Kto nie śpi, ten… imprezuje
February 16, 2010
Dwa duże miasta, dwie stolice. Warszawa i Londyn, bo o nich mowa, zawsze są gotowe na przyjęcie imprezowiczów. Mają bogate oferty klubów, pubów i innych lokali towarzyskich. Życie nocne toczy się siedem dni w tygodniu.

Najlepiej uderzyć w centrum miasta, wtedy mamy pewność, że klientela dopisze. Jeśli nie stali bywalcy, to może turyści. Bez względu na dzień tygodnia, bez względu na to, że następnego dnia trzeba rano wstać i iść do pracy. Może akurat ktoś ma następnego dnia wolne i może sobie pozwolić na naładowanie baterii, wpuszczenie kilku procentów w krwiobieg i zapomnienie o troskach i rutynie dnia codziennego.
Minął już czas prywatek i zbiorowych imprez w halach sportowych czy remizach strażackich. Z Zachodu przyszło nowe: clubbing. Musisz mieć czas, pieniądze, przyda się też towarzystwo, jeśli nie lubisz wychodzić sam, a poznawanie nowych znajomych w lokalu nie leży w twojej naturze. Przyda się też plan, gdzie iść, aby dobra zabawa była zagwarantowana. Postanowiłam przetestować. W myśl zasady: Jeden tydzień dla jednej stolicy. Każdej poświęciłam siedem bezsennych nocy, by stworzyć Tydzień The Best Of, czyli dni tygodnia i najlepsza opcja na daną noc.
Poniedziałek. Londyn
– Nie zapomnij o payslipie! – krzyczy do mnie koleżanka. Nie chciałam afiszować się z moimi zarobkami przed obcymi ludźmi. – Dzięki temu do północy nie zapłacisz pięciu funtów za wstęp i starczy na kilka drinków – usłyszałam przekonujące wyjaśnienie.
Haymarket. Sports Cafe. Tylko kilka kroków od Picadilly Circus. W kolejce do wejścia około dwadzieścia osób. Niezły tłum jak na poniedziałek i godzinę 23.40. Okazujesz payslip – wchodzisz bez dodatkowych opłat. Nie ważne, ile zarabiasz ani jak wyglądasz. Dziewczyny eleganckie lub w dresach. Mężczyźni również tak, jak najbardziej lubią. Nie ma tłoku, ale bar spójnie otoczony. Za barem skromny, w okularkach, polski barman Wojtek. Od razu rozpoznaje moją koleżankę i pyta, czego się napijemy. Całkiem duży plastykowy kubek piwa dostajemy za funta. Pojedyncza whisky z colą za półtora. Płacimy jak za oranżadę, zważywszy na londyńskie ceny. Sports Cafe to bar głównie sportowy. W dzień przychodzą kibice i oglądają mecze różnych dyscyplin. Dwa piętra, duże okna z widokiem na pędzące, czerwone autobusy. DJ na stanowisku. Muzyka r’n’b, hip-hop i funky house, w większości z list przebojów i radia, ale także kilka klasycznych, niezapomnianych hitów na przykład 50 Centa. Mijamy stojących pod ścianą chłopaków obserwujących parkiet. Są Azjaci, Afrykańczycy i europejskie twarze. Tańczą grupkami, znają się. Ktoś mnie chwyta za rękę. Ledwo trzyma się na nogach. Wyrywam się i uciekam bliżej stanowiska DJ-a. Na parkiecie jest też podest. Ciemnoskórzy chłopcy, ubrani w kolorowe t-shirty i pasujące czapki z daszkiem, wykonują te same ruchy i znają słowa piosenki. Wymieniają z DJ-em porozumiewawcze uśmiechy. Na piętrze stoły bilardowe, gdyby ktoś znudził się już tańcem. Parkiet jednak wydaje się pełny aż do końca. O 3 rano ochrona kulturalnie zaprasza do szatni lub do wyjścia. Niektórzy mocniej pijani wszczynają bójki na zewnątrz. Pojawia się jednak kilkoro odważnych rozjemców i sytuacja zostaje opanowana. No cóż, energetyczna impreza. Każdy ma swój sposób, aby dać ujście tej energii.
Okazuje się, że większość stałych bywalców kieruje się do klubu Heaven, nieopodal stacji Charing Cross. Lokal z natury gejowski, ale jak szaleć to szaleć. To także klub z długą tradycją istnienia, funkcjonuje bowiem od prawie trzydziestu lat. Znów kolejka mimo 3.30 w nocy. Studenci nie płacą wcale, reszta po północy musi wyłożyć 8 funtów. Poniedziałki w Heaven są najbardziej oblegane. Popcorn night uraczy klubowiczów muzyką pop i funky house. Na parkiecie nagie torsy, na scenie metalowa klatka z saksofonistą, ubranym w skąpe majtki i grającym do utworu Lady Gagi. Jest dosyć ciemno, zielone światło lasera odbija się od ścian i wyciągniętych w górę rąk. Idziemy do baru w pierwszej sali. Ceny mniej promocyjne niż wcześniej. Piwo w butelce to prawie 4 funty. Wracamy do drugiej sali tanecznej, a tam już na scenie trzech wydepilowanych, młodych mężczyzn w lateksowych, obcisłych spodniach. Towarzyszy im szczupła dziewczyna w czarnym bikini. Wszyscy wyginają ciała, porażeni energetyczną muzyką. Jest na co popatrzeć. Ludzie próbują naśladować, ale głównie krzyczą, wyrażając swój zachwyt. Impreza trwa do 6 rano. Jeśli zaczynasz pracę we wczesnych godzinach rannych, możesz zapomnieć o spaniu. W Londynie Red-Bull staje się twoim najlepszym przyjacielem, jeśli nie masz wolnych wtorków.
Wtorek. Warszawa
Ten dzień tygodnia wydaje się nie emanować klubowymi emocjami. Jednak nie w Enklawie na ulicy Mazowieckiej, gdzie co krok to klub. – Striptiz męski ci się spodoba? – słyszę od mojej towarzyszki, z którą szalejemy we wtorek. Na wejściu selekcja. Niezbyt surowa na szczęście. Dostajemy do wypełnienia karty umożliwiające wejście za darmo każdego dnia tygodnia. Z szatni, zwabione żeński piskami, spieszymy do przytulnej salki. Na malutkiej scenie kręci już biodrami mężczyzna około trzydziestki. Nie tylko jego ruchy wprawiają w zachwyt zgromadzone panie, ale także jego strój, na który składały się jaskrawe, zielone stringi i… okularki pływackie. Młodzieniec wygina ciało i pozwala dotykać swego wypracowanego na siłowni torsu. Wszystko w granicach dobrego smaku i w rytmie r’n’b oraz muzyki tanecznej z lat 80. i 90. Show kończy się po 23. Zamawiamy drinka, średnia cena to 14 złotych, piwo kosztuje 9. Po schodach wchodzimy na antresolę, gdzie usadawiamy się w wysokich krzesłach, aby ochłonąć z emocji i popatrzeć na parkiet z góry. Pod przeciwległą ścianą dostrzegamy jednego z braci Mroczków, bohatera popularnych seriali i telewizyjnych show. Być może również amatora męskiego striptizu albo miłośnika pięknych kobiet, na których brak Enklawa nie może narzekać. Aktor siedzi w towarzystwie znajomych, którzy zabawiają go rozmową. Noc przebiega spokojnie, bez skandali i zaczepek. No może nie do końca. Mimo że nie jesteśmy twarzami telewizji, to przy każdej przerwie w tańcu pojawia się ktoś, kto w trosce o nasze dobre samopoczucie pyta, dlaczego nie tańczymy. Troska zbyteczna, zostajemy do końca, do 4 rano.
Środa. Warszawa PO raz drugi
Tym razem wybieram towarzysza płci męskiej, aby zniechęcić potencjalnych zatroskanych o moje samopoczucie i uchronić się od wywiadów. Wybieramy klub w sercu miasta – Underground. Na bramce trzech postawnych ochroniarzy od przeszukiwania torebek i witania gości. Wstęp darmowy. Uśmiechnięty i sympatyczny szatniarz zaopiekuje się płaszczami za jedyną złotówkę. Okazuje się, że dziś wieczór nie muszę martwić się o ceny, ale to nie znaczy, że ich nie poznam. – 34 złote za butelkowe piwo i sprite z wódką! – mój kolega nie kryje oburzenia. Przeliczam w myślach na funty, aby nie czuć wyrzutów sumienia, że ktoś za mnie płaci. Też wychodzi całkiem dużo. Z opresji myśli wyrywa mnie jednak rozpromieniona twarz kolegi. – Nie wierzę! Tamten barman lejący piwo to mój dobry kumpel ze studiów! – Mój towarzysz nie kryje radości ze spotkania kogoś drogiego w tak niesprzyjających, drogich nam okolicznościach. Zostawiam starych znajomych, aby mogli się przywitać, a sama penetruję klub. Muzyka czarna: r’n’b i hip-hop, którą gra DJ Paweł Bobrowski, dziennikarz Radia Dla Ciebie. Na kanapie dwóch czarnoskórych sączy drinki, ale nie tańczą. Pod barem dwóch Hindusów i dwóch chłopaków o południowej urodzie. Na parkiecie szaleją młode dziewczyny, za nimi powoli podrywają się faceci. Środowy parkiet jest pełny po północy. Dopisały też znane twarze. Aktorka Ola Szwed próbuje rozruszać wysokiego gościa. Mój kolega wypatruje więcej gwiazd szklanego ekranu. – Mama umarłaby ze szczęścia! – komentuje uzależnienie od seriali swojej rodzicielki. Znajdujemy miejsce na parkiecie i odwzajemniamy uśmiechy nieznajomych. Impreza trwa do 5.

Czwartek. Teraz… Londyn
Wyjście z dobrym znajomym barmana to nie zawsze dobry pomysł, gdy masz słabą głowę i nie jesteś zbyt asertywny, czyli masz trudności z odmawianiem. Po wtorkowej warszawskiej Ladies Night decyduję się na podobną w Londynie. Pada na bar Yates’s, serwujący w czwartki butelki wina za jedyne 5 funtów. I nie tylko dla kobiet. Jestem na Leicester Square, w Mecce kinomaniaków. Premiery filmowe przyciągają nie tylko hollywódzkich i europejskich aktorów pierwszej klasy, ale także rzesze fanów. Czerwony dywan przebiega wtedy pod progiem Yates’sa. Takie atrakcje odbywają się jednak wczesnym wieczorem. Do klubu docieram około 22 i mam jeszcze godzinę, aby nie płacić 3 funtów za wejście. Konieczne okazanie ID. Do wyboru dwa bary, wygodne i rozsiane po całym klubie siedziska, kilka luster i dwie srebrne rury na parkiecie. Pozdrawia nas szerokim uśmiechem siwiejący DJ, ale do emerytury mu jeszcze daleko. Muzyka jest bowiem bardzo młoda i świeża z list przebojów. Tłum wielokolorowy i wielonarodowy. Czwartek to tutaj już początek weekendu. Wyposażamy się w wino, zajmujemy stolik, sofy i wczuwamy się w klimat. Nad nami siedziba Capital Radio, jednego z najpopularniejszych w Londynie. Nagle mija nas jedna z gwiazd list przebojów i radiowych rozgłośni – jeden z członków, bijącego rekordy sprzedaży singli w Wielkiej Brytanii, boysbandu JLS. Czujemy powiew wielkiego świata i magię programu X-Factor, który wyłania takie talenty. Uśmiechnięty i skromny zgadza się na wspólne foto. Wino zaczyna działać, więc nie braknie odwagi, aby poprosić o wspólne foto z artystą i uderzyć na parkiet. Wszyscy wydają się bardzo przyjaźni. Z parkietu nie schodzimy do końca, który jednak jest bliski, bo Yates’s jest gościnny tylko do 1 w nocy. Nie idziemy już nigdzie, mimo że wczesna pora. Cena promocyjna wina dała nam się we znaki i zdrowy rozsądek nakazuje powrót do domu.
Piątek. Nie dla odmiany – Londyn
Zdaję się na znajomych. Wybór miejsca w weekend jest trudny. Z każdej strony podbiegają promotorzy zapewniający świetną zabawę i świetne ceny w klubie, dla którego pracują. A klubów bez liku. I wszystkie obok. Znów jestem na Haymarket, naprzeciwko Sports Cafe, w kolejce do Tiger Tiger. Przed 22 wejście gratis za okazaniem ID. Po dziesiątej – 10 funtów. Klub jest przestronny, zajmuje dwa piętra plus disco-sala w piwnicy. Duża część jadalna, gdyż w dzień to również restauracja. Mnóstwo sof i stolików oraz wielkie okna na ulicę. Srebrne kule u sufitu i ornamenty kwiatowe na ścianach podobnie jak w Yates’sie. Ceny standardowe, kieliszek wina od 4 funtów, a butelkowe piwo prawie 4. Muzyka typowo dyskotekowa do dobrej zabawy, znane hity. Średnia wieku około 28 lat. Przemykają Anglicy w garniturach. Prawdopodobnie wyszli z pracy do pubu i skończyli w klubie. Około północy robi się tłoczno, zaczyna brakować miejsca do swobodnego tańczenia kankana, jak ktoś lubi wymachiwać nogami. Czas na oddech i zmianę miejsca. Po pierwszej wybieramy się na nocną przekąskę do McDonald’s na Leicester Square. Sprytni spece od marketingu wykorzystują gest i głód imprezujących w okolicy klientów. Od 23 obowiązuje nocne menu – mniej dostępnych produktów za wyższe ceny. To nas jednak nie zniechęca. Chwytamy kanapki i frytki i jednocześnie spalamy kalorie, spacerując do kolejnego miejsca rozrywki – baru 101 w pobliżu stacji Tottenham Court Road. Mimo że dochodzi 2 w nocy za wejście płacimy tylko 3 funty i nikt nie wymaga ID. Bary są dwa na dwóch piętrach. Duże okna, aby podziwiać miasto. Stoliki i dookoła okrągłe sofy – w sam raz, gdy wybieramy się z grupką znajomych. W cenach nie dostrzegam żadnych promocji. W muzyce wyczuwam trochę reggae, trochę hip-hopu, r’n’b i czarnej muzyki z lat 80. Nieśmiertelna Whitney Houston, która chce z kimś zatańczyć. A w 101 tańczą wszystkie rasy, średnia wieku to około 24 lata i styl absolutnie dowolny. 3 rano i sofy zaczynają kusić, aby paść i usnąć. Nie daję się zmęczeniu, do 4, kiedy ochrona prosi do wyjścia, a barmani spieszą się z zamykaniem baru, aby jak najszybciej iść wreszcie do domu.

Sobota. Gorączka tej nocy w Warszawie
– Ależ oczywiście, że damy radę! Trzy kluby w sobotnią noc to jest dopiero prawdziwy clubbing! – moja koleżanka rozwiewa wszelkie wątpliwości. Zebraliśmy większą grupę znajomych i zaczynamy od Obiektu Znalezionego, który mieści się w galerii Zachęta. To był jej pomysł, na bramce stoi jej znajomy. Dajemy jej szansę pogadać na osobności, stojąc tylko kilka kroków w tyle. Uśmiechają się do siebie i rozmawiają. Koleżanka gestem ręki wskazuje na nas. Chłopak, chyba wciąż student, obdarza nas jednosekundowym spojrzeniem i zamienia jeszcze kilka słów z koleżanką. Kiwa głową i zaprasza gestem do środka. Kolej na nas. Zbliżamy się do kolesia, licząc na korzystny wpływ znajomości z naszą kumpelą. – 20 złotych od osoby – słyszymy poważny ton i pozbywamy się wszelkich złudzeń. Wnętrze, jak na galerię, jest dosyć proste. Ściany pokryte tynkiem i czerwone drewniane klatki na podłodze. Kilka foteli i małe stoliczki z Ikei. Muzyka jest jeszcze bardziej prosta. Bez słów. Jeden house’owy utwór przechodzi w drugi tak, że trudno się zorientować. Klientela studencka. Piwo i wino 7 złotych, drinki kilkanaście. Muzyka staje się monotonna. Przed północą wyruszamy do Klubokawiarni na Mazowieckiej. Tu już nie mamy znajomych. Pani selekcjonuje i wygląda groźnie. Znów płacimy 20 złotych. Wygląd specyficzny, styl niedbały i rupieciarski, zero ekskluzywnych sof, żyrandoli i błyskotek. Klimat PRL-u. Plakaty i symbole z lat 80. Dwie sale, różna muzyka. Mieszanka. Mnóstwo staroci. Drink w cenie 25 złotych. Piwo za 10. Ludzie przeróżni, reprezentujący jakąś subkulturę lub jej brak. Zauważam koleżankę rozmawiającą z chłopakiem z włosami prawie do pasa, ubranym w czarną koszulkę. Zaczepił ją na drodze z toalety. Zbyła go po kilku minutach. Mnie zaczepia ktoś inny i proponuje wspólny powrót do domu. Dziękuję i wracam do koleżanki wyzwolonej od długowłosego. – Człowiek z lasu o ciebie pytał. Podobasz mu się – wybuchamy śmiechem w tym samym momencie. Tańczymy. Jest już po 1. SMS. Kolega gej czeka na nas pod Utopią o 1.30. Opuszczamy epokę lat osiemdziesiątych i zmieniamy bajkę. Utopia jest na Jasnej. Blisko. O północy jest tam jeszcze pusto. Nie jest łatwo tam wejść. Jeśli nie jesteś pięknym gejem, stałym bywalcem z kartą klubową lub celebrytą jak Doda, możesz nie spodobać się selekcjonerowi. Nie ryzykujemy i wykorzystujemy kontakty w postaci kumpla geja stałego bywalca, którego wszyscy znają i szanują, bo przychodzi od 3 lat co weekend. W środku jest cukierkowo. Króluje róż i biel. Telebimy z całującymi się chłopakami. Dyskotekowe, srebrne kule, nażelowani barmani. Muzyka sama porywa do tańca. Madonna, Britney i Michael Jackson. Jest też rock’n’roll i inne zagraniczne przeboje, które można usłyszeć na weselach. Osoby, które siedzą, policzę na palcach jednej ręki. Dziewczyn zdecydowanie mniej. – Masz chłopaka? – zagaduje mnie po angielsku dziewczyna z Cypru. Szukam nerwowym wzrokiem mojego kumpla geja i wskazuje na niego. – Fajną masz dziewczynę! – krzyczy do niego turystka. – Wiem – odpowiada bez chwili zawahania mój gej wybawca. Utopia jest znana z bycia elitarną, gości DJ-ów z całego świata. Piwo 10 złotych, drinki od kilkunastu w górę. Zabawa kończy się wraz z wyjściem ostatniego gościa, czyli różnie. Nie ryzykujemy i nie sprawdzamy tego, do 9 nie damy przecież rady.
Niedziela. Koniec tam, gdzie początek. Londyn
Koniec tygodnia, noc z niedzieli na poniedziałek powinna być cicha z uwagi na rozpoczęcie pracy następnego ranka. Nie w Rumbie. Jest północ na Shaftesbury Avenue przy styku z Piccadilly Circus. Nie ma tłumów, ale pusto też nie jest. Przed wejściem do klubu dwóch czarnych osiłków. Pytają o ID. Ciemne schody w dół prowadzą do sali z barkiem i miejscami do spoczynku. Na lewo sala taneczna. Czarne ściany i ogólnie ciemno. Większość klientów też czarna. Otyłe murzynki w krótkich połyskujących mini odbijają delikatne strumienie reflektorów świecących nad DJ-em. DJ miksuje większość utworów, nadaje im nowe brzmienie. Jest funky, reggae i hip-hop. Plakat informuje, że w soboty grają salsę. Jest nas czwórka, mieszane towarzystwo, nikt nas nie zaczepia. Kupujemy piwo w cenie 3,5 funta. Miła obsługa z szerokim uśmiechem. Liczba przybyłych zupełnie nie pozwala myśleć, że za kilka godzin miasto zacznie swój pracujący tydzień. Czuć atmosferę weekendu i leniwego poniedziałku. Bar stopniowo pustoszeje przed 3 rano, jednak na parkiecie wciąż miłośnicy tańca wyrażają swe poparcie dla kolejnego utworu DJ-a. Po jego twarzy widać, że ta praca sprawia mu radość. Pewnie cieszy go też myśl, że jest jednym ze szczęśliwców, których nie dotyczy gehenna rannego wstawania w poniedziałki…
Dominika Brodowska
Przez wino do prawdy
November 10, 2009
Targi wina w Business Centre w Islington zostały przygotowane z rozmachem niewskazującym na to, że tkwimy w jednym z najgłębszych kryzysów od początku rewolucji przemysłowej. Przyciągnęły one setki wystawców, producentów i dealerów z całego świata oraz przedstawicieli firm specjalizujących się w winnej turystyce, a także producentów sera. Nie zabrakło oczywiście tysięcy amatorów przefermentowanego soku z winogron. Mimo że tradycje winiarskie w Wielkiej Brytanii nie są zbyt głębokie, Wine Show cieszył się olbrzymim zainteresowaniem.
O targach wina dowiedziałem się przypadkiem. Jednak wcale nie żałuję, że miałem okazję w nich uczestniczyć i spróbować jednych z najlepszych gatunków wina, jakie lądują na angielskiej ziemi. Chociaż – pośród tysięcznych tłumów – nie do każdego stoiska udało się dostać.
Większość stoisk opanowali internetowi sprzedawcy. Konkurencja między nimi jest znaczna, nic więc dziwnego, że ich oferta staje się coraz bardziej wyspecjalizowana. Sprzedają wybrane gatunki wina lub trunki pochodzące z konkretnych regionów. Można było zamówić dostawę do domu już podczas trwania targów. Ten, kto od razu kupił coś dla siebie, otrzymywał rabat – zwykle było to około 20 proc. Ale nie tylko winem handlowano. Na jednym ze stoisk można było zapoznać się z amerykańskim burbonem. Wprawdzie nie jestem fanem mocnych trunków, jednak owa amerykańska odmiana whisky naprawdę mi posmakowała.

Nie zabrakło również akcentów polskich. Nie, to nie to, o czym myślicie. Przedstawiono produkt, którego wstydzić się bynajmniej nie musimy. Polska jest krajem, w którym produkcję wódki w ciągu ostatnich lat doprowadzono niemalże do doskonałości. Niektóre gatunki opatrzone znaczkiem made in Poland, na stałe zagościły w europejskiej świadomości. I nic nie wskazuje na to, by sytuacja miała się odmienić. Sprzedawca, który miał w swojej ofercie produkty wrocławskiego Polmosu, zaprezentował również szeroką gamę rumów (do 50 funtów za butelkę), tequilli i bardziej egzotycznych produktów z Ameryki Południowej.
Na kilku stoiskach pojawiło się również piwo. Polakom, przyzwyczajonym do piwa jasnego, poleciłbym wprowadzić czasem odmianę w „jadłospisie” i popróbować czegoś nowego. Piwa górnej fermentacji, jakże inne od znanych nam „Lechów” czy „Żywców”, oferują dużo szerszą gamę smaków. Jednak o tym, czy coś jest dobre czy nie i tak decyduje nasz gust. Nie będę więc przesadnie namawiał do zmiany przyzwyczajeń.
Powróćmy jednak do wina. Osoby, którym wydaje się, że mają wyrobioną opinię na temat jego poszczególnych gatunków, mogłyby poczuć się nieco zaskoczone przedstawioną ofertą. Cabernet, Sirrah i Merlot w jednej butelce? Czemu nie? Kupażowanie wina, czyli mieszanie różnych jego gatunków, znane i stosowane jest od bardzo dawna. Wszystko jednak wskazuje na to, że ostatnio przeżywa ono renesans. Różnoracy „mieszacze” win chyba naprawdę znają się na swojej pracy, gdyż próbki, jakie miałem okazję posmakować, były naprawdę wyborne.
Do wina można dolewać i mocniejsze, przedestylowane trunki. W Anglii taki produkt znany jest jako fortified wine. Zwykle jest on słodszy niż normalne wino i mocniejszy. Madeira, Malaga, Sherry czy Porto należą właśnie do takich win. To ostatnie było prezentowane na kilku stoiskach. Budziło zainteresowanie szczególnie wśród pań. Ale i ja miałem okazję poznać, czym różni się pięcioletnie Porto od dwudziestoletniego, czy leżakowane w beczce od takiego, które nigdy drewnianej beczki nie widziało.
Generalnie w ofercie targowej przeważały wina o ustalonej marce – francuskie, hiszpańskie i portugalskie. Były też wina włoskie, uważane – nieco niesłusznie – za trunki nieco gorszej jakości.
Nie zabrakło także ofert z „nowych”, wschodzących źródeł: Argentyny, Nowej Zelandii, RPA, Chile czy też Kalifornii. Podobnie Grecja i Cypr – krainy uchodzące za kolebki europejskiego winiarstwa, pokazały dzieła swoich mistrzów. Wprawdzie zarówno na polskich, jak i angielskich półkach sklepowych nie zajmują dziś należnego im miejsca, ale może wkrótce – chociażby za sprawą takich imprez jak Wine Show – częściej będzie można je spotkać.
Jeśli chodzi o producentów mniej znanych, wielkie wrażenie zrobiły na mnie wina austriackie. Zapoznałem się już z nimi 12 lat temu, odwiedzając Wiedeń. Małe, rodzinne biznesy winiarskie kwitną w całej Austrii, stanowiąc źródło utrzymania wielu osób, zarówno na prowincji, jak i w samej stolicy kraju. Niewielkie knajpki, usytuowane w piwnicach prywatnych domów, przyciągają zarówno turystów, jak i lokalnych mieszkańców. Wielka szkoda, że znakomite wino z Austrii, jakoś do dziś nie może się przebić na światowym rynku.
Na jednym ze stoisk prezentowano również produkty winnic bułgarskich. W czasach komuny bułgarskie wina były właściwie jedynymi w polskich sklepach, które nadawały się do spożycia. Chcąc przypomnieć sobie „smak młodości”, sięgnąłem po kubeczek z winem. Przyznać muszę, że byłem bardzo mile zaskoczony jakością tego trunku.
W dawnej Polsce wyżej niż wina francuskie ceniono węgrzyna. Jednak próżno było szukać węgierskich win na imprezie w Islington. Widocznie Anglicy mają pod tym względem inny smak niż Polacy, gdyż o dobry Tokaj na Wyspach nie jest łatwo. Nigdzie nie zauważyłem też win reńskich.

Wybór na Wine Show był taki, że nie byłoby szansy, by w ciągu jednego dnia zapoznać się z ofertą wszystkich wystawiających. Fot. Beata Huczko
Przed przyjazdem do Wielkiej Brytanii, mieszkałem w zachodniej Polsce. W regionie, który – trochę nietypowo dla naszego kraju – już od średniowiecza kultywuje winiarskie tradycje. Do dziś, w każdy pierwszy weekend września, rozpoczyna się tam trwające cały tydzień Winobranie. Jest to wielkie święto, w którym biorą udział zarówno okoliczni mieszkańcy, jak i przyjezdni, z kraju i zagranicy. Jednak od kilku lat nie miałem okazji uczestniczyć w tym wydarzeniu. Tym bardziej więc żałuję, że na Wine Show dotarłem dopiero w ostatni dzień trwania imprezy. Między stoiskami mógłbym błądzić w nieskończoność, poznając coraz to nowe smaki, zapachy i klimaty. Z niecierpliwością czekam już na przyszłoroczne targi. Wiem, że będzie co oglądać i degustować. Kraina wina w Islington otworzyła przede mną drzwi, których nigdy nie chciałbym zamykać.
Alex Sławiński
NA TROPIE WARSZAWY
October 15, 2009
Niektórzy mawiają, że najpiękniejsza w Warszawie jest nazwa jednej z jej ważniejszych ulic – Krakowskie Przedmieście. Inni, że jest jak czerstwy chleb, który jednak ugryziony, okazuje się być dobrze wypieczoną grzanką.

Dla mnie Warszawa jest jak jej nowe ciastko – zygmuntówka, która wyparła do niedawna królującą przez długie lata wuzetkę. Jest eklektyczna, w jej skład wchodzi niemal wszystko, co w nowoczesnym cukiernictwie spotkać można – od kruchego ciasta, po krem, żurawinę, powidła, czekoladę, by zakończyć strzelistą bezą. I, o dziwo, mimo tego słodkiego misz maszu – jest smaczna! Zygmuntówka doskonale oddaje charakter dzisiejszej Warszawy – coś, co na pozór do siebie nie pasuje, jest możliwe właśnie tu, na ulicach rozplanowanych według nie do końca jasnej logiki.
Jako pretendentka do miana stolicy kulturalnej w 2016 roku, przyjmuje na swoje barki coraz więcej wydarzeń artystycznych, koncertów, festiwali różnej maści.
Wielokulturowość stolicy
5. Warszawski Festiwal Skrzyżowanie Kultur – jak sama nazwa wskazuje – to wielokulturowa propozycja muzyczna. W namiocie pod Pałacem Kultury i Nauki, spotkali się muzycy z różnych stron świata. Wielbiciele poszczególnych gatunków muzycznych mogli podziwiać wirtuozerię artystów bossa novy w połączeniu z muzyką indyjską. Taka dawka egzotyki ładowała akumulatory warszawiaków przez przedostatni tydzień września.

Muzycznie nie do zdarcia
Chyba najważniejszym, a przynajmniej najbardziej reklamowanym wydarzeniem kulturalnym był koncert Madonny na warszawskim Bemowie, czyli w miejscu, gdzie przed trzynastu laty zagrał swój jedyny koncert w Polsce Michael Jackson. Królowa pop zawitała do Warszawy 15 sierpnia. Nie obyło się bez kontrowersji i protestów prawdziwych Polaków – bo jakże ze spokojem przyjąć występ obrazoburczej Madonny15 sierpnia. Mimo protestów bilety rozchodziły się jak świeże bułeczki, chcieli ją zobaczyć niemal wszyscy. Czy było to najważniejsze wydarzenie muzyczne? Chyba nie do końca. Połowiczny był i wysiłek królowej popu, i połowiczna oprawa techniczna. Co by jednak nie powiedzieć – gościliśmy królową.
Wiele innych gwiazd bardziej niszowych zawitało i zawita na warszawskie sceny. Zespół Lamb zagrał dzień wcześniej fantastycznie w klubie Palladium, Nouvelle Vauge przedstawiła nostalgiczne aranżacje największych hitów muzyki pop, Orange Warsaw Festiwal zaprosił gwiazdy najwyższej rangi jak Groove Armada czy NERD z charyzmatycznym Pharrellem Williamsem.
Na lewo most na prawo most, a tam Stara Praga
Święto ulic Ząbkowskiej i Brzeskiej to corocznie organizowany happening na ulicach Starej Pragi, którą w coraz większym stopniu dopuszcza się do głosu w sprawach kulturalnych. Na ulicach tej mało przyjaznej turystom czy warszawiakom lewobrzeżnej Warszawy dzielnicy, zorganizowano wielokulturowy spektakl. Liczne praskie podwórka zamieniły się tego dnia w etniczne miasteczka, gdzie można było posłuchać brazylijskiej samby, skosztować azjatyckich przysmaków czy posłuchać muzyki prosto z Bałkanów. Te na co dzień pilnowane przez panów spod monopolowego bramy licznych praskich podwórek, otwarte były dla kolorowej mieszanki wielonarodowej.
I to zderzenie – lokalnej ludności, która wciąż nieufna, acz ciekawa tego, co „wyrabia” się z ich Pragą, z przyjezdnymi, turystami, cudzoziemcami – wypada dziś najciekawiej. Ta najstarsza część Warszawy, przez lata zapomniana i niedpopieszczana, już od kilku lat jest centrum artystycznym stolicy, gdzie bez kompleksów pojawiają się kolejne propozycje klubowe oraz kulturalne przedsięwzięcia (jak np. Teatr Wytwórnia).

Warszawa żydowska
7. Festiwal Singera to edycja święta żydowskiego, które co roku odbywa się na terenach dawnego getta warszawskiego z epicentrum na ulicy Próżnej i Placu Grzybowskim. Warto odwiedzić ten przylądek i odbyć sentymentalno-historyczną podróż po stoiskach ze śledziem po żydowsku, czy warsztatami kowalskimi. Klezmerska muzyka wprowadza w klimat przedwojennej stolicy. Patronem tego niezwykłego festiwalu jest żydowski pisarz urodzony w Polsce, związany m.in. z Warszawą. Licznie zgromadzone tłumy warszawiaków potwierdziły zainteresowanie historią przedwojennej Warszawy i jej żydowskimi wpływami.
Drugie życie Grochowa
Strumień pieniędzy płynie teraz w kierunku starej części Warszawy. Coraz więcej inwestycji kierowanych jest na prawą stronę Wisły. Wciąż niedoceniane osiedle Grochów ma być w przyszłości obdarzone nową infrastrukturą. Tu właśnie co roku ma miejsce festiwal wyjątkowy – „Literatura na Peryferiach”. Jej pomysłodawcą jest Cezary Polak – dziennikarz, varsavianista, który do swojego projektu zaprasza pisarzy, w twórczości których eksponowany jest właśnie Grochów. Gośćmi kolejnych imprez byli m.in. Andrzej Stasiuk, Piotr Zaremba, Juliusz Strachota. Ten ostatni jest przedstawicielem młodego pokolenia, które żywo związane z Warszawą podkreśla w swojej prozie związki ze stolicą, ukazując jej mniej lub bardziej znane miejsca.

Co w najbliższym czasie?
Odwiedziny Tori Amos, Alce In Chains czy Marylin Manson. Warsaw Film Festiwal – czyli najważniejsze wydarzenie filmowe w stolicy. Spotkanie Teatrów Narodowych – mające na celu przybliżenie teatrów, które pełnią w swoich krajach funkcję teatrów narodowych. Free Form Festival, który prezentować będzie nowoczesną i niezależną muzykę i sztukę w środowisku miejskim. A także „Warszawa w Budowie”, festiwal, który za cel postanowił sobie zbieranie opinii warszawiaków i propozycji zmian archi-
tektonicznych w stolicy. Ostatnio takich zmian było kilka – przede wszystkim pozbycie się szpecącego domu handlowego KDT spod Placu Defilad, rozgonienie handlarzy wszelkiej maści ze Stadionu Dziesięciolecia i rozpoczęcie budowy Stadionu Narodowego. Im więcej propozycji organizacyjnych dla Warszawy, tym więcej sensownych zmian jej oblicza.

•••
Po prawie dwuletnim pobycie w Londynie powrót do Warszawy jawił mi się jako eksperyment iście niewykonalny. Przez pierwsze dni wydawało mi się, że jest to miasto smutne, puste, w którym niewiele się dzieje. Z czasem z coraz większym zainteresowaniem zaczęłam uczestniczyć w coraz sprawniej i na wyższym poziomie organizowanych przedsięwzięciach kulturalnych. Większe są starania władz Warszawy, by zdobyć miano Europejskiej Stolicy Kultury w 2016 roku.
W maju tego roku podczas spotkania w ramach konferencji telewizji publicznych INPUT 2009, która po raz pierwszy odbyła się w Europie Środkowowschodniej, właśnie w Warszawie, jej założyciel – Sergio Borelli – stwierdził: „Warszawa wydaje się być jedną z najbogatszych stolic Europy. Kiedy patrzę na pałace, pomniki, na budynek opery, który jest jednym z największych na świecie, na olbrzymi plac, gdzie znajduje się Grób Nieznanego Żołnierza, mam wrażenie, że to naprawdę bogate miasto. Ale jest to miasto ludzi biednych. Wystarczy spojrzeć na starsze kobiety, które sprzedają na ulicy np. cebulę, sznurek. Z jednej strony odbudowane Stare Miasto, które wygląda jak Disneyland, z drugiej strony ogromna bieda na peryferiach stolicy Polski”.
Czy uda się te różnice niwelować choćby przenosząc imprezy kulturalne do bardziej zaniedbanych miejsc dodając im przez to nowego blasku?
Tekst i fot.
Gabriela Jatkowska
Świeżutka relacja spod lady
September 28, 2009
Jako że nie będzie to relacja zupełnie zgodna z prawdą uprasza się Czytelników o czytanie z przymrużeniem oka, a jak już nie będziecie mieli siły mrużyć, to połóżcie dłoń na gazecie i czytajcie przez palce. Dla płynności relacji (i dobra niektórych wymienionych osób) większości bohaterom daliśmy przezwiska, ale kto uczestniczył w wydarzeniu i tak się zorientuje, o kim mowa. Czytelników, którzy nie byli i nie wiedzą, z góry przepraszamy, mając skrytą nadzieję, że połechtaliśmy ich ciekawość na tyle, że następnym razem zaszczycą nas swoją ważną i pożądaną obecnością.
Na początek warto wspomnieć, że do Imprezy wcale by nie doszło, gdyby nie Rev. Ray (zwany dalej Księdzem) z kościoła St. George the Martyr w Borough, który niczym magnes przyciąga do siebie wszystko, co dobre, pożyteczne i ciekawe. I tak też udało mu się namówić pewną panią redaktor z Poczytnego Pisma (zwaną dalej Szefową), na zorganizowanie wystawy polskich artystów w kryptach anglikańskiego kościoła, na uruchomienie ogromnej machiny przygotowań, co w efekcie zakończyło się niezwykłym wydarzeniem, które na długo zapisze się w pamięci wszystkich organizatorów i gości (i zapewne też okolicznych mieszkańców, wyciągniętych z domów niezwykłym zamieszaniem wokół zwykle spokojnego kościoła).
Dzień pierwszy
Zacznijmy od wernisażu – jako że Impreza tego dnia była zamknięta, trzeba szerzej o niej opowiedzieć. Na początku była msza (a potem wyśmienity koncert: Janusz Kohut na fortepianie i Urszula Mizia na wiolonczeli) – za artystów, jako podziękowanie za ich talenty i za organizatorów, że te talenty potrafili docenić i w odpowiedni sposób wykorzystać.
Równolegle do mszy toczyły się w kryptach kościoła ostatnie nerwowe przygotowania. Tu jakiś obraz krzywo wisiał albo ktoś się na kogoś krzywo popatrzył, tam jakieś krzesło stało w drodze albo ktoś komuś stanął na drodze do realizacji własnej koncepcji. No – ogólnie wiadomo, jak to jest, jak szykuje się coś wielkiego. Dlatego też nie wszyscy zdążyli na mszę, choć – w porównaniu z jakąkolwiek niedzielą – kościół i tak pękał w szwach.
Na dole wrzało – a na górze się modlono. Na dole Curator już dopiął wszystko na ostatni guzik, nawet własną marynarkę – na górze trwał koncert. Artystka w pończochach w paski, zdążyła zmienić je na wersję w kropki – na górze trwał koncert. Na dole ktoś się już nie mógł doczekać i ponalewał wino do kieliszków – na górze trwał koncert. Na dole tłumy waliły już na wystawę – na górze trwał koncert. Na dole ktoś nerwowo wiercił się na stołku rozmawiając z kimś, kto nerwowo przebierał nogami – na górze trwał koncert. Na dole ktoś w końcu dał sygnał startu, a tłum pochwycił kieliszki i rozsypał się po sali – na górze trwał koncert. I pewnie trwałby aż po dziś dzień, gdyby Pianiście nie skończyły się nuty. Góra w końcu mogła zejść na dół i oddać się uciechom wszelakim. Nie brakowało wina, półmiski uginały się od garnirowanych przekąsek, z kuchni co chwilę wyłaniała się kolejna ofiara z tacą, rzucona na pastwę zgłodniałego tłumu. (Bez obaw, nikt poważnie nie ucierpiał, choć jednej z kelnerek nadgryziono palec, myląc go z polskim kabanosem.)
A jakie znakomitości gościły na wystawie! Byli Urzędnicy, Biznesmeni, Przedstawiciele wszelacy, Redaktor Poczytnego Pisma, znakomity Kucharz, Ksiądz, byli Artyści, Współpracownicy, Spragnieni Sztuki i tylko Spragnieni, Przyjaciele, Krewni i Rodzina! Długo by tak wymieniać… Obie sale wrzały od rozmów i śmiechów, wino lało się strumieniami, w powietrzu unosił się zapach chleba (dzięki instalacji jednej z Artystek), Sztuka promieniowała ze ścian na wszystkich gości. Niejeden poczuł się wyjątkowo w takim otoczeniu… Nawet zwykła pomocnica techniczna w trakcie imprezy awansowała na Bufetową i od tej pory tylko tak będziemy ją nazywać. No, ale dość tego – pozostawmy gościom resztę wspomnień, może kiedyś, przy okazji, się nimi podzielą.
Dzień drugi
Trochę niewyspani, lekko zdenerwowani, nieco odurzeni sukcesem pierwszego dnia– zebrali się około południa w kryptach ci, którzy z wystawą byli związani najbardziej. Już drzwi były otwarte, ekspres do kawy bulgotał, wszyscy na swoich stanowiskach w oczekiwaniu na pierwszych gości. W końcu przyszli… Nieco niepewni, bo i miejsce nietypowe i pora jeszcze dość wczesna. Ale cisza była znakomita i atmosfera jakaś taka podniosła i swojska zarazem. Przychodzili i oglądali, powoli, bez pośpiechu. Bez zbędnej gadaniny. Duszność dnia poprzedniego ustąpiła miejsca lekkim podmuchom z zewnątrz, przez otwarte drzwi wpadało do krypt światło słoneczne, raz po raz przez salę przemykał Ksiądz, obdarzając wszystkich szerokim uśmiechem. W przykościelnym ogródku pewna Artystka zasiadła pod drzewem i zaczęła malować… Szefowa, podobnie jak przez ostatni tydzień, nadal ciągle odbierała telefony, ale tym razem z gratulacjami, co i ją wprawiło w niebiański nastrój.
Drugi dzień minął właśnie tak – na kontemplacji Sztuki, na wesołej krzątaninie, na luźnych pogawędkach, na znakomitej rozrywce (dzięki sprzyjającej pogodzie Groove Razors dali czadu we wspomnianym ogródku)… Około godziny 22, już nieco zmęczoną, ale bardzo entuzjastyczną publiczność ukołysała pięknym głosem Dominika Zachman i całe towarzystwo rozeszło się do swoich lub nie swoich domów, aby nabrać sił na kolejny dzień.
Dzień trzeci
Co się działo dnia trzeciego! Szefowa Imprezy, w celu odstresowania, pojechała z Bufetową na zakupy i pogubiła się w tłoku, a potem utknęła w gęstym korku. Na szczęście Ksiądz do kościoła przyszedł, drzwi krypty otworzył na oścież, żeby żaden Spragniony Sztuki pod zamkniętymi drzwiami nie stał. Słońce znów świeciło, letni wiaterek jeszcze się błąkał po londyńskich ulicach, a przed kościołem Artystka rozstawiała sztalugę, aby w tej pięknej scenerii dokończyć dzieło rozpoczęte poprzedniego dnia. Inny Artysta powoli rozbijał obóz w okolicach swoich obrazów, aby nie przegapić żadnego interesanta, bo zainteresowanie jednym z jego obrazów było spore. Reszta Artystów albo leczyła kaca w domowym zaciszu, albo ciężko pracowała od bladego świtu, przy czym trudno stwierdzić, która z tych czynności należała do bardziej nieprzyjemnych. Najcięższy poranek miał jednak Redaktor Poczytnego Pisma – nie posiliwszy się solidnym śniadaniem, ruszył samochodem za Londyn, na wielkie uroczystości (o których zapewne pisze w swojej gazecie; poszukajcie, poczytajcie) i oprócz dostojnych przemówień, dostał tam porcję bigosu, który okazał się kwaśną kapustą, że wrócił na imprezę ze zgagą i aż się krzywo popatrzył na Bogu ducha winnego śledzia. Bufetowa, jak już wiemy z wcześniejszej relacji, robiła zakupy z Szefową, całkowicie zapominając o śledziu i sałatce, które czekały na przyrządzenie.
Tak rozpoczął się ostatni dzień Imprezy, ale nie myślcie, że był to niewypał. Nic bardziej mylnego!
Skołatane nerwy uczestników i organizatorów wnet ukoiła anielskimi dźwiękami Monika Lidke z zespołem. Po sali unosił się zapach kawy, dla wielu porannej, choć zbliżała się szesnasta. Powoli zaczęły napływać inne Osobistości, po części znane nam już z wcześniejszych dni, ale nie brakowało też zupełnie nowych twarzy. Przyszedł choćby pewien szewc z żoną, strzelił kielicha (co prawda tylko wina) i zachwycił się wystawą. Albo nie, na odwrót, bo można źle zinterpretować. Przyszedł, zachwycił się i wypił, w tej kolejności. Ku zdziwieniu wszystkich pojawił się też Pianista, który rano miał odlecieć do Polski na kolejny koncert, ale nie poleciał, bo stwierdził, że tu się lepiej bawi i niech mu tam jakieś zastępstwo znajdą. No i zebrało się grono Najwytrwalszych, którzy mimo zmęczenia postanowili w pełni cieszyć się ostatnim dniem ARTerii.
W salach dalej rozbrzmiewała muzyka (najpierw Sławek Żak, potem znów Lidke), toczyły się zarówno dyskusje, jak i luźne rozmowy, tak zwane smoltoki, obrazy nadal równo wisiały na ścianach i obserwowały, co się wokół nich dzieje. Nagle – zrobiło się ciemno, coś zagrzmiało, coś zahuczało, Ksiądz uciekł (ale zaraz wrócił), niejeden gość schował się w kuchni lub w toalecie albo za drzwiami, wszyscy w napięciu oczekiwali, jaki finał przybierze Impreza. No i zaczęło się! Na scenie stanął Paweł Majewski z ekipą Why Not Here, a gitara jęknęła przeraźliwie, dając sygnał do rozpoczęcia.
Cała sala poszła w tany w takt ostrej muzyki, ściany trzęsły się od decybeli, aż obrazy drżały, jedna z Artystek porwała Redaktora do tańca (a że miał czarny garnitur i czerwone skarpety, w ciemności widać było jedynie tańczące skarpety), druga Artystka porwała Pomocnika Księdza, Pianista udawał gitarzystę, Bufetowa rzuciła ścierką na znak buntu i wraz ze swoimi Pomocnikami opuściła kuchnię, reszta gości też ruszyła na parkiet! Zabawy nie było końca, aż się zespołowi repertuar skończył i musieli grać wszystko od początku, ażeby się ludzie wybawili.
Impreza przeszła wszelkie oczekiwania organizatorów, nikt nie wyszedł z sali zawiedziony, a Szefowej aż się łezka w oku zakręciła, jak zamykała ciężkie, kościelne wrota za ostatnim gościem.
Epilog
Tak, jak Impreza zaczęła się od nabożeństwa, tak też zakończyła się (nieoficjalnie) niedzielną mszą świętą. Ksiądz był zachwycony i głosił z ambony o polskiej gościnności, wspaniałych artystach i niezwykłej atmosferze. Później trzeba było posprzątać, zapakować obrazy, rzeźby i ceramikę, oddać klucze i pożegnać się (Szefowa znów płakała, ale dostała do wypicia resztkę białego wina z ostatniej butelki, i jakoś jej przeszło).
Dla tych, którzy nie mogli być z nami i dla tych, którzy jeszcze nie mają dość, mamy dobre wieści – to jeszcze nie koniec! ARTeria tętni życiem, w ARTerii buzują nowe pomysły, ARTeria szykuje dla Was jeszcze wiele niespodzianek!
Aleksandra Ptasińska
(Czy Drodzy Czytelnicy domyślają się, którą z postaci była autorka?)
Polska dwóch kompleksów
September 16, 2009
Fety związane z dwudziestymi urodzinami polskiej demokracji na szczęście mamy już za sobą. Miały one mniej więcej taki sam sens, co świętowanie dwudziestej rocznicy ślubu przez parę, której pożycie mimo żarliwych deklaracji bardziej przypominało bezsensowną szarpaninę, aniżeli modelowy związek oparty na małżeńskich pryncypiach. Nim jednak skończyły się jedne spory, rozgorzały drugie. Tym razem związane z obchodami 65 rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego. Żenujące, bo zamiast sensownej debaty o naszej narodowej tożsamości i o nowym wymiarze polskiego patriotyzmu, po raz kolejny wykorzystuje się podobne rocznice, by mieć okazje do gryzienia się wzajemnie po łydkach.
Miłość kontra nienawiść
Tak w skrócie można określić polskie życie polityczne w ostatnich latach (i nie tylko), choć oczywiście nie bez krztyny ironii, gdyż ciężko nie zauważyć, że to, co w większości mediów przedstawia się nam jako miłość, niekoniecznie nią jest i odwrotnie. Bardzo widoczna polaryzacja sceny politycznej wokół dwóch zaciekle zwalczających się frontów polityczno-ideologicznych, nie oznacza dziś nic innego, jak tylko to, że w dzisiejszej Polsce jest miejsce tylko dla zwolenników Donalda Tuska i braci Kaczyńskich. Niemal codziennie podział ten podkreślają wszystkie media, marginalizując dyskusję na temat przyszłości Polski do stwierdzenia, że współczesny polski interes narodowy i nasza podmiotowość sprowadzają się do wyboru pomiędzy dwiema opcjami. I tak, Tusk i jego zwolennicy reprezentują obóz: inteligencki, otwarty, liberalny i europejski – tym samym gwarantujący nam rozwój i godne miejsce w zjednoczonej Europie. Kaczyńscy zaś i ich elektorat, to jak nietrudno się domyślić: zawistnicy, prostacy, nacjonaliści, słowem – polski, narodowy Ciemnogród o homofobicznych obsesjach – czyli wyalienowanie i sprowadzenie nas do roli europejskiego pionka i błazna.
Otóż stosując podobne metody klasyfikacji, śmiało można zaszeregować również i mnie do tej prostackiej, nacjonalistycznej i ciemnej hołoty, gdyż od dawna deklaruję się, chociażby jako zwolennik twardego sprzeciwu wobec historycznego rewizjonizmu Niemiec i Rosji, zdecydowany apologeta lustracji i przeciwnik martyrologii generałów: Kiszczaka i Jaruzelskiego, którym ponoć zawdzięczamy wolność. Ponadto bawi mnie głośny już rysunek Andrzeja Krauzego opublikowany w czerwcu br. na łamach „Rzeczpospolitej”, w którym śmiał on zadrwić z gejów. Na domiar złego nie uważam również, by wierszyk Tuwima pt. „Murzynek Bambo” niósł za sobą rasistowskie przesłanie, co swego czasu – z uporem godnym szacunku – próbował udowodnić nam jakiś pan w telewizji.
Czy więc podobne poglądy są kwestią ciemniackiej orientacji politycznej, czy też logiki myślenia? Czy „niepoprawne” poczucie humoru, to dowód braku tolerancji, czy po prostu zdrowego dystansu do świata? Pytania retoryczne, choć nie dla wszystkich, gdyż w światłych, otwartych i europejskich rozumach już i tak zakwalifikowany zostałem do grupy ludzi o zawężonych horyzontach myślowych i dołączony do obozu Kaczyńskich, jak nie do zastępów pewnej chorej i indoktrynowanej młodzieży.
Patriotyzm jest dziś „passe”
Ten właśnie mechanizm myślenia coraz częściej dostrzec można w polskim życiu publicznym, w którym stopniowej dewaluacji ulegają jakże istotne dla każdego narodu pojęcia i wartości. I tak np. mówiąc o naszym patriotyzmie musimy być gotowi, że z różnych stron posypią się na nas gromy i oskarżenia o polski nacjonalizm, zaściankowość i ksenofobię. W wolnej Polsce stał się on bowiem powodem do wstydu i synonimem narodowego obciachu i betonowego, martyrologicznego myślenia. Krótko mówiąc: patriotyzm dziś jest już „passe”.
Nie bez powodu przytoczyłem powyżej przykład braci Kaczyńskich, którzy podkreślając wszem i wobec (abstrahując czy słusznie i prawdziwie) swój patriotyczny etos myślenia o kraju, stali się uosobieniem polskiego faszyzmu. Podobnie jak uosabiać będą go wszyscy, myślący o Polsce w tych kategoriach, mimo że w kwestii preferencji politycznych sympatyzujący, dajmy na to, z Ruchem Obrony Bezrobotnych, Krajową Partią Emerytów i Rencistów lub Partią Kupiecką.
Niemal chorobliwy strach przed braćmi Kaczyńskimi, którzy koniec końców i tak nie spełnili i raczej nie spełnią swych buńczucznych obietnic, przerodził się z czasem w nienawiść do wszystkiego, co słusznie lub mniej słusznie można z nimi powiązać. Konsekwencją tego jest błędne zestawianie dyskursu na temat prawdy, prawości, podmiotowości, patriotyzmu i racji polskiego stanu tylko z Kaczyńskimi, przez co wartości te tak ochoczo przez niektórych są ignorowane i znienawidzone.
„W Polsce mamy do czynienia z czymś bardzo przykrym – z nienawiścią do Polski. Polacy nienawidzą Polski – jak to możliwe? A jednak możliwe. W wypadku pewnych ludzi, których zalicza się do elit, napięcie tej nienawiści jest tak wielkie, że ci ludzie po prostu się duszą, dławią, nie mogą sobie dać z tym rady – z nienawiścią, wstrętem, pogardą, obrzydzeniem, które budzi w nich Polska” – zauważa poeta Jarosław Marek Rymkiewicz – notabene w niektórych kręgach również uważany za faszystę – w wywiadzie, który przeprowadzono z nim na łamach ostatniego wydania „Teologii Politycznej”.
„Patriotyzm jest przymiotem ludzi małych i mściwych. Boję się słowa patriotyzm” – stwierdził Wojewódzki, który prócz niewątpliwie błyskotliwych grepsów genitalno – prokreacyjnych, zasłynął w kraju także tym, że ku radości zebranej w telewizyjnym studiu publiki, sprowokował happening, w którym jeden z jego gości wetknął polska flagę w kupę. Bez komentarza.
Idiotyczna natomiast jest sugestia, jakoby żywiąc do kraju uczucia wyższe, sięgające dalej, aniżeli moja codzienna konsumpcja, miałbym kierować się zemstą i małością. Czy nimi kierowaliśmy się podczas ostatniej wojny? A może przyświecały one zespołowi Lao Che, który swoja druga płytę pt. „Powstanie Warszawskie” oparł na świetnym, jednolitym koncepcie? Raczej nie. Pan Jakub miał na myśli współczesny polski patriotyzm, który kojarzy w dość ograniczony sposób. Tylko rozumując w tych kategoriach, każde uczucie może być groźne, gdyż z miłości można zabić, zaś będąc uczciwym i uczynnym, dać się oszukać. Czy w związku z tym mamy nie kochać lub zamknąć się na potrzeby innych?
Zastanawia mnie ta niechęć do Polski, o której tak obszernie mówił Rymkiewicz i którą w rozmowie tak wyraźnie uosabiał Wojewódzki. Nie mniej ciekawy jest również medialny wydźwięk spostrzeżeń Rymkiewicza. Otóż bardzo szybko zredukowano je w niektórych mediach do chorobliwych obsesji poety, tych samych, które przed laty ponoć prześladowały Zbigniewa Herberta. Tym samym sprowadzono dyskusję na ten temat do drwin, walki z supremacją polskości i podważania celowości zachowań patriotycznych.
Czy aby nie jest tak, że obrzydzono nam polskość i patriotyzm w imię politycznych interesów, by pod płaszczykiem obaw przed upiornym Polakiem (mściwym katolikiem, antysemitą i zatwardziałym antykomunistą), dać szansę stanąć na piedestale także tym, którzy „walczyli o wolną Polskę” w sposób, którego wspomniani przeze mnie poeci nigdy nie pochwalali? Na pewno, choć to diagnoza powszechnie uznana za nienawistną i oszołomską.
Polak kosmopolita
Tymczasem owa emanacja niechęci do Polski widoczna jest nie tylko w wypowiedziach ludzi mojego pokolenia, dla których polskość to coraz częściej skansen i obciach, ale także z wypowiedzi osób cieszących się publicznym szacunkiem oraz tych pamiętających dobrze czasy stalinowskie i walkę Polaków z komunistycznym totalitaryzmem, kiedy to polskość była jeszcze „glamour”.
„Gdybym był obywatelem Papui i Nowej Gwinei, po lekturze kolejnych tekstów szepnąłbym żonie do ucha: – Ciesz się, że nie mieszkamy w Polsce. Wprawdzie niektóre nasze plemiona do niedawna zjadały ludzi, ale tam żyje 37 milionów barbarzyńców!
Pozostałe 1,5 miliona ludności to intelektualiści – osoby o pięknych umysłach, potężnej erudycji, wysu-
blimowanym smaku i nienagannych manierach. Nic dziwnego, że życie pośród motłochu staje się dla nich coraz bardziej nieznośne.” – ironizował swego czasu Wojciech Wencel (poeta, eseista, krytyk literacki), zabierając głos w debacie „Dziennika” o wdzięcznym tytule: „Czy Polska jest sexy”.
Nie ulega wątpliwości, że wśród wielu młodych Polaków, choć nie tylko, zwycięża coraz częściej myślenie ponadnarodowe i kosmopolityczne. Czujemy się bardziej Europejczykami, aniżeli Polakami, choć oczywiście jedno nie wyklucza drugiego. Narodowe kompleksy pielęgnujemy wręcz z masochistyczną lubością. Jesteśmy biedni, niedokształceni, skrzywdzeni przez historię i do tego mimo tych dwudziestu lat demokracji wciąż czujemy się niedoceniani – a to wystarczające powody, by zerwać z taką nieudaczną tożsamością. Gdy dodamy do tego naszą kulturę, w ogromnej mierze zbudowaną na tradycji chrześcijańskiej i katolickiej, to już naprawdę nie ma się czym chwalić przed postępową, liberalną i laicką Europą. Tym bardziej, że w świadomości polskiego wolnomyśliciela polski katolicyzm kojarzony jest tylko i wyłącznie z odzianym w sutannę biznesmenem z Torunia, stawianiem kolejnych bałwochwalczych świątyń oraz licznymi bardziej i mniej mądrymi nakazami i zakazami. I choć sam nie należę do piewców cnót polskiego Kościoła i zwolenników jego polityki, to jednak przyznacie Państwo, że umniejszenie jego zasług i wyrażanie podobnych opinii jest trochę krzywdzące, gdyż jego rola w życiu Polaków była, wciąż jest, i myślę, że będzie dalej istotna.
Z jednej strony jest to wszystko konsekwencją medialnego przekazu, z którego statystyczny Polak dowiaduje się, że upominając się o swoje prawa w Brukseli lub żądając czegokolwiek na arenie międzynarodowej, krótko mówiąc, broniąc polskiej racji stanu, tylko się kompromitujemy, dając tym samym odżyć nacjonalistycznym resentymentom drzemiącym w polskim narodzie, chociażby w postaci wspomnianej wcześniej przeze mnie nieszczęsnej młodzieży. Z drugiej zaś jest to wynik braku zdefiniowania pojęcia patriotyzmu w nowych polskich warunkach, w których cały czas jest on kategorią polityczną, nie zaś jak powinien być postrzegany – etyczną.
Polska podmiotowa czy fasadowa
Znajdują się oczywiście i tacy, dla których dyskusja na temat kryzysu współczesnej polskiej tożsamości i obecnego apatriotyzmu jest w wolnej Polsce rzeczą bezzasadną, głupim podbijaniem narodowego bębenka i prostacką grą na populistycznych emocjach i to w momencie, kiedy w powszechnym mniemaniu nic nam nie zagraża.
„Patriotyzm nie ma żadnego uzasadnienia moralnego – jest zbędnym reliktem przeszłości, pozostałością po czasach, gdy hordy plemienne wiodły wojny o terytorium, żywność i kobiety.” – pisał dwa lata temu, a więc już w wolnej Polsce, na łamach „ Gazety Wyborczej” Tomasz Żuradzki – filozof i politolog, ewidentnie wikłając wywód na temat patriotyzm w rozgrywkę polityczną ze znienawidzonymi bliźniakami.
Choć legendarny Kisiel zwykł mawiać, że „polemika z głupstwem nobilituje je bez potrzeby”, to jednak zatrzymam się jeszcze na chwilę przy tekście Żuradzkiego, bo doskonale obrazuje on absurd, do którego sprowadza się dziś pojęcie patriotyzmu. I tak prócz przytoczonych powyżej dywagacji moralnych, w tekście znaleźć można dużo bardziej nowatorskie stwierdzenia. A mianowicie, że patriotyzm to egoizm narodowy połączony z fascynacją militariami i przemocą oraz niemal nazistowskie (jak rozumiem) przedkładanie interesów obywateli danego państwa, ponad interes innych, co w konsekwencji prowadzi do rasizmu. Przyznam, że podobnych i tak dalece idących manipulacji dawno nie czytałem, mimo że staram się przeglądać prasę w miarę regularnie. I choć przywykłem już do tendencyjnego łączenia Kaczyńskich i patriotyzmu w kompromitujący nas – Polaków duet, to autor w swym zacietrzewieniu chyba zapomniał wesprzeć swoje sądy na absolutnym minimum logicznego myślenia, bo oczywiście w sporze politycznym, który uprawia, bezstronności i obiektywizmu od niego nie wymagam. Interesuje mnie natomiast, co złego widzi on w rzeczach, które w każdym suwerennym państwie są normą, jak chociażby obchody rocznic państwowych i urządzanie defilad? Dlaczego te ostatnie postrzega jako niezdrową fascynację przemocą i zestawia z nazistowską i sowiecką manifestacją siły? A może tak naprawdę problem tkwi nie w tym, że podobne rocznice i defilady są, tylko w tym, że przewodniczy im nie ta persona? W końcu defilady z udziałem Piłsudskiego już mu nie przeszkadzają. Po wtóre, co złego tkwi w posiadaniu zaplecza militarnego, mimo że w dobie dzisiejszych sojuszów jesteśmy ponoć bezpieczni? Kilkadziesiąt lat temu również byliśmy, ale to było przecież tak dawno. Po trzecie wreszcie, co niestosownego znaleźć można w dbałości o własny interes i dlaczego dla Pana Żuradzkiego musi oznaczać to dominację, uprzedmiotowienie innych i przedkładanie własnego partykularnego interesu, ponad interes innych? To pytania do nas wszystkich. Warto się nad nimi zastanowić. Panu Żuradzkiemu polecam zaś prześledzenie postawy naszego byłego prezydenta podczas „pomarańczowej rewolucji” na Ukrainie oraz reakcję obecnej głowy państwa na rosyjską agresję w Gruzji. Może zmieni zdanie na temat patriotyzmu i zrozumie, że jest on przede wszystkim umiłowaniem wolności, nie zaś tępą supremacją silniejszego nad słabszym, której póki co w dzisiejszej Polsce nie zauważyłem. Mało tego, ośmielam się twierdzić, że nawet jeśli posiadanie silnej armii miałoby implikować naszą potencjalną agresję, to przy staraniach obecnego prezydenta i rządu w tym momencie moglibyśmy zaatakować co najwyżej Honduras, czego gwoli ścisłości również nie pochwalam.
Zadziwiające jak łatwo odrzucamy dziś w Polsce swoje korzenie i wszelkie odruchy patriotyczne, na których przecież budujemy naszą podmiotowość oraz jak bezmyślnie sprowadzamy dyskusję na temat kryzysu narodowej tożsamości do dwóch skrajności, a mianowicie, sporu pomiędzy nowo – europejskim kosmopolityzmem i skrajnie prawicowym wrzaskiem. Nie o fałszywą dumę narodową ma to być jednak spór, lecz o zdolność niezależnego myślenia, podejmowania suwerennych, racjonalnych decyzji. Takich, które mimo ich logiki i mądrości coraz częściej składa się od razu na karb polskiego zacofania, anihilacji i ciasnego konserwatyzmu, niemal bezmyślnie przeciwstawiając im od razu światłe rozwiązania zachodnioeuropejskie, tylko dlatego, że nie są nasze.
Dzisiejszy patriotyzm musi być na nowo zdefiniowany i poszerzony o specyfikę dzisiejszych czasów, w których o naszą narodową tożsamość i rację stanu walczyć będziemy nie powstańczym orężem, lecz wspólnym zaangażowaniem w życie polityczne kraju oraz dbałością o wymierny interes narodowy. Nie oznacza to oczywiście rezygnacji z tego, co daje nam poczucie wspólnej tożsamości, mianowicie romantycznego podkreślenia narodowego indywidualizmu, a więc przywiązania do wspólnej kultury i pamięci o wspólnej historii. Nie tylko tej zapisanej jako narodowa chwała, ale również tej, która powodów do dumy nie przynosi.
Na koniec warto zdać sobie sprawę, że o naszym indywidualizmie świadczyć będzie nasza podmiotowość, nie zaś obecna narodowa fasada, oparta na dwóch największych polskich kompleksach, a mianowicie, przeświadczeniu, że jesteśmy gorszym wydaniem Europejczyków lub odwrotnie, że to właśnie my Polacy jesteśmy narodem jakoś szczególnie namaszczonym.
Michał Opolski
Największa scena Europy
August 26, 2009
Kwadrat o boku nieco powyżej 200 metrów stanowi największą publiczną przestrzeń miasta. Malownicze frontony kilkusetletnich kamieniczek obudowując plac jednocześnie wyznaczają obszar scenicznych działań. Mocny element scenografii stanowi gotycko-renesansowa bryła Sukiennic, które rozsiadły się na środku sceny. Z każdego boku wprost na scenę prowadzą trzy równoległe wejścia (ulice). Wszystko to doskonale organizuje przestrzeń scenicznych akcji. Wyjątkowym zwieńczeniem scenograficznego zamysłu jest XII-wieczny kościółek św.Wojciecha i królujący nad sceną gotycki ratusz. Tak dużej scenie towarzyszy, co oczywiste największa widownia Europy okalająca scenę wianuszkiem stylizowanych stolików z krzesłami, fotelami etc. Dodatkowo w tym europejskim teatrze widzowie zostali obdarzeni wyjątkowym, rzec można królewskim przywilejem, otóż w dowolnym czasie mogą poruszać się po scenie, opuszczać ją nawet w trakcie spektaklu. Tutaj każdy uczestniczy (wielokrotnie bez pełnej świadomości, co stanowi najwyższy atut) w tworzeniu spektaklu teatralnego o wielobarwnym wielokulturowym wymiarze. Na tej scenie, w tej realizacji, w tym teatrze wszystko jest NAJ. Największa w Europie liczba występujących jednocześnie aktorów, najdłuższy, bo 24-godzinny spektakl oraz możliwość jednoczesnego zaistnienia wszystkich gatunków sztuki scenicznej – od komedii, farsy, operetki po dramat czy tragedię. Przedstawienia toczą się w miedzynarodowej obsadzie przy przenikającej się kulturowo gwarze wielojęzycznego tłumu widzów i aktorów. Nieogarnięta pozostaje różnorodność form, stylów kostiumów scenicznych dopełniajacych kolorytem fabułę scenariusza. Jest w tym trudno policzalnym zespole aktorskim cała galeria interesujących postaci dysponujących ogromnym potencjałem twórczym stanowiącym swoiste bogate laboratorium ludzkich emocji. I nawet wówczas kiedy konstrukcja epizodu czy etiudy nie zawsze, nie do końca bywa przejrzysta, to ponad wszystko aktorstwo okraszone jest czystym puchem autentyczności. Bywa w naszym największym europejskim teatrze i tak, iż aktorzy nieskromnie rozpychają się w kreowanych postaciach od dekoracyjnego patosu po bolesny turpizm. Niestety ostatnio prym w owych turpistycznych scenach wiodą nietrzeźwi Anglicy. Cóż! Na obsadę sztuki nie mamy wpływu. W naszym teatrze reżyserem jest samo życie.
Nie sposób w teatrze pominąć inspicjenta czuwającego nad całością przedstawienia. Z wysokości wieży kościoła Mariackiego strażak, niczym „inspicjent Pana Boga” regularnie, co godzine wzywa aktorów do brawurowego finału. A wówczas jak w sztukach Tadeusza Kantora cały Rynek zamiera, wszyscy kierują wzrok na hejnalicę, słuchają. Potem kolejna odsłona i teatr gra dalej.
Jak to jest w każdym szanującym się teatrze i na naszej scenie obecne są postaci pierwszoplanowe, owe perełki, których warsztat aktorski w szczególny sposób wyróżnia się maestrią wykonania. Najlepszych wyróżniamy publikacją zdjęć. Od lat siadamy z boku największej sceny w Europie i przy niedzielnej kawie w gronie krakowskich krytyków spieramy się o ostateczny kształt naszej – krytyków teatralnych – zbiorowej recenzji z owego wiecznego spektaklu. Póki co zgodnie zachwycamy się najbogatszym w formie i treści teatrem życia. Szczerze zachęcamy Czytelników „Nowego Czasu”– wystarczy przyjechać na krakowski Rynek, wpadnijcie chociaż na mały epizod. Staniecie się aktorami na największej scenie Europy, a od inspicjenta teatru otrzymacie imienne (w trzech językach) świadectwo potwierdzające wasz udział w największym przedstawieniu na największej europejskiej scenie.
Tekst: Marek Zabiegaj
Bogdan Zabiegaj
Fot: Sebastian Zabiegaj
Co się robi w synagodze?
August 13, 2009
Nieopodal Liverpool Street Station w Londynie, prawie u stóp wieżowca o kształcie ogórka, znajduje się synagoga o nazwie Bevis Marks. Nie należy ona do głównych atrakcji turystycznych, tak naprawdę większość przewodników po mieście, nawet tych szczegółowych, w ogóle o niej nie wspomina. Przed wejściem do synagogi jest tablica z godzinami zwiedzania. Zwiedzania? Czyżby to był jakiś zabytek? Poszedłem pewnego dnia sprawdzić. Trzeba było zapłacić bodaj dwa funty za wstęp i można było sobie pozwiedzać. Wszedłem i… nie bardzo wiedziałem na co patrzę. A jestem historykiem sztuki, lubię się czasem popisać umiejętnością datowania kościelnych okien po ich kształcie, a ołtarzy po ornamencie. A w synagodze nie wiedziałem na co patrzę. No bo co się robi w synagodze?

Wnętrze Synagogi Bevis Marks
W zasadzie można by to potraktować jako poważny zarzut pod adresem mojej Alma Mater. To trochę tak jak przedłużenie getta ławkowego – żydów w Polsce nie ma i nie ma o czym mówić. A przecież dla historyka sztuki polskie synagogi to temat szalenie ciekawy. Wiem to dopiero od niedawna, bowiem po wizycie w Bevis Marks postanowiłem dowiedzieć się na co patrzę. Do dowiadywania się moja Alma Mater mimo wszystko mnie przygotowała.
A więc co się robi w synagodze? Otóż czyta się tam Słowo Boże, a także przechowuje się je z największym szacunkiem. Czytane w synagodze Słowo Boże to Tora, czyli Pięcioksiąg Mojżesza. Nie może to być jednak byle książeczka do nabożeństwa. Czytana w synagodze Tora musi być napisana na zwojach, najlepiej złotymi literami i oczywiście po hebrajsku. Zwoje są przechowywane w miejscu zwanym arka albo aron ha-kodesz, czyli schowku wbudowanym we wschodnią ścianę budynku. Schowek ten jest zwykle zdobny motywami architektonicznymi, przy czym u szczytu zazwyczaj widnieją dwie tablice z pierwszysmi hebrajskimi słowami Dziesięciu Przykazań. Sama szafka ze zwojami Tory przesłonięta jest zwykle zasłoną zwana parochet.
W szabat podczas ceremonii arka jest otwierana i zwoje Tory, zdobne w bogate sukienki, przenoszone są na pulpit, gdzie są czytane. Pulpit znajduje się na podwyższeniu zwanym bima. W synagogach żydów aszkenazyjskich (tych z Europy Środkowej) bima znajduje się zwykle pośrodku wnętrza, natomiast w synagogach żydów sefardyjskich (czyli wygnanych z Hiszpanii przez Inkwizycję) jest ona pod zachodnią ścianą, naprzeciw arki. W synagogach sefardyjskich ławki ustawione są zwykle wokół ścian i skierowane ku środkowi, natomiast w synagogach aszkenazyjskich wszystkie ławki skierowane są ku ścianie, w której ukryta jest Tora. W ortodoksyjnych synagogach kobiety siedzą osobno, zazwyczaj na balkonie, acz w najstarszych zachowanych synagogach dla kobiet jest osobne pomieszczenie, w Polsce zwane babińcem.
Aby czytanie Tory w synagodze mogło się odbyć, musi być obecnych przynajmniej dziesięciu mężczyzn. Zebrani mężczyźni czytają po kolei fragmenty wyznaczone na ten dzień. Nie muszą to być kapłani, aczkolwiek jeśli w zgromadzeniu jest obecny potomek Aarona, to on jest proszony o przeczytanie pierwszego fragmentu. Każdy mężczyzna może czytać Torę ukończywszy trzynaście lat życia. Bar Micwa, czyli czytanie tory w synagodze po raz pierwszy w życiu, to wielkie święto młodego człowieka, obchodzone trochę tak jak katolicka Pierwsza Komunia.
Synagoga Bevis Marks w Londynie zbudowana została w 1701 roku. Jako ignorant sądziłem, że jest raczej młoda, tymczasem kiedy zacząłem się dowiadywać okazało się, że jest to jedna z najstarszych na świecie synagog będących nadal w użytku. Jest to sefardyjska synagoga o barokowym wystroju, zbudowana po tym, jak opustoszały synagogi Półwyspu Iberyjskiego. W krajach Europy Zachodniej jest jeszcze kilka takich barokowych synagog, niektóre z nich nieco starsze, jak wenecka Scola Spagnola z 1555 roku, Scola Italiana w Padwie z 1548 roku, czy Synagoga Portugalska w Amsterdamie, ukończona w 1675 roku. Zachowało się kilka starszych od nich synagog aszkenazyjskich, ale niewiele z nich jest w użytku. Do niedawna najstarsza była romańska synagoga w Wormacji zbudowana w 1175 roku i używana jeszcze przed ostatnią wojną. Niestety kongregacja wojny nie przeżyła, a w latach czterdziestych budynek rozebrano. Dziś najstarszą synagogą będącą w użytku jest gotycka Staronova Synagoga w Pradze. Krakowska Synagoga Remuh powstała w dobie renesansu i jest mniej więcej współczesna weneckiej Scola Spagnola.
Aszkenazyjskie synagogi, czyli te budowane w Niemczech, Czechach i Polsce, mają wyraźnie inną od sefardyjskich organizację wnętrza. Stojąca pośrodku bima otoczona jest często nie tylko balustradą, ale też ozdobną kutą kratą. I w Wormacji i w Pradze są tylko dwie nawy, a bima stoi pośrodku pomiędzy kolumnami. Synagoga Remuh w Krakowie jest niewielka i przykryta tylko jednym przęsłem sklepienia, ale w większych renesansowych synagogach w Polsce pojawiło się oryginalne rozwiązanie, tzw. wnętrze dziewięcioprzęsłowe. Bima jest w tych wnętrzach odrębnym elementem architektonicznym, przykryta jest własnym sklepieniem wspartym na czterech kolumnach, a wokół niej na planie kwadratu znajduje się pozostałych osiem przęseł. Przykładem takiego stylu jest synagoga w Łańcucie, obecnie muzeum. Podobną organizację wnętrza miały barokowe synagogi drewniane, które licznie zaczęły powstawać we wschodniej Polsce w okresie rozkwitu chasydyzmu (czyli w XVIII wieku). Te chasydzkie barokowe synagogi to były często cacuszka architektury drewnianej. Niestety synagogi jeśli były drewniane, to nie przetrwały lat czterdziestych, a jeśli nie były drewniane i przetrwały, to już się w nich nie czyta Słowa Bożego.
No cóż, najwyraźniej synagogi maja to do siebie, że po jakimś czasie pustoszeją. A przecież na zwojach Tory (w rodziale 28 Księgi Rodzaju, w wierszy 13) jest wyraźnie napisane, że wszystkie narody ziemi błogosławione będą ze względu na Jakuba i jego potomków. Polskie przysłowie również mówi „gość w dom, Bóg w dom”. A co się dzieje, kiedy gość z domu ucieka, a synagogi pustoszeją?
Włodzimierz Fenrych
Układanka szczęśliwych trafów
July 19, 2009
Ten sklep znaleźć jest dość trudno. Nie ma on swojej strony internetowej ani nawet nazwy. Odkryliśmy go przez przypadek, czekając na autobus w deszczowy londyński poranek. Rzucił nam się w oczy ze względu na wesołe kolory krat, którymi jest obudowany. Na drzwiach wisiała pożółkła kartka: „Proszę głośno pukać”. Co to za sklep, do którego trzeba pukać? Znałam dotychczas tylko jeden taki butik, który zajmował się sprzedażą strojów na fetysz-party.
Zapukaliśmy. Drzwi otwarła nam starsza pani z burzą potarganych siwych loków. Jak się później okazało, była to Kristin, twórczyni lalek i właścicielka sklepu. Chwilę potem byliśmy już w niesamowitym świecie, w krainie z marzeń każdego dziecka. Lalki, domki dla lalek oraz elementy ich wyposażenia wypełniały sklep od podłogi aż po sufit.
Zdolność w dłoniach
Kristin urodziła się w 1935 roku pod Londynem w rodzinie artystycznej. Jej ojcem był malarz, rytownik i rysownik Blair Hughes-Stanton, więc robienie lalek ma poniekąd we krwi.
– Jestem leworęczną dyslektyczką – mówi. – Uważa się, że osoby leworęczne mają jakiś dar i ja jestem jedną z nich. Po skończeniu szkoły średniej zastanawiała się co może robić w życiu. Wiedziała, że ma zdolność manualne, ale nie lubi czytać i pisać. W wieku 22 lat podjęła pracę jako ekspedientka w prestiżowym sklepie Heal’s przy Tottenham Court Road w Londynie, w dziale lalek. Pewnego dnia została zaproszona na wesele koleżanki. Wypiła kilka kieliszków szampana po których, jak sama mówi, życie zaczęło wydawać się przyjemniejsze. Była wówczas niesamowita pogoda – słońce, ciemne chmury i tęcza. Wracając do domu wpadła na pomysł robienia lalek. W pracy mogła kupić niedrogo dobre materiały, a w domu miała starą, wiktoriańską maszynę do szycia, na której mogła szyć lalkom ubranka. U Heala sprzedała pierwszą wykonaną przez siebie lakę i to w pół godziny!
– Moje życie to układanka szczęśliwych trafów – śmieje się Kristin. I mimo że tego nie planowała jako zajęcie na całe życie, poświęciła je lalkom. W nocy pracowała nad zabawkami, a w dzień była sprzedawczynią. Z czasem zajęła się także kupowaniem lalek do sklepu, które później szły na sprzedaż. Zespół, jaki stworzyła wspólnie z managerem departamentu spowodował, że w ciągu dwóch lat stali się najbardziej znanym sklepem z zabawkami w całej Anglii. Wszystko ułożyło się tak szczęśliwie, że zajmuje się swoim własnym sklepem z lalkami już od trzydziestu pięciu lat. Jak sama mówi, stawia sobie za cel, by jej sklep reprezentował charakterystyczny dla tego kraju skarb – malutką sferę, jaką są lalki, domki dla lalek i miniaturki. – Zabawki są częścią angielskiej tradycji, która powoli umiera, ponieważ coraz więcej dzieci przerzuca się na inne sposoby spędzania wolnego czasu, takie jak gry na komputerze czy oglądanie telewizji – narzeka Kristin.
Beza w skali 1:12
– W pewnym sensie życie jest magiczne. Płynie dzień za dniem i jest nudno, ale przychodzi moment, kiedy spotykasz osobę, która odmienia twoje myślenie, a czasami nawet życie. Kocham swój sklep za to, że przychodzą do niego takie właśnie niesamowite osoby. Jest on nieco ukryty, bo nie chcę mieć tu niepożądanych gości – mówi.
Z tego właśnie powodu trzeba głośno zapukać, aby zostać wpuszczonym. Istnieje powiedzenie, że jeśli masz coś wyjątkowego, to ludzie sami do ciebie przyjdą. Kristin przez lata tworzyła ten wyjątkowy sklep i nie musi go teraz nigdzie reklamować. Nie musi daleko wyjeżdżać, bo to miejsce przyciąga do niej świat. Ma grupę zaprzyjaźnionych Szwedów, którzy przylatują porannym samolotem, spędzają u niej cały dzień i odlatują wieczorem. To dla niej wielki komplement. Ten sklep uwielbiają osoby w każdym wieku. Dorośli, częściowo dlatego, że przypomina im dzieciństwo. Kristin nagromadziła tam tysiące cennych skarbów i ludzie po prostu chcą je oglądać. Kupują je z różnych przyczyn. Dlaczego kupujemy sobie rzeczy? Jedni wydają 5000 funtów na buty, które założą tylko raz w życiu, a inni ostatnie grosze na miniaturki. Kupują je z miłości do pięknych rzeczy i jubilerskiej roboty. Jeszcze inni mają domki dla lalek, które wyposażają przez całe życie. Czasem z tak prozaicznych powodów jak taki, że uwielbiają bezy i chcą mieć bezę w skali 1:12.
Królowa second handów
Ona sama wydaje ostatnie pieniądze na miniaturki. – Gdybym miała dwa funty, kupiłabym cebulę, a resztę przeznaczyła na moją pasję – przyznaje. – Ludzie mają różne priorytety. Wiem, że jedzenie jest ważne, ale do przyrządzenia wyśmienitego posiłku potrzebne mi jest tylko kilka prostych składników. To, co mogę zrobić z kilograma ziemniaków, cebuli, kilku puszek pomidorów, czosnku, odrobiny mięsa i jaj ze wsi starczyłoby, aby nakarmić wszystkich moich sąsiadów. Ludzie wydają 40 tysięcy funtów na wyposażenie kuchni, ale nigdy z niej nie korzystają, bo stołują się poza domem. Moja idea kuchni jest inna, opiera się na wspólnym gotowaniu z rodziną i przyjaciółmi.
Kristin prowadzi bardzo prosty tryb życia. Nauczyła ją tego matka, której dom był zawsze otwarty na gości. Nigdy nie wiedzieli, ile osób będą mieli na kolacji. – Potrafiła z garści ryżu i warzyw ugotować treściwe danie. Wysyłała nas do ogrodu, abyśmy nazbierali brokułów i marchewek, które potem siekała i wrzucała do jednego garnka z garścią orzechów oraz rodzynek i tak wyglądało nasze życie – wspomina.
Nie przelewało im się, bo ojcu ciężko było sprzedać swoje prace, ale byli szczęśliwi. Dzięki temu nauczyła się, jak sobie radzić w trudnych sytuacjach i jak zrobić coś z niczego. – Chodzę ulicami i myślę sobie: co za piękne krzesło ktoś wyrzucił. Więc biorę to krzesło, aby siedzieć w nim i słuchać jazzu w naszym rodzinnym domu na wsi, który jakimś cudem przetrwał od XV wieku.
Jej stół kuchenny kosztował ją 75 pensów i służy przez całe życie. Sama nigdy nie kupiła nic nowego, oprócz kuchenki gazowej, na którą namówił ją mąż. Większość sklepów kupuje towar, aby go potem sprzedać, ale nie Kristin. – Gdybym miała jutro zamknąć sklep, byłabym szczęśliwa zatrzymując te wszystkie klejnoty dla siebie. Niektóre rzeczy są tu już od dziesięciu lat i wygląda na to, że nigdy się nie sprzedadzą. Uwielbiam patrzeć jak ludzie się cieszą eksplorując mój sklep. To jest bezcenne.
Roma Piotrowska
Zdjęcia Michał Andrysiak
Iwona i książę
June 30, 2009
Londyn, zatłoczona kawiarnia niedaleko centrum, harmider, grupka matek z dziećmi, a wśród nich krząta się Iwona. Jest przyzwyczajona do pracy z dziećmi, w Polsce przez lata zajmowała się edukacją artystyczną. W Londynie pracuje w kawiarni, w której mile widziane są całe rodziny. Na dole znajduje się świetlica, a w niej pani „przedszkolanka” rozwija plastycznie swoich podopiecznych. Iwona w Gdańsku jest znaną i cenioną artystką. W Anglii nikogo to nie interesuje – ani jej współpracowników, ani współmieszkańców ze squatu. Tutaj w pewnym sensie przestaje być artystką, w zamian po prostu żyje – relaksuje się, zarabia pieniądze, chodzi na spacery, prowadzi życie rodzinne, koordynuje swoje artystyczne projekty. Szykowała się jej kariera w Polsce, ale coś zmusiło ją, by to wszystko rzucić i bez znajomości języka, bez pieniędzy przyjechać do Londynu.
Zacznijmy od początku.
Osiąganie harmonii

Zdjęcia: Michał Andrysiak
Jeszcze w czasie studiów w gdańskiej Akademii Sztuk Pięknych wzięła dziekankę i wyjechała na rok do Niemiec. – Jedną z ważniejszych rzeczy dla młodego artysty jest to, żeby wyjechał, zobaczył różne wystawy, najróżniejsze sposoby pokazywania sztuki, żeby mógł odnaleźć swoją drogę – mówi. – Miałam tam najgorszą sytuację w swoim życiu, jeśli chodzi o pozycję i warunki – wspomina – ale bardzo wtedy odpoczywałam psychicznie.
Pracowała w Hamburgu jako pomoc domowa i tam właśnie nielegalnie korzystała, w weekendowe noce, z pracowni w Akademii Sztuk Pięknych. – Wchodziłam tam sobie przez okno i malowałam. Dzięki temu wyjazdowi odkryłam co mnie interesuje w życiu i sztuce. Nie umiem opisać jakie to jest wspaniałe uczucie, gdy przestają ci wiercić w głowie. Wszystkie lęki odeszły. Już nie musiałam udowadniać, że jako kobieta, by coś osiągnąć w sztuce musze pracować dwa razy więcej od facetów. Nie chciałam się z nikim ścigać.
Iwona jest typem chłopczycy, nie maluje się, ma krótkie paznokcie, żyje na „kocią łapę”, nie ma i nie chce mieć dzieci. Nie musi zakładać rodziny, aby spełnić się w roli kobiety. Przez jakiś czas nie farbowała swoich siwych już włosów, w końcu ogoliła głowę aby zobaczyć siebie bez zakłóceń, idealnie czystą. Osiągnęła harmonię.
Pani świetlicowa
Wróciła do Polski, zrobiła dyplom z malarstwa. Jej praca z młodzieżą zaczęła się po studiach, gdy dostała etat jako nauczycielka plastyki w Domu Kultury. Wprawdzie po trzech miesiącach etat rzuciła, ale zaczęła pracę jako niezależny instruktor. Prowadziła zajęcia plastyczne dla dzieci i młodzieży w IKA „Winda”, a pozytywna energia płynąca od dzieci skłoniła ją, by prowadzić świetlicę środowiskową.
– Nienawidzę nudy, dlatego ciągle się dokształcałam w zakresie różnych technik. Kupowałam książki, chodziłam po antykwariatach, wyszukiwałam w różnych miejscach informacji o tym co można zrobić z dzieciakami – opowiada. – Sama przy nich tworzyłam, robiłam błędy, żeby nie było że ja jestem pani lepsza czy coś. Sztuka to proces i tego także sama się wówczas nauczyłam. Po pięciu latach zamknęłam ten rozdział, żeby nie popaść w rutynę. To jest moja pasja. Nie chciałam zacząć myśleć w kategoriach: nie mam za co jeść, więc zrobię sobie jakiś warsztacik.
Z płócien na mury
W pewnym momencie z płócien przerzuciła się na mury, aby nie robić sztuki „do szuflady”. Stara się unikać wernisaży, bo te z reguły polegają na wzajemnym „poklepywaniu się po plecach”. Wychodzi zatem z tymi swoimi wielkimi realizacjami do ludzi i na dodatek angażuje do tego zastęp dziewczyn, tzw. „Młodą Załogę”. Nie zapomnę dnia, gdy ją poznałam cztery lata temu, gdy z „dziewczynkami”, jak je sama nazywa, przygotowywała mural na ścianie Instytutu Sztuki Wyspa w Gdańsku. Zazdrościłam im wówczas tej wspólnoty, że tworzą coś razem, są takie zgrane i pełne energii. Mając pracownię w Kolonii Artystów w Stoczni Gdańskiej Iwona zaangażowała się bardzo w historię tego miejsca.
Na murze, który odgradza stocznię od miasta, zrealizowała wielkoformatowy mural dokumentujący wypowiedzi stoczniowców na temat ich miejsca pracy w obliczu transformacji ustrojowej. Ci stoczniowcy pamiętają czasy „Solidarności” i walki o „lepszą przyszłość”. Nowy ustrój polityczny przyniósł nowe problemy, niekiedy rozczarowanie i frustrację. Głosy stoczniowców nie wyrażają entuzjazmu zmianami, jakie zaszły, a raczej zawiedzione nadzieje. Jeden z nich mówił: „Teraz przykro na stocznię patrzeć. Kiedy podczas likwidacji stoczni palili maszyny, żeby je potem sprzedać na złom, pękało mi serce. Na barkach stoczniowców wielu ludzi doszło do władzy. Inni pozakładali własne firmy. A my nie możemy doczekać się wypłat”.
Iwona zdołała jakoś wkupić się w łaski tych ludzi, zaprzyjaźnić, wysłuchać i zrobić o nich bardzo emocjonalny projekt. – Przy pracy o stoczniowcach dotknęłam czystych uczuć. Dlatego kocham sztukę, bo dzięki niej doświadcza się prawdziwego świata – mówi. – Robiłam ten projekt przez pięć miesięcy. Miałam wówczas tyle energii, jakbym była na jakichś dragach. Mur powstał w większości za moje własne pieniądze i najtańszym sposobem. Wydaje się, że taki projekt nic nie kosztuje, ale w rzeczywistości pochłania ogromne pieniądze. Równolegle realizowałam także inne projekty, na które musiałam przecież załatwiać fundusze. Trzeba było również z czegoś żyć, więc nie raz byłam zmuszona trzepnąć jakąś fuchę. Czasami młodzież przynosiła mi jedzenie albo pożyczała pieniądze.
Skończyła mur jak spadł śnieg, po czym wyjechała.
Bez prądu i ciepłej wody
Grudzień. Rafał odebrał ją z Victorii. Pojechali na squat, na którym nie było ani prądu, ani ciepłej wody. Zaczęło się nowe życie, bez internetu, bez komputera. – Wchodzisz w system zimowy, robi się czwarta po południu, a ty idziesz spać – wspomina. Wcześniej mieszkała na squatach w czasie wakacji, w Berlinie i Kopenhadze, ale to był zupełnie inny rodzaj przeżycia, bardziej beztroski, bo przyjeżdżało się „na gotowe”. W Londynie musieli stworzyć dom od początku. Podłączyli prąd, reperowali, malowali. – Na szczęście mam dość duże umiejętności przystosowawcze. Podstawowe rzeczy, które były nam potrzebne to świeczki, miska i materac.
Wybrała mieszkanie na squacie, bo podąża za Rafałem, który jest anarchistą i uważa squatting za sposób na życie. – Ja także popieram ideę, że skoro stoją puste domy to powinny one należeć się ludziom. Mieszkania są dla ludzi, a nie żeby się bogacić. Jeżeli ktoś nie ma domu, to powinien go dostać, bo dom to jest podstawowa rzecz, która powinna być zapewniona człowiekowi.
Marzą z Rafałem, aby kiedyś wybudować własny dom – z gliny i słomy. – Dom jest magicznym miejscem dla ludzi. Na wsi było tak, że jeden chłop nazbierał materiałów, a wieś się zbierała i budowała chałupę. Cała społeczność się angażowała, nie tak jak jest obecnie, że musisz mieć zezwolenia, cuda-wianki i kredyty. Ludzie się zarzynają, aby mieć dom, który później okazuje się pętlą na szyi, bo musisz go spłacać do końca życia. A dom to jest coś takiego co powinno dawać ci poczucie bezpieczeństwa – mówi.
Iwona i książę
Pierwszy raz przyjechała do Londynu w wieku 20 lat. – Byłam gówniarą, która jeździła stopem, sępiła fajki, i niczym się nie przejmowała. Trzynaście lat później okazało się że wcale nie jest tak fajnie. Miałam stany lękowe, nie mogłam się odnaleźć.
Jej pierwsza praca polegała na sprzedaży na ulicy gazety Big Issue. Później trafiła do kawiarni Sky Light Cafe, która przystosowuje do życia osoby pijące, narkomanów i bezdomnych. Pracowali tam z Rafałem za darmo, ale w zamian mieli jedzenie i prysznic. Dzięki temu doświadczeniu powstała praca „Iwona i książę”.
Nie może żyć bez sztuki, dlatego przystosowała ją do swojego nowego stylu życia. – Na samym początku okazało się, że ma do nas przyjechać książę Karol – wspomina – no i rzeczywiście, ulica zamknięta, książę Karol jedzie. Zrobiono nam zdjęcie, na podstawie którego powstał cykl obrazów. To jest opowieść o tym jak dziewczyna spotyka księcia, który odmienia jej życie. Byłam uczona od małego, że gdy spotkam księcia to będzie już cudownie. No i rzeczywiście, spotkałam księcia i dzięki temu zdobyłam prawdziwą pracę. Z kawiarni dla bezdomnych trafiam do wspaniałej kawiarni Progresso– śmieje się Iwona. Istnieje jeszcze drugie dno tej pracy. Obrazki z napisami kawiarni, w których pracowała umieściła na swoim autoportrecie, na którym stoi ogromna na stoczni, gdzie jest prawdziwą księżniczką. Jej projekt „Cudzoziemka” mówi o byciu obcą w innym kraju, ale także w rodzinie. Cudzoziemka traktuje o bliznach. O tym, że to, kim jesteś, jest naznaczone tym, gdzie się urodziłaś, jak byłaś wychowana.
Jakoś udało jej się przetrwać najgorsze i teraz chciałaby tu zostać na dłużej. – Strasznie się cieszę, że tu przyjechałam. Uwielbiam chodzić po Londynie. Wystarczy, że pójdziesz w inną uliczkę i już jesteś w innym świecie. Nigdy się tu nie nudzę, zawsze mam za mało czasu, żeby wszystko zobaczyć. Oboje kochają Polskę, ale w Wielkiej Brytanii żyje się o wiele łatwiej. Pracując w kawiarni na pół etatu, jest jeszcze w stanie coś zaoszczędzić. W Polsce pracowała od rana do wieczora, jeżdżąc z jednego miejsca na drugie i ciągle była w długach.
Roma Piotrowska
Przelećmy się na prowincję
June 17, 2009
Muzyczka, znajomi, grill w ogródku, browarek albo coś mocniejszego… Tak właśnie wielu Polaków spędziło długi weekend, będący zwieńczeniem maja. Po staropolsku – domowo, w rodzinnej atmosferze. Jednak nie wszyscy…
Wiele osób postanowiło wyrwać się nieco poza schemat ograniczony czterema ścianami i ogródkiem. Pogoda była piękna, zaś atrakcji całkiem sporo. Tutaj rozłożyło się wesołe miasteczko. Tam jakieś muzeum zaproponowało zwiedzanie z przewodnikiem bez dodatkowej opłaty. Ówdzie znana sieć supermarketów ogłosiła wyprzedaż za bezcen. Albo też odbył się carboot sale, na którym miłośnicy staroci mogli poczuć się jak na wyspie skarbów. Ja końcówkę maja spędziłem w Southend, przy samym ujściu Tamizy.
Co roku, w ostatni weekend maja, odbywa się tam wielki pokaz lotniczy, połączony z festynem dla dziesiątek tysięcy ludzi – zarówno miejscowych, jak i tych, którzy przybywają tłumnie do największego miasta Essex z różnych zakątków kraju. Mimo że w Southend bywam od sześciu lat, a przez ostatnie ponad półtora roku mieszkałem tam na stałe, nigdy nie widziałem tak wielkiego tłumu, jak w ubiegły weekend.
Pokazy lotnicze stały się – jak co roku – znakomitym pretekstem dla wszelkich typów królewskich wojsk do zaprezentowania swego potencjału i zainteresowania sobą przyszłych rekrutów. Można było się sfotografować przy transporterze opancerzonym, czołgu lub dziale samobieżnym, a nawet wsiąść do jego wnętrza i poczuć się przez chwilę niczym Janek z „Czterech Pancernych”. Dla tych, którzy preferują bujanie w obłokach, również znalazła się mała atrakcja. „Firmowe” stoisko Red Arrows – reprezentacyjnej grupy RAF – zdobił pomalowany na czerwono Hawk. Tych właśnie odrzutowców używa najpopularniejszy zespół brytyjskich sił powietrznych. Zresztą – już za kilka godzin miałem okazję obejrzeć Hawki w powietrzu. Ich pokaz stanowił ukoronowanie tegorocznego airshow i skradł serca tysięcy widzów. Również i moje.
Jednak zanim Red Arrows opanowali niebo, kilka innych maszyn czarowało oczy zebranego tłumu. Pierwszym z nich był amerykański Mustang – latająca legenda II wojny światowej. Samolot słynął kiedyś z niesamowitej prędkości i tym razem również pokazał, co potrafi. Jego przelot nad Tamizą zrobił na mnie wielkie wrażenie. Ale niebawem atmosfera pokazów miała zostać jeszcze bardziej podgrzana.
Znad klifów Southend, w ryku silników wyłoniły się trzy samoloty. Były to najbardziej znane brytyjskie konstrukcje lotnicze, których sylwetki rozpoznać potrafią nawet te osoby, które niewiele interesują się lotnictwem. Brytyjczycy mają szansę oglądać je podczas wielu imprez organizowanych co roku w różnych miejscach. Jednak dla mnie była to pierwsza okazja, by zobaczyć w locie zarówno Spitfire’a, jak i Hurricane’a. Towarzyszyły one czterosilnikowemu Lancasterowi. Ich występ był niczym spojrzenie w okno czasu. Poczułem się, jakby świat został cofnięty o dobrych sześćdziesiąt lat. Nie zabrakło tam rónież i polskiego akcentu. Na dziobie Spitfire’a wymalowana była mała, biało-czerwona szachownica – znak, że samolot ten należał do którejś z polskich eskadr biorących udział w Bitwie o Anglię. Samoloty wspólnie przeleciały ponad plażą, a następnie każdy z nich zaprezentował się z osobna. Na koniec znów uformowały zwarty szyk, w którym odleciały na lotnisko w Southend, ustępując miejsca dużo bardziej nowoczesnym konstrukcjom.
Lynxy, należące do Black Cats – zespołu akrobacyjnego Royal Navy, widziałem w ubiegłym roku, ale mimo to byłem pod wrażeniem. W rękach doświadczonych pilotów śmigłowce zdawały się tańczyć ponad Tamizą. Niczym ważki, śmigały we wszystkich kierunkach, by po chwili zatrzymać się i majestetycznie przedefilować nad prome-
nadą. Nie były jedynymi śmigłowcami, jakie tego dnia wzięły udział w airshow. Jaskrawo pomalowany, żółty Sea King zademonstrował akcję ratownictwa wodnego, przy współudziale łodzi, stacjonujących na co dzień w stacji Life Boats, znajdującej się na molo w Southend. Gdy tylko zakończono ratowanie niedoszłych topielców, a łodzie odpłynęły, rozpoczęła się najważniejsza część tegorocznych pokazów lotniczych.
Czerwone maszyny Red Arrows pojawiły się właściwie znikąd. Nadleciały cicho znad miasta, by zawłądnąć niebem na dobre pół godziny. Kolorowy dym, jaki ciągnęły za sobą, symbolizował barwy brytyjskiej flagi. Samoloty dały pokaz akrobcji na najwyższym poziomie, zaś ich poczynania – podobnie jak i wszystkie inne wydarzenia tegorocznego airshow – głośno komentowane były przez prezentera radia BBC Essex z kołochoźników wiszących na wszystkich lampach promenady. Hawki latały w zwartym szyku, zaledwie kilka metrów od siebie. Ileż lat ciężkiej pracy trzeba poświęcić, by być zdolnym do takiej precyzji… Eskadra pokazała kilkanaście grupowych akrobacji, na zmianę z prezentacją talentów pilotażowych poszczególnych lotników.
Nie można bowiem nie wspomnieć o grupie Giunot, latającej na staroświecko wyglądających dwupłatowcach. Zespół odróżnia się od innych latających cyrków tym, że to nie samoloty znajdują się w centrum uwagi widzów, wykonując skomplikowane ewolucje. Na górnym płacie każdej maszyny wożona jest ubrana w jaskrawy strój pani. To właśnie one, fikając nóżkami na swych krzesełkach, wprawiają w zachwyt tysiące widzów wszędzie, gdzie się pojawią.
Niecodzienny talent pokazali również panowie z grupy Red Bulla. Znani są oni z umiejętności latania bardzo nisko, przy dużej prędkości. Zazwyczaj można ich oglądać podczas rajdów Red Bulla, organizowanych w różnych miejscach na świecie. W Southend również nie zawiedli pokładanych w nich oczekiwań. Wykręcali na niebie ciasne kręgi, zaś swój występ zakończyli rysując na niebie białym dymem wielkie serce. Podobne serce, przebite strzałą, wyrysowali piloci z Red Arrows. Jednak to w wykonaniu Red Bulla wyglądało o niebo lepiej.
Imprezę zakończyło pojawienie się w powietrzu najmłodszego dziecka europejskiego przemysłu lotniczego. Projekt budowy Eurofightera pochłonął setki milionów euro, wydanych z publicznych pieniędzy i wymagał ogromnego wysiłku organizacyjnego, jednocząc przemysł lotniczy kilku państw europejskich. Kilkakrotnie niewiele brakowało, by w ogóle został posłany do kosza, gdy budowa myśliwca pochłaniała kolejne lata i wymagała jeszcze większych pieniędzy, zaś poszczególni partnerzy wycofywali się ze współpracy. Gdy jednak, mimo wszelkich kłopotów, samolot w końcu ujrzał światło dzienne, okazało się, że projekt wart był wysiłków, jakie weń włożono. Pod niebem Essex pojawiła się niezwykle głośna i ultraszybka maszyna, którą – przy włączonym dopalaczu – z pewnością słychać było nawet na opłotkach Londynu, leżącego dobrych kilkadziesiąt kilometrów dalej. Patrząc na ewolucje Eurofightera czułem się, jakbym oglądał mecz tenisa. Spojrzenie w prawo, odbicie, spojrzenie w lewo, odbicie… Przypomniały mi się popisy polskich pilotów, latających na Migach 29. Gdy widziałem ich kilka lat temu, byłem równie poruszony ich możliwościami i groźnym majestatem, z jakim maszyny przemieszczały się po niebie. Ciekawe, jak wyglądać by mogła konfrontacja obu konstrukcji…
Gdy myśliwiec odleciał w stronę przysłoniętego mgiełką hrabstwa Kent, stało się jasne, że to już koniec pokazów. Wraz z grupą znajomych, przybyłych z Londynu, ruszyłem do domu. Czas było rozpalać grilla. Bo airshow to jedno, jednak polskiej tradycji musiało stać się zadość. Za rok znów pewnie zaproszę was na grilla. I do uczestnictwa we wspaniałej imprezie, której przegapić nie powinniście.
Alex Sławiński





Komentarze