę: zegary, które mierzą upływający czas ludzki mają wiele wskazówek. Zegar biologiczny człowieka, który lekarz odczytuje jest najokrutniejszy, bo odmierza cierpienie, starość i śmierć. Lekarz pojawia się w tym kontekście jako główna – czasem jedyna – nadzieja dla pacjenta. Obecnie intrygującym zjawiskiem jest tocząca się otwarta wojna między medycyną ortodoksyjną, a holistycznymi koncepcjami postrzegania człowieka i jego zdrowia. Nie ulega wątpliwości, że coraz więcej lekarzy skłania się w stronę alternatywnej medycyny opierającej się na metafizycznym związku ciała i ducha (body, mind and soul). Myślę, że współczesna, sekularystyczna kultura zuboża egzystencjalny wymiar zaangażowania i powołania lekarza. Przy kuflu Guinnessa mógłbym o tym jeszcze długo opowiadać – śmieje się Damian.
– Uważam za absolutną konieczność zawodową poszerzanie horyzontów myślowych i stałe dokształcanie się. A humanistyczno-filozoficzną ogładę zdobywałem w polskim środowisku w Londynie. Przyjeżdżałem tutaj jako nastolatek do swojej „przyszywanej” cioci, Reginy Wasiak-Taylor, która delikatnymi sposobami wymuszała na mnie uczestnictwo w wieczorach literackich i wykładach PUNO. Pozostały mi w pamięci spotkania z takimi ludźmi jak: Józef Garliński, Mieczysław Paszkiewicz, Marian Pankowski, Tomasz Łychowski. Moja edukacja i obycie kulturalne odbywały się nieświadomie, a owoce tych przeżyć „stroiły” mój moralny i etyczny kompas. Podczas przyjazdów do Londynu, POSK był moim drugim domem, gdzie między talerzem pierogów i szarlotką słuchałem o tolerancji, poszanowaniu inności drugiego człowieka, o formule życia esencjonalnego i o tym, że nie ma ziemi wybieranej, że jest tylko ziemia przeznaczona. Niewątpliwie był to dla mnie ważny uniwersytet życia i za to dziękuję polskiemu Londynowi.
Patrzę na przystojną sylwetkę Damiana i myślę, że można go wziąć za gwiazdę magazynów mody, a nie pracowitego i poważnego medyka. Pytam, co mu mogę życzyć na przyszłość i już nie zaskakuje mnie jego odpowiedź: – U progu Nowego Roku życzę sobie i wszystkim lekarzom, by mieli siłę serca i umysłu, by gotowi byli służyć bogatym i biednym, dobrym i złym, przyjaciołom i wrogom,
i aby w pacjencie swoim widzieli cierpiącego bliźniego – kończy naszą rozmowę Damian.
Grażyna Maxwell
Ach ten jazz…
December 22, 2009
Marek Greliak z POSK-iem związany jest od lat 70. Zajmował się różnymi rzeczami: prowadził restaurację, przygotowywał scenografię, był szefem Komisji Kultury aż stał się animatorem polskiej sceny jazzowej w Londynie

Miłośnicy jazzu to specyficzny gatunek ludzi. W każdą sobotę można ich łatwo rozpoznać w holu POSK-u. Przyszli na kolejną porcję jazzu, i jest ich z każdym rokiem coraz więcej. Wieczory w Jazz Cafe stały się stałym punktem w ich kalendarzu. Wracają, bo mogą liczyć na dobrą muzykę, miłą atmosferę i przystępne ceny. – Chcemy utrzymać niską cenę wstępu (5 funtów) – mówi animator klubu Marek Greliak. – Nie każdego stać na chodzenie do Ronnie Scotta – dodaje. – My działamy też na trochę innych zasadach. Motorem tego co robimy jest pasja, a nie profit. Jazz Cafe jest częścią propozycji kulturalnej POSK-u, nie płacimy więc za wynajem i utrzymanie klubu, co jest dużą pomocą. Powstanie Jazz Cafe w POSK-u było prawdziwą rewolucją.
scenograf bez zaplecza
Marek Greliak, związany jest z polskim ośrodkiem na Hammersmith od ponad 30 lat. – W POSK-u zajmowałem się różnymi rzeczami. Zaczynałem w latach 70. od improwizowanej scenografii, zgodnie ze swoim wykształceniem, kiedy jeszcze nie było teatru, a przedstawienia odbywały się w Sali Malinowej. Nietypowa przestrzeń, raczej konferencyjna niż teatralna, prawdziwe wyzwanie. Rekwizyty trzeba było jakoś na własną rękę zdobyć. Scenografia nie kończyła się na pomyśle, nie było zaplecza technicznego, za całość odpowiadał scenograf. Pamiętam jak szukałem sieci do sztuki Szaniawskiego „Żeglarz”. W tym czasie współpracowałem z Urszulą Święcicką i jej Teatrem Nowym, także z ZASP-em. A potem przyszedł czas na działalność kulinarną.
kuchnia i jazz
Marek Greliak razem z Antonim Szymankiewiczem przez 14 lat prowadził restaurację „Łowiczanka”. – Piękne lata – mówi z uśmiechem. – Bardzo sobie ceniłem kontakt z ludźmi, wynagradzający wyczerpującą pracę. Nie traktowałem prowadzenia restauracji jako typowy biznes. Bywalcy „Łowiczanki” pamiętają co było w niej nietypowego. Obiady i jazz w każdą niedzielę, wieczory innych kultur, innych kuchni, przygotowane przez wynajętych specjalnie na te okazje kucharzy.
Taki model wymagał dużego zaangażowania i poświęcenia. – Postanowiłem w końcu zwolnić, podratować trochę zdrowie, odzyskać swój prywatny czas. Odstąpiłem swój udział Antoniemu, pomimo dobrych dochodów.
Z POSK-iem kontaktów jednak nie zrywa. Przez cztery lat jest szefem Komisji Kultury. Od kuchni – tym razem kulturalnej – widzi czego w ofercie POSK-u nie ma. Nie ma jazzu, ale pozostałym członkom Komisji to nie przeszkadza. Po co komu jazz? – Dla mnie było to oczywiste, tym bardziej wtedy, kiedy przestał działać młodzieżowy klub POM. Co można zrobić w piwnicy? Dyskoteka już się nie sprawdzała. Wszędzie w Londynie powstawały nowe miejsca, co drugi pub organizował dyskotekę dla Polaków. Polskiego klubu jazzowego w Londynie nie było.
wszystko albo nic
Pomysł z założenia dobry, ale pewności, że w praktyce wyjdzie, entuzjaści jazzu nie mogli mieć. Marek Greliak postawił wszystko na jedną kartę. Miał doświadczenie w prowadzeniu restauracji i… właśnie klubu jazzowego. Jeszcze w Polsce, w czasach studenckich wyprofilował klub studencki Odnowa w Toruniu na klub jazzowy. Zapraszał muzyków z Warszawy i Krakowa, znał tę formułę i wierzył, że i tym razem się uda, ale tylko wierzył. Najtrudniej było z nieufnymi, z przełamaniem stereotypów, a potem przyszła kolej na generalny remont pomieszczeń, które zalała powódź. Pieniądze z ubezpieczalni nie wystarczyły, POSK dodatkowymi funduszami nie dysponował. Z pomocą przyszły władze lokalne. – Przedstawiłem projekt klubu jazzowego Brytyjczykom. Miał to być wprawdzie polski klub, ale muzyka przełamuje przecież bariery – językowe, narodowościowe, każde. Z klubu jazzowego mogą korzystać wszyscy. Brytyjczycy pomogli.
Klub zaczął swoją działalność trzy lata temu. Nie od razu jednak zaistniał na londyńskiej mapie jazzowej. Musieli szukać muzyków, przekonywać, zapraszać ich z Polski, co jest stosunkowo drogie (przeloty, zakwaterowanie, honoraria). Po każdym jednak udanym koncercie renoma klubu rosła. Ludzie wracali, przyprowadzali nowych, i nie byli to bynajmniej tylko Polacy. Sam spotkałem na koncercie Jarka Śmietany turystę z dalekiej Japonii. Znał wszystkie standardy jazzowe, ale Śmietana go zaskoczył jazzowymi interpretacjami polskich szlagierów muzyki rozrywkowej. Szczególne uznanie japońskiego słuchacza zyskała „Ta ostatnia niedziela”.
– Lubię poznawać gości Jazz Cafe osobiście – mówi Marek Greliak – dlatego często wybieram rolę biletera, żeby mieć możliwość bezpośredniej rozmowy, poznać gusty naszych bywalców, dowiedzieć się skąd przyszli, gdzie o nas usłyszeli. Takie informacje bardzo pomagają w prowadzeniu klubu. Dzięki temu wiem, że mamy już sporo stałych bywalców.
Jakościowy i ilościowy postęp widać na przykładzie organizowanego jesienią Festiwalu Jazzu Wschodnioeuropejskiego. Pierwszy odbył się po roku działalności klubu. Wystąpiły na nim cztery zespoły. W tym roku było ich czternaście.
może być tylko lepiej
– Po trzech latach Jazz Cafe w POSK-u jest już znanym miejscem w kręgach jazzowych – mówi Marek Greliak. Zauważył nas „Jazz Forum” w Polsce, jesteśmy na wszystkich stronach internetowych informujących o imprezach jazzowych w Londynie, informacje o imprezach w Jazz Cafe podaje też najważniejszy magazyn londyński Time Out. – Czyli nie trzeba już bać się o frekwencję, o to czy zagra jakiś ciekawy muzyk? – pytam prowokacyjnie. – Tego typu niepewność mamy już za sobą. Z ulgą mogę dodać, że nasz kalendarz jest w zasadzie wypełniony na następne dwa lata. Nie szukamy muzyków, to oni się do nas zgłaszają.
– Bardzo dobrym posunięciem było też rozszerzenie formuły festiwalu. Przedstawiliśmy jazz z Europy Środkowo-Wschodniej, dzięki temu dowiedzieli się o nas Węgrzy, Słowacy, których już gościmy co tydzień. Powoli tworzy się międzynarodowa rodzina połączona wspólną pasją. Nie mówiłem więc nic na wyrost rozmawiając z Brytyjczykami, że nasz projekt jest otwarty i że będzie mógł z niego skorzystać każdy, niezależnie od narodowości. ciekawą propozycją jest też Big Band Night w ostatni piątek miesiąca.
Pierwszym Big Bandem w Jazz Cafe jest niewątpliwie Marek Greliak, ale sam chyba wszystkiego nie robisz? – Całe szczęście nie muszę, zresztą kto by temu podołał? Pracujemy wspólnie z Jasiem Serafinem. Przychodzą też do nas ludzie starsi i młodsi i pytają czy nie mogą w czymś pomóc. Na stałe współpracuje z klubem od siedmiu do ośmiu wolontariuszy, należą też do rady programowej.
– Ty jednak czuwasz nad całością i bywa tak, że prowadzenie klubu koliduje z pracą zawodową. Nagłe wezwanie na lotnisko, gdzie czas masz nienormowany. Musisz być wypoczęty i uśmiechnięty. Pracujesz w sektorze wydzielonym dla VIP-ów, często są to głowy państw. – Zwykle można te dwie aktywności pogodzić, chociaż dzisiejszemu wyzwaniu nie sprostałem. Z POSK-u wyszedłem o drugiej w nocy, o czwartej rano miałem powitać premiera Niezależnego Państwa Samoa. Dostałem kartkę z jego nazwiskiem – Tuilaepa Lupesoliai Sailele Malielegaoi. Próbowałem zapamiętać. Nic z tego, musiałem bronić się zwrotem „ekscelencjo”. – Brakuje czasu na sen – podpowiadam. – Kiedyś to odeśpię – uśmiecha się Marek.
Wszystkiemu winien cały ten jazz. Nieuleczalna pasja i bakcyl pracy społecznej. Ale warto, kiedy widzi się efekty tej pracy. Do POSK-u przychodzą nowi ludzi. Scena Jazz Cafe stworzyła regularną szansę występów dla polskich muzyków i wokalistek mieszkających w Londynie. – Oni – opowiada Marek – podobnie jak my, nie utrzymują się z muzyki, ale jazz w nich siedzi. Przychodzą, śpiewają, grają, są częścią coraz większej rodziny. Mamy już trzy damy polskiego jazzu (Aleksandra Kwaśniewska, Dominika Zachman, Monika Lidke) i polskiego króla bluesa Leszka Alexandra, który zajmuje się też nagłośnieniem wszystkich koncertów w naszym klubie.
– Czy pozostaniecie tylko przy jazzie, czy może planujecie coś więcej? Zauważyłem że ostatnio z Jazz Cafe korzysta Scena Poetycka. – W teatrze zaczynałem, do teatru mnie ciągnie. Zakupiliśmy profesjonalne oświetlenie teatralne dzięki pomocy Konsulatu RP, co pozwoli na wykorzystanie wszystkich możliwości tego miejsca, idealnego dla małych form teatralnych, spotkań autorskich czy wieczorów poetyckich. W styczniu odbędzie się tutaj finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, a wcześniej, na zakończenie roku oczywiście zabawa sylwestrowa.
A w przyszłym roku może być tylko lepiej. Gratuluję i dziękuję za rozmowę człowiekowi-orkiestrze polskiej sceny jazzowej w Londynie.
Grzegorz Małkiewicz
Rozmowa z Jurijem Gałkinem
October 24, 2009
Jurij Gałkin to młody rosyjski muzyk jazzowy, absolwent Królewskiej Akademii Muzycznej w Londynie w klasie kontrabasu, który dzięki swemu talentowi w szybkim czasie dał się poznać nie tylko jako wybitny instrumentalista ale również jako oryginalny kompozytor nowoczesnej muzyki jazzowej. Jest on świetnym przykładem, że muzycy z krajów Wschodniej Europy reprezentują równie wysoki poziom muzyczny jak ich koledzy z krajów zachodnich. Jurij jest założycielem międzynarodowego zespołu Symbiosis, który weźmie udział w 2. Festiwalu Jazzu Wschodnio-Europejskiego w Jazz Cafe POSK. z Z Jurijem Gałkinem rozmawia Tomasz Furmanek.
Jurij, dużo o Tobie ostatnio słyszałem, wygląda na to, że jesteś jednym z najbardziej utalentowanych młodych muzyków na londyńskiej scenie jazzowej. Czy mógłbyś przedstawić się tym czytelnikom, którzy o tobie jeszcze nie słyszeli?
– Jestem muzykiem i kompozytorem rosyjskim, do Londynu przyjechałem cztery lata temu, aby studiować w Królewskiej Akademii Muzycznej w Londynie. W 2005 roku po wstępnych przesłuchaniach uzyskałem pełne stypendium na cały okres studiów. Moje studia dały mi wiele satysfakcji, a w dodatku miałem okazję zaistnieć na londyńskiej scenie jazzowej, która jest bardzo bogata w różne kierunki i orientacje muzyczne. Wspaniałe jest to, że poprzez współpracę z wieloma nowymi muzykami mogłem poznać ich styl gry i wiele się od nich nauczyć.

Jak zaczęła się Twoja edukacja muzyczna?
– Urodziłem się w muzycznej rodzinie w małym mieście niedaleko Moskwy. Moja matka jest pianistką i nauczycielką muzyki, a ojciec dyrygentem świetnie grającym na akordeonie. Pierwsza edukacja muzyczna zawsze zaczyna się w domu poprzez słuchanie muzyki, którą słuchają rodzice. Muzyka klasyczna, która była grana w moim domu, wywarła decydujący wpływ na moje doświadczenia muzyczne. Jeśli chodzi o formalną edukację to obok nauki w szkole podstawowej, dodatkowo pobierałem lekcje pianina siedem godzin tygodniowo i wkrótce zacząłem występować na różnych uroczystościach, zyskując reputację wschodzącej gwiazdy. Po skończeniu szkoły podstawowej w wieku 13 lat porzuciłem pianino na rzecz elektrycznej gitary basowej i zacząłem grać w lokalnych zespołach młodzieżowych. Przez okres swojej młodości rozwijałem się muzycznie jako samouk i w krótkim czasie byłem na tyle dojrzałym muzykiem, że mogłem zacząć grać w zespołach jazzowych, których nie brakowało w Moskwie i jej okolicach. A wszystko to działo się jednocześnie w trakcie moich pięcioletnich studiów na uniwersytecie, gdzie zdobyłem dyplom – w co niektórym trudno wierzyć – inżyniera lotnictwa. Ostatnim etapem mojej edukacji była Rosyjska Akademia Muzyczna, gdzie przez dwa lata studiowałem na kierunku jazzowym i choć wiele się tam nauczyłem, to przerwałem te studia, gdy zostałem przyjęty do Londyńskiej Akademii Muzycznej. W Londynie studiowałem aż do uzyskania dyplomu.
Czyli zanim przyjechałeś do Londynu, miałeś już swoją ugruntowaną pozycję na moskiewskiej scenie jazzowej.
– Można by tak powiedzieć. Grałem z wieloma muzykami i zdobywałem nagrody na festiwalach jazzowych.
Czy myślisz, że mógłbyś się rozwinąć jako muzyk jazzowy w Moskwie?
– Chciałem studiować jazz i rozwijać się dalej w najlepszym miejscu na świecie i uważam, że Londyn stwarza najlepsze warunki rozwoju dla muzyka, ze względu na bogate i różnorodne życie muzyczne. Oczywiście, że w Moskwie też są znakomici muzycy jazzowi, ale londyńska scena jazzowa stwarza wiele więcej możliwości, gdyż można tu znaleźć muzyków otwartych na każdy styl i genre artystyczny. Muszę jednocześnie dodać, że w ostatnich czasach scena jazzowa w Moskwie rozwija się bardzo dynamicznie, powstają nowe kluby, organizuje się festiwale i zwiększa się publiczność słuchająca tego gatunku muzyki.
Założyłeś swój własny zespół o nazwie Symbiosis – jak znalazłeś muzyków i jakich wartości w nich szukałeś?
– Przede wszystkim szukałem muzyków profesjonalnych na najwyższym poziomie wykonawczym, gdyż moja muzyka jest nowoczesna i innowacyjna. Większość członków zespołu studiowała ze mną w Akademii Królewskiej, a szkoła jest z reguły pierwszym miejscem do nawiązywania kontaktów. Grając wiele ze sobą poznawałem kto jest dobrym solistą i ma kreatywną duszę. Kiedy piszę muzykę, próbuje różnych środków wyrazu i zawsze szukam czegoś nowego. Prowadzi to często do powstania nowych rzeczy, których nikt jeszcze nie próbował i stwarza to muzykom możliwość sprawdzenia siebie i stawienia czoła nowym wyzwaniom muzycznym. Znamy się wszyscy dość długo, wielokrotnie graliśmy ze sobą, tak że wiem co mogę oczekiwać od nich a oni z kolei wiedzą o co mi chodzi we wspólnym wykonywaniu moich kreacji muzycznych.
Co jest wyjątkowe w zespole Symbiosis?
– Jest to dla mnie bardzo specjalny projekt, jako że zawsze chciałem w desperacki sposób wykreować coś dziwnego i oryginalnego, na miarę rewolucji muzycznej. Duża orkiestra jazzowa, grająca oryginalną muzykę nie zdarza się na co dzień. Przykładem niech będą big bandy Dave Hollanda czy Joe Hendersona, których nie sposób nie zauważyć. Istnieje wiele wspaniałych inspirujących zespołów: tria, kwartety lub kwintety, ale orkiestra… nie jest ona najłatwiejszą rzeczą do prowadzenia, ale za to daje niesłychaną satysfakcję. Na dzisiejszej scenie muzycznej nie ma wiele dużych zespołów, zwłaszcza grających oryginalną muzykę, istnieje więc zapotrzebowanie wśród publiczności na tego rodzaju sztukę. Symbiosis nie jest dokładnie „big bandem”, jest to 9-osobowy zespół, ale ma siłę dużej orkiestry. Kiedy komponuję muzykę dla Symbiosis, osiągam efekt big bandu poprzez odpowiednią instrumentację i aranżację.
Jakbyś w kilku słowach określił to co jest najważniejsze, wyjątkowe i charakterystyczne w Twojej muzyce.
– Staram się zawsze być oryginalny, ale jednocześnie jestem otwarty na każdy rodzaj muzyki. Akceptuję każdą muzykę tak długo, jak jest dobra i najwyższej jakości. Staram się nie ograniczać do konkretnego stylu, próbuję raczej integrować moje muzyczne i życiowe doświadczenie w tworzenie muzyki, która odkrywa dla mnie nowe rzeczy.
Czyli?
–Współczesność, wybuchowość, melodyjność, zaangażowanie emocjonalne, dążenie do przodu…
Eklektyczność?
– O, tak. Powiedziałbym raczej, że jest to nowoczesna muzyka jazzowa z elementami bi-bopu, swingu, fusion i muzyki latynoskiej. Słuchałem dużo muzyki klasycznej i to też znajduje odbicie w moich kompozycjach. Duży wpływ na mnie mieli tacy muzycy jak Dave Holland, Kenny Wheeler, Charles Mingus, Joe Henderson.
Czy są inni kompozytorzy, którzy mają wpływ na Ciebie?
– Jest ich wielu, są to muzycy, których spotkałem w Wielkiej Brytanii jak Hans Koller, Mike Gibbs. Dwa lata temu wygrałem konkurs dla młodych brytyjskich kompozytorów jazzowych pod przewodnictwem Tima Garlanda, znakomitego, nowatorskiego kompozytora. Moja nagrodzona kompozycja, Terminal X, została przeze mnie zaaranżowana dla jego 13-osobowej orkiestry.
Utwór był również nagrany przez Londyńską Podziemną Orkiestrę pod kierunkiem Tima Garlanda jako część mojej nagrody. Orkiestra odbyła turę po Wielkiej Brytanii prezentując w sumie 15 koncertów, a w składzie zespołu oprócz Tima Garlanda znaleźli się tak znakomici muzycy jak Gwilym Simcock, pianista Jason Rebello czy Asaf Sirkis, izraelski perkusista mieszkający na stałe w Londynie.
Planujesz promocję nowego CD, kiedy będzie wydane i pod jakim tytułem?
– Ciągle pracuję nad tytułem, płyta ukaże się w listopadzie lub grudniu 2009. Szczegóły na mojej stronie www.myspace.com/yurigalkin.
Co Cię inspiruje w komponowaniu muzyki?
– Właściwie wszystko. W codziennym życiu napotykamy różne sytuacje, kochamy, cierpimy, śmiejemy się, płaczemy, lubimy czy nie lubimy pewne rzeczy, mamy swoje emocje i to są moje inspiracje. Być szczerym i pisać „od serca”, niż kierować się wyuczonymi, matematycznymi formułkami. Oczywiście, że należy studiować i to wiele rzeczy, lecz kiedy siada się do pisania, należy o nich zapomnieć i pisać podświadomie o swych emocjach. Twoja wiedza jest w twej podświadomości i pomaga kreować dobra muzykę.
Muzyka jest w Tobie, jest to kwestia wyzwolenia jej z siebie…
– Absolutnie, i nadchodzi moment, kiedy jesteś gotowy przelać na papier to, co w Twym umyśle, natomiast jak zespół zamierza to zagrać i zinterpretować to inna sprawa.
Czy masz jakieś inne pasje oprócz muzyki, czy muzyka jest Twoją wyłączną pasją?
– Uwielbiam sport i dobrze gotuję, zwłaszcza barszcz. Polacy dobrze znają te potrawę. Moja żona jest moją drugą pasją…
Czy kiedykolwiek występowałeś z wokalistą?
– Jako big band nie, nigdy. Właściwie myślałem o tym: skomponowałem melodie, które dobrze by współgrały ze słowami, ale myślę, że jest to sprawa nowego projektu w przyszłości.
Jeżeli byś mógł wybrać z żyjących muzyków – z kim chciałbyś zagrać?
– Powiedziałby, że z każdym. Każdy jest interesujący na swój sposób.
Jak to się stało, że zacząłeś regularnie występować w kawiarni jazzowej POSK-u?
– Kilka lat temu grałem z polskimi zespołami, to oni zaprosili mnie jako kontrabasistę do paru koncertów w Jazz Cafe i tak to się zaczęło. Potem przyprowadziłem swój kwartet i w końcu big band. Cieszę się, że mamy możliwość regularnego grania w tym miejscu.
Jak często jeździsz do swego kraju?
– Mieszkam od czterech lat w Londynie i dopiero w tym roku, dokładnie miesiąc temu odwiedziłem swój kraj. Jestem bardzo zajęty tu na miejscu i nie mam czasu na podróże.
Czy spotkałeś swoją żonę tutaj?
– Nie, pobraliśmy się w Rosji i przyjechaliśmy tutaj już jako małżeństwo.
Jakie masz plany na przyszłość?
– Zacząłem już przygotowywać dla mojego zespołu brytyjską turę na jesień 2010. Będzie to duże wydarzenie w moim życiu. Tura ta również będzie promować nasze nowe CD na terenie Anglii i mamy nadzieję, ze uda nam się znaleźć sponsorów, gdyż zorganizowanie koncertów dla większego zespołu poza Londynem nie jest łatwe, biorąc pod uwagę koszty transportu i hoteli. Pozalondyńskie kluby mają mały budżet, więc sami musimy szukać środków finansowych na wyjazd. Każdy big band na świecie ma te same problemy, liczymy więc, że może ktoś nam pomoże finansowo, czy to w turze czy też w promocji CD. Chętnych proszę o kontakt galkinsound@mail.ru. Jest niesłychanie ważne, by popierać żywą muzykę i dawać szansę młodej generacji muzyków i kompozytorów na doskonalenie i rozwijanie ich umiejętności i zachęcać do udziału w kreowaniu sztuki przyszłości.
Jak określiłbyś siebie w paru słowach? Wyglądasz na osobę pewną siebie?
– Tak jestem pewien siebie, otwarty i gotów na spotkanie z trudnościami. Wiem do czego dążę i stawiam sobie cele przed sobą. Jeśli chcesz iść do przodu, musisz mieć samodyscyplinę i dobrą organizację czasu.
Możemy założyć, że jesteś dobrym organizatorem swego czasu?
– Myślę, że tak, mam dopiero 27 lat i wiele osiągnięć na swoim koncie.
Dziękuję za rozmowę.
www. myspace.com/yurigalkin
www.jazzcafeposk.co.uk
Symbiosis wystąpił w Jazz Cafe POSK 17 października w ramach 2 Festiwalu Jazzu Wschodnio-europejskiego.
Z medalem jest jak z dobrym piórem
October 15, 2009
Wyobraź sobie piękny słoneczny dzień. Wę-drujesz ulicą w centrum Londynu. Mijasz ciąg kamieniczek, patrzysz na witryny sklepów. Panuje senna, poranna atmosfera. Nagle zauważasz, że w jednym z okien siedzi sobie pan i rzeźbi. Tak jakby nigdy nic. Rzeźbi drewniane meble, ramki i herby. Zastanawiasz się zatem kto to taki. Pukasz, a on kiwa głową, że proszę, śmiało, możesz wejść. Wchodzisz i dowiadujesz się, że ten pan to Hugh Wedderburn, a w głębi rzeźbi sobie jego żona, Danuta Sołowiej, medalierka i rzeźbiarka.
Danuta i Hugh poznali się 25 lat temu w Polsce. On był na rocznym stypendium za żelazną kurtyną, ona studiowała rzeźbę na warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych. Stypendium się skończyło, Hugh musiał wracać do Londynu. Danucie nawet się wówczas nie śniło, żeby jechać za nim. Była odwilż, a ona miała przecież tyle rzeczy do zrobienia w Polsce. Zaczęli jednak za sobą tęsknić. Wymyślili więc plan, żeby spotkać się na neutralnym gruncie. Spędzili więc wakacje w Norwegii i postanowili być razem.
Po nitce do kłębka
Przyjazd z komunistycznej Warszawy do wielokulturowego Londynu musiał być szokiem, ale Danusia jako młoda, ambitna osoba postanowiła nie tracić czasu. Chciała rozwijać się w swojej dziedzinie. Miała już dyplom magistra sztuki ze specjalizacją medalierstwo, chciała jednak zrobić doktorat w Royal College of Art. No ale jak tu robić doktorat z medalierstwa, jak w RCA nie było nawet takiego wydziału?
Według Johna Windsora z The Independent, medalierstwo w Wielkiej Brytanii przeżywa stagnację, podczas gdy na kontynencie europejskim uchodzi za innowacyjną, a nawet popularną formę sztuki. Na szczęście dla Danusi, uczelnia wykazała się dobrą wolą i stworzyła dla niej specjalne stanowisko – tzw. staff attachement.
– Nie byłam ani studentem, ani personelem – śmieje się. – Zaproszono mnie na uczelnię na trzy miesiące, żebym sobie tam po prostu była i pra-cowała, czyli taki ówczesny artist in residence. No i po nitce do kłębka stałam się wykładowcą.
Dom w pracowni
Mają z Hugh pracownię w domu (bądź też dom w pracowni) ze względów ekonomicznych oraz dla wygody. Chcieli żyć harmonijnie, nie jeździć do pracy z jednego końca miasta na drugi. Przemieszczanie w Londynie może stać się koszmarem, szczególnie gdy utknie się w korku lub w metrze. Zanim przeprowadzili się do wiktoriańskiej kamieniczki w Borough, na tyłach kościoła St. George the Martyr, gdzie niedawno odbyła się ARTeria, mieszkali u teściów, przez których dom przewijały się tłumy ludzi.
– To był taki hotelik. Mieszkali tam znajomi rodziców, znajomi Hugh, moi znajomi, znajomi siostry Hugh i znajomi znajomych – śmieje się Danuta. – Mieliśmy nawet jednego lokatora, który miał zostać na parę miesięcy, zanim sobie coś znajdzie, a został na cztery lata. Ciekawie się tam mieszkało, ale było to trochę męczące –wspomina swoje pierwsze lata w Londynie.
Wkrótce rodzina powiększyła się o córeczkę Józię i trzeba było poszukać nowego domu. Zastanawiali się, czy nie przenieść się w totalną głuszę, ale ostatecznie wybrali centrum Londynu. Dwanaście lat temu, kiedy kupowali dom, Borough było dzielnicą zaniedbaną i poniekąd zapomnianą. Hugh przeczuwał jednak, że musi się tutaj coś wydarzyć, bo przecież to jest geograficzne centrum i kulturalna kolebka Londynu (tu przecież mieszkali Szekspir i Dickens!). Nie pomylił się.
Pracownia w domu czasami może być jednak pułapką, bo większość czasu spędza się wówczas w jednym miejscu. Danuta znalazła jednak i na to sposób. Wychodzi do ludzi. Odprowadza Józię do polskiej szkoły, chodzi na ceramikę i jogę.

Peryferia medalu
Potocznie medal jest rozumiany jako kontynuujący renesansową tradycję kommemoratywną metalowy order, przypinany do piersi na wstążce. Medale dostają także sportowcy za wygraną w zawodach. Danuta odcina się od tak pojmowanego medalu. Peryferia tej dziedziny stały się jej centrum. Medale artystki to po prostu małe formy rzeźbiarskie, które można trzymać w ręku. Coś na granicy talizmanu, amuletu, a nawet przenośnego ołtarzyka. Robione bez okazji, nie na zamówienie, z potrzeby serca.
– Z medalem jest jak z dobrym piórem – mówi – musi mieć odpowiednią wagę, grubość i temperaturę. Robię je czasami z brązu, ale najczęściej z ceramiki czy gipsu.
Windsor pisze, że w Europie Wschodniej granice medalu zostały odważnie poszerzone. Właśnie tam, w latach 70. medal przestał być okrągły i dwustronny. Stał się abstrakcyjny, zrobiony ze szkła, a nawet plastiku.
– Oficjalna historia medalu zaczyna się w renesansie, natomiast moja pani profesor na ASP zawsze mówiła, że renesansowy medal także musiał mieć jakiś przodków. Dopatrywała się jego początków w asyryjskich pieczęciach cylindrycznych, za pomocą których odciskano znaki w glinie. I właśnie ci asyryjscy przodkowie są mi bliżsi niż oficjalni, renesansowi – mówi.
Danuta Sołowiej fascynuje się sztuką prawosławia, ikonami, Nowosielskim i katolickimi świątkami. Pochodzi z miejscowości położonej blisko granicy polsko-białoruskiej, gdzie spotyka się i żyje ze sobą w zgodzie kilka kultur.
– W książeczce do nabożeństwa jako zakładek używało się święte obrazki i zawsze znalazł się święty na każdą okazję. A gdy szłam do koleżanki Basi, to u niej z kolei były w domu ikony – wspomina atmosferę wielokulturowego miejsca, z którego wyrosła.
Działaj lokalnie, myśl globalnie
Mieszkając w Polsce nie interesowała się specjalnie sytuacją polityczną. Koncentrowała się bardziej na tym, co dotyczyło jej bezpośrednio. Zresztą miło wspomina okres studiów. – Jako dziecko klasy robotniczej miałam zapewnione darmowe miejsce w akademiku przy Krakowskim Przedmieściu, za studia nie płaciłam, dostawałam podstawowe materiały do pracy. Jadłam w barach mlecznych lub przygotowywałam sobie kanapki. Przyjemnie było – wspomina.
Lubi kierować się zasadą „działaj lokalnie, myśl globalnie”. Organizowała lokalne akcje już jako dziewczynka. W Białymstoku mieszkała w pobliżu starego niemieckiego cmentarza ewangelickiego, który pewnego roku razem z koleżanką, z okazji święta zmarłych, posprzątała. Trochę się im wtedy oberwało, bo co będą jakimś Niemcom groby zamiatać! Półtora roku zajęło jej załatwianie pozwoleń na wysadzenie drzewek przy ulicy, na której mieszkają. Zaangażowała się także w ocalanie przed zachłannymi inwestorami parków lokalnych. Razem z kilkoma osobami doprowadziła do rewitalizacji lokalnego parku, który dzięki tej inicjatywie stał się doskonałym miejscem wypoczynku. Ich pracownia także wpływa pozytywnie na atmosferę panującą w okolicy.
– Ludzie przechodzą ulicą, i widzą, że siedzi sobie pan w oknie i coś tam dłubie, więc pytają: „Co ty tam robisz?” i tak zaczyna się rozmowa – mówi Danuta. – Można wejść głębiej i kupić którąś z moich prac. Nie mam na nie ustalonych cen, bo można się ze mną dogadać. Jeśli kogoś znam, to zawsze pozwalam, aby wziął sobie wybraną pracę do domu, popatrzył, a jak mu się nie spodoba to może mi przynieść z powrotem. Nie chcę sprzedawać rzeźb, jeśli ktoś nie jest pewny, czy je lubi.
Roma Piotrowska
Języka polskiego uczyłam się w Afryce…
June 10, 2009
Twarze Emigracji
Maria Bogdaniec-Polkowska

Maria Polkowska redaguje „Panoramę Polską – Nottingham”, Long Eaton, 1996 r.
O SOBIE. Z okazji odebrania orderu „Polonia Mater Nostra East” (2003): Ja, dziecko Kresów Wschodnich RP, skazana na zagładę na Syberii, uczyłam się o kraju, którego nie znałam, dowiadywałam się o nim jedynie z opowiadań, z podręczników, z gazet… Ludzie często pytają, czy pamiętam deportację. Jak miałabym pamiętać? Gdy wywozili nas, miałam zaledwie dwa i pół roku!
Z RELACJI MATKI. 10 luty 1940 r. Sroga zima i pierwsza wywózka. Mieszkali wówczas w gajówce k. Łunińca na Polesiu (obecnie Białoruś). Na pierwszy ogień poszli kolejarze, policja, pracownicy leśni. Ojciec pracował jako gajowy u księcia Druckiego-Lubeckiego. Przyszli w nocy. Podobno obudziła się i płakała. Przekopali cały dom. Szukali broni. Na spakowanie dawali pół godziny. Jeden z nich (jakiś ludzki enkawudzista?) nachylając się, konspiracyjnie szepnął matce: – Bierz co ciepłe, bo tam, gdzie jedziesz, jest zimno. Żadnych dokumentów, zdjęć, pod karą śmierci, zabierać nie było wolno! Wychodząc matka pospiesznie wyjęła z szuflady kilka fotografii i schowała do kieszeni. Sanie zatrzymały się przed najbliższą stacją.Tam już stał pociąg towarowy. Podróż trwała kilka dni. Stacja docelowa: Listwinica pod Archangielskiem.
PRZESUWAJĄ SIĘ OBRAZY… Co zapamiętała? Trochę Pahlevi, Teheran i Afrykę. Pamięta przyjazd do obozu Koja (Uganda). Przedpołudnie. Upał. Gliniane domki kryte słomą były prawie niewidoczne, przysłaniała je wysoka trawa. Tam miały zamieszkać: ona, matka i trzy siostry: Janka, Olesia i Nadzia. Nie było z nimi ojca. Pozostał w Teheranie, gdzie tworzył się II Korpus. Spieszono się z rozmieszczaniem rodzin, by zdążyć przed zachodem słońca. Znajdowali się na samym równiku, gdzie nie było wieczorów, a zmrok zapadał nagle, gdzie południa były upalne, a noce chłodne. W oddali widać było taflę jeziora, dalej rozpościerała się dżungla. Dobiegały odgłosy małp i płacz kobiet.
TEHERAN. Pamięta prowizoryczny szpital namiotowy. Ona i siostra Nadia. Obie ciężko chore, nie mogły chodzić. Obok młoda kobieta z córeczką. Zapamiętała jej czarne loczki, jasną cerę. Poranny obchód. Lekarz poprosił matkę na bok: coś tłumaczył, bezradnie rozkładał ręce. W pewnym momencie kobieta zaczęła głośno szlochać, jej szloch przechodził w spazmy. Na to córka: – Mamusiu, nie płacz, mnie tam będzie dobrze. Popatrz, Bozia na mnie patrzy! I straciła przytomność. Mała Marysia nie mogła tej nocy spać.
Następnego dnia przewieziono ją do szpitala miejskiego. Codziennie lekarze nachylali się nad nią. Sprawdzali opinie medyczne, naradzali się i odchodzili. W nocy usłyszała fragment rozmowy, dobiegający z pokoju obok. – Ta mała długo nie pożyje, to tylko kwestia czasu – usłyszała. Usiadła na łóżku, zacisnęła piąstki i płacząc szeptała: – Właśnie że nie umrę, właśnie że nie umrę!
Z OPOWIADAN MATKI. Na oddziale było około trzydzieścioro dzieci; wszystkie skrajnie wycieńczone. Umierały jedne po drugich. Nikomu nie dawano szans. Podczas rannego obchodu jeden z lekarzy dłużej zatrzymał się przy chorej Marysi. Długo ją badał. Zwrócił się do zatroskanej matki, że zamierza zastosować specjalną kurację i czy wyraża zgodę. To był właśnie dr Filipowicz. Przystojny, z manierami. Znał biegle kilka języków: rosyjski, perski, francuski, a nawet polski. Chodziły słuchy, że był synem lekarza, służącego w carskiej armii, który zdezerterował i na stałe osiadł w Teheranie, gdzie ożenił się z miejscową dziewczyną. Kuracja miała polegać na codziennym podawaniu rosołu z kurczaka w stopniowo zwiększanych dawkach. Po tygodniu Marysia wypijała już całą filiżankę i zjadała skrzydełko, później nóżkę. Źle znosiła serię bolesnych zastrzyków. Po kilku tygodniach przy jej łóżku postawiono półmisek z owocami. Obudziła się w nocy, czuła straszliwy głód i urządziła sobie ucztę.
– Czy nie zaszkodzą? – pytała lekarza matka. – Chyba nie! Lekarz cieszył się, jego mała pacjentka wyraźnie wracała do zdrowia. Czy wyzdrowieję? – pytała. Wyzdrowiejesz, wyzdrowiejesz – zapewniał z uśmiechem.
Pozostałe dzieci umierały, nie ratowano ich. Dlaczego wybrał właśnie ją? Ciężko jej z tym żyć, często o tym myśli.
AFRYKA. Tam zaczęła chodzić do szkoły i uczyć się polskiego. W Afryce ukończyła szkołę podstawową. Miała szczęście; uczyli ją przedwojenni nauczyciele.
WIELE LAT PÓŹNIEJ. Spotkała młodych ludzi z Krakowa, z którymi się zaprzyjaźniła. A oni do niej: – Co, ty, Polkowska, tak dziwnie mówisz po polsku! Trudno im było uwierzyć, że polskiego uczyła się za granicą, i to na polskich klasykach i z …„Przekroju”.

Nowożeńcy: Maria i Zdzisław Polkowscy (29.03.1953 r., Londyn)
ANGLIA. Rodzina zeszła się w 1948. Mieszkali w powojskowych obozach najpierw w Daglingwort, później w Keevill koło Trowbridge. Ojciec odnalazł ich przez Czerwony Krzyż. Któregoś dnia przyjechał z bratem. Mama woła ją, wskazując na nieznajomego: – To jest twój tata. A ona spojrzała na obcego i pobiegła bawić się dalej. Nie rozumiała słowa „tata”. Długo jeszcze trudno było jej przyzwyczaić się do przybysza, który okazał się jej ojcem. O Anglii słyszała same stereotypy, że jest zimno, że deszczowo, że mglisto. Tymczasem przywitała ich cudowna wiosna! Idą nad strumyczek. Ciepło, okoliczne łąki porośnięte kaczeńcami. W oddali widać było farmy i pola. Aż chciało się żyć! Anglicy przeznaczyli powojskowe budynki na szkoły internatowe. Wkrótce rozpoczęła naukę w jednej z polskich szkół tego typu, w Stowell Park koło Cheltenham (1948-53), dalszą naukę kontynuowała w College for Further Education (1953-1956) w Melksham.
LONDYN. Do Londynu przyjechała w 1952 r. w poszukiwaniu pracy. Życie towarzyskie Polaków w tej wielonarodowej metropolii kwitło, głównie skupiało się wokół kościoła Brompton Oratory na South Kensington. Kiedyś spotkała koleżankę z Modern Secondary School, ta zaprosiła ją do siebie. Opowiadała, że wynajmuje pokój u jakichś Polkowskich z Baranowicz. Była w trakcie prasowania, gdy niespodziewanie wpadł Zdzisiek, syn gospodarzy. Zamiast normalnie przywitać się, objął ją i pocałował. Zaczęli się spotykać.

Maria i Zdzisław Polkowscy (Nottingham, 1995)
ZARĘCZYNY, OŚWIADCZYNY, ŚLUB. Uroczysta kolacja, kino, Wieczorem odprowadził ją do domu. Żeby zawsze było tak fajnie !– usłyszała. Następnego dnia pojechali do jej rodziców, on z kwiatami, a jakże. Rodzice byli trochę przerażeni tempem. Ojciec: – Czy chcesz dobrowolnie wyjść za niego za mąż? Ona: – Tak. Ojciec: –Żebyś tylko nie miała do nas pretensji! Ślub odbył się w marcu 1953 roku w polskim kościele na Devonii. Również przyszła teściowa nie była zachwycona tak szybkim biegiem wydarzeń. Marzyła jej się inna synowa, córka znajomych lekarzy.
NA NOWYM ETAPIE ZYCIA. Od pierwszego spotkania świetnie się rozumieli. Choć ona pochodziła z Polesia, a on z Baranowicz, mieli podobne poczucie humoru, cechowała ich bezpośredniość, wschodnia serdeczność, gościnność, otwartość na ludzi. Do męża zwracała się: „Słuchaj stary”. On to uwielbiał. Oboje lubili książki. Dużo ze sobą rozmawiali: o pracy, o wszystkim. Nie mieli sekretów. Mąż przejawiał zdolności do nauk ścisłych, robił duże postępy w angielskim. Zaczynał jako kreślarz, szybko awansował. Specjalizował się w projektowaniu rurociągów naftowych. Najpierw pracował w Oil Company, w zakładzie brytyjskim, ale w niedługim czasie otrzymał pracę w firmie amerykańskiej. W sumie w przemyśle petrochemicznym przepracował lata w Wielkiej Brytanii, w Holandii, w Niemczech i w Arabii Saudyjskiej. Był ceniony za fachowość i lubiany jako człowiek. Nigdy nie kręcił. Często potrafił wybrnąć z kłopotliwych sytuacji. Kiedyś firma, w której pracował, znalazła się w poważnych tarapatach: za niewywiązanie się w terminie z umowy groziło jej wysokie odszkodowanie w tysiącach funtów. To jego wysłano jako negocjatora. Iudało się. Ustalono nowy termin wykonania zlecenia. Miał też przyjaciół w świecie arabskim. Właściwie to umiał dogadać się z każdym.
„PANORAMA POLSKA – NOTTINGHAM”. Od pewnego czasu dużo zaczęło mówić się o potrzebie powołania lokalnej gazety polskiej w Notttingham. Na jednym z zebrań parafialnych zawiązał się komitet redakcyjny, w skład którego wchodzili: Witek Jagiełło (pomysłodawca), Basia Barcikowska i ona. Dyskutowano nad charakterem przyszłego pisma. Przeszedł jej pomysł, że będzie to kwartalnik, opisujący życie Polonii w Nottingham, wystrzegający się plotek i wielkiej (!) polityki. Tak powstała „Panorama”. Została redaktorem i wydawcą nowego kwartalnika, a Zdzisław, jej mąż, który obiecał pomoc finansową, był, jak się później okazało, jedynym sponsorem. To był wspaniały okres w ich małżeństwie i ciekawy okres w życiu tamtejszej Polonii. O „Panoramie” było głośno. Nottingham odwiedzali pracownicy ambasady i konsulatu z Londynu, przyjeżdżały także osobistości z Polski. Wszyscy chętnie się fotografowali. W marcu 2002 roku ukazał się ostatni numer „Panoramy”.
FERALNY DZIEŃ. Niedziela. Styczeń 1998 r. Piękny, słoneczny dzień. Jechali do Londynu na „opłatek” ZASP-u. Irena Sparham usiadła z przodu, ona z tyłu. Przed wyjazdem zaniepokoił ją wygląd męża. Był zmieniony na twarzy, jakby zmęczony. Jadą autostradą M1, niespodziewanie samochód zjeżdża na przeciwległy pas. Szczęśliwie, że tego poranka nie było dużego ruchu! Mąż zatrzymuje samochód. Nie wysiada. Dalej samochód prowadzi ona. Następnego dnia jego stan zdrowia pogarsza się. Szpital. Lekarz przydziela go na oddział intensywnej terapii. Ma niewyraźną minę. To chyba coś poważnego, przychodzą jej najczarniejsze myśli. Wszystkie badania były gotowe już następnego dnia rano, łącznie z diagnozą: astracytoma, rak mózgu. Lekarz wyjaśnia, że jest to ostatnie stadium i że nic nie mogą zrobić. – To najgorszy rodzaj raka – dodaje. Zalecono tabletki przeciwbólowe. Mąż wiadomość o chorobie przyjmuje ze spokojem.
TYDZIEŃ PÓŹNIEJ. Godzina szósta rano. Telefon. Wzywają ją do szpitala. Spodziewa się najgorszego. Zdążyła, była przy jego śmierci. Leżał na boku, odwrócony do ściany, smutny. Tak bardzo nie chciał umierać! Miał tylko sześćdziesiąt cztery lata. Za rok miał przejść na emeryturę, już przygotowywał na swoje miejsce następcę. Do dzisiaj przechowuje list z zakładu pracy, w którym pisano: „To był człowiek o wybitnej inteligencji i wielkiej dobroci”. Może chciałaby jeszcze dodać: Przeżył życie intensywnie i pięknie!
JEJ NAJWIĘKSZE MARZENIE? Żeby mieć dom murowany, z czerwonej cegły, kryty dachówką, wsparty dwiema kolumnami. A w ogrodzie staw, sadzawka, fontanna. Mieszka w domu kupionym jeszcze za życia męża. Myśli, że jest trochę podobny do tego z marzeń.
Anna Maria Grabania
Wydawca, drukarz, poetka
October 24, 2008
Nazwisko Krystyny Bednarczyk jest znane nie tylko w polskim środowisku kulturalnym na Wyspach. Pomimo niezwykle trudnej sytuacji, jaka panowała po II wojnie światowej, udało jej się wraz z mężem Czesławem stworzyć tu Oficynę Poetów i Malarzy – niezależne wydawnictwo oraz drukarnię. Na okładkach książek wydawanych w szacownej Oficynie można spotkać tak wiekiej rangi nazwiska, jak Czesław Miłosz, Jan Brzękowski, Tadeusz Różewicz, Marian Pankowski czy Mieczysław Paszkiewicz. W 2005 roku Krystyna Bednarczyk została prezesem Związku Pisarzy Polskich na Obczyźnie i redaktorem Pamiętnika Literackiego.
Krystyna Bednarczyk urodziła się 23 kwietnia 1923 roku w Warszawie jako najstarsze dziecko Zofii z Gradów Brzozowskiej i Edmunda Brzozowskiego. Rodzice Krystyny podczas I wojny światowej, w ucieczce przed Niemcami, znaleźli się w Rosji. Tam się poznali i po powrocie do Polski zawarli związek małżeński w kościele św. Aleksandra na Placu Trzech Krzyży. Świątynia ta była w okresie międzywojennym świadkiem wielu ważnych wydarzeń religijnych i historycznych stolicy.
Okres edukacji szkolnej Krystyny przypadł na lata trzydzieste. W 1937 roku dostała się do Żeńskiego Gimnazjum Prywatnego Współpraca nr 141 przy ul. Miodowej. Już w gimnazjum Krystyna żywo interesowała się literaturą polską i plastyką, mniej zaś przedmiotami ścisłymi.
Wojnę i okupację przeżyła wraz z rodzicami w stolicy. Mimo że była świadkiem wielu łapanek czy mordów na ulicach, uczęszczała na tajne komplety, gdzie zdała maturę. Odbywały się one w prywatnych mieszkaniach nauczycieli gimnazjalnych, których była wcześniej uczennicą. Największy cios, jaki spotkał ją w tym czasie, to śmierć ojca Edmunda, którego hitlerowcy zabrali z domu, by zamordować go w obozie koncentracyjnym w Niemczech w 1945 roku.
Krystyna Bednarczyk w czasie Powstania Warszawskiego udzielała pomocy polskim spadochroniarzom, mi.n. porucznikowi Tadeuszowi Kobylińskiemu (ps. Hiena). Została przez niego zaangażowana przez niego została do pracy w wywiadzie Armii Krajowej. W 1945 roku jako kurier AK przewiozła tajne materiały do dowództwa Armii Polskiej we Włoszech. Po przedostaniu się przez kraje europejskie do Ankony, odbyła rozmowy i przekazała cenną przesyłkę. Przydzielona została do jednostki wojskowej stacjonującej w Budrio koło Bolonii. Poznała tam kapitana Czesława Bednarczyka, który służył w 14. Wileńskim Batalionie Strzelców Żbik w 5. Kresowej Dywizji Piechoty.
Po demobilizacji Armii gen. Andersa we Włoszech, Bednarczykowie, jak setki tysięcy naszych żołnierzy, decydują się na zamieszkanie w Zjednoczonym Królestwie, nie przeczuwając, że kraj ten stanie się ich drugą ojczyzną. I choć realia powojennej Anglii nie były łatwe dla nikogo, postanowili drukować książki. Pierwsze dwie powierzyli angielskiej drukarni w Tunbridge Wells, w hrabstwie Kent. Były to „Chwila nocna” Jana Olechowskiego i „Pola minowe” Mariana Czuchnowskiego. Koszt wydania tych pozycji okazał się za wysoki, jak na ich warunki finansowe. Dlatego zainteresowali się możliwością stworzenia własnej drukarni. Rozpoczęli poszukiwanie maszyny drukarkiej. Dowiedzieli się, że Gryf Publisher ma na sprzedaż małą maszynę drukarską. Kupili ją. W 1950 roku powstaje wydawnictwo i drukarnia pod nazwą Oficyna Poetów i Malarzy – Poets and Painters Press. Bednarczykowie zaczęli otrzymywać od emigracyjnych pisarzy liczne propozycje na wydanie ich prac. Rozpoczynają wydawanie książek, w większości są to tomiki poetyckie. Wobec licznych zamówień podejmują decyzję zamieszkania w Londynie (1954).
W tym czasie poznają malarza Feliksa Topolskiego, którego zamiarem i marzeniem było wydawanie własnych prac graficznych drukiem. Topolski otrzymuje od londyńskiego magistratu ogromną arkadę na studio mieszczącą się pod torami kolejowymi, a wkrótce Bednarczykowie dostają miejsce na drukarnię – również w arkadach pod mostem – 146 Bridge Arch, Sutton Walk, tuż obok Royal Festival Hall, pracowni Feliksa Topolskiego i Waterloo Station. Dużą zaletą tego miejsca było obszerne pomieszczenie i położenie w centrum Londynu.
Drukowanie pisma Topolskiego „Chronicle” otworzyło przed nimi inny drukarsko-artystyczny świat. Pierwsze arkusze wychodziły w nakładzie tysiąca egzemplarzy. Były to reprodukcje rysunków Topolskiego z podróży po świecie. Wysoka jakość druku wymagała dużego nakładu pracy. Po dziesięciu latach wydawania tego pisma Bednarczykowie musieli jednak pomyśleć o innych, bardziej korzystnych dla nich rozwiązaniach finansowych. Tym bardziej, że rysowała się przed nimi niezła perspektywa drukowania książek.
Bednarczykowie wydali w sumie około tysiąc polskich i obcych książek. Nie będąc związani z żadną opcją polityczną na emigracji, mogli sami dobierać sobie autorów i decydować o kształcie wydawnictwa. Czesław Miłosz, Jan Brzękowski, Tadeusz Różewicz, Marian Pankowski czy Mieczysław Paszkiewicz, to tylko nieliczne nazwiska, które możemy spotkać na okładkach książek drukowanych w szacownej Oficynie. Docierały one pod strzechy wielu domów rozrzuconych po całym globie oraz do bibliotek uniwersyteckich, również w Polsce.
Oprócz drukowania Bednarczykowie redagowali „Oficynę Poetów” (1966-1980), emigracyjny kwartalnik literacko-artystyczny, publikujący literaturę piękną, eseistykę, prace krytyczno-literackie czy historyczne. Ukazało się w sumie 57 numerów. Związani też byli przez blisko trzydzieści lat z angielskim pismem literackim „Agenda”, którego readaktorem był William Cookson.
Krystyna Bednarczyk razem z mężem Czesławem za bogatą działalność wydawniczą i drukarską zostali m.in. laureatami Nagrody Fundacji Jurzykowskiego w Nowym Jorku, W. Pietrzaka w Warszawie czy Złotej Odznaki PTWK. Ich nazwisko znalazło się na kartach encyklopedii oraz wielu książek. Nagrodę Jurzykowskiego Bednarczykowa odebrała osobiście w 1970 roku. Dzięki temu mogła się spotkać z przedstawicielami polskiego środowiska i zwiedzić szereg miejsc w Stanach Zjednoczonych.
Mimo niewątpliwych zasług, Bednarczykowe byli przedmiotem krytyki ze strony paryskiej „Kultury” czy londyńskiego „Dziennika Polskiego”. Zainteresowanych odsyłam do pracy „W podmostowej arkadzie” Czesława Bednarczyka, która – mimo często subiektywnych opinii – oddaje w klarowny sposób życie Oficyny…
Od 2005 roku Krystyna Bednarczyk jest prezesem Związku Pisarzy Polskich na Obczyźnie. Pałeczkę przejęła po prof. Mieczysławie Paszkiewiczu, który odszedł w sierpniu 2004 roku. Redaguje również londyński „Pamiętnik Literacki”, emigracyjne czasopismo literackie ukazujące się pod egidą tegoż Związku. Angażuje się w sprawy organizacji i czasopisma, oddając im cały swój czas oraz serce.
Krystyna Bednarczyk jest także poetką. Ma na swym koncie cztery tomiki poetyckie („Niedocałowane szczęście”, „Wybrane wiersze” i in.).
Gdyby mi sie udało spiąć w klamrę jeszcze jeden numer londyńskiego czasopisma Pamiętnik Literacki, w jaki wkładam niemało wysiłku, polskie środowisko zawsze będzie mi to pamiętać – stwierdziła.
Wojciech Mierzejewski
Najlepszy brytyjski specjalista w leczeniu raka
October 24, 2008
Na początku cynicznie odnosił się do alternatywnych metod leczenia raka, teraz wierzy, że do roku 2025 zapobieganie mu będzie tak naturalne, jak mycie zębów. A to dzięki indywidualnie przygotowywanym dietom, bogatym w odpowiednie składniki odżywcze oraz ośrodkom leczenia, przypominającym bardziej hotele spa niż obecne, wyposażone w długie poczekalnie z siedzeniami ze sztucznej skóry przychodnie. Bez kolejek, inwazyjnych metod leczenia i drogich lekarstw, których stosowanie nie zawsze przynosi oczekiwane rezultaty. Wierzy, że ludzie będą mogli żyć z rakiem, a nie cierpieć z jego powodu.
Profesor Karol Sikora – dyrektor medyczny i honorowy konsultant onkologiczny w Imperial College School of Medicine w Hammersmith Hospital, specjalny doradca Światowej Organizacji Zdrowia (WHO), dyrektor medyczny CancerPartnersUK, niezależnej organizacji, której celem jest stworzenie największego zintegrowanego systemu leczenia raka. Od 23 października 2008 także doktor honoris causa Polskiego Uniwersytetu na Obczyźnie w Londynie.
Pierwsze stopnie naukowe uzyskał na Uniwersytecie w Cambridge, gdzie studiował medycynę i biochemię. Po odbyciu praktyki otrzymał posadę lekarza w The Middlesex Hospital oraz na oddziale onkologii w St Bartholomew’s Hospital w Londynie. Postanowił jednak kontynuować karierę naukową, szczególnie że nadarzyła się okazja współpracy z laureatem Nagrody Nobla, doktorem Sydney’em Brennerem w Laboratorium Biologii Molekularnej w Cambridge. Tam też uzyskał doktorat, aby następnie przenieść się do Kalifornii jako adiunkt na Stanford University. Pozostał mu jednak sentyment do uczelni-matki, do której powrócił, aby pokierować tamtejszym Ludwig Institute. Kolejnym ważnym krokiem w jego karierze była rezydentura w Hammersmith Hospital. W ciągu dwunastu lat pracy stworzył tam, praktycznie z niczego, dobrze prosperujące onkologiczne laboratorium badawcze.
Tam też po raz pierwszy zdał sobie sprawę z problemów nękających brytyjską służbę zdrowia. Z tego, że system leczenia tu raka pozostaje daleko w tyle za Europą, a śmiertelność z powodu tej choroby jest dużo wyższa niż w krajach zachodnich. Codziennie przyjmował około pięćdziesięciu pacjentów, oczekujących w długich kolejkach na specjalistyczne badania. Zrozumiał wtedy, że potrzebne są reformy, i to reformy gruntowne. Pierwszym krokiem do ich wprowadzenia była zmiana podejścia do pacjentów, którzy „przestali być pasażerami, a zostali kierowcami i głównymi uczestnikami terapii”. W otwartym w 1991 roku centrum medycyny komplementarnej przy szpitalu w Hammersmith, mogli oni, oprócz standardowego leczenia, skorzystać z usług gabinetów aromaterapii, terapii za pomocą sztuki czy usług relaksacyjnych. I mimo że prof. Sikora wątpił, że metody takie są lekiem same w sobie, wierzył, że mogą one ułatwić pacjentom radzenie sobie z chorobą i wszelkimi niedogodnościami z nią związanymi. Indywidualna terapia jawiła się dla niego jako krok naprzód. Jej podstawa, to zdaniem prof. Sikory, badania genetyczne, pozwalające na zidentyfikowanie potencjalnego zagrożenia i późniejsze opracowanie odpowiedniego stylu życia i diety. Obecnie nie są znane jeszcze wszystkie markery genetyczne, wywołujące poszczególne odmiany choroby, ale wraz z rozwojem badań będzie ich coraz więcej.
Walki o lepszy system lecznictwa prof. Sikora nie ograniczył jedynie do swojego szpitalnego podwórka. W ostatnich latach stał się jednym z głównych krytyków NHS (brytyjska państwowa służba zdrowia). W regularnych komentarzach na łamach prasy zarzuca NHS przede wszystkim niewłaściwe inwestowanie pieniędzy, których nie widać w lokalnych szpitalach, gdyż służą rozwojowi biurokracji. Postuluje także zaprzestanie wykorzystywania przez polityków systemu zdrowia jako karty przetargowej w kampaniach wyborczych i całkowite oderwanie od polityki, a nawet prywatyzację NHS. Jego zdaniem, dla pacjentów nie jest ważne, czy leczenie zapewnia im sektor prywatny czy publiczny, liczy się natomiast dostępność usług i ich jakość. Poza tym Sikora jest też członkiem organizacji Doctors for Reform, skupiającej dziewięciuset specjalistów i stawiającej sobie za cel „otwarcie drzwi, których nikt wcześniej nie otworzył”. Opracowują oni projekt reformy NHS, aby stworzyć nowoczesny, spójny i przede wszystkim skuteczny system leczenia raka.
Prywatnie prof. Karol Sikora jest ojcem trójki dzieci i miłośnikiem wycieczek górskich. W 2006 roku został okrzyknięty przez magazyn „Saga” „pionierskim onkologiem” i umieszczony na „liście mądrych”, w sąsiedztwie między innymi projektanta mody Paula Smitha. Profesor podchodzi jednak do takich wyróżnień z przymrużeniem oka, twierdząc, że nie mają one wiele wspólnego z tym, co najważniejsze – umiejętnościami.
- Znalazłem się na tej liście prawdopodobnie dlatego, że dość często wypowiadam się publicznie – przyznaje. – Zawsze zastanawiało mnie, w jaki sposób media tworzą rankingi w stylu „najlepsi specjaliści w leczeniu raka”. Mnie udało się osiągnąć tytuł „najlepszego brytyjskiego” i często żartujemy z innymi onkologami, że teraz kolej na etykietkę „najlepszy międzynarodowy”.
Magdalena Kubiak







Komentarze