Politykierstwo

February 4, 2010

Że zacznę od anegdoty na te pieskie czasy. Mąż siedzi w fotelu i czyta gazetę. Podchodzi do niego żona i mówi z wyrzutem: – Może byś czasem powiedział jakieś ciepłe słówko? Na co mąż: – Kaloryfer.
To tak á propos zimy tu i w kraju. Zima przejdzie,
a pieskie życie pozostanie. Komu je zawdzięczamy? Głównie politykom – jak głosi powszechna opinia. Tym zimnym politycznym draniom.

Polityczne draństwo ma swoją skalę. Jak nawałnice w skali Bouforta czy sejsmiczne trzęsienia ziemi. Im państwo potężniejsze, tym większe polityczne draństwo. Wielka Brytania przez parę wieków uchodziła za wielkie mocarstwo. Podbijała kontynenty, zniewalała ich ludność, eksploatowała ich ziemię i surowce. Ale uchodziła za kraj wielkiej tolerancji i przyzwoitości. Za model kraju, w którym nie istniała korupcja. Przekupstwa były tu nie do pomyślenia, jak myśleliśmy.
I co się okazało? Na jednym choćby przykładzie? Szereg lat temu mieszkająca u nas młoda Polka, przybyła z PRL-u, zapragnęła tu zostać na stałe. Ale jak? Trzeba jej znaleźć męża z obywatelstwem brytyjskim. Znalazł jej takiego ochotnika za odpłatą znany na emigracji małżeński pośrednik. Suma za tzw. stułę była wielosetna. Kiedy przyszło do rejestracji młodej pary w urzędzie stanu cywilnego, urzędnik zaczął kręcić nosem. Coś wywąchał. Umowny narzeczony zaczął się wahać. Ale umowna narzeczona wzięła sprawę w swoje ręce. Kupiła kilka butelek wódki i magnum szampana. Dotarła z butelkami do owego urzędnika. I ślub się odbył w oznaczonym terminie. Potem, po rozwodzie, zamarzyło jej się mieszkanie. Samorządowe, przydzielane według list. Jako ex-panna po rozwodzie, bez dziecka, nie miała szans. Ale powtórzyła zabieg z butelkami. Tym razem odbiorcą był radny samorządowy. Czyli już niby polityk, bo pochodził z wyborów lokalnych. No i dostała w blokach dwa pokoje z kuchnią i łazienką. Nauczyła się tych korupcyjnych chwytów w PRL-u.

Dziś to już nikogo w tym kraju nie dziwi, że za przekupstwa przekręty, fałszywe dokumenty można tu dostać mieszanie albo dom i tzw. socjal na utrzymanie. Celują w tych praktykach przybysze z byłych brytyjskich kolonii. W tym potencjalni terroryści. Wszyscy o tym wiedzą. Ale urzędu antykorupcyjnego tu nie ustanowiono. Bo któżby się tu przyznał do powszechnej korupcji?

Znacznie większą skalę przybrała tu korupcja polityków. Korupcja kamuflowana obchodzeniem i naciąganiem przepisów finansowych. No i co? No i prawie nic, poza wielką wrzawą medialną. Gdyby nie media, głównie Daily Telegraph, nigdy by tu nikt tych przekrętów nie podejrzewał. Czy powołano tu komisję przesłuchującą publicznie polityków? Nie powołano. Sprawy rozpatrywano we własnym zakresie raczej poufnie. Rozrywek telewizyjnych z indagowaniem świadków i podejrzanych o naciąganie nie było. I nie będzie. Nie godzi się bowiem boleśnie godzić w matkę parlamentów.

Przekręty i wykręty finansowe są niczym wobec matactw w skali wielkiej polityki. A takim matactwem – jak się teraz okazuje – była decyzja przystąpienia do wojny z reżymem Saddama Husajna  w Iraku. W rzeczywistości do najazdu zbrojnego na Irak. Bodaj większość z nas uległa argumentom amerykańsko-brytyjskim o legalności tego najazdu. Włącznie z polskim rządem premiera Leszka Millera. Dziś wiemy, że niestety miał rację ówczesny prezydent Francji Jacques Chirac mówiąc, że byłoby lepiej, gdyby Polska milczała. Ale w nas zawrzała krew sarmacka. Urażono naszą narodową godność. Czy rozliczono z tego rząd Leszka Millera? Nie rozliczono i pewnie go nie rozliczą. Awantura iracka pochłonęła tysiące ludzkich istnień, zdewastowała kraj, naraziła Zachód na odium muzułmańskie. Iracki wrzód powoli pęka. W Anglii odbywa się teraz w sprawie legalności tej agresji dochodzenie komisji Lorda Chilcota. Flasze w telewizji, relacje w prasie. Głowy za to nie polecą, kariery polityków są i tak schyłkowe. Na ekranach telewizyjnych nie ma z politykami igrzysk i igraszek. Kilku politycznych gladiatorów szermuje dwuznacznymi argumentami. I tyle.

A w Polsce? Komisja za komisją w telewizji. Przesłuchiwania jak na sali sądowej. Popisy erudycji prawnej śledczych. Świadkowie posiłkowi. POty i potknięcia przesłuchiwanych. Z kim pan był i co pan robił tego i tego dnia tego i teg roku. Czy zna pan Panna X i c pana łączyło z panem Y. Na cmentarzu na stacji bnzynowej, na przyjęciu sylwestrowym i w hotelach. No i w tym Pędzącym Królliku, warszawskim ustroniu restauracyjnym, miejscem rzekomych niecnym korupcyjnych schadzek. KOmisja pod pędzącym królikiem zastępuje komizmem kabarety. A o co chodzi? O przecieki. Nie o przekupstwo, nie o łapówki, nie o narażanie skarbu państwa na straty. Ani rodzin na utratę bliskich. POlski kocioł polityczny kipi furią demokratyczną. Zdrowy to objaw? ZDrowszy od brytyjskiego umiaru demokratycznej dyskrecji? Starej i wybróbowanej w politycznej szermierce przez wieki? Wniosek chyba taki, że nas ponosi demokratyczna młodość i zapał i zapłon polityiczny. I ten typowy dla nas brak umiarkowania. A tu w Wielkiej Brytanii nawet lord goldsmith naczlenhy prokurator, najwyższa prawna instancja, orzekająca w sprawie legalności najazdu na Irak, otrzymeł ponad dwa tysiące funtów na osobistą pomoc prawną. Żeby się dobrze bronił przed komisją bo tak nakazuje tradycja starej demokracji. A my, w naszej młodej demokracji wciąż płacimy byłym ubekomi i przestępcom peerolowskim za ich zbrodnie bez kary.

Nic tak dobrze nie robi na te pieskie czasuy, ja kanegdoty. Do pewnego spotkanego polityka zwraca się dziennikarz mówiąc: – – Przepraszam, ale pańska twarz wydaje mi isę znajoma. –Musiałem ją widzieć w innym miejscu. – Niemożliwe  – odparł polityk. – Swoją twarz noszę zawsze na tym samym miejscu. – Oj nie na dłlugo, nie na dłlugo – burknął dziennikarz. Do kolejnej komisji.

Burek Polski

November 25, 2009

dog3bluePamiętasz Drogi Czytelniku słynny numer  gazety „Polish Express”, w którym redakcja udzieliła emigrantom lekcji języka angielskiego na przykładzie zdania: „Tomek gwałci Zosię”? Nauczyciel z lubością odmieniał we wszystkich czasach to zdanie, stosował stronę bierną i czynną, bezwstydnie angażował osoby trzecie, by zdradzić tajniki konstrukcji zdań złożonych…

Zdziwicie się może, że przytaczam tak odległe wydarzenie. Wile miesięcy upłynęło już od tamtego czasu. Jest to jednak wydarzenie ważne, a rzekłbym nawet historyczne dla polskiej kultury emigracyjnej. W tym incydencie, i mówię tu zupełnie serio, na krótką chwilę opadła licha kurtyna pozorów i przez sekundę mogliśmy zobaczyć co naprawdę kryje się za fasadą kolorowych okładek polskiej prasy w Wielkiej Brytanii, za elegancko złożonymi stronami w InDesign, za intrygującymi tytułami. I tak jak w „Kongresie futurologicznym” Stanisława Lema, po wzięciu pigułki, objawił nam się koszmar rzeczywistości, skryty za elegancką dekoracją.

Chociaż właściwie koszmar to za mocne słowo. Z polską prasą emigracyjną nie należy wiązać żadnych dużych słów. Wolałbym wyobrazić sobie zboczeńca i psychopatę zarazem, który z pistoletem w jednej ręce, z drugą ręką w rozporku dyktuje zastraszonej redakcji zdania: „Tomek będzie gwałcił Zosię”, „Tomek za chwilę zgwałci Zosię”, „Zosia była gwałcona przez pięć godzin”, „Kiedy Zosia była gwałcona, Jasio wszedł do pokoju i on też wtedy…”

Wiecie, Drodzy Czytelnicy kogo ja zobaczyłem, gdy skorzystałem z kursu angielskiej gramatyki w polonijnej gazecie? Zobaczyłem Fraglesów. Redakcję opanowaną przez te futrzane stworki, które zanosząc się śmiechem, tłukąc czołami w klawiatury, turlając się po podłodze, przekrzykując się nawzajem piskliwymi wrzaskami, umieszczają gwałt dokonany na Zosi w kolejnych gramatycznych pozycjach.
Pisałem już kiedyś o niesłychanej prowizoryczności polskiej prasy na emigracji, o sytuacji, kiedy liczne redakcje wychodzą z demokratycznego założenia, że pisać każdy może. Nawet Fraglesi mają przecież coś do powiedzenia, a ponadto są tani, bowiem oficjalną walutą Fraglesów są fistaszki.

Wyrastające jak grzyby po deszczu liczne redakcje opanował zalew przeróżnych dziwolągów, które z odmętów swych dziewiczych i nietkniętych wiedzą humanistyczną umysłów, po wielu latach wytężonej pracy i wyjątkowej odporności na profesjonalizm, wspólnym wysiłkiem wydobyły na światło dzienne zupełnie nowy obraz publicystyki.

Doktor psychologii i autor licznych publikacji z zakresu kształtowania się świadomości, Andrzej Kuźmicki, określił ten stan zbiorowej emigracyjnej świadomości jako rozgdakany kurnik, usiłujący niezgrabnie komentować życie gospodarzy, podsłuchujący i z błędami przedrukowujący mało wiarygodne plotki brukowców, bądź obgadujący gospodarzy w swym niezrozumiałym języku. Ja dodam, że w tym kurniku co jakiś czas szczekliwym jazgotem chwilową uwagę czytelnika angażuje kolejne wcielenie Burka Polskiego.

Dlaczego właśnie Burka Polskiego? Ponieważ głównym przekazem wszystkich tych Newsów, Expressów, Kurierów i innych tworów polskich jest hałaśliwa przaśność, która nie tylko nie pozwala nam zrozumieć otaczającej rzeczywistość emigracyjnej, ale ją zagłusza. Nie pomaga zbliżyć Polaków i tubylców, rozstrzygać problemów pomiędzy nimi, lecz stawia przaśne podwórkowe płoty, na których Kargule i Pawlaki tłuką garnki i drą koszule. „Polaka pobiły szalone angielskie kobiety w supermarkecie” – drze się na pierwszej stronie jeden Burek Polski. „Polacy to najwięksi gwałciciele na Wyspach. Poza tym noszą wąsy i śmierdzą im skarpetki” – odszczekuje mu drugi Burek zza płotu. Euroentuzjaści 2 punkty, polscy patrioci 1 punkt!

Taki właśnie podwórkowy horyzont dyskursu zarysował się w polskiej świadomości emigracyjnej. Nie wierzycie? Zajrzyjcie na któreś z forów podpiętych pod polską publicystykę, które wychowały sobie istną armię rasistowskich tudzież polofobicznych kretynów.

Dodatkowo reguły, które wydawałyby się nie do pomyślenia, nagle stały się normą. Weźmy chociażby artykuł, który pojawił się dokładnie w czasie, gdy pisałem ten felieton, a więc długo szukać nie musiałem. Tekst tym razem „Gońca Polskiego”, dumnie przedrukowanego na głównej stronie Onet.eu: „Jak landlord Polaków oskubał”. Przedstawiona jest tam przerażająca historia trzech różnych osób, nikczemnie oszukanych i okradzionych przez miejscowego landlorda. Autor, pan Jakub Ryszko, śmiało rzuca oskarżenia pod adresem domniemanego złodzieja oraz skorumpowanej bądź też niechętnej Polakom policji (motywy działania policji pozostawione są wyobraźni czytelnika). Grzmi  oburzeniem i nie przebiera w słowach. Historia istotnie wstrząsająca i czytelnik natychmiast zadaje sobie pytanie: „Jak to możliwe!” „Jak to mogło się stać w państwie prawa!”. Niestety, nie dowiemy się tego, ponieważ autor zgodnie z przyjętym przez emigracyjnych dziennikarzy zwyczajem, zrobił wywiady tylko ze stroną pokrzywdzoną, którą – jak zawsze w takich wypadkach – jest strona polska. Ani policja, ani zły landlord z Pakistanu nie zostali zapytani, co mają właściwie w tej sprawie do powiedzenia.

Czy autor nie zna angielskiego, żeby zrobić reportaż profesjonalnie, czy może wychodzi z założenia, że „swój chłop” mówi prawdę, czy też ma to gdzieś jak naprawdę było i chodzi mu tylko o mocny, oburzający tekst kosztem reputacji pakistańskich landlordów i brytyjskiej policji? Tego się zapewne nigdy nie dowiemy, ale dziwne, że takie refleksie nie nasunęły się redakcji Onetu czy też „Gońca Polskiego”. Dlaczego? Nie jestem pewien, ale znowu widzę Fraglesów za biurkami.

Michał Sędzikowski

Malkontenctwo

November 23, 2009

Moja droga – mawiała moja babcia – skoro nie bywasz na pogrzebach swoich przyjaciół, oni nie będą na Twoim. Święta prawda. Nie byłam na pogrzebie Podziomka. On też na moim nie będzie. Znaliśmy się przez lata jako sąsiedzi. Sąsiadowaliśmy na jednej stronie „Tygodnia”. Lata temu, w jego świetnych czasach.

„Tydzień” był osobnym niejako dodatkiem sobotnim „Dziennika Polskiego”. Redagowała go przez lata Tesa Ujazdowska. To ona wprowadziła Podziomka, działacza „Solidarności” na ostatnią stronę „Tygodnia”. Jemu patronowała, a mnie ledwie tolerowała. Ja puszyłam się i panoszyłam w górnej połowie strony. On ledwie zipał na dolnej. I z dołu łypał na mnie swoim okiem, znakiem rozpoznawczym, osobistym logo. Podziomek według dawnych ludowych wierzeń to istota siedząca w dziurach pod podłogą. Bystra i chytra. Zamieniała ludzkie noworodki na swoje własne. Potem je urabiała na swoje kopyto.

Dlaczego Piotr Zakrzewski, bo tak się nazywał Podziomek, ten znany i dowcipny felietonista, wybrał sobie taki przewrotny pseudonim? Może cierpiał na lekkie obrzydzenie do świata i ludzi. Może mu się marzyło, że ten świat ludzi jakoś przerobi na swoją modłę. Zwykły, przekorny marzyciel. Krzyżowaliśmy czasem ostre pióra w kadzi narodowej maczane. On mnie czasem kropidłem dopadał, czasem mieczem, czasem flagą narodową trzepnął, a ja jego jędzowatym, rozdwojonym językiem. I tak sąsiadowaliśmy w symbiozie przez szereg lat na jednej stronie „Tygodnia”. Wtedy jeszcze pisma całą gębą. Pełnego historycznych artykułów. Niezłych ocen politycznych, literackich recenzji i wynurzeń. Fragmentów biograficznych i wspomnień. Można się było w tym piśmie zanurzyć przy sobotnim śniadaniu. Czasem się zamyślić, czasem zirytować. Całe strony listów do redakcji były tego odbiciem. Odbiciem popularności „Tygodnia” wśród starej emigracji. Podziomek zbierał brawa i pochwały, a ja przeważnie wymyślania i cięgi. Jako ta zgryźliwa jędza, latająca na miotle felietonistyki. „Tydzień” był organem grającym na emocjach emigracyjnych czytelników. Czytała go większość. Nie stukał żebraczym kijem o dotacje ani zapisy w testamentach. Urabiał opinie, odrabiał zaległości narodowej świadomości czytelników.

Czasy heroiczne minęły. Z czasem Podziomek zniknął ze szpalt „Tygodnia” i „Dziennika”. A ja zostałam skazana na banicję. Myślałam, że Podziomek pisze w krajowej prasie. Pisywał przecież do różnych pism i tygodników. Aż tu nagle czytam w „Dzienniku” z 13 bm., że Podziomek nie żyje. Jak to nie żyje! Zamarłam. Zmarł 18 maja tego roku. Leży na cmentarzu w Warszawie na Wólce Węglowej pod skromnym krzyżem – czytam. To redakcja „Dziennika” nie wiedziała że umarł? Nie zawiadomiła czytelników wciąż go pamiętających? Nie zamieściła po nim wspomnienia? Nekrologu? Po tylu latach współpracy? Po tylu miesiącach od zgonu? Aż tu nagle raczej banalne wspomnienie Marcina Gugalskiego. Niczym słaby głos z zaświatów o Podziomku. Piotrze Zakrzewskim. 1953-2009. Bez komentarza od redakcji, bez wyrazów żalu, że już odszedł. Gdyby żył, pomyślałam, to by się w grobie przewrócił.

Kiedy i na mnie przyjdzie czas, kiedy i ja przeniosę się na łono Abrahama – dobre i to – odejdę w niepamięć. A jeśli „Dziennik” mnie przeżyje w okrojonej sobotniej wersji, pewnie nie zamieści o moim zgonie wzmianki, nawet drobnym petitem na ostatniej stronie. Choć od redakcji można by się było spodziewać przynajmniej przyzwoitości. Kultury i szacunku dla lepszych czy gorszych odeszłych współpracowników. Tych, którzy kiedyś stanowili o jego popularności i poziomie dziennikarskim. O obecnym poziomie dziennikarskim i popularności „Dziennika” przemilczę. I nie do twarzy mu w żebraczej siermiędze z ręką po grosz wyciągniętą. Skoro dawni orędownicy emigracyjnego pisma codziennego zamienili się w jego arendarzy, niech dbają o lepsze owoce. A owocami pism są artykuły interesujące, starannie dobierane i plewione. Służące jako strawa czytelnicza nie przyprawiająca o niestrawność. Mogłabym przytoczyć tu różne z „Dziennika” niestrawne cytaty. I niechlujne traktowanie wiadomości i świadomości odbiorców. Ale tego nie zrobię. Życzę „Dziennikowi” darczyńców nie życząc mu, aby ci, którzy go funtami wesprą liczyli wyłącznie na nekrologi. Ważna to pozycja w piśmie, nekrologi. Kto wie, czy nie najważniejszy to argument na tego pisma przetrwanie. Może mu zapiszę legat w testamencie w ostatnim odruchu dobrej woli.

Pisuję teraz w piśmie, które określono – jak mi donoszą – jako intelektualno-malkontenckie. Dobre masło maślane. Intelektualista nie może nie być malkontentem. Od intelektualisty wymaga się postawy krytycznej i analitycznej. Swego rodzaju malkontenctwa, bez którego nikt nigdy nie wymyślił ani nie napisał niczego oryginalnego czy odkrywczego. Chciałabym być uznana za malkontentkę. Taką mam ambicję.

Padło też na papier zdanie – jak mi donoszą – że „Nowy Czas” jest rzekomo niezależny. I pytanie – od kogo? Otóż wolność publicysty polega na właściwym wyborze zależności. A jest nim w ostateczności zależność od czytelników. Ale ta niestety na pstrym koniu jeździ. Jak ktoś napisał: „Czytałem dzieła stare, nowe wiersze, sztuki, prozę, Homera Agatę Christie i Spinozę. Czytałem Swifta, Kanta, Kołakowskiego, czytałem w zwykłe dni i w święta dzieła bogate i ogromne, intelektualne. Nic już nie pamiętam! A panny Gieni nie zapomnę nigdy.

A ja nie zapomnę Podziomka. Śmierci nie ma – powiadała moja babcia. Na co dobrotliwie ksiądz dobrodziej: – Tak, tak, ale są pogrzeby.
I wspomnienia. I nekrologi. I pamięć.

Pisał, bo był…

November 11, 2009

Jestem, więc piszę. Tak napisał Maciej Rybiński. I pod takim tytułem wydał zbiór swoich felietonów. Dedykował go córce Oleńce. Już go nie ma, wiec nie pisze. Choć głowy za to nie dam. Miał tak przewrotną naturę, że zamiast przewracać się w grobie z powodu kolejnych krajowych afer, komentuje je w jakimś Organie Niebieskim. Wyćwiczony za życia w sztuce absurdu, znajdzie zapewne i w niebiosach różne facecje do błyskotliwych felietonów. A jeśli św. Piotr ma poczucie humoru, to go nie posadził obok nudnych dewotek żeńskich i męskich.

I być może św. Piotr da mu placet na pisanie. Nie obłoży go zakazami, ani nie skaże go na indeks. Hemar by napisał, że Maciejowi Rybińskiemu Bóg powierzył humor Polaków. Co nie jest łatwym zadaniem, bo Polacy na nadmiar humoru nie cierpią. Cierpią raczej na cierpiętnictwo. Na czarnowidztwo. Na mizerię. Na histerię. I historyczną melancholię. I lubują się w przelewach słów z pustego w próżne. I w opatrywaniu dolegliwości życiowych przymiotnikami pesymizmu. Optymizm, radość i pogoda ducha, dystans do wszystkiego co nas otacza to nie nasze narodowe cechy.

Ryba, jak go nazywano wśród mu bliższych, był raczej samotnym chorążym ze sztandarem swoistego czarnego humoru. Był też bajczarzem urokliwych opowiastek. Zawsze z jakimś morałem. Był też erudytą. Znawcą historii i literatury. A do tego wykrywaczem i wyśmiewaczem nonsensów, blag, nudziarstwa i pustosłowia. Nie znosił też nudy i mydlenia oczu. W zalewie nadętych, przemądrzałych artykułów i wypowiedzi, grafomaństwa i powszechnej frazeologii był niczym latarnik. Ratował nasze piśmiennictwo od zatonięcia w mętnej wodzie patosu. A patos jest naszą patologiczną przywarą.

Dlaczego piszę o Rybińskim? Bo niedawno umarł. Odszedł w niebieską dal. I niedługo zapewne zamrze o nim pamięć. A to, co napisał, zejdzie z pierwszych półek na dalsze. I z czasem, jak większość książek, powieści, felietonów, spocznie na własnych laurach. A laury kurz pokryje.

Taka jest uroda szczególnie felietonów, że się starzeją. Mumifikuje je czas przyszły. Felietonista jest echem i odbiciem teraźniejszości. Dziś jest aktualny, jutro już nie. Najwyżej może wejdzie tylnymi drzwiami do okruchów historii cytowanej przez przyszłe pokolenia. Na emigracji świetne felietony Juliusza Sakowskiego, wnikliwego obserwatora dorobku kulturowego i niedoborów dorobku politycznego naszej emigracji pożółkły na pólkach. Sakowski był też wytrawnym znawcą literatury francuskiej. Pisał o wszystkim lekko, dowcipnie. Był anegdotycznym felietonistą i eleganckim publicystą. Wydał zbiory swoich artykułów w książkach „Wety i odwety”, „Dawne i nowe lata”, „Asy i damy”. Kto je dziś czyta? Kto o nim pamięta? Nie lepiej z błyskotliwymi artykułami i reportażami Stefanii Kossowskiej. Przyprawiono jej nawet niedawno imię Zofia. Może to Freudian slip? Skojarzenie z Sophią, czyli mądrością? Bo nie z Hagia Sofią, męczennicą chrześcijańską z czasów Hadriana. Co to, to nie. Chociaż pani Stefa sama siebie nazywała pobożną dewotką. W niepamięć poszły też przekorne, dowcipne felietony Karola Zbyszewskiego. O nudnych felietonistach, a było ich wielu, nie wspomnę. Zestarzały się też w większości pisane w krajowej rzeczywistości felietony Stefana Kisielewskiego. Kiedyś bożyszcza czytelników z tzw. inteligencji. Nawet mistrz syntezy i dowcipu, kulturowy erudyta, Antoni Słonimski przetrwał głównie z racji swoich bon mottów. Trafnych, a bywało i trefnych, powiedzonek. Kiedyś na pytanie przedstawiciela sowieckiej literatury bawiącego w Warszawie, gdzie tu można się wysiusiać, pan Antoni odparł: – Pan? Wszędzie!

Słonimskiemu wszystko można darować. Nawet jego przedwojenne artykuły zauroczone sowieckim „światłym światopoglądem”. Samo słowo światopogląd już się zaśmierdło, ale kunszt pisarski, literacki tych i wielu innych luminarzy naszej publicystyki nie zasługuje chyba na niebyt w naszej świadomości. To ten byt codzienny i potworny zalew nędznego drukowanego mułu słownego zepchnął tych mistrzów w niebyt.

Odprawiam dziś dziady, zaduszki za ich dusze. Szczególnie za bogatą i rogatą duszę Macieja Rybińskiego. Poznałam go lata temu. W studiu Polskiej Sekcji BBC w Londynie. Dołączył do nas w stanie wojennym. Był wolnym strzelcem. Pisywał krótkie i krytyczne tzw. depesze. I choć zawsze strzelał z biodra, zawsze w sedno trafiał. Wszedł kiedyś do studia, gdzie sączyły się przez głośnik jałowe komentarze. Smętnie głową pokiwał i spytał mnie: – Jak ty to wytrzymujesz?

Ja musiałam. On widać nie musiał. I nie wytrzymał. Odszedł tam, gdzie go oczy poniosły, choć go proszono, zostań, ach zostań. Mawiał o sobie, że jest Rybiński herbu butelka i korek. Za kołnierz nie wylewał. Zalewał się regularnie. Topił robaki, jakie ludzie zarzucali mu wędką. Jak to rybie. I sam z siebie kpił, ale innym okpić się nie dawał. Lubił ludzi, ale nienawidził ich głupoty. Można by powiedzieć, że był wieszczem patrzącym z ukosa na nasze groteskowe czasy. Na tę tragifarsę i tę polską naszą ludzką komedię. W felietonie „Mutanci” napisał: „Kilku moich znajomych poczuło się ostatnio bardzo poniżonych na wiadomość, że mają niewiele więcej genów niż myszy. Oczywiście gdyby chodziło o słonia, to co innego, ale myszy?”. Zdaniem Rybińskiego najlepiej te odkrycia skomentował rysunkiem karykaturzysta Daily Telegraph Matt (ja też go wielbię). W klatce w ZOO siedzi w wiszącej oponie samochodowej małpa i czyta gazetę. Przed klatką tablica z napisem:
Małpa zmutowana genetycznie.

No cóż, sporo takich zmutowanych małp już po świecie chadza. A nasz światek byłby znośniejszy i zabawniejszy, gdyby można było Rybińskiego nie zmutować, broń Boże, ale go sklonować. Pisał, bo był. Wielka szkoda, że go nie ma.

PS. Zeszłej nocy budzi mnie szmer w moim laptopie. Otwieram i czytam:

Tu redakcja gazety „Słowo Niebieskie”. Założyciel i red. nacz. Konsatnty Ildefons Gałczyński. Informujemy o przyjęciu Macieja Rybińskiego w poczet Aniołów Stróżów felietonistyki. Przyjęty za poręczeniem Zygmunta Nowakowskiego, jednego z mistrzów tego zakonu. Nasz adres: „Słowo Niebieskie”, Chwała na Wysokości, Herubin, PP.”

Boże! Nawet ja o Zygmuncie Nowakowskim, Lajkoniku na wygnaniu zapomniałam. Zapaliłam mu ogarek pamięci, za lata podtrzymywania nas na duchu. I znów słyszę szmer w latptopie:

Porachujemy się, jak i ty duchem się staniesz. Z. Nowakowski

Kocha, lubi, szanuje?

October 28, 2009

Czy to jest niechęć?
Czy już pogarda?
Czy może uprzedzenia?
Czy antypolonizm?
Czy co? Czy dobrze słyszę w jednej z debat w TV Polonia? O nie! To już nie stare stereotypy Polaków pijusów. Łajdaków, rozrabiaczy. Chamów i naciągaczy. To już kompleks antypolonijny. Nas nie tylko już nie cenią, ale gremialnie nie lubią – słyszę. A ja nie cenię ani nie lubię takich dyskursów i dywagacji.

Na czym są oparte? Na historii – słyszę. Korzeniami sięgającej rozbiorów. Prawie żadna krajowa debata nie może się odbyć bez korzeni. To zaborcy naszej ziemi zatruli nam nasze korzenie. Zasiali uprzedzenia. A z tych korzeni wyrosła dżungla antypolonizmu.

Polemizowanie z paranaukowymi teoriami jest jałowe i nudne. Nie zamierzam. Ale jakoś mi się wydaje, że ten rzekomy antypolonizm czy niechęć do Polaków nie wyrosły z historycznej gleby. Jeśli ta niechęć istnieje w świecie, jest chyba zjawiskiem współczesnym. Złożonym i nieodosobnionym. Nie tylko nas nie lubią, nie kochają i nie cenią. W większości krajów europejskich mniejszości przeżywają złą passę. Narasta fala sprzeciwów wobec zalewu migrantów. Pogłębia się kryzys i niepewność jutra. Co piszę wiedząc, że banały są mądrością narodów. A felietonista banałów unikający naraża się na opinię płytkiego. Mniejszościom nie pomagają też przymusowe nakazy tolerancji. Ani statutowa poprawność polityczna. Ani takie czy siakie konsekwencje jej naruszenia. – A co? – ktoś powie. Wsadzą mnie do pudła, jak przyłożę Czarnemu? Czy dokopię Azjatom, czy im dom podpalę?

Wieczorową porą szumią po brytyjskich małomiasteczkowych pubach takie pogwarki. Z czubów dymi piwem, kipi w żyłach krewkością. A tu na chodniku rozrabiają urżnięci Polacy. No to im przywalić. Incydenty bójek i napadów na Polaków statystycznie niewielkie, urastają do miana masowej do nas niechęci. Tak jak antypolskie rzekomo wzmianki w prasie różnie inspirowane urastają do antypolonizmu. Oczywiście z niewysychającym źródłem naszego rzekomo lub nie rzekomo antysemityzmu. Czas się nawzajem zrozumieć. Czas, skoro też jesteśmy ofiarami nastrojów i uczuć anty.

Marian Hemar kiedyś napisał, że jesteśmy narodem, którym zawsze targały kontrasty wysokiej cywilizacji i najgorszego chamstwa. Chamstwo  – napisał – jest naszym najgorszym wrogiem. Wewnętrznym i zewnętrznym. Chamstwo i prostactwo. Prostactwo nie zna form obowiązu-jących w danych kręgach społecznych czy obcych krajach. Nie widzi niczego niestosownego w ich naruszaniu. Siorbie zupę, beka po jedzeniu, puszcza bąki czy pawia bez żenady. Bo tak czynili dziadowie i ojcowie nasi.

Chamstwo jest agresją. Prostactwo jest raczej bierne. Chamstwo napastliwe. Jeśli w Wielkiej Brytanii istnieje do nas pewna niechęć, to głównie z powodu tych cech. Podobnych, ale różnych. Wielkie pole do działania różnych kulturalnych czy społecznych działaczy.

W polonijnych mediach roi się natomiast od pouczeń, jak tu się osiedlić i pracować w tym kraju. Tak zwane dobre rady są powielane, odświeżane, odsmażane. Z dodatkiem musztardy po obiedzie. Bo trzeba było tę tak zwaną wiedzę posiąść w Polsce zanim się w ciemno przyjechało do tego kraju. Oświecanie potencjalnych emigrantów, którzy przybywają tu za chlebem powinno być w gestii krajowych władz. Wznowiona starannie w duchu porad broszura Zjednoczenia Polskiego w Wielkiej Brytanii niewiele do tej sfery wnosi. I raczej wątpliwe, żeby ją nowi tu przybysze studiowali. Ale można ją polecić kobietom, ofiarom domowej przemocy. Pobił cię mąż, partner czy konkubin? No właśnie! Moja znajoma Polka z sąsiedniego osiedla wylądowała niedawno w szpitalu. Połamane żebra, przetrącony nos. Mogłaby się zgłosić do jednej z organizacji wspierającej ofiary domowej przemocy. Adresy i telefony są w tej broszurze. Ale się nie zgłosi. Boi się konkubina. – Jakbym się zgłosiła, to by on mnie wtedy dopadł. Mimo wszystko istotą tej broszury są właśnie informacje dotyczące tej ciemnej strony życia. Przestępstw, ich ewentualnych konsekwencji i pomocy ofiarom różnych zajść, także na tle etnicznym. Tych na szczęście w środowisku polskim jest znacznie mniej niż w środowisku choćby mniejszości azjatyckiej. Ale Polaków kryminalistów w tutejszych więzieniach nie brak. Sędzia Witold Pawlak, jedyny bodaj Polak z pochodzenia na tym wysokim stanowisku, niejeden wyrok na rodaków wydał. Ale statystycznie jeśli chodzi o mniejszości narodowe tych wyroków jest niewiele. Niechęć wzbudza chamstwo i prostactwo.

Mieszkam w tym kraju od ponad pół wieku i nigdy nie spotkałam się z wrogim nastawieniem, z niechęcią czy pogardą. Na co w znacznie większym stopniu niż my – powtarzam – są tu narażeni Pakistańczycy, Hindusi, Romowie czy inne mniejszości ciemnoskóre.

Słyszę, że wydano po angielsku opowieść o dziejach Polaków zagnanych do Indii. Jeszcze przed podziałem tego kraju na Indie i Pakistan. Urokliwe wspomnienia o życzliwości i przyjaźniach polsko-indyjskich. Książka ma być promowana na przyjęciu. Życzliwy Hindus osobiście opracował zaproszenie. Po przedstawieniu książki zebranym – napisał – będzie intercourse. W życzliwym uniesieniu pomylił interval z cielesnym zbliżeniem. Zachodzi teraz
pytanie, czy jest to przyjaźń czy już kochanie? Kocha, lubi, szanuje, nie chce, nie dba, żartuje. Kochać nas nikt nie musi, ale – wierzcie mi – lepiej, żeby nas polubiono.

Uczta w Croydon

June 17, 2009

krysiaAż wierzyć się nie chce, że im się chce. Tak napisałam kilka lat temu o chórze Ave Verum. Że im się chce poświęcać godziny po pracy, wolne chwile, żeby śpiewać. I polskość wyśpiewywać na obcej ziemi. I w tym śpiewaniu podsycać żar swojej polskości. Bo się w nich ta polskość pali. Nie zgaszona dorastaniem w obcości. Nie poszarzała od kompleksów ani poczucia kulturowej niższości.  Ani niedoceniania naszej heroicznej przeszłości.

Oni, to nasze młode pokolenie, nie mają takich kompleksów, jakie my mieliśmy. Wychodzą z tą swoją polskością na estrady ku innym i ku nam. Przełamują uprzedzenia nie politycznymi tyradami ani popisami o naszej martyrologii, ale śpiewaniem o naszym kraju. O jego obyczajności i obyczajach, tradycji i wierze.

Chórowi Ave Verum udało się wypracować ten schemat lekkości i zmienności nastrojów śpiewania. I wkomponować w to śpiewanie tę naszą już dwoistość kulturową. Tę naszą polsko-angielską dwoistość, jaka jest w nas.

Niezła to mieszanka. Można by powiedzieć unijna. W minioną niedzielę okazało się przecież, że Polacy w kraju przypieczętowali unijność w eurowyborach. Skromną wprawdzie frekwencją, ale pewnym siebie wynikiem. Prawie już skokiem na znaczące miejsce w europarlamencie. I w tę minioną niedzielę chór Ave Verum dał nam koncert. Koncert galowy z teatrze Ashcroft w Fairfield Hall w Croydon. Koncert z okazji dziesięciu lat śpiewania. I wciąż im się chce. Aż wierzyć się nie chce.

Zbieżność dat może była przypadkowa. Może przypadek sprawił, że ten koncert był niczym gala z okazji naszych przełomowych rocznic. Rocznic narodzin naszej niepodległości. Można to było sobie dośpiewać w czasie chóru śpiewania. Bez wielkich słów. Bez fanfaronady. Bez tej typowej dla nas przesady uniesień i zadęcia. Piosenki i pieśni wiodły nas przez bolesną przeszłość i radość z teraźniejszości. Taka jest moc oszczędnego słowa. I taka jest moc muzyki. I treści wyśpiewanej. A nie głoszonej ex catedra w napuszonym, nudnym języku. A widownia, która wypełniła rzędy teatru w Croydon zadumana, zasłuchana, milcząca. I w ciszy przeżywająca swoją bliskość z polskością. I z Polską.

Bliskość często bywa silniejsza z oddali. „Ja to mam szczęście, że w tym momencie żyć mi przyszło w kraju nad Wisłą, ja to mam szczęście!”. To słowa pieśni „Tango na głos, orkiestrę i jeszcze jeden głos”, napisanej w roku 1989 przez Grzegorza Tomczaka. Śpiewała ją przejmująca aż do drżenia serca Brygida Wimbush.

Niepojęte to szczęście po nieszczęściach. Rok szczęścia z obalania komuny. A na dużym ekranie w tyle sceny wizualne fragmenty z tej naszej przeszłości. Wojennej i powojennej, aż do „Solidarności” i wyzwolenia.

Nie ma lepszego sposobu na promowanie Polski i naszej kultury – napisał kiedyś w „Dzienniku Polskim” Grzegorz Małkiewicz. Bo chciałoby się razem z chórem śpiewać „White Cliffs of Dover”. Piosenkę z naszej wspólnej anglo-polskiej buńczucznej przeszłości wojennej. I chciałoby się razem śpiewać „Karpacką Brygadę” i Hemarowską humoreskę o tym, że wszystko co warto, to upić się warto. I chciałoby się raz jeszcze posłuchać chorału „Alleluja” G. F. Haendla. I brawurowego śpiewania o weselnej uczcie w Słupii Nowej. Na bis, i bis i bis. Bo takie były bisy i brawa na stojąco za to śpiewanie Ave Verum. Choć czasem, żeby nie przesłodzić w pochwałach, żywsze tempo, szybszy rytm by się przydał. W „Szwoleżerach”, i tu, i ówdzie. Taki „rythm of life”, jak w słowach piosenki.

Jesteśmy z natury etnicznej skazani na pewną zaściankowość. Na pewien prowincjonalizm. I raczej swojsko się w nim czujemy. W tej naszej parafiańszczyźnie, gdzie wszyscy się znamy i wszystko wszystkim uchodzi. Gdyby były fundusze, większe siły przerobowe, jeszcze więcej talentów, mogłoby być na tym koncercie bardziej profesjonalnie. Z dużą orkiestrą, ze światłem reflektorów rzucających błyski i blaski. Bajecznym wystrojem sceny i bajecznymi strojami. Ale nie byłby to wtedy taki prawdziwie nasz koncert.

Nie ma co podgrymaszać i krytykować. Można tylko dziękować chórowi, Ewie Kwaśniewskiej – dyrektorowi artystycznemu, i Jurkowi Pockertowi – muzycznemu mistrzowi i dyrygentowi chóru za ten galowy koncert. Istnienie tego chóru od dziesięciu lat i koncerty, jakie dał, są wyjątkowym osiągnięciem. Bo im się chce śpiewać i tańczyć już dziesięć lat. A na sali był już nowy narybek. Dzieciaki, dziewczyneczki, jak w tej piosence „Panienki z bardzo dobrych domów”, niegrymaszące. A w chórze śpiewają nawet małżeństwa z dziećmi. Kilka pokoleń. Wszyscy się spotykają na poniedziałkowych próbach w Ośrodku Polskim przy Parafii Jezusa Miłosiernego w South Norwood na południu Londynu. A ci wszyscy, to ludzie z zawodami, urodzeni tu i w kraju. Dwujęzyczni. Ale jednoznaczni kulturowo. Na taki chór nawet Ealing, ta londyńska twierdza polskości, nie potrafił się zdobyć. A telewizyjny show Britain’s Got Talent to plebejskie piwo barowe przy kulturze Ave Verum.

Felieton to nie recenzja, a ni ja nie recenzentka. Niedawno w recenzji w „Dzienniku Polskim” z okazji wielkiej loterii Polskiej Fundacji Kulturalnej przeczytałam, że występujący na tej gali zespół Dei Trust „pokazał lwi pazur wykonując przeboje Anny Jantar”. Lwi pazur? Dobrze, że nie kły. Widzowie by zwiali. Ave Verum bez kieł i pazurów pokazał tylko co potrafi. A potrafi dużo. I nawet można mu darować ten prowincjonalny obyczaj witania na sali burmistrzów, wójtów i parafialnych działaczy. Przecież jesteśmy w naszej swojskiej parafii. I niech już tak zostanie.

Krystyna Cywińska

Jednak rocznica

June 10, 2009

grzegorz2Czy dzień 4 czerwca 1989 roku można uznać za datę odzyskania niepodległości? Zdania są podzielone, szczególnie wśród polityków, którzy uczestniczyli w tamtych wydarzeniach. „Drużyna Wałęsy” wygrała wszystko, co było do wygrania, ale był to Sejm „kontraktowy”. Wałęsa po 20 latach powiedział nawet, że nie pamięta tej daty – dla niego ważniejszy był strajk sierpniowy.

Politycy, jacy są każdy widzi. Jeśli coś im nie wyjdzie, nawet w momencie dziejowym, chcieliby jeszcze raz wrócić na scenę z innym monologiem. Na szczęście historia to nie teatr. Powtórek nie będzie, nawet dla aktorów w rolach głównych. Ale kto kogo obsadził i kto był obsadzony? Misternie spisany scenariusz przy okrągłym stole wypadł z ręki scenarzysty w chwili ogłoszenia wyników. Nie tak miało być. Społeczeństwo zbyt dosłownie potraktowało swoją powinność eliminując komunistów z parlamentarnej gry. Opozycja staje się główną siłą polityczną, ale niezdolną, nieprzygotowaną do przejęcia władzy. I robi wszystko, żeby tej władzy nie przejąć, wbrew społecznemu mandatowi. Takiego obywatelskiego zaangażowania w powszechnych wyborach już więcej nie będzie.

Z tego prostego powodu wybory 4 czerwca 1989 roku w Polsce stały się dla Polaków, pomijając polityków, symboliczną cezurą, Rubikonem, a nawet kontrrewolucyjnym aktem pokonania pogardzanej i znienawidzonej komuny. 4 czerwca 1989 roku Polacy dokonali wyboru. Zabrakło niestety przywódców, którzy wtedy dalej szukali „historycznych kompromisów”, a teraz szukają bardziej wyrazistej daty.

„Kontraktowy sejm” niczego tutaj nie zmieni. Nie zmieni „kompromisowy” prezydent Jaruzelski wybrany przez kompromisowych polityków opozycji.

„Kontraktowe wybory” w Polsce stały się początkiem upadku komunizmu w całym zaprzyjaźnionym bloku. Kraj po kraju – Węgry, NRD, Czechosłowacja, Bułgaria, Rumunia – cały blok opanowała kontrrewolucja. Jedynie w Rumunii doszło do próby stłumienia wolnościowych aspiracji, co przy braku wsparcia Związku Sowieckiego skończyło się fatalnie dla tamtejszej dyktatury.

Czy trzeba szukać innej daty? Polska była częścią obozu. W Polsce dziewięć lat wcześniej powstał ruch społeczny, który pomimo prześladowań, w znacznie trudniejszych warunkach geopolitycznych, przetrwał i doprowadził do przewrotu. W taki sposób nasza najnowsza historia jest postrzegana przez obserwatora zewnętrznego, naszych obecnych sojuszników i partnerów. Z tej perspektywy nie liczą się niuanse polityki wewnętrznej, której i tak nikt nie rozumie, nie mówiąc już o tym, że mało kto, poza politykami, rozumie konfrontacje premiera z prezydentem w kraju.

Jeszcze kilka dni temu myślałem o tej dacie trochę inaczej. Też zastanawiałem się, czy jest to data przełomowa. Zmieniłem swoje zdanie, kiedy moja znajoma teatralnym gestem oświadczyła: 20 lat temu, czy ty wiesz, co się wtedy działo? W tym dniu poczułam się wolna. A kiedy tłumaczę swoim dzieciom, jak było w PRL-u, uważają, że zmyślam.

Grzegorz Małkiewicz

Reprezentacja

April 22, 2009

grzegorz21Nigdy nie było mi po drodze z formalnymi organizacjami. Partie nie te (oględnie mówiąc), działaczami nawet nie warto się zajmować. Organizacje w moim wieku poborowym były w dwójnasób skażone, nie tylko że wpisane w system, to jeszcze z jakiejś niższej półki, zależne, podległe, dyspozycyjne. Kiedy historia popuściła, byłem już niereformowalnym outsiderem, zdanym na samego siebie, co nie znaczy, że potrzeby zorganizowanych gremiów nie dostrzegam. [Czytaj dalej]

Czy Szarik był komunistą?

April 6, 2009

krysiaPodobno tylko krowa nie zmienia poglądów. A czy ktoś kiedyś pytał o to krowę? No właśnie. Nic nie jest pewne, ani stałe. Wszystko się zmienia. A zmiany wpływają na zmienię poglądów. Jeszcze kilka lat temu prawie wszystko co pochodziło z PRL-u było przez starą emigrację podejrzane. Często zresztą słusznie. Emigracja miała wyłącznośc na patriotyzm.

Wierzyła w swoją ideologiczną wyższość, a także wyłączność swojej misji wyzwolenia kraju spod komuny. No i wyleczenia narodu z jadu marksistowskiego. Znana publicystka emigracyjna, Stefania Kossowska, pisywała, za Miłoszem, o pokąszeniu niektórych krajowych pisarzy i dziennikarzy jadowitym żądłem heglowskim. Żądłem filozofii XIX-wiecznego niemieckiego myśliciela Georga Wilhelma Hegla. Jego koncepcja dialektycznego rozwoju idei odegrała kluczową rolę w kształtowaniu marksizmu. Teraz, wobec kryzysu kapitalizmu, dialektyczny jad ideowy zaczyna sączyć się skrycie jako panaceum na dolegliwości systemowe. Niczym mrówczy jad w spirytusie na dolegliwości reumatyczne. Że nie wspomnę o okładach z liści kapusty. Zbawiennych na bóle stawów. I, jak czytam, pomocnych w zwalczaniu kryzysu. Sadźcie kapustę w ogródkach i na działkach, skoro trzeszczy w stawach kapitalistycznej gospodarki. No i przy okazji karmcie kapustą krowy. Może zmienią zdanie…

Przeciętny człowiek ma dziś problemy ze swoimi poglądami. Socjalizm runął, kapitalizm się rozsypuje, różne struktury legły w gruzach, więc w co tu wierzyć? Człowiek jest skazany na rewidowanie i zmiany poglądów, w zależności od tego, czym jest faszerowany. Człowiek, czyli produkt propagandy. Na emigracji też byliśmy takim specyficznym produktem. Produktem wymogów ideologicznych i politycznych. Nie bez poważnych racji, ale bywało, przy niepoważnych emocjonalnych argumentach. Bo nie wszystko i nie wszyscy byli w PRL-u pokąsani jadem heglowskim. Nie wszyscy i nie wszystko było w PRL-u skażone, trędowate. Na przykład żołnierze i oficerowie Dywizji Kościuszkowskiej. Formowanej w Sowietach, pod sowieckim nadzorem. Miałam w rodzinie takiego wysokiego rangą oficera pancernego. Wolałam się do niego nie przyznawać. Skoro pies Szarik i czterej pancerni ze znanego serialu telewizyjnego byli na emigracji trefni i skażeni komuną, jak mogłam się przyznać do rodzinnego trędowatego? Szarik też pewnie szczekał komunosloganami, bo nie po to się ma psa, żeby szczekać samemu – ktoś napisał.

Kiedyś pod wpływem tego trefnego krewnego zaczęłam myśleć inaczej. I napisałam z okazji jakiejś rocznicy, że większość tych Kościuszkowskich żołnierzy, tak jak nasi żołnierze na Zachodzie, też się biła o niepodległą Polskę. Że to los wojenny ich rzucił w inne, obce nam szeregi. Los, a nie ich osobisty wybór. Bo wyboru nie mieli. Wielu z nich, jak mój kuzyn, próbowało, ale nie dostało się do Armii Andersa. Skuły ich mrozy syberyjskie, zamarznięte rzeki, zaśnieżone stepy, twarde grudy pod stopami w łapciach. Zniewoliły ich tysiące kilometrów tej strasznej i pięknej syberyjskiej ziemi. A szli także ku Polsce.

Długo obrywałam za ten felieton. Felietonistka z rozdwojonym językiem. Zieje siarką wrogiej propagandy – pisano. Diablica z rogami w kształcie sierpa i kopytami w kształcie młota. Zachowałam jeden z takich listów od jednego z niezłomnych autorów listów do „Dziennika Polskiego i Dziennika Żołnierza”. Aż tu raptem… W rubryce listy do redakcji tego emigracyjnego organu, co widzę? Echo moich niegdysiejszych refleksji. Że pies Szarik i czterej pancerni i inni Kościuszkowcy to tacy sami weterani jak my. W niczym od nas nie gorsi. Oni się bili o Polskę pod Lenino, na Wale Pomorskim i pod Berlinem tak jak my, żołnierze Maczka i Andersa, na innych polach bitew. Ktoś inny napisał w liście do „Dziennika”, że tym żołnierzom Berlinga też się należy tablica na planowanym pomniku w Arboretum. A ma być tych tablic szesnaście. Dodać, czy nie dodać siedemnastą? Wobec tej zmiany poglądów?

Nie mam zdecydowanego poglądu w kwestii tego dziwacznego projektu pomnika. Nie wiedziałam, że istnieje park pomników brytyjskich sił zbrojnych i gdzie jest to Arboretum i czy warto się pchać z naszym pomnikiem z tablicami do tego parku. I czy zwiedzający, brnąc w mokrej trawie zdołaliby przeczytać o dziejach i wyczynach naszych żołnierzy, wyrytych drobnym drukiem na tablicach.

Kiepski to chyba projekt. O zmiany w tym projekcie walczy uparcie Zbigniew Mieczkowski, pancerny oficer gen. Maczka. Wie, o co walczy, bo głównie dzięki niemu Dywizja Pancerna gen. Maczka ma swój pomnik w Warszawie. Zbigniew Mieczkowski sugeruje, żeby pomnik naszym żołnierzom postawić w Edynburgu. W przyjaznej nam Szkocji. Pewnie przegra w tej rozgrywce o tablice z inercją notabli i obojętnością reszty. Więc czy ma być tych tablic szesnaście czy siedemnaście? Czy może tabula rasa? Czyli niezapisana karta bojowa naszych żołnierzy w brytyjskim Arboretum. Pomniki się starzeją, tak jak ludzie. Przetrwają tylko te, które zachwycają swoim pięknem. O trwałości pomników decydują też legendy o tych, którym je stawiano. A stawianie pomników jest bodaj ważniejsze dla tych, którzy je stawiają, niż dla potomnych. Choć czyny mijają, pomniki jednak pozostają.

Stanisław Lec napisał przezornie: „Burząc pomniki, nie zapominajcie o cokołach”, jak gdyby przewidział odkurzanie i brązowienie pomników Stalina i popiersi Marksa. Wszystko się zmienia. Trwałymi pomnikami narodów są dzieła twórców: malarzy, kompozytorów pisarzy. „Wzniosłem pomnik trwalszy od spiżu, wyższy od królewskich piramid” – czytamy w dziele Horacego. A Kazimierz Wierzyńskim napisał: „Powiedział mi Orfeusz w knajpie pod księżycową rzęsą, nikt mnie już nie oszuka! Świat nie ma sensu. Sens ma sztuka”. I to jest pocieszające.

A propos krowy, która nie zmienia poglądów. Chłopak pyta blondynkę: – Chcesz krówkę? – Nie, dziękuję, jestem wegetarianką.

Ja też, w większości światowych problemów.

Krystyna Cywińska

„Nowy Czas” kulturalnie

April 1, 2009

grzegorz2Ten numer „Nowego Czasu” (122) jest wybitnie kulturalny. Zmiana profilu redakcyjnego? Niezupełnie. Takie czasy. Redakcja podążała za wydarzeniami, a w ostatnich dwóch tygodniach było w Londynie bardzo kulturalnie i polsko. Polska kultura w najbardziej prestiżowych miejscach Londynu.

Niewątpliwy sukces organizatorów i twórców, który należy postrzegać jako dobry początek, bo droga przed nami długa.

Polska kultura wymaga promocji i to powoli dociera do świadomości decydentów. Jest więcej środków i pokazujemy to, co najlepsze, a nie przaśny obraz promowany za czasów PRL-u przez firmę Cepelia. Budowanie wizerunku to długi proces, tak samo zmiana wizerunku. A Polska niestety nadal kojarzy się cudzoziemcowi z polną drogą, góralami, zdrowymi rumieńcami dziewcząt w pasiastych spódnicach i z kwiecistymi wiankami na głowie. Wizerunku dopełniają Lech Wałęsa i Jan Paweł II. I na tym koniec. Polska kultura jest znana jedynie w kręgach koneserów. [Czytaj dalej]

Next Page »