Przybrane matki robotników

February 16, 2010

Męskie to były czasy, gdy na przełomie wieku XIX i XX walczono w Ameryce o chleb i godność. Działacze robotniczych związków zawodowych byli represjonowani, bici, a nawet zabijani przez Pinkertons (Pinkerton National Detective Agency), czyli ludzi wynajętych przez związki zawodowe kapitalistów. Najwspanialszą postacią tego okresu była Mother Jones (Mary Harris Jones). Pozbawiona nienawiści odwaga kobiet tworzy sytuacje, w których mężczyznom nie wypada się bać.

Mary Harris urodziła się w 1837 roku. W 1862 wyszła za mąż za działacza związkowego George’a Jonesa. Podczas epidemii żółtej febry, w 1867 roku, umiera jej mąż i czwórka dzieci. Mary Jones przeniosi się wtedy z Memphis do Chicago i otwiera zakład krawiecki. Podczas wielkiego pożaru w Chicago, w 1871 roku, Mary traci wszystko, co posiada. Postanawia wtedy resztę życia poświęcić na pomaganie innym. Działa w organizacji Knights of Labour (Rycerze Pracy), która przekształca się przy jej dużym udziale w związek zawodowy Industrial Workers of the World (Światowy Związek Pracowników Przemysłu).

Następnym przełomowym momentem w życiu Mother Jones była zorganizowana w 1902 roku dziecięca krucjata. Mama Jones (właśnie wtedy zaczęto ją nazywać Mother Jones)  poprowadziła, z Kensington w stanie Pensylwania do domu prezydenta Teodora Roosvelta  w Oyster Bay w stanie Nowy Jork, procesję kilkuset dzieci. Prezydent Roosevelt nie przyjął przyniesionej przez Mother Jones i „jej” dzieci petycji, ale było to bez znaczenia. Opinia publiczna nie chciała już dłużej ignorować zmuszania dzieci do pracy – w nieludzkich często warunkach.

Ogromna była również rola Mother Jones w czasie górniczych strajków w Zachodniej Wirgini i Kolorado. Nazywano ją wtedy aniołem górników. Aby rozumieć to, co się wtedy działo, trzeba pamiętać, że strajki przekształcały się często w regularne bitwy, podczas których strzelano w obie strony. Specyfikę tamtych czasów dobrze obrazują wspomnienia Mother Jones ze strajku w kopalni Dietz. Na miejsce spotkania ze strajkującymi prowadził ją młody górnik. „Czy masz przy sobie pistolet? – zapytał. – Nie pozwolę na to, aby cię zabito. – Synku, w tym kraju noszenie ukrytej broni jest sprzeczne z prawem, zostaw pistolet”.

Po drodze zatrzymała ich grupa Pinkertons. Towarzyszący jej górnik nie był już jednak potencjalnym skrytobójcą, którego można bezkarnie zastrzelić, tylko człowiekiem, który odważnie demonstrował swoje niezbywalne prawo do nietykalności osobistej. To budziło respekt. Nie licząc obelg i grzywny za wejście na prywatny teren (całe miasteczko należało do właściciela kopalni), wszystko skończyło się wtedy dobrze.

Ale nie zawsze było tak łatwo. W krytycznym momencie strajku w Holly Grove na uwagę starego górnika, że chyba wszystko stracone, Mother Jones odpowiedziała: „Nic nie jest stracone, póki nie jest stracony nasz duch”, i choć była przeciwniczką przemocy, to zdarzały się i takie przypadki: „Podróżowałam wzdłuż rzeki, organizując zebrania, podnosząc ducha zmęczonych  górników. Zebrałam trzy tysiące uzbrojonych górników i utrzymując nasze zamiary w tajemnicy, przeszliśmy przez góry do Charleston, gdzie odczytaliśmy deklarację wojny gubernatorowi Glasscocksowi, który – wystraszony jak zając – spotkał się z nami na schodach przed siedzibą władz stanu. Daliśmy mu dwadzieścia cztery godziny na to, aby usunął bojówki, obiecując, że zacznie się piekło, o ile tego nie zrobi. Zrobił. Wysłał gwardię stanową, która jest odpowiedzialna przed społeczeństwem, a nie tylko przez właścicielami”.

Strajk ten zakończył się zwycięstwem, ale Mother Jones została oskarżona o zamiar popełnienia morderstwa. Skazano ją na dwadzieścia lat. Wywołało to tak dużą falę protestów w całej Ameryce, że szybko została zwolniona. Mother Jones tak opowiadała o pobycie w wiezieniu: „Zapytałam spotkanego tam człowieka, za co siedzi.  Powiedział, że za kradzież butów. Odpowiedziałam mu, że gdyby ukradł linię kolejową, to zostałby senatorem”.

Najlepszym podsumowaniem życiowej filozofii Mother Jones jest chyba jednak opowieść o tym, jak w Kolorado postawiono ją przed sądem i rozkazano, aby do sędziego zwracała się słowami Your Honor. Odpowiedziała: „Nie wiem, czy on ma honor”.

Mother Jones zmarła 30 listopada 1930 roku. Jej prochy spoczęły na cmentarzu Mount Olive w Virden, w stanie Illinois. Leży wśród „jej chłopców” – górników poległych podczas strajku w 1898 roku.
Jeśli będziesz tam kiedyś, to przypomnij sobie jej nieśmiertelne słowa: „Módl się za umarłych i  jak diabeł  walcz o żywych”.

Męskie to były czasy, gdy w PRL-u walczono o chleb i godność. Działacze opozycji byli represjonowani, bici, a nawet zabijani przez SB-ków. Najwspanialszą postacią tego okresu była Anna Walentynowicz. Pozbawiona nienawiści odwaga kobiet tworzy sytuacje, w których mężczyznom nie wypada się bać.

Anna Walentynowicz urodziła się 1929 w roku.  Osierocona w czasie wojny, aby jeść i mieć dach nad głową, musi pracować u obcych ludzi. Dorosłe życie pani Ani splata się z losem stoczni. W grudniu 1970 roku szła w pochodzie pod komitet PZPR. Tak wspomina tamte dni, gdy gotowała zupę dla 17 tys. „jej chłopców”: „Czuję, że dzieje się coś wielkiego, że i ja mam w tym swój udział, a więc staram się być tam, gdzie najbardziej mogę się przydać. Obrać ziemniaki, ugotować zupę, roznieść ją na wydziały. To umiałam”.

Gdy zmarł na nowotwór jej mąż, a dorosły syn usamodzielnił się, Anna Walentynowicz zostaje sama. Postanawia wtedy resztę życia poświecić pomaganiu innym. Zaczyna działać w Wolnych Związkach Zawodowych. Narastające szykany ze strony dyrekcji Stoczni Gdańskiej i SB nie są w stanie zmusić jej do zejścia z raz wybranej drogi. Pani Ania staje się dla stoczniowców wzorem człowieka, który nie umie kłamać i odwracać oczu, gdy innym dzieje się krzywda.

Władze zdają sobie  sprawę z tego, że rośnie jej autorytet i chcąc zastraszyć stoczniowców, zwalniają ją – 7 sierpnia 1980 roku – z pracy dyscyplinarnie. Skutek jest odwrotny od zamierzonego. W stoczni wrze i 14 sierpnia wybucha strajk. Jednym z postulatów jest przywrócenie do pracy Anny Walentynowicz. Przewodniczącym komitetu strajkowego zostaje Lech Wałęsa. Na wieść o strajku w stoczni zaczyna strajkować w Trójmieście wiele innych przedsiębiorstw. Bardzo szybko – już 16 sierpnia – władze ustępują i akceptują postulaty stoczniowców.

Lech Wałęsa ogłasza zakończenie strajku. Decyzja ta wywołała sprzeciw obecnych w stoczni  przedstawicieli innych strajkujących zakładów. Decydujące jest ostre, apelujące o solidarność, przemówienie przedstawicielki  tramwajarzy Henryki Krzywonos. Komitet strajkowy zmienia decyzję i ogłasza kontynuację strajku. Stoczniowcy o tym jednak nie wiedzą i opuszczają zakład. Strajk uratowała szybka reakcja czterech kobiet: Anny Walentynowicz, Henryki Krzywonos, Aliny Pińkowskiej i Ewy Osowskiej. Pojechały one na bramę numer 3 i zatrzymały kilkuset stoczniowców. Powstał Międzyzakładowy Komitet Strajkowy i, jak ładnie napisał Bartosz Gondek, „mężczyźni wiecowali, kobiety prowadziły modlitwy. Mężczyźni pisali manifesty, kobiety poprawiały w nich błędy. Gdy oni się załamywali, one podtrzymywały ich na duchu”.

Tak powstała „Solidarność”. Dalej było, niestety, tak jak było, gdyż Wałęsa jest taki, jaki jest. Anna Walentynowicz została usunięta z MKZ. Było to jednak bez znaczenia. Historia nie ocenia ludzi w oparciu o to, jaką formalną funkcję pełnili. Anna Walentynowicz była, jest i zawsze będzie matką „Solidarności”.

Pamiętajmy o Annie Walentynowicz, tak jak Amerykanie pamiętają o Mother Jones. Pamiętajmy też o tym, że refren hymnu amerykańskich związków zawodowych – napisany przez Ralpha Chaplina po strajkach, w latach 1912-1915, w kopalniach Zachodniej Wirginii – to słowa: Solidarity forever, For the union makes us strong.

Jerzy Jacek Pilchowski
korespondencja z USA

EXODUS

February 4, 2010

W-14428

Syberia, odwieczne miejsce cierpień i katorgi, była kwintesencją carskiej polityki kolonizacyjnej. W polskiej historiografii jest ona znikoma, lecz znamienna. Na początku dokumentowano przekazy rękopiśmienne i wydawano podręczniki Carskiego Towarzystwa Geograficznego, których kopie można oglądać do dziś w Bibliotece Instytutu Polarnego w Cambridge. Natomiast pisanie pamiętników rozpoczęli zesłańcy konfederacji barskiej i żołnierze Tadeusza Kościuszki.

Najbardziej znane i wiernie oddane są pamiętniki Maurycego Beniowskiego, powstałe z końcem XVIII wieku, które posłużyły Wielkiej Emigracji, zwłaszcza Adamowi Mickiewiczowi, do nagłośnienia we Francji i uświadamiania Zachodu, że banicje obywateli Rzeczpospolitej rozciągają się głęboko na Wschód azjatyckiej Rosji. Nic dziwnego, że Syberia nazywana jest przez niektórych uczonych przybraną ojczyzną Polaków. Mieliśmy wielu odkrywców, badaczy Syberii – Wacława Sieroszewskiego, Edwarda Piekarskiego oraz mało znanej młodej Polki, wykładowczyni etnografii na Uniwersytecie w Oksford, okres 1914, Marii Antoniny Czaplickiej, badaczki kultury plemion Tunguzów, która wydała książkę One year in Siberia (pochowana została na oksfordzkim cmentarzu w 1920 roku).

W mych osobistych poszukiwaniach dotyczących tego tematu badałam archiwa Biblioteki Polskiej w Paryżu, a konkretnie czasopismo „Głos Wolny”, powstałe w Londynie w 1863 roku, które z powodu uszczuplenia emigrantów nie przeżyło kryzysu i po pewnym czasie przeniosło się do Paryża. Pierwszym redaktorem pisma był Antoni Żabicki, „Głos” drukowano przy Thanet Street, visa vis obecnej British Library, która o dziwo nie posiadała tego czasopisma, mimo że skwapliwie kolekcjonowała Polonica. Obecnie posiada kopie paryskie, jednak oryginał ma coś ujmującego w sobie i z wielkim natchnieniem czytałam stare, pożółkłe, nadszarpane strony „Głosu”. Wzrok mój padł na dział Wiadomości z Polski, pod tytułem „Zmarli na Syberii”, 10 stycznia 1867.

„W Dzienniku Poznańskim znajdujemy list z Syberii pisany 13 czerwca 1867 roku o męczeństwie naszych braci w tamtych stronach [tu wylicza nazwiska i imiona 73 zmarłych osób]. Zesłanych Polaków do kopalni Narczyńskich za Bajkałem jest aż 8000; w kopalni Aleksandrowskiej jest 300; w kopalni Akatni księży i zakonników jest 150. W Kadai 100, w mieście Chita, we wsi Siwakowej i zaściankach przeszło 100. W Streteńsku 200, w Piotrkowskim Zawodzie (kopalnia żelaza) 300. Przy robotach w składach Bajkałskich jest 1,000. Przed Bajkałem w okolicach Irkucka w kopalni soli we wsi Usoli posłano najwięcej żonatych. Do Nikołajewskiego Zawodu (kopalnia żelaza) zesłane są same Polki.”

Ta ponura lista zesłańców, drukowana w pruskim zaborze, znów powraca do mej myśli, szczególnie w tym roku, gdy mija 70. rocznica deportacji, czyli zsyłek obywateli polskich w głąb Rosji Sowieckiej w latach 1940-41. 17 września 1939 nieprzewidziany najazd Armii Czerwonej na Wschodnie Kresy Polski, dwoma frontami – białoruskim i ukraińskim – sparaliżował wschodnie tereny Polski i pozbawił zarazem obywatelstwa polskiego, włączając do Związku Sowieckiego, ponad 12 milionów ludności polskiej.

Odtajnione w 1993 roku dokumenty Archiwum Służby Bezpieczeństwa, tj. NKWD, Federacji Rosyjskiej (GARF), niezbicie świadczą, kto był odpowiedzialny za operacje aresztowań i wywózek nie tylko żołnierzy polskich, ale i ich Bogu winne rodziny. Już 10 października 1939 roku komisarz Beria wystosował rozkaz do towarzysza Sierowa we Lwowie i towarzysza Canawy w Białymstoku, aby sporządzić ewidencje wszystkich osadników, leśniczych i policjantów wraz z rodzinami we wszystkich zajętych powiatach i województwach. Rozporządzono, by aresztować tych, o których wroga działalność była wiadoma. Przeprowadzić rewizje, skonfiskować broń, zarejestrować oficerów zawodowych będących jeszcze na wolności i tych w miejscowych aresztach.

Źródła emigracyjne z braku dokumentacji obliczały liczbę wysiedlonych na blisko milion. Dopiero teraz udostępnione archiwa rosyjskie umożliwiają historykom zweryfikować tę liczbę, przyjętą zresztą tuż po wojnie przez władze emigracyjne, a opartą na badaniach profesora Wielhorskiego i Biura Informacji i Dokumentacji przy 2 Korpusie.

Jeżeli chodzi o cztery deportacje w okresie 1940-1941, ogólna liczba osób według dokumentacji NKWD wynosi ponad 300 tys. Pierwsza deportacja odbyła się 10 lutego, objęła 142 tys., głównie osadników i leśniczych z rodzinami. Druga, 13 kwietnia, dotknęła 61 tys. rodzin jeńców wojennych i więźniów politycznych. Trzecia, 29 czerwca, objęła 75 tys. uciekinierów z terenów Polski okupowanej przez Niemców (najliczniejsi byli obywatele polscy narodowości żydowskiej). Ostatnia deportacja na przełomie maj-czerwiec 1941, w sumie 36 tys. osób, które pochodziły głównie ze środowiska inteligencji.

W-14670W-14411Jako dziecko byłam jedną z setek tysięcy, które przeszły tę drogę na Wschód Związku Sowieckiego – Ałtajski Kraj, rozległe pustkowie nad granicą Chin, o trzaskających mrozach i krótkich letnich spiekotach – dziś miejsce zakazane, gdyż mieści się tam ośrodek rakietowy. Każdy z nas, z tak zwanej „starej emigracji” (jak nazywają nas nowo przybyli), ma swoje miejsce zsyłki – jedni trafili w rejon Archangielska, inni do Workuty, Świerdłowska, Czelabińska, Tomska, Krasnojarska, Karagandy, Nowosybirska, Irkucka, Kołymy, nie wyliczając setki posiołków i sowchozów w pustkowiu Kazachstanu, gdzie mieszkało się w lepiankach – chatach z gliny pokrytych darniną lub dzielono mieszkanie z tubylcami. Wszystkich czekała ciężka praca rolna. Ci w Rosji i na Syberii wznosili sami prymitywne jednomieszkaniowe ziemianki, wkopane głębiej w ziemię, ściany i dach pokrywając syberyjskim torfem. W zimowe miesiące śnieg zasypywał kompletnie te chaty i gdyby nie przezorność sąsiadów do wykopania mieszkańców ze śniegu, zmarłoby więcej niż faktycznie podają źródła. Praca była w lesie oraz w kopalniach rudy żelaznej, węgla, soli czy złota. Norma stanowiła świętość dla brygadzisty; normą była ilość ściętego drzewa, głębokość wykopanego rowu czy liczba wypalonych cegieł. Kto nie wyrobił swej dziennej normy dostawał zmniejszoną rację czarnego chleba z 300 g. Na samo miejsce pracy trzeba było chodzić kilka lub kilkanaście kilometrów. Praca w lesie, zwłaszcza dla kobiet, była ciężka, polegała na karczowaniu pni, piłowaniu piłami lub cięciu drzewa siekierą. Pracowano też przy spławie drewna. Obowiązkiem starszych dzieci było zbieranie drzewa, aby przynieść je na opał dla siebie i swoich.

Małe dzieci, jak ja, chodziły do Dzietsadu, tj. przedszkola w Domu Dziecka. Decyzja Mamy kierowana była faktem, że raz dziennie podawano tam gotowaną kaszę – co nie raz było wybawieniem od śmierci głodowej, gdy zabrakło sucharów.

Wybawieniem prawdziwym stała się umowa polsko-sowiecka z 30 lipca 1941 roku, na mocy której Ojca wypuszczono z więzienia w Bernaul. Zaciągnął się on do Polskiej Armii; myśmy wraz z Mamą opuszczali posiołek Zmijnagorsk nielegalnie; wielokrotnie wyrzucani z wagonu, czekaliśmy dniami przy bocznych torach kolejowych na załadowanie do Taszkientu, gdzie na dodatek okradziono nas doszczętnie z marnych rzeczy; najbardziej żałowaliśmy przedwojennych fotografii, nie mamy żadnej dokumentacji, która by mówiła o naszej przynależności.

Według dokumentacji rosyjskich liczba obywateli polskich w Związku Sowieckim miała wynosić 391,575; ogólna liczba zwolnionych była 389,041, w tym 200,828 narodowości polskiej. W drugiej połowie 1942 roku ewakuowano do Persji zaledwie 114,732 w tym 76,110 wojskowych, którzy odjechali do Iraku oraz 38,622 osób cywilnych – jako uchodźcy zostali rozmieszczeni w krajach, które ich przyjęły: Persja, Palestyna, Indie, Afryka, Nowa Zelandia i daleki Meksyk; ostatnie dwa kraje przyjęły sieroty. Połączenie rodzin nastąpiło w Anglii dopiero po 1946 roku, w okresie przysposobienia wojska do życia cywilnego. Rodziny, które miały kogoś w wojsku, miały pozwolenie osiedlić się w Anglii. Stąd zaś w latach 50. emigrowano dalej za chlebem do Argentyny, Kanady, Stanów Zjednoczonych i Australii.

Wszystko, co opisałam, działo się 70. lat temu – szmat czasu, ale nie zatartej pamięci, bowiem grono wychowanków szkół junackich, Młodszych Ochotniczek, szkół gimnazjalnych w Indiach i Afryce (dziś już starszyzny emigracyjnej) zadało sobie trud, by tę 70. rocznicę naszych wywózek zaprezentować retrospektywną wystawą w Galerii POSKu oraz widowiskiem w Sali Teatralnej – 6 lutego, gdzie młodsza generacja. zaprezentuje nam historię naszej tułaczki. Redaktora „Nowego Czasu”, jak też wszystkich jego Czytelników gorąco zapraszam.

Eugenia Maresch

Za wielkiego Titanica!

January 25, 2010

Zwodowany został 31 grudnia 1911 roku. RMS Titanic, jeden z największych liniowców pasażerkich początku XX wieku. Tragiczna historia jego czterodniowej podróży do Nowego Jorku, zakończonej śmiercią 1504 osób, była tematem kilku filmów. Przeglądając kopie dzienników pokładowych i relacje ocalałych świadków poznamy prawdziwą historię tego dziewiczego rejsu.

fot 01
Prace nad Titanikiem, bliźniaczą jednostką Olimpika (obie nazwy nawiązują do mitycznych tytanów) zaczęły sie wiosną 1909 roku na zlecenie firmy White Star. Liniowce te miały o 100 stóp długością pobić największe wówczas na świecie statki pasażerskie Lusitanię i Mauretanię, konkurencyjnych linii Cunard. Obydwa giganty miały rozwijać prędkość do 24 węzłów przy wyporności 47 tysięcy BRT.  W grudniu  1911 roku kadłub Titanika był gotowy. Zwodowano go i na gotowych nadbudówkach zamontowano cztery wielkie kominy. W chwili zwodowania Titanic był największym parowym statkiem na świecie. W swoją dziewiczą podróż do Nowego Jorku liniowiec wyruszył 10 kwietnia 1912 roku z najgłębszego portu pasażerskiego Wielkiej Brytanii – Southampton. Następnego dnia, u wybrzeży Francji przejął 150 pasażerów z pokładu mniejszej Nomadiki i udał się do irlandzkiego portu Queenstown. Potężny kilwater liniowca zassał mocno mniejszą  jednostkę New York, która pod wpływem siły zerwała cumy. Po tym szokującym wydarzeniu część pasażerów wykorzystała godzinną przerwę w podróży, by zsiąść na ląd i zrezygnować. Wielu z nich  ta decyzja uratowała życie. Po godzinie Titanic, z 1311 pasażerami i 897 członkami załogi na pokładzie wyruszy w drogę do Nowego Jorku.

Pijmy za wielkiego Titanica!

Pogłoska głosi, że twórcy Titanica wszem i wobec zapewniali o jego niezatapialności. W rzeczywistości to raczej producenci jego ogromnych, wodoszczelnych grodzi rozprzestrzeniali takie przekonanie, które zresztą okazało się złudne. Oglądając listę pasażerów liniowca i porównując ją z listą załogi każdy zdrowo myślący i żyjący w pierwszej dekadzie XXI wieku człowiek musi zadać sobie pytanie – komu opłaciło się zatrudnić 897 pracowników, kupić górę węgla i zainwestować trzy lata pracy w stoczniach i górę pieniędzy, by przewieźć 1311 pasażerów? Odpowiedzią jest struktura sprzedanych biletów. Zwróćmy uwagę, że aż 329 pasażerów podróżowało 1 klasą. A różnice w cenach biletów między klasą pierwszą a trzecią były ogromne. Dla porównania – zwykły bilet w tej ostatniej kosztował wówczas około 5 funtów, czyli równowartość miesięcznej pensji palacza na Titanicu! Bilet za apartament w klasie pierwszej nawet ponad 200 funtów, czyli fortunę, której palacz nie mógł zarobić nawet w rok! Mieszkańcy pierwszej klasy cieszyli się komfortowymi już nie kajutami, lecz wręcz apartamentami z własnymi kominkami, fortepianami, kasami pancernymi do przechowywania klejnotów… I śmiało można założyć, że to właśnie oni byli głównym źródłem przychodów armatora.

W trakcie krótkiej podróży nie brakowało momentów, gdy pasażerom pierwszej klasy, ot, chociażby ucztujących wspólnie z kapitanem i oficerami w głównej jadalni dawano do zrozumienia, że są wybrańcami losu. Panowało przekonanie, że Titanic jest cudem techniki, niezawodnym i niepokonanym. Jeden z ocalałych, Thomas Whitheley, 18-letni steward, tydzień po katastrofie, zwierząjąc się dziennikarzowi na łóżku szpitalnym tak oto opisywał uroczysty dinner w wieczór poprzedzający katastrofę:

„Stół kapitana stał w centrum jadalni. Nieco na prawo był stół państwa Astor oraz stół chirurga okrętowego, pana O’Loughlina, który zwykł jadać ze swoim asystentem. Rozmowa zdawała się być na początku nieco wymuszona. Prowadził ją głównie kapitam Smith, od czasu do czasu pan Astor coś wtrącał. Aż wreszcie doszło do tematu prędkości Titanica. Zdaje się, że padły jakieś zakłady. I wtedy kapitan powstał z kieliszkiem szampana w dłoni i zawołał: Wypijmy za wielkiego Titanica! i wszyscy chętnie spełnili ten toast. Myślę, że wszyscy byli święcie przekonani, że we wtorkowy wieczór, najpóźniej w środę rano statek dotrze do Nowego Jorku i już cieszyli się na ogromny bankiet, który zostanie ogłoszony z okazji pobicia rekordu prędkości”.

Dinner skończył się około dziewiątej wieczorem. Panowie przenieśli się do palarni, a panie udały się na spacer po pokładzie lub do swoich apartamentów. Thomas jeszcze przez godzinę sprzątał  z kolegami jadalnię. Po czym zmęczony padł na łóżko. Z ciężkiego i zasłużonego snu wyrwał go koło godziny 11.30 wstrząs. Była noc, 14 kwietnia 1912 roku. To liniowiec uderzył burtą w górę lodową.

To nic groźnego!

Pasażerka trzeciej klasy, 24-letnia Amy Stanley, która podróżowała do USA, by zacząć pracę pokojówki, w późniejszym liście do rodziców tak opisała moment tuż po zderzeniu: „W nocy, gdy statek uderzył w górę lodową akurat pisałam list. Było około 11.30. Założyłam kurtkę i wyszłam na pokład zapytać stewarda co się stało. Powiedział, że nic ważnego, że to tylko silniki się zatrzymały i poprosił mnie oraz kilka innych zgromadzonych na pokładzie kobiet, by wróciły do kabin i poszły spać. Ja jednak nie posłuchałam. Im dłużej stałam na pokładzie, tym bardziej byłam pewna, że stało się coś strasznego. Mieszkałam razem z młodą pielęgniarką i 11-letnią dziewczynką, ktora samotnie podróżowała, by dołączyć do rodziców, którzy na nią czekali w Nowym Jorku. Wróciłam do kabiny i pomogłam im się ubrać. Wtedy wróciliśmy na pokład i próbowałyśmy się dostać jak najszybciej do szalup.”

Jednym z pasażerów Titanica był 47-letni Jackob Astor, magnat hotelowy z Nowego Yorku, wymieniony we wspomnieniach stewarda uczestnik ostatniej na Titanicu wieczerzy. Quasi-naukowiec i weteran wojny amerykańsko-hiszpańskiej, wynalazca hamulca rowerowego. Ten absolwent Harvardu odziedziczył ogromną fortunę, którą spożytkował budując hotele w Nowym Jorku, w tym słynną Astorię. Po rozpadzie pierwszego małżeństwa poślubił 18-letnią Medeleine Force. Rejs Titanikiem do Nowego Jorku kończył ich wielomiesięczną podróż poślubną, którą spędzili m.in. w Egipcie i Paryżu. Tak oto chwilę wypadku wspomina Medeleine: „Poczuliśmy wstrząs i Jackob poszedł zobaczyć, co się stało. Wrócił i powiedział, że uderzyliśmy w górę lodową, ale to nic ważnego.”

Astor do tego stopnia lekceważył zagrożenie, że – chociaż ewakuacja już się zaczęła i pasażerowie pierwszej klasy gromadzili się na pokładzie – on zabrał Medeleine na spacer do siłowni, gdzie jeździli na mechanicznych koniach. A chcąc ją dodatkowo uspokoić noszonym w kieszeni scyzorykiem rozciął znalezioną na pokładzie kamizelkę ratunkową, by pokazać, jak solidnie jest wypełniona. Dopiero kwadrans przed drugą w nocy, kiedy statek był już mocno zanurzony, zaprowadził żonę do łodzi ratunkowej nr 4. Zapytał, czy też może wsiąść – gdyż jego małżonka, jako osoba bardzo delikatna, potrzebuje stałej opieki. Jednak pierwszy oficer, Charles Lightoller odmówił, wskazując, że w pierwszej kolejności będą ewakuowane koniety i dzieci. Wówczas widzieli sie po raz ostatni.

Na stronie obok: Najbardziej znane zdjęcie Titanica, kwiecień 1912 roku, doki w Southampton, i… ten  sam dok, latem ubiegłego roku – na „miejscu Titanica” cumuje liniowiec Norwegian Jad; na dole: szalupa  z rozbitkami z Titanica – zdjęcie zrobione z pokładu Carpatii. Może wśród nich jest Hrabina Rothes?

Na stronie obok: Najbardziej znane zdjęcie Titanica, kwiecień 1912 roku, doki w Southampton, i… ten sam dok, latem ubiegłego roku – na „miejscu Titanica” cumuje liniowiec Norwegian Jad; na dole: szalupa z rozbitkami z Titanica – zdjęcie zrobione z pokładu Carpatii. Może wśród nich jest Hrabina Rothes?

Nie mogłem oderwać wzroku

28-letni William Barrett był starszym palaczem w kotłowni nr 6. Swoje przeżycia opisał reporterowi Daily Sketch. Ukazały się w numerze z 8 maja 1912 roku.

„Właśnie rozmawiałem z Heskethem (jeden z palaczy), kiedy poczułem wstrząs i doszedł do mnie hałas jakby krążącego wokoło grzmotu. Telegraf okrętowy pokazał czerwone pole „stop”, więc powtórzyłem komendę. Wszystko działo się szybko. Woda już wdzierała się do kotłowni. Próbowaliśmy zamykać i wygaszać paleniska. Było za późno. Zanim wodoszczelne grodzie się zatrzasnęły (były sterowane z mostka), zdążyłem do przedziału nr 5 uciec tylko ja i Hestekth. Tam poza mną było także trzech inżynierów. Zgasło światło…”

Barrett dalej wspomina, że w przedziale pojawiło się kilkunastu strażaków, którzy gasili pożar kotłowni. Harvey, jeden ze wspommnianych inżynierów wysłał kilku strażaków po lampy, jednak światło wróciło po chwili. Woda podnosiła się w błyskawicznym tempie. William z kilkoma innymi osobami opuścił kotłownię. Ostania rzecz, jaką pamięta to inżynier Shepherd, krzyczący, by wchodził szybko po drabinie. „Ja jednak nie mogłem oderwać wzroku od podnoszącej się wody, jakby było w niej coś hipnotyzującego”.

Nadchodzi śmierć

Wobec zbliżającej się śmierci nie wszyscy zachowali równie zimną krew jak pułkownik Astor. Zrodziła się panika. Amy Stanley wspomina w dalszym ciągu: „Na pokładzie spotkałyśmy dwóch mężczyzn, nawet nie znam ich imion. Zaprowadzili nas do relingów i dopilnowali, byśmy trafiły do łodzi ratunkowych. Kiedy byłam już w środku i łódź była opuszczana,  jakiś mężczyzna z pierwszej klasy, ogromny, ważący na oko 16 kamieni, skoczył na nią z pokładu nieomal zatapiając nas wszystkich.”

Podczas podróży sąsiedni pokój na pokładzie trzeciej klasy zajmowała 35-letnia Stanton Abbott, która podróżowała z dwoma synami, 16-letnim Rossmorem i 13-letnim Eugenem.  Na pokładzie ewakuacyjntm był za duży tłok, by mogli dostać się do szalup. Wciąż starali trzymać się razem. Kiedy Rufa Titanica uniosła sie do góry i oczywiste się stało, ze statek lada chwila zatonie, Stanton i jej synowie ratowałi się, skacząc z ogromnej wysokości do wody. Przeżyli skok, ale tylko Stanton uniknęła śmierci z powodu hipotermii i wreszcie trafiła do szalupy i na pokład Carpatii, gdzie odnalazła Amy Stanley, byłą sąsiadkę. Tej opowiedziała szczegóły swojej ucieczki. Nikomu więcej nie potrafiła powiedzieć ani słowa. Amy wspomina: „Kiedy znaleźli się w wodzie, wciąż starali trzymać się razem. Potem pamiętała już tylko ogromny chłód i sen, z którego ocknęła się w łodzi ratunkowej. Włosy na głowie zamarzły jej w wielką skorupę.”

Szok, który przeżyli ocalali z katastrofy sprawił, że wielu z nich do końca życia milczało na temat tamtych wydarzeń. Tak było np. z emigrantem szwedzkim Einarem Carlsonem. W 1912 roku jako 21-latek podróżował do Stanów Zjednoczonych za pracą. Jedne źródła podają, że rejestrując się jako pasażer trzeciej klasy podał, że jest żołnierzem zawodowym, inne że nauczycielem. Historię jego ucieczki z tonącego giganta poznała jedynie jego babcia, która przytoczyła ją jednemu z dziennikarzy w ogromnym skrócie. „Einar nigdy nie chciał rozmawiać o tej nocy na Titanicu. Jedyne co o tym wiemy, to to, że nie był w stanie ocalić niczego ze swojego skromnego dobytku i że jako pasażer trzeciej klasy miał ogromne kłopoty z dostaniem się do łodzi ratunkowej. Ostatecznie ześlizgnął się do opuszczanej łodzi ratunkowej po linie. Miał potworne otarcia od liny na dłoniach, ramionach i nogach. Obserwował potem moment przełamania się i zatonięcia okrętu. Zapamiętał go jako gigantyczny rozbłysk świateł, coś jak fajerwerki.”

Carlson na stałe osiadł w Nebrasce. Do końca życia przez cały kwiecień, co roku, miewał koszmary senne o Titanicu.

A orkiestra grała dalej

Powszechnie dziś znane są opowieści o bohaterstwie okrętowej orkiestry i kapitana. Ośmioosobowy zespół muzyczny (mylnie w filmach pokazywany jako kwartet) tworzyli: Theodore Brailey, Roger Bricoux, John Clarke, Wallace Hartley, John Hume, Georges Krins, Parcy Taylor i John Woodward. Według relacji świadków, do samego końca tragedii starali się uspakajać ewakuowanych grając popularne ragtaimy. Do dzisiaj trwają spory co zagrali na sam koniec. Prawdopodobnie był to któryś z popularnych hymnów religijnych: „Nearer, My God, to Thee” , „Autumn” lub „Aughton”. Muzyków na wielkie liniowce zatrudniała agencja C.W. and F.N. Black z Liverpoolu. W 1912 roku zwyczajowa gaża wynosiła 6 funtów i 10 shillingów miesięcznie.

Nie do końca wiadomo, jak w krytycznym momencie zachował się kapitan, Edward John Smith. W filmach zazwyczaj pokazywany jest jako romantyczna postać, kapitan starej daty, który idzie na dno ze swoim statkiem, nieporuszenie wpatrując się z mostka kapitańskiego we wzbierającą wodę . Jak było naprawdę? Żaden ze świadków nie pamięta. Ale także nikt nie pamięta, aby kapitan podjął jakąkolwiek próbę zadbania o własną skórę. Wiemy, że po wspomnianej kolacji z pasażerami pierwszej klasy, poszedł spać. Obudzony około 11.40, czyli tuż po uderzeniu w górę lodową, przeprowadził błyskawiczną inspekcję uszkodzeń, po której wydał rozkaz przygotowania łodzi ratunkowych. Był to jego ostatni rozkaz w życiu. Ewakuacją pokierował już pierwszy oficer,  Charles Lightoller. Kapitan najprawdopodobniej zaszył się na mostku, niezdolny poradzić sobie z rozmiarami zbliżającej się tragedii. Zdawał sobie sprawę z tego, że łodzi ratunowych nie wystarczy dla wszystkich pasażerów. Być może także dopadła go zgryzota z powodu uchybień, które przyczyniły się do katastrofy. Jak dzisiaj wiadomo, uchodzący za znakomitego i doświadczonego kapitana Smith zignorował komunikaty o zbliżających się górach lodowych oraz gwałtownym spadku temperatury wody i powietrza. Prawdopodobnie ważniejsze dlań było zdobycie lauru za pobicie rekordu prędkości w kursie liniowca przez Atlantyk.

Przekonanie o solidności Titanica było silniejsze niż ostrożność. Zapewnienia producentów grodzi wodoszczelnych o niezatapialności statku zrobiły swoje. Grodzie rzeczywiście były znakomicie skonstruowane i wykonane, nikt jednak w symulacjach nie wziął pod uwagę prawdopodobieństwa, że przy otarciu burtą o górę lodową może powstać szczelina wzdłuż kilku kolejnych sekcji kadłuba. A z tym już nawet najsolidniejsze grodzie sobie nie poradzą, Statek po prostu stracił wyporność, przełamał się na pół i zatonął w około dwie godziny od kolizji z górą lodową.

Hrabina u steru

Kolejną romantyczną bohaterką tragedii Titanica była uwielbiana przez Anglików 33-letnia wówczas hrabina Lucy Noel Rothes. Śmiało można powiedzieć, ze pod względem popularności była w swoich czasach odpowiedniczką księżnej Diany. Zawsze w awangardzie mody i dobrego smaku, była ozdobą każdego liczącego się w wyższych kręgach balu czy przyjęcia. A jednak owej pamiętnej nocy pokazała swoje drugie oblicze. Jak wynika ze wspomnień świadków, kiedy znalazła sie w szalupie, widząc apatię i przerażenie współuczestników, wzięła ratunek w swoje ręce. Najpierw chwyciła za wiosło, by zachęcić innych, zamarzających rozbitków do wiosłowania, potem stanęła przy sterze szalupy. Nie spoczęła nawet na pokładzie Carpatii, gdzie zajęła się ofiarami tragedii, wyziębionymi, rannymi. Nawet w nowojorskim porcie nie opuściła pokładu dopóki nie upewniła się, że każdy z współtowarzyszy tragedii otrzymał należną pomoc.

Wiadomo, że nadawany z pokładu Titanica sygnał o ratunek (na zmianę tradycyjny CQD i nowy sygnał SOS) przechwyciło kilka statków, jednak jedynie należąca do konkurencyjnych linii Carpatia była na tyle blisko, by podjąć jakąkolwiek rozsądną akcję. Na miejsce przybyła dopiero po czterech godzinach, kiedy statek dawno był na dnie. Z 2208 osób przebywających na pokładzie liniowca ocałało jedynie 704 – rozbitkowie z szalup.

Titaniki polskiego wybrzeża

Tragedia Titanica działa na wyobraźnię mas, podsycana przez autorów książek, reżyserów i scenarzystów Hollywood. Nie łudźmy się jednak, że to najokrutniejsza i największa morska katastrofa. Nie przymierzając – trzy większe zdarzyły się w okolicach polskiego wybrzeża, pomiędzy plażą w Ustce i Helem. Było to zimą 1945 roku, podczas panicznej ucieczki niemieckich mieszkańców Pomorza przed nadciągającą Armią Czerwoną. 30 stycznia z portu gdyńskiego wypłynął statek MS Wilhelm Gustloff z… dziesięcioma tysiącami załogi i pasażerów! Wśród nich byli świeżo upieczeni absolwenci szkoły podwodniackiej, ranni żołnierze z frontu wschodniego, 400 dziewcząt z pomocniczego korpusu oraz kilka tysięcy cywili, uchodźców z Pomorza i Prus Wschodnich. Tuż po godzinie 21 statek został trafiony trzema torpedami radzieckiej łodzi podwodnej S-13. Jako pierwsze zginęły dziewczęta i ranni, którzy przebywali w zaadoptowanej na pływający szpital ładowni. Właśnie w nią trafiła pierwsza torpeda i nieszczęśnicy natychmiast znaleźli sie pod lodowatą wodą. Kolejne tysiące zginęły w niespełna godzinę. Ewakuacja była niemożliwa, gdyż żurawie łodzi pozamarzały. Prowadzący akcję ratunkową torpedowiec uratował jedynie około 400 osób. Dwa tygodnie później radziecka flota zatopiła kolejny statek z uchodźcami – MS Steuben (3500 ofiar), a w kwietniu 1945 na dno poszedł liniowiec MS Goya (około 7000 ofiar).

Grzegorz Borkowski
Fot.: internet, Grzegorz Borkowski

O muzeum Ojca Józefa Jarzębowskiego w Fawley Court

January 19, 2010

Jarzebowski

Po uzyskaniu dyplomu magistra wychowania fizycznego w 1960 roku w Belgii, wyjechałem w kilka miesięcy później do Anglii, gdzie w styczniu 1961 roku rozpocząłem swą karierę pedagogiczną, będąc zatrudniony jako sportsmaster i wychowawca w Kolegium Bożego Miłosierdzia w Fawley Court, kolegium prowadzonym przez Ojców Marianów w Henley nad Tamizą. Z małą przerwą, z powodu odbycia służby wojskowej, pracowałem tam do lipca 1965 roku.

Podczas swego pobytu w Fawley Court miałem między innymi przywilej poznać i pracować z Ojcem Józefem Jarzębowskim. Ten nieprzeciętny człowiek wywarł na mnie od samego początku bardzo wielkie wrażenie, tak jako duchowny jak i pedagog. Coś niezwykłego promieniowało od niego i budziło respekt. Imponował mi swą głęboką religijnością, pogodą ducha, szeroką wiedzą i doświadczeniem, a przede wszystkim swą miłością do bliźniego i do młodzieży. Uczniowie po prostu uwielbiali go.

Ojciec Józef – tak go nazywano – miał kilka pasji. Głęboko wierzący i oddany Bogu, kochał się w literaturze, poezji, historii, a szczególnie w historii Polski. Był wielkim znawcą okresu rozbiorów Polski, zwłaszcza powstań z XIX wieku. Napisał kilka książek o powstaniach. Pisał także wiersze, zarazem religijne jak i patriotyczne.

Ten nieprzeciętny erudyta miał jeszcze inną pasję – zbierał Polonica wszędzie tam, gdzie tułaczka wiodła go po świecie i gdzie los go poprowadził, a zjechał przecież całą Syberię, był w Japonii, w Stanach Zjednoczonych i Meksyku, i już tam zbierał Polonica i inne cenne pamiątki. Tę pasję pielęgnował w Polsce jeszcze przed II wojną światową. Wówczas założył swoje pierwsze muzeum historyczne na warszawskich Bielanach, w kolegium prowadzonym przez OO. Marianów, gdzie był wychowawcą.

Toteż nic dziwnego, że kiedy powstała polska szkoła w Fawley Court w 1953 roku, to i tam założył muzeum. Nie znam takiej drugiej szkoły, gdzie uczniowie mogliby równocześnie uczyć się historii, literatury i sztuki, i mieć na miejscu bezpośredni dostęp do bezcennych dokumentów z dawniejszej, jak i najnowszej historii Polski, do oryginalnych rękopisów polskich  pisarzy, poetów czy też do dzieł znanych malarzy.

Pozwólcie, że wymienię kilka eksponatów, które mogłem widzieć i podziwiać w muzeum podczas mego pobytu w Fawley Court, następnie kilkakrotnie później, a ostatnio jeszcze pod koniec lat dziewięćdziesiątych. W zbiorach tych znajdował się polski tzw. „Kodeks Łaskiego” oraz cenna stara Biblia – dwa XVI-wieczne unikaty. Były tam też rzadkie rękopisy, inkunabuły, liczne oryginalne dokumenty z podpisami i pieczęciami królów polskich oraz papieży.

Były także eksponowane zbroje, jak i bogate zbiory najrozmaitszej broni pochodzące z różnych epok, począwszy od XVI wieku aż po dzień dzisiejszy. Ojciec Jarzębowski zgromadził tam m.in. bardzo bogatą kolekcję szabli, która była regularnie wzbogacana przez różne  donacje prywatnych kolekcjonerów polskich żyjących na emigracji.

W kolekcji muzeum w Fawley Court znajdowały się miedzioryty, rysunki oraz obrazy najwybitniejszych polskich malarzy, były też  pierwsze, oryginalne, XIX-wieczne wydania „Pana Tadeusza” Adama Mickiewicza w różnych językach oraz oryginalne rękopisy słynnych pisarzy i poetów polskich.

Były także rzadkie stare mapy Polski oraz cenne jedwabne pasy słuckie noszone przez szlachtę w poprzednich wiekach. Były różne memorabilia, tzn. pamiątki z XIX-wiecznych powstań polskich – m.in. okulary Romualda Traugutta, powstańca styczniowego powieszonego na warszawskiej cytadeli przez carską władzę.

Można także było oglądać pamiątki z I i II wojny światowej: odznaczenia, mundury, m.in. mundur „Błękitnego Generała” – Józefa Hallera oraz jeden z dwu pierścieni, które nosił Generał z okazji słynnych Zaślubin z Morzem w 1920 roku. Wtedy to, na czele swego pułku kawalerii, gen. Józef Haller uroczyście wkroczył konno w fale Bałtyku i wrzucił doń „zaślubinowy pierścień” na pamiątkę odzyskania przez Polskę dostępu do morza.

Były też liczne przedmioty, dokumenty, zdjęcia z czasów zsyłek na Syberię, Bitwy o Wielką Brytanię, zdobycia Monte Cassino czy innych walk oręża polskiego, były najrozmaitsze militaria oraz ołtarze polowe, które towarzyszyły żołnierzowi  polskiemu na frontach II wojny światowej.

Warto też wspomnieć o gablotce z przestrzeloną i zakrwawioną koszulką 13-letniego Romka Strzałkowskiego, ucznia poznańskiej szkoły podstawowej, który zginął śmiercią tragiczną od kuli komunistycznej podczas marszu protestacyjnego w Poznaniu w 1956 roku. Koszulka ta została potajemnie wywieziona z Polski i trafiła do naszego muzeum. Można byłoby jeszcze wymienić wiele, wiele innych cennych pamiątek i eksponatów.

W styczniu ubiegłego roku miałem okazję oglądać reportaż zrealizowany przez TV Polonia, zatytułowany „Od Fawley Court do Lichenia”. Bardzo mnie wstrząsnęła wiadomość, że muzeum Ojca Józefa Jarzębowskiego zostało zlikwidowane i przewiezione do Polski. Jest to niepowetowana strata dla całej polskiej emigracji, a szczególnie dla Polonii angielskiej, która liczy sobie dzisiaj kilkaset tysięcy – niektórzy twierdzą, że nawet ponad milion – osób. Polonia straciła unikatowy skarb, który pieczołowicie przechowywany był od ponad pół wieku w Fawley Court. Mało jest poza granicami kraju takich bogatych ośrodków muzealnych, gdzie można na bieżąco zetknąć się z tak bogatymi zbiorami mówiącymi nam o kulturze i historii polskiej.

Jestem bardzo rozgoryczony likwidacją muzeum Ojca Józefa Jarzębowskiego, jak i próbą sprzedażą polskiego ośrodka w Fawley Court. Chociaż mieszkam w Belgii, to często przyjeżdżałem do Fawley Court, zwłaszcza podczas zjazdów polonijnych w okresie Zielonych Świąt. Nawiasem mówiąc, moi dwaj synowie także mieli okazję uczyć się w Kolegium Bożego Miłosierdzia w latach osiemdziesiątych.

Fawley Court i muzeum O. Jarzębowskiego to dorobek całej Polonii angielskiej, który zostaje dzisiaj zaprzepaszczony. Nie możemy się na to zgodzić!

Włodzimierz Bryndza
Belgia

dscf4644

Sala Marmurowa Fawley Court, już ogołocona ze wspaniałych obrazów, rzeźb i wartościowych eksponatów (Fot. Marek Wezdenko)

Od Redkacji: W mowie pogrzebowej red. Grocholski powiedział, że „pamięć o Kustoszu Muzeum Polskiej Kultury i Historii będzie żyć w jego spuściźnie i żywym pomniku: szkole, muzeum bibbliotece”. Nie ma już szkoły, nie ma biblioteki, muzeum ogołocone z cennych eksponatów, grób Ojca Józefa, znajdujący się przy kościele św. Anny w Fawley Court, ma być usunięty z tego miejsca, a szczątki kapłana, który przez całe swe życie walczył o podtrzymanie ducha polskości na emigracji – wykopane i przeniesione na cmentarz komunalny w Henley.

Jeśli chcielibyście Państwo zgłosić sprzeciw wobec planów księży Marianów dotyczących ekshumacji grobu i przeniesienia szczątków Ojca Józefa Jarzębowskiego, należy zgłosić sprzeciw listownie do:

Mr Paul Ansell
Coroners & Burials Division
Ministry of Justice
102 Petty France
London SW1H 9AJ

lub pocztą elektroniczną na adres:
Paul.Ansell@justice.gsi.gov.uk

Ojciec Józef Jarzębowski przy zdobytych przez siebie eksponatach muzelanych. Obok popiersie cesarza Komodusa (jako chłopca, II wiek). Gdzie teraz znajduje się ta rzeźba?  (Fot. Archiwum prywatne)

Ojciec Józef Jarzębowski przy zdobytych przez siebie eksponatach muzelanych. Obok popiersie cesarza Komodusa (jako chłopca, II wiek). Gdzie teraz znajduje się ta rzeźba? (Fot. Archiwum prywatne)

Dlaczego muzułmanie modlą się w kierunku qibli?

December 23, 2009

ablucje przed meczetem w Maroku

Ablucje przed meczetem w Maroku

Coraz łatwiej w dziesiejszych czasach pojechać na wakacje do krajów muzułmańskich. Można wtedy coś pozwiedzać. Na przykład meczety. Ale co to jest meczet? Co się w takim meczecie robi?

W niektórych krajach meczety można zwiedzać. W niektórych krajach do meczetu wolno wchodzić tylko muzułmanom, zakłada sie bowiem, że jest to miejsce modlitwy, a nie gapienia się. Jednym z krajów, w którym zakazuje się niemuzułmanom wstępu do meczetu jest Dubai. Jest to kraj bardzo liberalny, zwłaszcza w porównaniu z krajami sąsiednimi, tym niemniej jest to kraj z założenia religijny i meczety są tam miejscami modlitwy. Jest jednak w Dubai jeden meczet, do którego nie-muzułmanom nie tylko wolno wejść, ale organizuje się tam specjalne spotkania wyjaśniające co muzułmanin robi w meczecie. Będąc w Dubai poszedłem na takie spotkanie i wszystkiego się dowiedziałem.

Niemniej ważne od tego co muzułmanin robi w meczecie jest to, co robi on przed wejściem do meczetu. Otóż muzułmanin przed wejściem do meczetu musi się umyć. Ale nie wystarczy zwykłe wzięcie prysznica, chodzi o rytualną ablucję. Muzułmanin przed wejściem do meczetu musi umyć ręce, głowię, uszy, nogi – wszystko w należytej kolejności i należytą ilość razy. Zacząć musi od prawej ręki, którą trzykroć myje do łokcia. Potem lewa ręka – trzykroć do łokcia. Kierunek mycia też nie jest bez znaczenia. Potem twarz, uszy, głowa – wystarczy chyba tylko raz. Potem nogi – wpierw prawa noga trzykroć do kolana, potem podobnie lewa. Tylko tak obmyty muzułmanin ma prawo wkroczyć do meczetu.

Z tego wynika, że niezbędnym elementem architektury meczetów winno być źródło wody. Istotnie w wielu meczetach tak właśnie jest. W Iranie na dziedzińcu zabytkowych meczetów jest zwykle sadzawka. W Maroku jest to często fontanna pośrodku dziedzińca albo też i pod dachem, z dwoma zbiornikami wody – jednym na poziomie rąk, drugim szerszym, na poziomie stóp. Ciekawe, że w wielu nowych meczetach na Bliskim Wschodzie tego elementu nie ma, jest natomiast rozbudowana toaleta obok meczetu, tam przed licznymi kranami są miejsca siedzące, by można sobie było wygodnie umyć ręce i nogi.

Zauważyłem przy tym ciekawą rzecz. Osoba wyjaśniająca kładła duży nacisk na dokładność i kolejność mycia poszczególnych kończyn, natomiast przebywając później w Iranie zauważyłem znaczne zredukowanie ablucji przed wejściem do meczetu: ręce i twarz były myte, ale mycie głowy zredukowane było do przesuniecia po niej mokrym palcem, podobnie mycie nóg. Najwyraźniej niektóre szkoły redukują owe ablucje do symbolu. Natomiast fontanny stojące na dziedzińcach marokańskich meczetów skojarzyły mi się z baptysteriami stojącymi w wirydarzach wielu romańskich kościołów w Europie Zachodniej. Ablucja w baptysterium następuje tylko raz w życiu, choć żegnanie się wodą święconą przy wejściu do kościoła też nasuwa pewne skojarzenia. Wchodząc do meczetu muzułmanin oczywiście zdejmuje buty, tak jak Mojżesz przed krzakiem gorejącym. Wiąże się to zwykle z wejściem na dywan, którym wyłożona jest podłoga, choć nie zawsze. W Maroku jest zwyczaj zdejmowania butów już przy wejściu na dziedziniec, który nie jest przykryty dywanami. Są też meczety, w których przestrzeń przykryta dachami jest bardzo niewielka. Takim jest na przykład Dżami Masdżit w Delhi, który wygląda jak wielki dziedziniec otoczony podcieniami, a od strony qibli podcienia są nieco tylko głębsze. Ale zazwyczaj wnętrze meczetu wyłożone jest dywanem, po którym chodzi się boso.

Meczet jest tylko miejscem modlitwy, nie odprawia się w nim żadnych ofiar. Modlitwa też się różni od tego, co za modlitwę powszechnie uznaje się w Europie. W czasie pięciu obowiązkowych modlitw dnia muzułmanin nie prosi o żadne łaski, a jedynie recytuje fragmenty Koranu głoszące chwałę Allaha. Istotna jest kolejność wypowiadanych (głośno lub w myśli) formuł oraz odpowiednie ruchy ciała podczas ich wypowiadania. Zaczyna się od wypowiedzenia formuły Allahu akbar (Allah jest ponad wszystko) unosząc jednocześnie na moment obie ręce na wysokość głowy po obu jej stronach. Następnie recytuje się surę Al-Fatiha (Otwierającą). Co się w tym czasie robi z rękami? Tu panuje spór pomiędzy szkołami szariatu. Szkoła Maliki utrzymuje, że należy trzymać ręce opuszczone wzdłuż ciała, szkoła Hanafi twierdzi, że trzymać zaciśnięte dłonie na wysokości pępka, szkoła Szafi’i – że na wysokości serca, a wedle szkoły Hanbali trzeba je trzymać pośrodku klatki piersiowej. Po surze Al-Fatiha należy wyrecytować inny, dowolny fragment Koranu. Następnie należy się pokłonić w pas opierając ręce na kolanach wypowiadając kolejną formułę. Potem trzeba się wyprostować z kolejną formułką na ustach, a następnie paść na twarz mówiąc kolejną formułkę, tym razem potrzykroć. Następnie na chwilę trzeba się unieść i posiedzieć w milczeniu (tak wedle szkoły Maliki, podczas gdy szkoła Hanafi dodaje tu kolejne zdanie) i znów paść na twarz. Po tym drugim padnięciu można wstać i zacząć wszystko od nowa.

Powyższa sekwencja powinna być powtórzona pięć razy dziennie po dwa lub cztery razy. Nie mają być one odmawiane byle kiedy, tylko w określonych porach dnia. Pierwsza modlitwa dnia, zwana salat as-subh, powinna być odmawiana o brzasku, ale przed wschodem słońca. Druga modlitwa, salat az-zohr odmawiana jest wczesnym popołudniem, kiedy słońce właśnie minie zenit. Salat al-asr odmawiana jest późnym popołudniem, ale musi być przed zachodem słońca. Salat al-maghrib odmawiana jest po zmierzchu, ale zanim zrobi się zupełnie ciemno. Salat al-isha, modlitwa nocna, odmawiana jest przed północą. Istotny jest czas słoneczny, a nie zegarowy, dlatego czas modlitw będzie inny w zależności od położenia na mapie danego miejsca. W krajach muzułmańskich gazety podają godziny przepisowych modlitw w różnych miastach, ale i tak trudno ten czas przeoczyć, bowiem muezzini nawołują do modlitwy z minaretów. Kiedyś sami wchodzili na wieżę, dziś na wieży zainstalowane są głośniki, a muezzin nie musi się już fatygować.

Modlić się można wszędzie, wcale nie trzeba iść do meczetu, tym niemniej jeśli to jest możliwe – wskazana jest modlitwa w grupie. W czasie modlitwy grupowej wierni ustawiają sie rzędami. Teoretycznie powinni być tak blisko siebie, żeby dotykać się ramionami, „żeby diabeł się pomiędzy nich nie wcisnął”. Jedyna przerwa powinna być pomiędzy grupą mężczyzn a grupą kobiet, „żeby zdrożne myśli nie przyszły komuś do głowy”. W meczecie często są odrębne pomieszczenia dla kobiet i dla mężczyzn. Przepisowe jest również odzienie – mężczyzna musi być zakryty przynajmniej od pasa do kolan, kobieta od szyi po kostki (co jest ciekawe wziąwszy pod uwagę, że przed Mahometem Arabowie stawali przed Bogiem tak jak ich Pan Bóg stworzył – pielgrzymi w Mekce obchodzili Kaabę nago; hadisy podają, że dopiero Mahomet zniósł ten zwyczaj i nakazał pielgrzymom ubierać się w białe szaty).

Modlący zawsze zwracają się w kierunku qibli. Qibla to kierunek Mekki, ku temu miastu zwrócone są wszystkie meczety. W każdym meczecie ściana qibli oznaczona jest niewielką wnęką, zwaną mihrab. Ta wnęka może być kunsztownym dziełem sztuki – zawsze abstrakcyjnej. Jest to poza tym bodaj jedyny element architektury wspólny meczetom we wszystkich stylach. Meczety bowiem bardzo się między sobą różnią w zależności zarówno od epoki jak też i kraju, w których powstały.

Najwcześniejszy meczet w Medynie, w którym sam Mahomet prowadził modlitwy, był podobno placem otoczonym murem. Podobnie wyglądały meczety w pierwszym okresie po podbojach arabskich – prostokątny plac otoczony murem, ale także kolumnadą z podcieniami, co w klimacie Bliskiego Wschodu jest bardzo ważne. Ściana qibli miała zwykle te podcienia nieco szersze, na przykład miała pięć rzędów filarów zamiast dwóch. Znakomite przykłady takiego wczesnego meczetu to Al-Aksa w Jerozolimie, meczet Ibn-Tuluna w Kairze czy meczet piątkowy w Kairwanie w Tunezji. Na zachodzie – czyli w Hiszpanii i w Maroku – ewolucja meczetu polegała na rozrastaniu się tej części podcienia od strony qibli, która z czasem stała się pawilonem pokrytym płaskim dachem wspartym lasem arkad. Tak wygląda słynna Mesquita w Kordobie, a także średniowieczne meczety Maroka. W Iranie natomiast muzułmanie przejęli elementy architektury perskiej. Trudno się temu dziwić, bo to przecież nie Arabowie uczyli się budować po persku, tylko Persowie przyjmowali islam i następnie budowali meczety używając znanych sobie metod. Tak więc wnętrze przylegające do ściany qibli przykryte było wielkim sklepieniem, a nie płaskim dachem wspartym kolumnami. Wnętrze to było otwarte w kierunku dziedzińca, na którym była sadzawka służąca do ablucji. Znakomitym przykładem tego stylu jest dwunastowieczny meczet w mieście Yazd w środkowym Iranie. Natomiast Turcy podbiwszy cesarstwo bizantyjskie wyraźnie się wzorowali na architekturze greckiego kościoła, przede wszystkim świątyni Hagia Sophia w Konstantynopolu. To Turcy budowali meczety pomyślane jako zamknięte wnętrza przykryte jedną wielką kolpułą.

Włodzimierz Fenrych

Dlaczego piasek zasypał wielkie miasto Sijilmasa?

December 10, 2009

Panorama Rissani

Z gór Atlasu Wysokiego płynie ku wschodowi rzeka o nazwie Ziz. Płynie przez krajobraz pustynny, ale sama dolina to oaza zieleni, przede wszystkim palm daktylowych. W pewnym momencie wpada do słonego jeziora, z którego już nie ma ujścia – tu zaczyna się Sahara. W pobliżu tego jeziora stoją na poły zasypane piaskiem ruiny wielkiego miasta Sidżilmasa. W średniowieczu było to bogate miasto, stąd bowiem wyruszały karawany przemierzające Saharę w kierunku Timbuktu. Głównym towarem importowanym z Timbuktu było złoto wydobywane nad Nigrem. Złoto było towarem niezwykle poszukiwanym po północnej stronie Sahary, handel więc przynosił duże dochody. Jednocześnie Sidżilamsa położona była za górami, z dala od ośrodków wielkich imperiów, dlatego przez długie okresy w swojej histori utrzymywała niezależność.

Scena uliczna w RissaniW ośrodkach wielkich imperiów za górami zmieniały się dynastie. W VIII wieku po Chrystusie w Bagdadzie panowała dynastia Abbasydów. Abbasydzi mieli swojego namiestnka w Tunezji, ale dalej na zachód ich władza nie sięgała. W Maroku, na północ od Atlasu, panowała dynastia Idrysydów, ale ich władza nie sięgała za góry, Sidżilmasa była niezależnym emiratem. Tymczasem Abbasydzi tępili wszystkich, którzy mogli zagrozić ich władzy. Do takich należała sekta ismailitów twierdząca, że ich przywódca jest imamem, potomkiem proroka Mahometa i jego prawowitym następcą i to on powinien objąć tron kalifa. Ismailici byli tylko po części ruchem politycznym, w dużej mierze była to na poły mistyczna sekta wyznająca wprawdzie otwarcie islam, ale w sekrecie uprawiająca tajemne praktyki majace doprowadzić człowieka do bezpośredniego kontaktu z Bogiem. Sekta ismailitów miała sieć ukrytych wyznawców w całym świecie muzułmańskim, a zwłaszcza na jego rubieżach – mimo że ich przywódca imam al-Mahdi mieszkał w Syrii. W niedostępnych górach Jemenu i Algerii były całe regiony, gdzie władza Abbasydów nie sięgała, a imam mógłby się w razie potrzeby schronić.

Taka potrzeba zaistniała, kiedy ismailici w Syrii wzniecili powstanie sądząc, że z pomoca boską obalą Abbasydów. Powstanie zostało zdławione, a imam musiał ratować się ucieczką. Postanowił uciekać do Algerii, gdzie na ismailizm nawróciło się berberskie plemię Kutama. Imam i jego otoczenie udawali zwykłą karawanę kupców, ale tunezyjski namiestnik coś wyniuchał i aresztował posłańca, którego imam wysłał naprzeciw. W tej sytuacji imam okrężną drogą, nadal udając kupca, udał się do Sidżilmasa, gdzie był poza zasięgiem Abbasydów.

Tymczasem Berberzy najechali na Tunezję, z której namiestnik Abbasydów najzwyczajniej uciekł. Mieszkający w Sidżilmasa i ciagle udający kupca imam zaczął nagle wydawać nowo wybite tunezyjskie monety, co wzbudziło podejrzenia lokalnego emira. Czy ten kupiec nie ma przypadkiem powiązań z rebeliantami? Emir postanowił na wszelki wypadek zaaresztować rzekomego kupca, skutkiem czego z Tunezji natychmiast wyruszyła armia Berberów, by go odbić. Uwolniony imam udał się do Tunezji, gdzie natychmiast ogłosił się kalifem o imieniu al-Mahdi z nowej dynastii Fatymidów. Kilkadziesiąt lat później Fatymidzi podbili Egipt i założyli miasto Kair.

Transport przez pustynię

Ismailici to znakomity temat dla amatorów spiskowej teorii dziejów. Była to (a właściwie jest) ukryta organizacja wypływająca w różnych momentach historii w najbardziej niespodziewanych miejscach świata islamu – niekiedy przejmując władzę, niekiedy znacząco na nią wpływając, by po jakimś czasie znów zniknąć. Po upadku Fatymidów w Egipcie sekta nagle wypłynęła jako zakon Asasynów, który zajął kilka zamków w górach północnego Iranu i Syrii. Zamków tych rzadko trzeba było bronić, bowiem jeśli jakiś władca wybierał się na wyprawę przeciw Asasynom – znajdywał na przykład sztylet na poduszce i w lot odgadywał przesłanie. Wielkim Mistrzem Asasynów był tajemniczy Starzec z Gór, który twierdził, że jest potomkiem ostatniego kalifa dynastii Fatymidów. Kalif ten został wprawdzie zamordowany, ale podobno jego ciężarna żona została przemycona do Iranu i tam powiła potomka. Z czasem zamki Asasynów zostały zdobyte przez Mongołów, ale później ismailici objawili się w trudno dostępnych górach Jemenu, a potem także w Indiach. W XIX wieku do brytyjskich Indii przyjechał z Afganistanu arystokrata twierdzący, że jest w prostej linii potomkiem Starca z Gór. Liczni w Indiach członkowie sekty ismailitów tytułowali go Aga Khan i padali przed nim na twarz, wobec czego Brytyjczycy też go podejmowali z honorami i traktowali jak sojusznika. Obecny Aga Khan nie mieszka już w Indiach tylko w Szwajcarii i (jest to gratka dla amatorów spiskowej teorii dziejów) nadal wpływa na politykę świata raz po raz organizując przyjęcia, na które sprasza polityków z całego świata, żeby mieli szansę w spokoju sobie pogadać.

Sidżilmasa natomiast egzystowała na rubieżach muzułmańskiego świata. W sumie niewiele jest informacji historycznych na temat tego miasta. W XIV wieky był tam Ibn Battuta i opisał je jako kwitnący ośrodek, natomiast przejeżdżający tędy w XVI wieku Leo Africanus widzial już ruiny. Niewykluczone, że upadek tego miasta wiązał się z faktem, że w międzyczasie Portugalczycy opłynęli Afrykę i mogli handlować bezposrednio z murzyńskimi królestwami na wybrzeżu, kupując złoto tam, gdzie dziś jest Ghana, a niewolników tam, gdzie dziś Nigeria. Co pewnie ważniejsze – w  tym samym czasie Hiszpanie zaczęli przywozić z Ameryki ogromne ilości złota, w związku z czym w całym basienie Morza  Śródziemnego złoto potaniało,  w rezultacie  handel transsaharyjski przestał być opłacalny.
Z czasem tuż obok owiewanch piaskiem ruin zbudowane zostało nowe miasto – Rissani. Dojechać tam można z Dakaru autobusem. Nowiutki dworzec autobusowy w Rissani stoi na wprost miasta dawno już zasypanego piaskiem. Przyjeżdżają tam turyści i przesiadają się na wielbłady, by ruszyć na pustynię. Ale nie jadą do Timbuktu. Jadą zazwyczaj tylko na krótką przejażdżkę, robią sobie zdjęcie wśród wydm, a po paru dniach wracają albo pędzą do następnej atrakcji turystycznej. A jeśli któremuś z nich przyjdzie do głowy rzeczywiście pojechać do Timbuktu, to przesiądzie się na samolot.

Włodzimierz Fenrych

Spotkanie z Martyną, czyli przygoda w zasięgu ręki

November 25, 2009

Pisze książki, prowadzi programy telewizyjne, szefuje gazecie, bierze udział w rajdach, ścigając się z najlepszymi i… podróżuje. Po całym świecie. W ciągu kilku lat zdążyła zdobyć prawie całą „koronę ziemi” i już szykuje się do kolejnej wyprawy. Nim jednak znów ruszy w daleki świat, znalazła chwilę, by przybyć do Londynu i spotkać się w POSK-u z rodakami, opowiadając o swojej życiowej pasji. O kim mowa? Pewnie już się domyśliłeś, Czytelniku. W piątkowy wieczór, 13 listopada, w Sali Malinowej Polskiego Ośrodka Społeczno-Kulturalnego, odbyło się spotkanie z Martyną Wojciechowką.

DSCF7270

Takiego tłumu mury szacownej instytucji dawno już nie oglądały. Gdy przybyłem do POSK-u, spotkanie właśnie się rozpoczynało. Wszystkie krzesła były zajęte, zaś ci, dla których zabrakło miejsc siedzących, stali pod ścianą słuchając opowieści o dalekich krajach i pokonywaniu barier.

Okazją do spotkania było niedawne otwarcie brytyjskiej siedziby MK Tramping w Brighton. Firma oferuje turystom wyprawy w niemal wszystkie zakątki świata. Zaś Martyna znakomicie sprawdza się jako jej promotorka.

Jednakże promocja firmy była jedynie tłem, być może tylko pretekstem do opowieści, w której słuchacze zabrani zostali na wyprawę w nieznane. Nie tylko palcem po mapie. Ale – przede wszystkim – duchowo.

Bo wyprawy to nie tylko wycieczki, dalekie wyjazdy. To również spotkanie z samym sobą. Opowieści o pokonywaniu własnych słabości, realizacji celów i marzeń Martyna poświęciła bardzo wiele uwagi. Piękne widoki? Dziewicza przyroda? Ucieczka w nieznane? Tak. Jak najbardziej. Ale życie to także ból i trudy. Pokazując zebranym slajdy i filmy ze swych dalekich wyjazdów, podróżniczka sporo o tym mówiła.

Jestem przekonany, że ci, którzy przybyli owego wieczoru do POSK-u, mieli co opowiadać później swoim bliskim i znajomym. O samochodowych rajdach, odnajdywaniu się w świecie mediów i polskich celebrities… no i poznawaniu świata.

Trudno byłoby mi wszystko zrelacjonować. Jednak miałem szansę z nią porozmawiać.

Czy jesteś zadowolona z dzisiejszego spotkania?

– Tak. Jestem w pewien sposób poruszona panującą atmosferą. Przede wszystkim dlatego, że było tu tyle ludzi.  Jesteśmy przecież kilka tysięcy kilometrów od Polski. Obserwowałam, jakie wrażenie robią na widzach nasze historie. Starałam się przekazywać ponadczasowe wartości. I widzę, że trafiło to na dobry grunt.

Oprócz opowieści o swoich podróżach, promowałaś również ofertę MK Tramping. Do kogo jest ona skierowana?

– Głównie kierujemy ją do Polaków, którzy mieszkają na terenie Wielkiej Brytanii. Ale także do Brytyjczyków. Jesteśmy nastawieni na obsługę wielonarodowych grup. Wszyscy nasi przewodnicy mówią po angielsku, a zwykle również kilkoma innymi językami. Myślę, że to jest bardzo ciekawe, że możemy podróżować po różnych zakątkach globu i zawsze jest wspólny temat do rozmowy. Bo łączy nas jedna pasja – podróżowanie. Dla brytyjskiego klienta mamy przygotowaną ofertę, której pewnie nie znajdzie na lokalnym rynku. To są kierunki, na których brytyjskie biura podróży po prostu nie operują. Takie miejsca jak Mongolia, cały blok postradziecki, Kuba, Etiopia. Te miejsca znamy świetnie i możemy zrobić bardzo dobre wyprawy właśnie tam.

Czy nie jest tak, że z Londynu jest czasem łatwiej wybrać się w odległe miejsca niż z Polski?

– Stąd jest łatwiej dostać się dokądkolwiek na świecie. zwykle tak jest, że z Warszawy trzeba dolecieć na przykład do Londynu i dopiero stąd jeszcze gdzieś. Tak więc wydaje się, że stąd jest bliżej. Aczkolwiek chciałabym powiedzieć, że podróżowanie stało się dziś tak uniwersalne, że po przygodę można wylecieć z każdego miejsca na świecie. Mogę powiedzieć, że za dwa dni spotykamy się w Bangkoku i rozpoczynamy naszą przygodę. Więc to, że postanowiliśmy otworzyć się na Wielką Brytanię wynika z tego, że mamy konkurencyjną ofertę w stosunku do tutejszych biur podróży, a poza tym może to będzie bliżej dla tych, którzy tutaj mieszkają, a pochodzą z Polski. Oprócz tego myślę, że polski rynek mamy już dość dobrze opanowany. MK Tramping pracuje od piętnastu lat, Martyna Adventure od 2004 roku. Wydaje się, że nie mamy więcej do zrobienia na polskim rynku. Trochę się tam już dusimy.

Czy nie planujecie otworzyć oddziałów w innych miejscach?

– Dlaczego nie? Możemy równie dobrze otworzyć je w Barcelonie i Paryżu. No, może byłabym trochę ostrożna ze Stanami Zjednoczonymi, bo tam jest szalona konkurencja. Jednak to, co robimy, jest uniwersalne. Mówiąc dziś o przesuwaniu horyzontu, pokonywaniu własnych słabości czułam, że zwracam się do osób, które mówią tym samym językiem, co ja. Mamy bardzo bogatą ofertę. Bo z jednej strony są wyjazdy z plecakami, trochę niższy standard, trochę dłuższy czas ich trwania, ale z drugiej strony mamy też wyjazdy o wyższym standardzie. Właściwie nie ma rzeczy, której byśmy się nie podjęli. Siedem kontynentów, wszystkie kraje, dowolne marzenie, które chciałbyś spełnić… Proszę bardzo.

Tekst i fot. Alex Sławiński

Ile muzułmanin może mieć niewolnic?

November 10, 2009

Meknes to jedna z dawnych stolic Maroka, wyglądem jednak bardzo się różni od średniowiecznych stolic, takich jak Fez czy Marrakesz. Długie lica muru, teoretycznie obronnego, ale bardzo niepraktycznego. Aleja prowadząca do bramy pomiędzy dwiema litymi ścianami – jaka armia miałaby takich murów bronić? Gdzie pomieścić zaopatrzenie dla takiej armii? Raczej należy sądzić, że aleja ta zaplanowana była po to, by robić wrażenie na gościach. Istotnie, rozmach robi wrażenie. Wrażenie robi również informacja kto i jakim kosztem te mury wznosił.

Meknes jako stolicę zbudował w XVII wieku Moulay Ismail, uznawany za jednego z najwybitniejszych władców Maroka, ale jednocześnie jeden z najbardziej okrutnych. Rozpoczął panowanie od masakry swoich krewnych płci męskiej i wszystkich, którzy w jakiś sposób mogli zakwestionować jego prawo do zasiadania na tronie. Obcięte głowy wystawione zostały na pokaz w stolicy. Głowy za nieposłuszeństwo obcinał Ismail dość często przez całe swoje ponad pięćdziesięcioletnie panowanie. Obcinał je również ot tak, na postrach – podobno potrafił obciąć głowę niewolnikowi, który podawał mu strzemię. A niewolników miał dużo.

Większość ludności Maroka stanowią liczne szczepy Berberów, które w owym czasie bezustannie ze sobą walczyły. Aby się od nich uniezależnić, Ismail zbudował sobie armię złożoną z niewolników, głównie Murzynów uprowadzonych z Senegalu. Niewolnicy ci nie byli związani z żadnym ze szczepów, zależni byli bezpośrednio od władcy. Dzięki temu Ismail mógł poskromić Berberów, a także z sukcesem walczyć przeciw Turkom, którzy dążyli do uzależnienia świata muzułmańskiego od swojej władzy. Uzależ-nili od siebie Algierię, ale Maroko pozostało poza ich zasięgiem. Władza Ismaila sięgała poza Saharę, aż do Timbuktu i Senegalu, skąd przywożono czarnych niewolników. Zdołał on sobie podporządkować także pirackie gniazda na wybrzeżu, takie jak Sale i Rabat, skąd miał stałe dostawy również białych niewolników.

droga-do-bramy-meknesu1

W świecie muzułmańskim owych czasów wyprawy po niewolników były zupełnie normalnym procederem. Pamiętamy krymskich Tatarów regularnie wybierających się na Ukrainę po jasyr. Nie inaczej było na zachodzie Europy, tyle że tam po jasyr jeździły nie tabuny tatarskie, a pirackie statki z Tunisu, Algieru i Sale. Zagrożone były nie tylko wybrzeża Morza Śródziemnego, ale także Europa Północna aż po Islandię. Piraci z Sale potrafili zająć małą wyspę na Kanale Bristolskim i używając jej jako bazy polować na ludzi napadając na wsie na wybrzeżu Kornwalii. Dla władcy Maroka było to regularne źródło dochodu, bowiem niektórych więźniów rządy państw europejskich wykupywały tak jak dziś wykupują porwanych dziennikarzy. Niewykupieni pracowali wznosząc mury Meknesu lub innych twierdz.

Niektórzy biali niewolnicy wracali po zapłaceniu okupu, zdarzały się też ucieczki. Najbardziej znana jest chyba historia Thomasa Pellowa, porwanego za młodu mieszkańca Kornwalii, który za pomocą niemożliwej do wytrzymania chłosty nawrócony został na islam, był osobistym niewolnikiem Moulay Ismaila (nawrócenie wcale nie oznaczało wyzwolenia), wysłany do arabskiej szkoły, potem na drugą stronę Sahary z wyprawą polującą na niewolników, z czasem został dowódcą górskiego zamku, aż w końcu w Tangerze dostał się na pokład angielskiego statku i tak wrócił do Anglii. W XVIII wieku wydana została jego autobiografia, a ostatnio Giles Milton opublikował książkę White Gold, opartą na dziejach Pellowa, ale opisującą szerzej historie białych niewolników w Afryce Północnej. Ich liczbę szacuje się na ponad milion.

Dopiero na Kongresie Wiedeńskim ustalono, że należy zmusić kraje północnej Afryki do zaprzestania tego procederu, a dowódcą, który tego dokonał, był Edward Pellew, potomek Thomasa Pellowa. 27 sierpnia 1816 roku po całodniowym bombardowaniu Algieru skłonił on tamtejszego władcę do uwolnienia wszystkich niewolników. Pozostałe kraje – Tunis, Trypolis i Maroko – wolały już nie zadzierać. Był to jednak dopiero początek – jeszcze trochę prochu trzeba było wystrzelać, żeby i inne kraje muzułmańskie zrezygnowały z niewolnictwa. W Arabii Saudyjskiej na przykład niewolnictwo zniesiono dopiero w 1962 roku.

Moulay Ismail zmarł w 1727 roku. Po śmierci postawiono mu w Meknes, niczym nad grobem świętego, mauzoleum. Jest to jeden z niewielu meczetów, do których wolno wchodzić niemuzułmanom. Mauzoleum jak dla świętego? Europejskiego gościa to raczej zaskakuje, taki okrutnik, a traktują go jak świętego? Zwłaszcza, ze Moulay Ismail wsławił się jeszcze z innego powodu – jako ojciec największej liczby dzieci w historii. Miał ich podobno 888 (osiemset osiemdziesiąt osiem), a niektórzy twierdzą, że jeszcze więcej. Niewątpliwie był wybitnym politykiem, ale żeby go uznać za świętego? Jak to możliwe?

grobowiec-moylay-ismaila-wnetrze1glowna-brama-meknesuPo pierwsze – był on podobno bardzo pobożny, modlił się o oznaczonych godzinach, przestrzegał postów itd. Po drugie – pojęcie grzechu w islamie wcale nie pokrywa się z pojęciem grzechu u chrześcijan. Prorok Mahomet wprawdzie mawiał, że wyzwolenie niewolnika jest czynem godnym pochwały, ale zniewolenie kogoś w wyniku napadu na jakąś miejscowość nie jest niczym nagannym. Sam Mahomet osobiście dowodził takimi napadami, a po złamaniu oporu obcinał głowy mężczyznom, kobiety i dzieci sprzedawał w niewolę. Mahomet jest doskonałym wzorem do naśladowania dla muzułmanów, skąd wniosek, że obcinanie głów też nie jest niczym nagannym w islamie. Niczym nagannym nie jest posiadanie niewolnic, a korzystanie z tego, co niewolnica ma do zaoferowania, jest świętym prawem mężczyzny. Sam Mahomet z tego prawa korzystał, co zostało skrupulatnie zapisane w hadisach. Tak było w przypadku Rajhany, kobiety z żydowskiego klanu Kurajza, którą Mahomet sobie wybrał po obcięciu głów wszystkim mężczyznom tego szczepu. Hadisy odnotowują, że Mahomet proponował jej małżeństwo, ale ona odmówiła i pozostała niewolnicą. A chrześcijańska niewolnica Maria, dar rządcy Egiptu (chrześcijanina oczywiście) powiła nawet prorokowi syna, który jednakże zmarł w dzieciństwie. Żon muzułmanin ma prawo mieć nie więcej niż cztery, ale niewolnice się nie liczą. Jeśli go na to stać (bo niewolnice oczywiście nie są za darmo) – prawowierny muzułmanin może mieć i 888 dzieci.

Polityczna poprawność modna ostatnimi czasy każe przymykać oczy na powyższe. Aksjomatem politycznej poprawności jest, że wszystkie religie są równe, a więc islam też, a wszelkie problemy da się racjonalnie wytłumaczyć. Jakie można znaleźć wytłumaczenie dla dżihadu, świętej wojny, w czasie której można było brać niewolników, a potem ich zwyczajnie sprzedawać? Jakie można znaleźć wytłumaczenie dla tego, co Mahomet zrobił z członkami klanu Kurajza (wszystkim mężczyznom w liczbie kilkuset obciął głowy, a kobiety i dzieci sprzedał w niewolę)? Karen Armstrong w wydanej niedawno biografii Mahometa znajduje proste usprawiedliwienie – taka była epoka, wtedy wszyscy tak robili. Może to i prawda, ale żyjący kilkaset lat wcześniej Nazarejczyk (którego Mahomet uważał za swojego poprzednika) wprost zakazał uczniom walki w swojej obronie i sam się dał ukrzyżować. Potem jego uczniowie przez blisko 300 lat woleli dać się lwom na pożarcie rzucić, niż wzniecić zbrojne powstanie.

Co więc z takimi muzułmanami zrobić? Nawrócić wszystkich na chrześcijaństwo? Może na przykład pod groźbą spalenia na stosie, jak to kiedyś było w Hiszpanii? A może jeszcze skuteczniej, tak jak krzyżowcy, którzy zdobywszy Jerozolimę, zaprowadzili w niej chrześcijaństwo wycinając w pień wszystkich jej muzułmańskich mieszkańców. To właściwie ciekawe – niby ta sama religia, ale w jednej epoce jej wyznawcy dają się rzucać lwom na pożarcie, a w innej palą innowierców na stosie albo też wyrzynają ich w pień. A może ta sama jest tylko nazwa?

Zważywszy, że za odstępstwo od islamu grozi utrata głowy (w wielu krajach takie prawo obowiązuje do dziś) próby nawracania muzułmanów mogą być bardzo utrudnione. Ale istnieje metoda oswajania islamu bez odrzucania go jako doktryny. Jest to metoda sufich, czyli reinterpretacja. Słyszy się dziś często od pokojowo nastawionych muzułmanów, ze dżihad to wcale nie ma być wyprawa wojenna i obcinanie głów niewiernym, tylko wewnętrzna walka w duszy człowieka przeciw podszeptom diabła. I że islam szanuje życie ludzkie nade wszystko. No i oczywiście że w islamie wszyscy ludzie są równi, a zatem nie ma miejsca na niewolnictwo.

Czyż do takiego podejścia można nie mieć szacunku? A w końcu to też jest islam. Jest to ta sama religia, którą wyznawał Moulay Ismail. A może ta sama jest tylko nazwa?

Włodzimierz Fenrych

HARLEY MÓJ TO JEST TO…

November 3, 2009

dscf6716

Ace Cafe zna chyba każdy fan motorów w Londynie. Posiadacze dwóch kółek spotykają się w niej od wielu lat na różnych imprezach. Do knajpki, położonej w okolicach Hanger Lane w północno-zachodnim Londynie, zjeżdżają się motocykliści z całej Anglii.

I nie tylko. Częstymi bywalcami są tu nie tylko brytyjscy kierowcy, ale też przedstawiciele innych nacji. W niedzielę, 18 października, w okolicach Ace Cafe spotkać można było bardzo wielu Polaków. Nie bez powodu – jednym z gospodarzy imprezy był klub Polish Bikers. Oprócz kilkuset jednośladów, na imprezie pojawiło się też kilka interesujących samochodów. Osobowa tatra, trabanty czy mocno podtuningowane mini wzbudzały nie mniej zainteresowania, co majestatyczne Harley’e czy szybkie niczym błyskawica, japońskie ścigacze. Ponad placem przed restauracją powiewały biało-czerwone flagi. Tutaj nikt nie mówił z przekąsem o „polskich kierowcach”. Miejmy nadzieję, że podobnych imprez uda się w przyszłości zorganizować więcej. To właśnie takie oddolne inicjatywy dużo lepiej promują polskość poza granicami naszego kraju, niż drogie i nie zawsze sensowne spędy, na które wydaje się kupę rządowej kasy, z bardzo różnymi efektami.
Z Rafałem Danilczukiem z klubu Polish Bikers rozmawia Alex Sławiński.

dscf6702

Jak duże jest zainteresowanie waszym forum internetowym?

Zarejestrowanych jest ponad 1300 użytkowników. Z tego, co widzimy po statystykach, aktywnych jest około 400-500 osób, a w samym Ace Cafe widuje się co piątek regularnie około trzydziestu, czterdziestu.

Dziś jest tu ich zdecydowanie więcej. Czy liczyliście, ilu motocyklistów się zjawiło?

Skromnie liczyliśmy na jakieś sto osób, bo tyle potwierdziło swe przybycie na forum. Myślę, że jest nas tu więcej. Tak więc jesteśmy zadowoleni. Pogoda dopisała, frekwencja również.

Chyba nie wszyscy z dziś przybyłych są Polakami? Bo – na ile udało mi się podsłuchać rozmowy – impreza ma zdecydowanie międzynarodowy charakter.

Tak, impreza jest międzynarodowa. Dziś właśnie w Ace Cafe mamy Red October Day, czyli zlot pojazdów produkowanych w byłym bloku wschodnim. Pojawili się fani wszelkiego rodzaju jaw, cezetek, emzetek, na których wielu z nas w Polsce rozpoczynało swą przygodę z motocyklami. Dzięki uprzejmości właścicieli knajpki dogadaliśmy się, że Polish Bikers, jako dość duża zorganizowana grupa z bloku wschodniego, będzie dzisiaj gościem specjalnym. I będziemy mieli okazję zaprezentować się międzynarodowej społeczności.

Nie spodziewałem się, że aż tak wiele maszyn z bloku wschodniego jest zarejestrowanych w UK. Czy one wszystkie przyjechały tutaj „na kołach”, czy też część została dowieziona na lawecie?

Z tego, co wiem, prawie wszystkie przyjechały tutaj o własnych siłach. Jak widać czeskie, rosyjskie i wschodnioniemieckie motocykle są tutaj dość popularne. W zasadzie jedyną maszyną, która nie przyjechała tutaj na kołach jest jeden z naszych eksponatów, polska motorynka, którą dostarczono tu vanem.

Impreza to nie tylko spotkanie motocyklistów,  planowane są, jak usłyszałem, również liczne konkursy…

Tak. Będziemy mieli kilka konkursów siłowych. Ze względu na bezpieczeństwo – bo jak widzimy, plac jest dosyć zapełniony – na prośbę Ace Cafe zrezygnowaliśmy z konkursów typowo motocyklowych, czyli popisów zręcznościowych. Chcemy zorganizować coś w stylu konkurencji strong man. Jednym z głównych punktów programu będzie również konkurs znajomości przepisów ruchu drogowego w Wielkiej Brytanii. Chcemy po prostu sprawdzić, jaki jest poziom wiedzy w tym zakresie wśród rodaków oraz – poprzez ten konkurs – promować bezpieczną jazdę. Staramy się robić to również na naszym forum, gdzie często pojawiają się pytania użytkowników dotyczące angielskiego prawa. Próbujemy tłumaczyć obowiązujące tu przepisy i dzięki temu ułatwiać nam integrację.

Spotykacie się tutaj regularnie, co piątek. Jednak tak wielką imprezę zorganizowa-
liście chyba po raz pierwszy?

Taka impreza nie jest czymś nowym. Około pięć lat temu zorganizowano coś podobnego. Z tego, co wiem, menagerem Ace Cafe był wtedy Polak i on to organizował. My z kolei mamy na koncie kilka większych wyjazdów. Pierwszym z nich była inauguracja tegorocznego sezonu w kwietniu. Ku naszemu zdziwieniu przybyło do Ace około pięćdziesiąt motocykli. Po tym wydarzeniu nasze forum zyskało na popularności. Również w maju odbyło się kilka większych wyjazdów. Podczas bank holiday, w maju, grupa około osiemdziesięciu osób biwakowała przez trzy dni w północnej Walii, w Snowdonii. Była to bardzo udana impreza i z pewnością pomogła w integracji naszego środowiska. Dużo osób miało okazję się poznać, wymienić doświadczenia i razem się pobawić.

Tegoroczny sezon motocyklowy już się kończy. Czy planujecie jeszcze jakąś imprezę w bieżącym roku?

Większych imprez raczej już nie. Pomimo dość łagodnej aury w Wielkiej Brytanii, pozwalającej jeździć właściwie przez cały rok, to jednak zorganizowanie grupowego spotkania w zimie, kiedy jest dużo bardziej deszczowo, byłoby dosyć ryzykowne. Tak więc większych wyjazdów już nie planujemy. Niektórzy nasi koledzy z forum są również członkami „Orła Białego” – Unii Polskich Motocyklistów Świata. Organizację tę założono w Stanach Zjednoczonych i część kolegów otworzyła tu, w Wielkiej Brytanii, jej oddział. Kilka miesięcy temu byli uczestnikami dużego polskiego zlotu
w Irlandii. Być może wiosną uda się również zorganizować coś podobnego u nas.

Oprócz możliwości spotkania i wzięcia udziału w konkursach, przybyli mają też okazję popróbować polskiej kuchni…

Tak. Udało się nam uzgodnić kilka polskich akcentów w kuchni. Jest bigos, grochówka, mamy również obiecaną blachę domowego ciasta. A polskie piwo w Ace gości już od dawna.

dscf67191