Tadeusz Lesisz 1918–2009
October 22, 2009

Tadeusz Lesisz był jednym z ostatnich pozostałych przy życiu oficerów służących podczas II wojny światowej od dnia jej wybuchu aż do zwycięstwa.
Jako oficer broni uczestniczył w kilku najbardziej znaczących operacjach marynarki wojennej II wojny światowej, w tym w bitwie o Atlantyk, konwojach arktycznych, operacji „Pochodnia”, a także w D-Day. Dowodził obroną przeciwlotniczą na pokładzie polskiego niszczyciela ORP Błyskawica po jego wyremontowaniu w Cowes: ogień zaporowy prowadzony ze statku zapobiegł o wiele groźniejszym zniszczeniom, jakie mogły powstać w rezultacie niemieckiego nalotu w nocy z 4 na 5 maja 1942 roku.
Po wojnie Tadeusz Lesisz pozostał w marynarce aż do roku 1948, kiedy to rozpoczął studia w Oxford School of Architecture (Oksfordzkiej Szkole Architektury). Po jej ukończeniu przystąpił jako partner do spółki architektów Greenhalgh and Williams w Bolton, gdzie przepracował blisko 35 lat. Specjalizował się w projektowaniu szkół, kościołów i budownictwie mieszkaniowym.
Jako przewodniczący manchesterskiego oddziału Zjednoczenia Polskiego w Wielkie Brytanii poświęcił wiele swojego wolnego czasu problemom polskiej społeczności osiadłej po II wojnie światowej na północnym zachodzie Anglii. Tadeusz Lesisz nadzorował przebudowę kościoła, który polska społeczność odkupiła w 1958 roku od walijskich baptystów. Wnętrze kościoła jest jego największym darem dla społeczności polskiej w Manchesterze.
Tadeusz Lesisz urodził się 10 lutego 1918 roku w Kozienicach, Polska. Podobnie jak jego trzej starsi bracia (zginęli w czasie II wojny światowej), został zapisany do szkoły kadetów. Miał 13 lat, dyplom otrzymał pięć lat później. Naukę kontynuował w Szkole Podchorążych Marynarki Wojennej w Bydgoszczy, którą ukończył jako podporucznik polskiej marynarki na kilka tygodni przed wybuchem wojny.
Przed atakiem wojsk niemieckich flota polska na mocy tajnych rozkazów została skierowana na wody Wielkiej Brytanii, skąd – jako część Królewskiej Marynarki – miała kontynuować walkę przeciwko Trzeciej Rzeszy. Wybuch wojny zastał Tadeusza Lesisza na pokładzie ORP Burza, gdzie służył jako podporucznik. Po odbyciu szkoleń w Marynarce Królewskiej w zakresie obrony przed łodziami podwodnymi, a także artylerii pokładowej, w lipcu 1940 roku znalazł się jako zastępca dowódcy na S3, jednym z kilku ścigaczy przekazanych polskim załogom, które następnie patrolowały Kanał. Bazująca w Fowey w Kornwalii polska flotylla ścigaczy miała zapewnić bezpieczeństwo brytyjskiej żeglugi po Kanale i utrzymywać dostęp do portów francuskich. Działania te prowadziły do potyczek z niemieckimi torpedowcami. Ten rozdział jego kariery w marynarce zakończył się, kiedy S3 uszkodziła mina zrzucona przez Luftwaffe niedaleko portu w Fowey.
W styczniu 1941 roku Tadeusz Lesisz dołączył do załogi niszczyciela ORP Błyskawica, zbudowanego w Cowes w 1935 roku. W tym czasie najszybszy statek na świecie, osiągający prędkość prawie 40 węzłów. Na pokładzie Błyskawicy brał udział w bitwie o Atlantyk, chroniąc konwoje na odcinku pomiędzy Islandią i Anglią.
W Cowes wiosną 1942 roku, podczas remontu, Błyskawica odegrała swą życiową rolę. Dysponowała tylko jednym silnikiem, kiedy Luftwaffe dokonała całej serii nalotów na doki w Cowes. Najintensywniejszy miał miejsce w nocy z 4 na 5 maja. Brało w nim udział 160 bombowców. Ponad 70 osób zginęło w bombardowaniu, ale ogień zaporowy prowadzony przez Błyskawicę i utworzona zasłona dymna spowodowały, że Cowes i jego stocznia zostały tym razem oszczędzone.
Po kapitulacji Niemiec Tadeusz Lesisz pozostał na Błyskawicy, która została skierowana do operacji Deadlight, podczas której wraz z HMS Onslow przyjęła kapitulację grupy U-Bootów na północnym zachodzie Szkocji i nadzorowała zniszczenie 110 niemieckich łodzi podwodnych. Okręt wrócił do Rosyth 18 lutego 1946 roku, gdzie Tadeusz Lesisz został zdemobilizowany z polskich sił zbrojnych.
Wraz z około 160 tys. innych Polaków, Tadeusz Lesisz pozostał w Zjednoczonym Królestwie. Błyskawica zaś popłynęła do Polski, gdzie służyła w Marynarce PRL do 1976 roku. Do dnia dzisiejszego funkcjonuje jako okręt-muzeum, zakotwiczony w Gdyni.
Osierocił żonę Wandę, z domu Gutowską, która uczestniczyła w Powstaniu Warszawskim jako sanitariuszka, więźniarkę nazistowskiego obozu jenieckiego w Oberlangen, i dwie córki. (aw)
Osobiste pożegnanie wielkiego człowieka
September 18, 2008
Cztery dni przed 93. urodzinami zmarł w Londynie prof. Jerzy Żarnecki, CBE. Nazajutrz po jego zgonie dostałem wiadomość od hr. Andrzeja Ciechanowieckiego:
Z wielkim smutkiem dowiedziałem się o śmierci śp. Jerzego Żarneckiego. To wielka strata, tak osobista, jak i dla Polski oraz dla nauki.
Mój wujek Jurek urodził się 12 września, 1915 roku w Starej Osocie na Ukrainie. Tam spędził wczesne lata swojego długiego i owocnego życia. Tak się jakoś składa, że ze wschodnich krańców Polski, jakby z zaczarowanej krainy, wywodzi się dużo wielkich postaci. Wymienię tylko kilka nazwisk, takich jak Julian Tuwim, Karol Szymanowski, Witkacy, Bruno Schulz czy też Józef Conrad Korzeniowski, który był krewnym matki Jurka. Piękno tej krainy uwieńczone jest wieloma obrazami malowanymi przez Stanisławskiego, Chełmońskiego i innych.
Wśród otaczających Jurka ludzi z rodziny ojca jak i matki, née Wolszczan, byli ludzie o różnorodnych zainteresowaniach. Artyści, inżynierowie, lekarze i poeci. To chyba otaczający ich step przynosił ze sobą głód wiedzy o świecie, o dalekich krajach i kulturach.
Po powstaniu nowej Polski rodzina, tak jak wielu innych kresowych Polaków, przeniosła się w głąb Polski. Studia skończył więc Jerzy na Uniwersytecie Jagiellońskim i tam pracował aż do wybuchu wojny. Od początku interesowała go sztuka romańska i całe swoje życie poświęcił na krzewieniu wiedzy i popularyzowaniu romańszczyzny. Kulminacyjnym punktem tych wysiłków była ogromna wystawa Sztuki Romańskiej w 1984 roku w londyńskiej Hayward Gallery, zorganizowana przez The Arts Council of Great Britain. Wystawa ta pokazała sztukę wczesnego średniowiecza w zupełnie nowym świetle. Nie jako okres upadku, ale jako okres pełen piękna, będący pomostem pomiędzy kulturami Wschodu, upadkiem Rzymu i wzrastającym znaczeniem kulturalnym państw Europy Środkowej i Zachodniej.
Ocalona od wrogów i wyzwolicieli
August 1, 2008
Wagon, którym jechała z Warszawy, miał napis „Polskie świnie”. I list przewozowy do Auschwitz. Ostatecznie dojechała nim pod Wiedeń. Czy fabryka śmierci odrzuciła transport, czy zawiniła jakaś zwrotnica w Częstochowie – dla Jolanty Kosińskiej (na zdjęciu) do dziś jest to zagadką.
Było kilka takich chwil w Powstaniu, i po nim, gdy ratowała ją intuicja i zastanawiający zbieg okoliczności. Zresztą, mówi, że nie bała się śmierci, wojny i wybuchów. Szła w najgorszy ogień, nie czując paniki. Dziś opowiada o tym mocnym głosem, energicznym tonem. Jak reporter na polu bitwy. Już zresztą na początku rozmowy zastrzega: – Nie zdziw się, jeśli czasem przymknę oczy. Ja to ciągle widzę. Ciągle widzę obrazy…
Czwartego lipca o świcie we Lwowie
July 16, 2008
Pamiętam, że było pochmurne letnie popołudnie. Graliśmy w piłkę na ulicy, co chwilę zaglądając przez gęste liście leszczyn w okna domu. Błyskały tam ostre światła i kręcili się obcy ludzie. – Przyjechała telewizja – mówiła mama. Na początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku TVP nakręciła film dokumentalny o zbrodni na profesorach lwowskich, dokonanej przez Niemców 4 lipca 1941 na Wzgórzach Wuleckich we Lwowie. Nasz Dziadek był jednym z jej świadków.
Do maja 1944 roku Dziadkowie mieszkali w blokach ubezpieczalni społecznej przy ul. Małachowskiego. Oboje pracowali w Instytucie Tyfusu Plamistego. Dziadek był asystentem profesora Rudolfa Weigla. Babcia, przedwojenna dziennikarka, była zatrudniona w laboratorium.
Okupanci bali się tyfusu i liczyli z prof. Weiglem. Zatrudnienie u niego chroniło i przed wywózką na Syberię, i przed niemieckim więzieniem. Profesor ukrywał u siebie w ten sposób grupę polskiej inteligencji, w tym także narodowości żydowskiej. A jego podopieczni mogli z kolei pomagać innym ludziom. Ratowali przyjaciół, i jeszcze tych, których nazwisk nigdy nie poznali. Także Dziadek razem ze swoimi kolegami z Instytutu nosił szczepionki do lwowskiego getta. Opowiadając o tym, zawsze wspominał o Opatrzności. – Wiesz, to nie ja, to Ktoś działał przeze mnie – te słowa niezmiennie słyszałam od niego wtedy, gdy chodziło o sprawę życia i śmierci.
Żona faszysty
May 25, 2008
Granicę polską przekroczyła w grudniu 1947 roku i od razu trafiła do stalinowskiego więzienia. Spędziła tam trzy tygodnie, całkowicie odcięta od świata. Miała przy sobie półtorarocznego synka i była w siódmym miesiącu ciąży.

W jasnej, spokojnej twarzy tylko jeden szczegół zdradza jej cudzoziemskie pochodzenie. To ogromne, ciemne oczy, które przykuwają uwagę i mimo upływu lat dalej są piękne. Kiedy pytam, jak przywędrowała z ciepłego Południa na koniec świata, te oczy od razu smutnieją. – Co ja będę wspominać? – broni się pani Ewa, zwana w rodzinie Nonną (nonna po włosku znaczy babcia – przyp.), a w jej mowie wyraźnie słychać obcy akcent i błędy gramatyczne.
- Ja nie chcę już tego pamiętać. Ja bym najgorszemu wrogowi nie życzyła tego, co ja tu przeżyłam – wzdycha. I będzie to powtarzać do końca naszej rozmowy
W okupowanych Włoszech
Gdy w okupowanych Włoszech panował marionetkowy rząd Mussoliniego, panna Ewa Anna Zanini była nastolatką i wraz z matką-wdową oraz trojgiem rodzeństwa mieszkała w Martinazzo koło Udine. Trwała wojna, był terror polityczny i bieda. Matka nie mogła wyżywić licznej gromadki, więc gdy Ewa skończyła piętnaście lat, podjęła pierwszą pracę. Najpierw pracowała w przędzalni jedwabiu w Tricessimo, potem, po ukończeniu szkoły wieczorowej, jako pielęgniarka w szpitalu w Udine. Odtąd utrzymywała pięcioosobową rodzinę, bo mogła dodatkowo przemycać resztki jedzenia ze szpitalnej stołówki.







Komentarze