Going postal

February 18, 2010

20 sierpnia 1986 roku, w urzędzie pocztowym w Edmond, w stanie Oklahoma, Patrick Sherrill zastrzelił czternaście osób. Tak powstało powiedzenie going postal, które określa trudne do wytłumaczenia akty agresji. 6 listopada ubiegłego roku major armi amerykańskiej Nadil Malik Hasan zastrzelił trzynaście osób. W tym samym dniu, Jason Rodriguez zabił jedną osobę w biurze firmy, z której został przeszło rok wcześniej zwolniony. 9 listopada rezerwista Jasen D. Bruce uderzył kilka razy w głowę łyżką do opon greckiego popa Alexiosa Marakisa, gdyż „obowiązkiem każdego patrioty jest walczyć z arabskimi terorrystami”.

Potęgę Ameryki budowali tacy ludzie jak John D. Rockefeller, J. P. Morgan, Meyer Guggenheim, Andrew Carnegie czy Cornelius Vandrebilt. Każdy z nich, w czasach swojej największej świetności, powinien zostać powieszony. Równocześnie, z szacunkiem i podziwem, należy pochylić przed nimi czoło. Linie kolejowe, drogi, mosty, huty, kopalnie i fabryki, które zostały dzięki nim zbudowane stanowią do dziś fundament amerykańskiej gospodarki. W tamtych czasach ludzi oceniano bowiem w oparciu o to, co potrafili zbudować, a nie w oparciu o liczbę zer na ich bankowym koncie. Fundamenty to jednak nie wszystko. Aby państwa mogły się rozwijać, musi również istnieć akceptowana przez większość moralność i oparte na niej prawo.

W Ameryce głosem zbiorowego sumienia była Mother Jones. To właśnie ona przypomniała wszystkim, że miejsce dzieci jest w szkole a nie w fabryce, a mężczyzna w drelichu i kobieta w wystrzępionej sukience to też ludzie. Dobroć jest jednak zbyt słaba, aby wygrać z chciwością. Kapitalistyczni rycerze-rozbójnicy mieli jednak pecha, który nazywa się Atlantyk. W XVIII i XIX wieku, aby próbować sięgnąć po zagwarantowane w amerykańskiej konstytucyji prawa do poszukiwania szczęścia trzeba było najpierw przepłynąć w łupince przez ocean. To wymagało odwagi.  Ci, którzy się na to decydowali, mieli rogate dusze (wersja dla wierzących)  lub rogate DNA (wersja dla ateistów).  Amerykańskie związki zawodowe składały się więc nie tylko z ludzi „polubownych”. Do ich skrajnego skrzydła zaliczyć trzeba Molly Maguires. Członkowie tej, wywodzącej się z Irlandii, tajnej organizacji nie wahali się poprosić „sędziego Colta” o interwencję w obronie ich prawa do chleba i godności. Powieszono dwudziestu Molly. Nie kwestionując tych wyroków, należy z szacunkiem i podziwem pochylić przed nimi głowę.

Szalę przechylił Henry Ford. Dobrowolne podniesienie płacy robotników o 100 proc. (słownie: sto procent) wywołało w prasie ataki histerycznej nienawiści. Lawiny nie udało się jednak zatrzymać. Amerykanie, w tym wielu kapitalistów i polityków zrozumiało, iż będzie dla wszystkich lepiej jeżeli robotnicy będą dobrze zarabiającymi konsumentami. Zeznając przed kongresową komisją Henry Ford cytował między innymi list proboszcza polskiej parafii w Detroit skierowando niego:

„… Praca Ford Motor Company daje ogromnie pozytywne skutki wsród moich ludzi. Wiem, że pijaństwo jest charakterystyczną cechą Polaków. Skutkiem twojej pracy jest to, że trzeźwość jest teraz czymś powszechnym, a nie czymś wyjątkowym w mojej parafii…”.

Lata Prosperity

Tak rozpoczął się złoty okres w historii Ameryki. W porównaniu ze średnią pensją sprzątaczki, wykwalifikowany robotnik zarabiał w tym czasie 2-3 razy tyle, profesjonalista 4-5, menadżerowie średniego szczebla 6-9, dyrektorzy 10-40, a właściciele wszystko to, co jest czystym zyskiem firmy. Nie było w tym nic nowego. Podobna struktura płac jest światowym standardem.
Nowe było to, że pensja amerykańskiej sprzątaczki była tak wysoka, że ludzie zaliczani do średniej klasy (od wykwalifikowanego robotnika wzwyż) mogli kupować domy, kształcić dzieci i zostawało im jeszcze na wyjazd całą rodziną na wakacje. Wielka więc była depresja bankierów na widok zwykłej kobiety, która za gotówkę – bez konieczności brania pożyczki – kupowała na obiad całego indyka.

Bankierzy wkraczają do akcji

W roku 1913 ziściło się jednak odwieczne marzenie bankierów. Powstał FED i bankierzy mogli zacząć lewarowanie*). Na skutki nie trzeba było długo czekać. W roku 1929 rozpoczęła się Wielka Depresja. W kolejkach po talerz „kuroniówki” ustawiło się przeszło 20 proc. ludzi zdolnych do pracy. W oczy wszystkich zajrzało widmo krwawej rewolucji.
Na szcząście nie istniała jeszcze wtedy telewizja, czyli czytanie i myślenie przychodziło ludziom dużo łatwiej. Bankierom założono więc kaganiec, wzmocniono siłę związków zawodowych, a bezrobotnych zatrudniono przy przebudowie dróg na autostrady oraz budowie mostów, tam, tuneli, szkół i bibliotek. Infrastrukturę Ameryki dostosowano dzięki temu do potrzeb XX wieku.

Niewidzialna ręka rynku

Stopniowo wracał czas dzielonej bardziej sprawiedliwie prosperity. Mozolna praca bankierów, aby konsumenta kupującego za zarobione pieniądze zmienić w konsumenta kupującego za pożyczone pieniądze trwała oczywiście dalej. Postępująca szybko monopolizacja mediów pozwoliła im na to, aby dominująca stała się narracja, która mówi, że za wszystko co w gospodarce dobre odpowiada niewidzialna ręka rynku, a rękę związków zawodowych należy obciąć i zakopać. Towarzyszyły temu systematyczne działania FED powodujace stopniową dewaluację dolara, czyli spadek realnej wartości płac. Równocześnie, wolno ale systematycznie, rosło bezrobocie.

Obecny kryzys rozpoczął się kilkanaście lat temu. Przeciętnego Amerykanina przestało być stać na utrzymanie takiego poziomu życia, do jakiego był przyzwyczajony, w tym na kupno domu. Głupim, ale ludzkim, odruchem braki w domowych budżetach łatano przy pomocy kart kredytowych. Gorzej było z zakupem domu. Tradycyjnie młode małżeństwo zaraz po ślubie kupowało dom. Zdobycie 10-20 tys. na pierwszą wpłatę zwykle nie było problemem. Część dali rodzice, resztę można było szybko zaoszczędzić. Dokładniejsze sprawdzenie własnego budżetu powodowało jednak, że coraz więcej młodych ludzi odkrywało swoją prawdziwą sytuację. W stosunku do zarobków, spłata pożyczki na dom okazywała się tak dużym obciążeniem, że nowy samochód i wakacje, a nawet pójście z przyjaciółmi do restauracji lub na koncert, stawało się luksusem.

Przez Amerykę przetoczyła się wtedy pierwsza fala niezadowolenia. Zdmuchnęła ona Busha seniora oraz wielu republikańskich kongresmenów i senatorów. Nowy prezydent, Babba the love sponge Clinton wybrał post-politykę lub raczej post-ekonomię. Wspólnie z Greenspanem i Rubinem zaoferowano tym wszystkim, których nie było stać na dom nowe zasady udzielania pożyczek – znane teraz jako subprime.

Z punktu widzenia Wall Street była to genialna koncepcja. Obniżono, a w niektórych wypadkach nawet zlikwidowano wymóg płacenia gotówką pierwszej wpłaty i oprocentowanie pożyczki przeorganizowano w taki sposób, że przez pierwsze kilka lat rata była bardzo niska. Gdzieś tam, na piątej lub dziesiątej stronie umowy było oczywiście drobnym drukiem napisane, że po kilku latach oprocentowanie, czyli wysokość rat, drastycznie wzrośnie. Mało komu starczało jednak cierpliwości, aby przeczytać dokładnie całą umowę. Tym bardziej że aby zrozumieć bankowy żargon, trzeba być conajmniej absolwentem prawa.

Wiedzę o tym, jak działają nowe zasady udzielania pożyczek na domy, większość ludzi czerpała z telewizji i prasy. Obowiązująca w korporacyjnych mediach narracja była prosta: jeśli nie stać cię na kupno domu na normalnych zasadach za 150 tys. to należy wziąć subprime i kupić dom za 300 tys. Ceny domów rosną szybko (to była prawda, obniżenie kryteriów udzielania pożyczek spowodowało duży ruch w interesie, czyli szybki wzrost cen, więc za 2-3 lata dom ten sprzedasz za 350 tys. Zrobisz tak 2-4 razy i kupisz dom za gotówkę.
Szeroką rzeką popłynęły też pożyczki udzielane pod zastaw nadwyżki wartości domu nad pozostałym do spłacenia długiem. Wyglądało to jak idealne uzupełnienie dla kart kredytowych. Za te pieniądze można było wyremontować i powiększyć stary dom, zwiększając jego wartość o sumę większą niż się wydało, a za resztę kupić nowy samochód, telewizor z dużym plazmowym ekranem i pojechać na wymarzone wakacje. Jednym zdaniem, żyć nie umierać.

Ratowanie świata

W tym samym czasie FED sprawdzał na kilku bankach i korporacjach, jak działa doktryna „zbyt duży, aby upaść”. Trudno się więc dziwić, że na Wall Street szampan lał się strumieniami i ogromne premie sypały się jak manna z nieba. W roku 1970 średnie zarobki CEO w stu największych amerykańskich korporacjach były 45 razy większe od przeciętnych zarobków robotników. W roku 2006 ta proporcja wynosiła już 1723 do 1.

Nadszedł czas, w którym zaczęło „wskakiwać” bardzo wysokie oprocentowanie pożyczek na domy. Zbliżały się też wybory i Wall Street nie była pewna czy nowy prezydent bedzie się zachowywał „racjonalnie”. W tej sytuacji, zdecydowano się na ruch wyprzedzający i jeszcze w trakcie trwania prezydentury Busha Juniora ogłoszono, że jest kryzys. Tym razem rolę „The Committee to Save the World” przyjął na siebie Henry Paulson i Ben Bernanke. Nic w tym nowego. Wiemy przecież dobrze, że bankierzy raz na około dziesięć lat muszą uratować świat.
FED wypłacił więc bankierom ogromną zaliczkę (TARP) na konto chwilowych strat. Równocześnie rozpoczęło się masowe przekazywanie bankom domów ludzi, którzy zbankrutowali. Szacuje się, że będzie to 10-12 mln domów.  Dzieci tych, którzy domy stracili, będą musiały (gdzieś przecież muszą mieszkać!) te domy od banków odkupić.
Amerykanie zaciągnęli gigantyczny kredyt, który wraz z rosnącym szybko (jest przecież kryzys!) oprocentowaniem, będą spłacać przez następne pokolenie.
Oh, well. Trudno się dziwić, że coraz więcej ludzi – gdzie drwa rąbią tam wióry lecą – going postal.

Kryzys moralny

Ograniczony do spraw ekonomicznych obraz  kryzysu ma dużo białych plam. Największą z nich jest postępująca szybko laicyzacja i zwiazany z tym kryzys etyczno-moralny. Nie znaczy to wcale, że jesteśmy gorsi od poprzednich pokoleń. Chyba nawet jesteśmy – o jedną tysięczną milimetra – lepsi.

W czasach, gdy latamy do nieba i poznajemy tajemnice kodu DNA coraz trudniej jest jednak wierzyć, że wszechmogący Bóg stworzył świat w sześć dni, a siódmego odpoczywał. Wielu ateistów chętnie i bez hipokryzji klęka dalej przed krzyżem, gdyż widzi w nim godny najwyższego szacunku symbol, na którym opiera się chrześcijańska cywilizacja, i do niej chcą się dalej zaliczać. Zwątpienie w istnienie Boga jest jednak często przeżyciem bardzo traumatycznym. Wielu ludzi nie umie sobie z tym poradzić i rusza na wojnę z Bogiem. Towarzyszy im pełne poczucie własnego bezpieczeństwa. Wiedzą, że chrześcijan obowiązuje nakaz kochania nawet wrogów. Andreas Serrano (krucyfiks zanużony w moczu) nie zostanie więc oddany pod katowski topór, a Joanna Krupa (zasłania krzyżem swoje …)
nie zostanie spalona na stosie.

Popularna jest również ucieczka w objęcia sekt, które nakazują wierzyć w to co głoszą w 110 proc. W Ameryce, można codziennie oglądać w telewizji judeochrześcijańskich pastorów, którzy  dokonują aktów cudownego uzdrowienia i przekazują ludziom to, co poprzedniego dnia, po kolacji, Bóg powiedział im w bezpośredniej rozmowie. A te 10 proc. powyżej 100 proc. to procent zarobków, który należy systematycznie oddawać tym telewizyjnym  mesjaszom. Dla wielu ludzi jest to dobry interes. W zamian dostają poczucie przynależności do grona ludzi, którzy znają wolę Boga i mają zarezerwowane miejsce przy oknie w arce zbawienia.

Proszę się nie śmiać. Ludzi „nowo narodzonych” (tak się tutaj nazywa członków różnych sekt) są miliony. Najnowszy numer miesięcznika The Atlantic informuje, że w Ameryce zarejestrowanych jest teraz 148 wyznań i 44 proc. Amerykanów nie identyfikuje się z wiarą swoich rodziców. Mija co prawda moda na hinduskich guru oraz buddyjskich nauczycieli. Zastepują ich wysłannicy UFO-ludków. Z tradycyjnych religii, tylko Kościół katolicki zwiększa liczbę wiernych, ale dzieje się tak głównie ze względu na duży napływ Latynosów. Kościoły protestanckie znikają jak poranna mgła. Protestantów zastępują judeochrześcijanie. Dla tych ludzi jest jasne, że aby przyspieszyć powrót Chrystusa należy wygrać wojnę z muzułmanami i odbudować jego dom czyli świątynię jerozolimską. Powstanie wtedy uniwersalny kościół, a ci, którzy się nie nawrócą, zostaną strąceni do  piekła. Zapytany o to sponsor i sojusznik judeochrześcijan Beniamin Netanjahu powiedział: „Porozmawiamy o tym, gdy dojdziemy do tego punktu.”.

Trudno się więc dziwić, że going postal dotyka również muzułmanów (np., majora Hasana) oraz chłopców, którzy chcą koniecznie, nawet tylko z łyżką do opon w ręce, brać udział w religijnej wojnie XXI wieku.

Co dalej?

Jest prawie pewne, że w trakcie nastepnej prezydenckiej kampanii Sarah Palin będzie pozowała dla Playboya, obieca w New York Times zabicie wszystkich muzułmanów, a w telewizyjnym programie Meet the Press powie, iż wyboru wiceprezydenta i ważniejszych ministrów w jej rządzie dokona rada nadzorcza banku Goldman Sachs.
Historia, aby zmienić kierunek, musi zawsze najpierw dojść do absurdu.

*) Lewarowanie – mechanizm polegający na wykorzystywaniu dźwigni finansowej, używany podczas inwestowania. Jego istotą jest depozyt początkowy, wynoszący kilkanaście procent wartości kontraktu – niewielka pierwsza wpłata umożliwia obracanie kontraktem o wielokrotnie wyższej wartości.

Jerzy Jacek Pilchowski
korespondecja z USA

Dwa rodzaje idealizmu

February 18, 2010

Dwa lata temu miałem okazję brać udział w pokazie filmów na Trafalgar Square. Najbardziej w pamięci utkwił mi czarno-biały filmik z lat 20. ubiegłego wieku zatytułowany Fugitive Futurist (można go obejrzeć na YouTube). Trwa on niewiele ponad 10 minut i opowiada o pechowym hazardziście spotykającym tajemniczego osobnika, który posiada pudełko pozwalające zajrzeć w przyszłość. W serii następujących po sobie wizji bohater ma okazję ujrzeć Londyn przyszłości, widziany oczywiście z perspektywy lat 20.i ukazany z zastosowaniem nieudolnych tricków filmowych z tamtego okresu. Widzimy, że w Londynie przyszłości na dachu Parlamentu znajduje się lądowisko dla sterowców, Tamiza została osuszona i w jej miejscu są tory kolejowe, a osobna linia kolei przebiega przez górną kładkę Tower Bridge.

Lubię wynajdywać takie alternatywne wizje Londynu. Plany, których nie zrealizowano, budowle, które nie powstały. Przyszłość, której nigdy nie było. Większość z tych utopijnych projektów pozostała tylko na papierze, były jednak takie, które zaczęto realizować i dziś możemy odnaleźć w mieście ich ślady. Chciałbym skupić się na dwóch, mocno odmiennych projektach. Pierwszy to podmiejska willowa dzielnica, drugi – blokowisko w centrum Londynu.

Hampstead Garden – luksus, który miał być udziałem wszystkich; obok

Hampstead Garden (najbliższa stacja metra: Golders Green) to tonące w zieleni osiedle w północnym Londynie. Wolno stojące domy otoczone są żywopłotami i posiadają spore ogrody. Ulice są szerokie, lecz zaciszne, rozchodzą się promieniście od głównego placu osiedla, przy którym stoją dwa kościoły. Nieopodal znajduje się las, gdzie w lecie odbywają się przedstawienia teatralne. Stojące wzdłuż ulic drogie samochody wskazują, że na mieszkania w Hampstead Garden stać tylko wyższą klasę średnią. Według pierwotnych założeń miało to wyglądać zupełnie inaczej.

Hampstead Garden zbudowano według utopijnej koncepcji miasta-ogrodu postulującej zakładanie niewielkich, samowystarczalnych miejscowości, w których ludzie z wszystkich klas społecznych korzystać mogli zarówno z wygód życia miejskiego, jak i kontaktu z przyrodą. Koncepcję opracował pod koniec XIX wieku Ebenezer Howard. Wyłożył ją w książce zatytułowanej Garden cities of to-morrow, zawierającej wizję miasta idealnego.

Zaprojektowane na planie koła miasto-ogród miało być samowystarczalną wspólnotą, zamieszkaną przez nie więcej niż 32 tys. ludzi, otoczoną przez pasy zieleni i pola uprawne zaopatrujące mieszkańców w zdrową żywność. Na obrzeżach wspólnoty mieściłyby się zakłady przemysłowe i rzemieślnicze. Zakładano, że wspólnota miejska powinna być właścicielem swych terenów i zyski płynące ze wzrostu ich wartości miały powracać do mieszkańców, tak aby uniemożliwić spekulację. W mieście Howarda miało nie być biedy, slumsów i przestępczości. Miało ono być syntezą najlepszych cech metropolii – takich jak wysokie płace, rozrywka i możliwość rozwoju oraz życia wiejskiego, czyli świeże powietrze, kontakt z przyrodą i niższe koszty utrzymania.

Churchill. Gardens nad Tamizą – próba realizacji idei mieszkania dla każdego

Można powiedzieć, że Howard odniósł ograniczony sukces. Według jego pomysłu zbudowano w Anglii dwa miasta i cały szereg dzielnic i osiedli, następnie jego idee rozprzestrzeniły się z Wielkiej Brytanii na kontynent. Do rozpłynięcia się miast w zatopione w zieleni idealne społeczności nigdy jednak nie doszło.

Drugie osiedle, które miało być zalążkiem nowego miasta to Churchill Gardens w Pimlico. Składa się ono z 36 bloków położonych nad Tamizą i łącznie liczy 1600 mieszkań. Blokowisko wyrosło na zgliszczach zbombardowanego w trakcie wojny Londynu i było częścią wizjonerskiego projektu  Patricka Abercrombiego, który zakładał odbudowanie zburzonego miasta w sposób planowy i uporządkowany.

Nowy Londyn miał się składać z ciągnących się po horyzont tysięcy bloków takich jak Churchill Gardens. Ale nie tylko. Abercrombie kładł wielki nacisk na stworzenie jak największej liczby terenów zielonych. Wyliczono, że na tysiąc mieszkańców ma przypadać cztery akry zieleni, rozmieszczonej tak, aby z ogrodu pod blokiem można było wejść do systemu parków, a z niego dostać się do podmiejskiego pasa zieleni. Planowano też podział miasta na osobne strefy przeznaczone do mieszkania, pracy oraz handlu i usług – łączyć je miała sieć autostrad.

Plan Abercrombiego wyrósł z ducha rodzącego się po wojnie państwa opiekuńczego. Lata 1945-51 to rekordowa wygrana Partii Pracy w wyborach, wprowadzenie darmowej edukacji i opieki zdrowotnej. To także nacjonalizacja najważniejszych gałęzi przemysłu, obietnica pełnego zatrudnienia i godziwych zarobków. Wreszcie –  to mieszkanie dla każdego. Bloki takie jak Churchill Gardens powstały z optymizmu i wiary w postęp i dobrobyt dla mas. Z przeświadczenia, że „nic nie jest zbyt dobre dla przeciętnego człowieka”.

Wizji Abercrombiego nie udało się nigdy zrealizować. Właściciele zburzonych  domów woleli w większości odbudowywać je po staremu. Bloki nad Tamizą okazały się pierwszym i zarazem ostatnim etapem planu. Parę tysięcy ludzi dostało jednak możliwość godziwego mieszkania. Dziś na blokowiska patrzy się raczej pogardliwie, trzeba jednak pamiętać, że w tamtych czasach były one faktycznie dużym krokiem naprzód. Dla ludzi, którzy często poprzednio mieszkali w zatłoczonych slumsach własna łazienka, centralne ogrzewanie czy gorąca woda prosto z kranu były prawdziwym luksusem. Tę ostatnią osiedle czerpało wprost z elektrowni Battersea położonej po drugiej stronie rzeki. Gorąca woda pompowana była rurami pod Tamizą i magazynowana w szklanej wieży, która do dziś jest znakiem rozpoznawczym osiedla. Mimo że elektrownia od dawna już nie działa, Churchill Gardens mają się dobrze i uznawane są za przykład udanego budownictwa socjalnego. Osiedle jest porządnie utrzymane, a bloki wyglądają czysto i schludnie.

Churchill Gardens i Hampstead Garden to tylko dwa przykłady z bogatej historii Londynu, którego nigdy nie było. Zainteresowanym polecam książkę London as it might have been Felixa Barkera. Warto także zajrzeć na internetowe forum Skyscraper City, gdzie znajduje się wątek poświęcony budowlom, które nigdy nie powstały. Można tam znaleźć prawdziwe cuda i dziwy alternatywnego Londynu.

Rafał Zabłocki

Solidny dom budowany ze słów

February 18, 2010

Z Zibą Karbassi, perską poetką mieszkającą w Londynie rozmawia Włodzimierz Fenrych

Opowiedz o swojej rodzinie.

– Mój ojciec był biznesmenem, nigdy nie miał do czynienia z poezją, ze słowem. Był to bardzo dobry, miły człowiek. Mieszkałam z nim do dwunastego roku życia. Mama rozwiodła się z moim ojcem, kiedy miałam kilka miesięcy i wyszła za mąż za generała. Potem urodziły się moje siostry – jedna, kiedy jej ojciec jeszcze żył,  gdy został zabrany i zabity, mama była w ciąży z moją drugą siostrą. To było podczas rewolucji. Nowy rząd zabił męża mojej mamy, a ona musiała uciekać z Tabryzu do Teheranu. Ja mieszkałam z moją babcią, ojcem i ukochanym stryjkiem, który mnie zaznajomił z poezją, kiedy jeszcze byłam mała. Dawał mi dużo dobrych książek do czytania, miał największą bibliotekę w Tabryzie, był z tego powodu znany. Miał wielu przyjaciół poetów, którzy się u niego spotykali, kazał mi z nimi siedzieć i słuchać. Dzięki temu moje dzieciństwo było pełne słów i tym podobnych rzeczy…

Jak często widywałaś się z mamą, kiedy mieszkałaś z ojcem?

–  Widywałam ją latem przez trzy miesiące i czasem w weekendy przez dwa lub trzy dni. Stryj zabierał mnie czasem samolotem do Teheranu, żebym spotkała się z mamą. Widywałam ją często. Kiedy miałam dwanaście lat mama musiała uciekać z Iranu. Zapytała mnie wtedy, czy chcę z nią jechać, czy zostać w Iranie i nigdy już jej nie zobaczyć, bo ona nigdy tu nie będzie mogła wrócić. W takim wieku jest się raczej blisko z matką i siostrami, więc zdecydowałam się z nimi wyjechać. Byłoby mi bardzo ciężko, wiedząc, że nigdy więcej już ich nie zobaczę. Gdybym mogła zawrócić czas, nie wiem, czy podjęłabym taką samą decyzję.

Dlaczego twój ojczym został zabity?

– Bo w czasach szacha był w armii, był generałem. Zabili go, kiedy przyszła rewolucja. Ja z mamą i siostrami przyjechałam do Anglii i tu zaczęliśmy nowe życie. Od tego czasu starałam się koncentrować na poezji i na słowach. Zaczęłam pisać, kiedy byłam bardzo młoda. Przywiozłam tu swoje wiersze. Zawsze tak było, że cokolwiek zaczynałam budować, to potem traciłam. Tym razem postanowiłam zbudować solidny dom z języka, ze słów i wierszy. Taki, którego nikt mi już nie odbierze.

Czy dziewczyna w wierszu o ukamienowanej to była twoja kuzynka?

– Nie, to nie była moja kuzynka. W tym czasie zdarzały się w Iranie egzekucje przez ukamienowanie. Słyszałam o jednym, które zdarzyło się w naszym sąsiedztwie. Ukamienowali córkę naszej sąsiadki, a ona sama zmarła po tygodniu czy dziesięciu dniach, bo nie mogła znieść bólu. Ale jest jeszcze inne tło tego wiersza. Kiedy mąż mojej mamy został zabity, ona była tak smutna, płakała przez kilka miesięcy, prawie cały rok, a ja nie mogłam zrozumieć, że moja mama kochała swojego męża tak mocno. Byłam wtedy małym dzieckiem, byłam zazdrosna o to, że moja mama kocha kogoś znacznie mocniej niż mnie. Przecież ja byłam żywa – dlaczego się z tego nie cieszyła? Miałam to cały czas w swojej podświadomości, a kiedy  dorosłam i byłam już poetką, napisałem ten wiersz – „Matka ukamienowanej”. W tym wierszu sama wczułam się w rolę tej ukamienowanej dziewczyny. Mnie nazywają Ahu, co w naszym języku znaczy „gazela”, w moim wierszu imię ukamienowanej dziewczyny też jest Ahu. W tym wierszu próbowałam ukamienować tę dziewczynę i zobaczyć, jaka będzie reakcja matki. Myślę, że w ten sposób sama pozbyłam się bólu, który czułam jako dziecko. To jest też wiersz o doświadczeniu mojej mamy, której zabito męża. Ona zadawała te wszystkie pytania i nikt nie chciał na nie odpowiedzieć. Nikt nie dał uczciwej odpowiedzi – gdzie był jej mąż i dlaczego został zabity.

Kiedy zaczęłaś zajmować się poezją?

– Moje poważniejsze wiersze zaczęłam pisać kiedy miałam szesnaście, siedemnaście, osiemnaście lat. Wtedy zaczęłam też publikować. Kosztowało mnie to oczywiście dużo wysiłku.

Od dwunastego roku życia nie byłaś w Iranie?

– Nie, nigdy tam nie byłam. Nie mogę tam pojechać odkąd przebywam na wygnaniu.

Jak poznałaś Esmaila i innych poetów?

– Byłam bardzo młoda, kiedy przyjechałam do Anglii i potrzebowałam dobrych ludzi, poetów, nauczycieli.
Poetą, który mi tu pomógł, był starszy człowiek imieniem Mohammad Alia Mahmid, który pisał i po persku, i po azersku. Co tydzień do niego chodziłam i czytałam swoje wiersze, a on mi mówił, co o nich myśli. Kiedy byłam w Iranie, w Tabryzie, pierwszym człowiekiem, który mi pomógł w poezji był Mohammed Hosseini Shahriar. To był największy poeta swojej epoki. Pisał po persku i po azersku. Zmarł kilka lat temu. Potem był Mohammad Alia Mahmid w Newcastle, a potem, kiedy przyjechałam do Londynu, spotkałam Zhale Esfahani i Esmaila Khoia. Oni mieli w sobie dużo ciepła i dodawali mi odwagi, dużo się od nich nauczyłam.

Kim był ten drugi poeta, którego spotkałaś w Londynie?

– Drugiego spotkałam w Newcastle, nazywał się Mohammad Alia Mahmid. Potem w wieku osiemnastu lat przyjechałam do Londynu i spotkałam Esmaila Khoia i Zhale Esfahani, która zmarła w zeszłym roku.

Skąd się wzięła w Londynie?

– Też przebywała na wygnaniu, wszyscy nasi najlepsi poeci są na wygnaniu. Uciekli po rewolucji, bo tam nie ma wolności pisania, nie ma wolności słowa, jest cenzura.

Uciekali przed cenzurą, czy z innego powodu?

– Niektórzy bali się też, że będą aresztowani i zginą.

Ale szczegółów nie znasz?

– Znam szczegóły w przypadku każdego poety, ale to długa historia.

Kto nie śpi, ten… imprezuje

February 16, 2010

Dwa duże miasta, dwie stolice. Warszawa i Londyn, bo o nich mowa, zawsze są gotowe na przyjęcie imprezowiczów. Mają bogate oferty klubów, pubów i innych lokali towarzyskich. Życie nocne toczy się siedem dni w tygodniu.


Najlepiej uderzyć w centrum miasta, wtedy mamy pewność, że klientela dopisze. Jeśli nie stali bywalcy, to może turyści. Bez względu na dzień tygodnia, bez względu na to, że następnego dnia trzeba rano wstać i iść do pracy. Może akurat ktoś ma następnego dnia wolne i może sobie pozwolić na naładowanie baterii, wpuszczenie kilku procentów w krwiobieg i zapomnienie o troskach i rutynie dnia codziennego.

Minął już czas prywatek i zbiorowych imprez w halach sportowych czy remizach strażackich. Z Zachodu przyszło nowe: clubbing. Musisz mieć czas, pieniądze, przyda się też towarzystwo, jeśli nie lubisz wychodzić sam, a poznawanie nowych znajomych w lokalu nie leży w twojej naturze. Przyda się też plan, gdzie iść, aby dobra zabawa była zagwarantowana. Postanowiłam przetestować. W myśl zasady: Jeden tydzień dla jednej stolicy. Każdej poświęciłam siedem bezsennych nocy, by stworzyć Tydzień The Best Of, czyli dni tygodnia i najlepsza opcja na daną noc.

Poniedziałek. Londyn

– Nie zapomnij o payslipie! – krzyczy do mnie koleżanka. Nie chciałam afiszować się z moimi zarobkami przed obcymi ludźmi. – Dzięki temu do północy nie zapłacisz pięciu funtów za wstęp i starczy na kilka drinków – usłyszałam przekonujące wyjaśnienie.
Haymarket. Sports Cafe. Tylko kilka kroków od Picadilly Circus. W kolejce do wejścia około dwadzieścia osób. Niezły tłum jak na poniedziałek i godzinę 23.40. Okazujesz payslip – wchodzisz bez dodatkowych opłat. Nie ważne, ile zarabiasz ani jak wyglądasz. Dziewczyny eleganckie lub w dresach. Mężczyźni również tak, jak najbardziej lubią. Nie ma tłoku, ale bar spójnie otoczony. Za barem skromny, w okularkach, polski barman Wojtek. Od razu rozpoznaje moją koleżankę i pyta, czego się napijemy. Całkiem duży plastykowy kubek piwa dostajemy za funta. Pojedyncza whisky z colą za półtora. Płacimy jak za oranżadę, zważywszy na londyńskie ceny. Sports Cafe to bar głównie sportowy. W dzień przychodzą kibice i oglądają mecze różnych dyscyplin. Dwa piętra, duże okna z widokiem na pędzące, czerwone autobusy. DJ na stanowisku. Muzyka r’n’b, hip-hop i funky house, w większości z list przebojów i radia, ale także kilka klasycznych, niezapomnianych hitów na przykład 50 Centa. Mijamy stojących pod ścianą chłopaków obserwujących parkiet. Są Azjaci, Afrykańczycy i europejskie twarze. Tańczą grupkami, znają się. Ktoś mnie chwyta za rękę. Ledwo trzyma się na nogach. Wyrywam się i uciekam bliżej stanowiska DJ-a. Na parkiecie jest też podest. Ciemnoskórzy chłopcy, ubrani w kolorowe t-shirty i pasujące czapki z daszkiem, wykonują te same ruchy i znają słowa piosenki. Wymieniają z DJ-em porozumiewawcze uśmiechy. Na piętrze stoły bilardowe, gdyby ktoś znudził się już tańcem. Parkiet jednak wydaje się pełny aż do końca. O 3 rano ochrona kulturalnie zaprasza do szatni lub do wyjścia. Niektórzy mocniej pijani wszczynają bójki na zewnątrz. Pojawia się jednak kilkoro odważnych rozjemców i sytuacja zostaje opanowana. No cóż, energetyczna impreza. Każdy ma swój sposób, aby dać ujście tej energii.
Okazuje się, że większość stałych bywalców kieruje się do klubu Heaven, nieopodal stacji Charing Cross. Lokal z natury gejowski, ale jak szaleć to szaleć. To także klub z długą tradycją istnienia, funkcjonuje bowiem od prawie trzydziestu lat. Znów kolejka mimo 3.30 w nocy. Studenci nie płacą wcale, reszta po północy musi wyłożyć 8 funtów. Poniedziałki w Heaven są najbardziej oblegane. Popcorn night uraczy klubowiczów muzyką pop i funky house. Na parkiecie nagie torsy, na scenie metalowa klatka z saksofonistą, ubranym w skąpe majtki i grającym do utworu Lady Gagi. Jest dosyć ciemno, zielone światło lasera odbija się od ścian i wyciągniętych w górę rąk. Idziemy do baru w pierwszej sali. Ceny mniej promocyjne niż wcześniej. Piwo w butelce to prawie 4 funty. Wracamy do drugiej sali tanecznej, a tam już na scenie trzech wydepilowanych, młodych mężczyzn w lateksowych, obcisłych spodniach. Towarzyszy im szczupła dziewczyna w czarnym bikini. Wszyscy wyginają ciała, porażeni energetyczną muzyką. Jest na co popatrzeć. Ludzie próbują naśladować, ale głównie krzyczą, wyrażając swój zachwyt. Impreza trwa do 6 rano. Jeśli zaczynasz pracę we wczesnych godzinach rannych, możesz zapomnieć o spaniu. W Londynie Red-Bull staje się twoim najlepszym przyjacielem, jeśli nie masz wolnych wtorków.

Wtorek. Warszawa

Ten dzień tygodnia wydaje się nie emanować klubowymi emocjami. Jednak nie w Enklawie na ulicy Mazowieckiej, gdzie co krok to klub. – Striptiz męski ci się spodoba? – słyszę od mojej towarzyszki, z którą szalejemy we wtorek. Na wejściu selekcja. Niezbyt surowa na szczęście. Dostajemy do wypełnienia karty umożliwiające wejście za darmo każdego dnia tygodnia. Z szatni, zwabione żeński piskami, spieszymy do przytulnej salki. Na malutkiej scenie kręci już biodrami mężczyzna około trzydziestki. Nie tylko jego ruchy wprawiają w zachwyt zgromadzone panie, ale także jego strój, na który składały się jaskrawe, zielone stringi i… okularki pływackie. Młodzieniec wygina ciało i pozwala dotykać swego wypracowanego na siłowni torsu. Wszystko w granicach dobrego smaku i w rytmie r’n’b oraz muzyki tanecznej z lat 80. i 90. Show kończy się po 23. Zamawiamy drinka, średnia cena to 14 złotych, piwo kosztuje 9. Po schodach wchodzimy na antresolę, gdzie usadawiamy się w wysokich krzesłach, aby ochłonąć z emocji i popatrzeć na parkiet z góry. Pod przeciwległą ścianą dostrzegamy jednego z braci Mroczków, bohatera popularnych seriali i telewizyjnych show. Być może również amatora męskiego striptizu albo miłośnika pięknych kobiet, na których brak Enklawa nie może narzekać. Aktor siedzi w towarzystwie znajomych, którzy zabawiają go rozmową. Noc przebiega spokojnie, bez skandali i zaczepek. No może nie do końca. Mimo że nie jesteśmy twarzami telewizji, to przy każdej przerwie w tańcu pojawia się ktoś, kto w trosce o nasze dobre samopoczucie pyta, dlaczego nie tańczymy. Troska zbyteczna, zostajemy do końca, do 4 rano.

Środa. Warszawa PO raz drugi

Tym razem wybieram towarzysza płci męskiej, aby zniechęcić potencjalnych zatroskanych o moje samopoczucie i uchronić się od wywiadów. Wybieramy klub w sercu miasta – Underground. Na bramce trzech postawnych ochroniarzy od przeszukiwania torebek i witania gości. Wstęp darmowy. Uśmiechnięty i sympatyczny szatniarz zaopiekuje się płaszczami za jedyną złotówkę. Okazuje się, że dziś wieczór nie muszę martwić się o ceny, ale to nie znaczy, że ich nie poznam. – 34 złote za butelkowe piwo i sprite z wódką! – mój kolega nie kryje oburzenia. Przeliczam w myślach na funty, aby nie czuć wyrzutów sumienia, że ktoś za mnie płaci. Też wychodzi całkiem dużo. Z opresji myśli wyrywa mnie jednak rozpromieniona twarz kolegi. – Nie wierzę! Tamten barman lejący piwo to mój dobry kumpel ze studiów! – Mój towarzysz nie kryje radości ze spotkania kogoś drogiego w tak niesprzyjających, drogich nam okolicznościach. Zostawiam starych znajomych, aby mogli się przywitać, a sama penetruję klub. Muzyka czarna: r’n’b i hip-hop, którą gra DJ Paweł Bobrowski, dziennikarz Radia Dla Ciebie. Na kanapie dwóch czarnoskórych sączy drinki, ale nie tańczą. Pod barem dwóch Hindusów i dwóch chłopaków o południowej urodzie. Na parkiecie szaleją młode dziewczyny, za nimi powoli podrywają się faceci. Środowy parkiet jest pełny po północy. Dopisały też znane twarze. Aktorka Ola Szwed próbuje rozruszać wysokiego gościa. Mój kolega wypatruje więcej gwiazd szklanego ekranu. – Mama umarłaby ze szczęścia! – komentuje uzależnienie od seriali swojej rodzicielki. Znajdujemy miejsce na parkiecie i odwzajemniamy uśmiechy nieznajomych. Impreza trwa do 5.

Czwartek. Teraz… Londyn

Wyjście z dobrym znajomym barmana to nie zawsze dobry pomysł, gdy masz słabą głowę i nie jesteś zbyt asertywny, czyli masz trudności z odmawianiem. Po wtorkowej warszawskiej Ladies Night decyduję się na podobną w Londynie. Pada na bar Yates’s, serwujący w czwartki butelki wina za jedyne 5 funtów. I nie tylko dla kobiet. Jestem na Leicester Square, w Mecce kinomaniaków. Premiery filmowe przyciągają nie tylko hollywódzkich i europejskich aktorów pierwszej klasy, ale także rzesze fanów. Czerwony dywan przebiega wtedy pod progiem Yates’sa. Takie atrakcje odbywają się jednak wczesnym wieczorem. Do klubu docieram około 22 i mam jeszcze godzinę, aby nie płacić 3 funtów za wejście. Konieczne okazanie ID. Do wyboru dwa bary, wygodne i rozsiane po całym klubie siedziska, kilka luster i dwie srebrne rury na parkiecie. Pozdrawia nas szerokim uśmiechem siwiejący DJ, ale do emerytury mu jeszcze daleko. Muzyka jest bowiem bardzo młoda i świeża z list przebojów. Tłum wielokolorowy i wielonarodowy. Czwartek to tutaj już początek weekendu. Wyposażamy się w wino, zajmujemy stolik, sofy i wczuwamy się w klimat. Nad nami siedziba Capital Radio, jednego z najpopularniejszych w Londynie. Nagle mija nas jedna z gwiazd list przebojów i radiowych rozgłośni – jeden z członków, bijącego rekordy sprzedaży singli w Wielkiej Brytanii, boysbandu JLS. Czujemy powiew wielkiego świata i magię programu X-Factor, który wyłania takie talenty. Uśmiechnięty i skromny zgadza się na wspólne foto. Wino zaczyna działać, więc nie braknie odwagi, aby poprosić o wspólne foto z artystą i uderzyć na parkiet. Wszyscy wydają się bardzo przyjaźni. Z parkietu nie schodzimy do końca, który jednak jest bliski, bo Yates’s jest gościnny tylko do 1 w nocy. Nie idziemy już nigdzie, mimo że wczesna pora. Cena promocyjna wina dała nam się we znaki i zdrowy rozsądek nakazuje powrót do domu.

Piątek. Nie dla odmiany – Londyn

Zdaję się na znajomych. Wybór miejsca w weekend jest trudny. Z każdej strony podbiegają promotorzy zapewniający świetną zabawę i świetne ceny w klubie, dla którego pracują. A klubów bez liku. I wszystkie obok. Znów jestem na Haymarket, naprzeciwko Sports Cafe, w kolejce do Tiger Tiger. Przed 22 wejście gratis za okazaniem ID. Po dziesiątej – 10 funtów. Klub jest przestronny, zajmuje dwa piętra plus disco-sala w piwnicy. Duża część jadalna, gdyż w dzień to również restauracja. Mnóstwo sof i stolików oraz wielkie okna na ulicę. Srebrne kule u sufitu i ornamenty kwiatowe na ścianach podobnie jak w Yates’sie. Ceny standardowe, kieliszek wina od 4 funtów, a butelkowe piwo prawie 4. Muzyka typowo dyskotekowa do dobrej zabawy, znane hity. Średnia wieku około 28 lat. Przemykają Anglicy w garniturach. Prawdopodobnie wyszli z pracy do pubu i skończyli w klubie. Około północy robi się tłoczno, zaczyna brakować miejsca do swobodnego tańczenia kankana, jak ktoś lubi wymachiwać nogami. Czas na oddech i zmianę miejsca. Po pierwszej wybieramy się na nocną przekąskę do McDonald’s na Leicester Square. Sprytni spece od marketingu wykorzystują gest i głód imprezujących w okolicy klientów. Od 23 obowiązuje nocne menu – mniej dostępnych produktów za wyższe ceny. To nas jednak nie zniechęca. Chwytamy kanapki i frytki i jednocześnie spalamy kalorie, spacerując do kolejnego miejsca rozrywki – baru 101 w pobliżu stacji Tottenham Court Road. Mimo że dochodzi 2 w nocy za wejście płacimy tylko 3 funty i nikt nie wymaga ID. Bary są dwa na dwóch piętrach. Duże okna, aby podziwiać miasto. Stoliki i dookoła okrągłe sofy – w sam raz, gdy wybieramy się z grupką znajomych. W cenach nie dostrzegam żadnych promocji. W muzyce wyczuwam trochę reggae, trochę hip-hopu, r’n’b i czarnej muzyki z lat 80. Nieśmiertelna Whitney Houston, która chce z kimś zatańczyć. A w 101 tańczą wszystkie rasy, średnia wieku to około 24 lata i styl absolutnie dowolny. 3 rano i sofy zaczynają kusić, aby paść i usnąć. Nie daję się zmęczeniu, do 4, kiedy ochrona prosi do wyjścia, a barmani spieszą się z zamykaniem baru, aby jak najszybciej iść wreszcie do domu.

Sobota. Gorączka tej nocy w Warszawie

– Ależ oczywiście, że damy radę! Trzy kluby w sobotnią noc to jest dopiero prawdziwy clubbing! – moja koleżanka rozwiewa wszelkie wątpliwości. Zebraliśmy większą grupę znajomych i zaczynamy od Obiektu Znalezionego, który mieści się w galerii Zachęta. To był jej pomysł, na bramce stoi jej znajomy. Dajemy jej szansę pogadać na osobności, stojąc tylko kilka kroków w tyle. Uśmiechają się do siebie i rozmawiają. Koleżanka gestem ręki wskazuje na nas. Chłopak, chyba wciąż student, obdarza nas jednosekundowym spojrzeniem i zamienia jeszcze kilka słów z koleżanką. Kiwa głową i zaprasza gestem do środka. Kolej na nas. Zbliżamy się do kolesia, licząc na korzystny wpływ znajomości z naszą kumpelą. – 20 złotych od osoby – słyszymy poważny ton i pozbywamy się wszelkich złudzeń. Wnętrze, jak na galerię, jest dosyć proste. Ściany pokryte tynkiem i czerwone drewniane klatki na podłodze. Kilka foteli i małe stoliczki z Ikei. Muzyka jest jeszcze bardziej prosta. Bez słów. Jeden house’owy utwór przechodzi w drugi tak, że trudno się zorientować. Klientela studencka. Piwo i wino 7 złotych, drinki kilkanaście. Muzyka staje się monotonna. Przed północą wyruszamy do Klubokawiarni na Mazowieckiej. Tu już nie mamy znajomych. Pani selekcjonuje i wygląda groźnie. Znów płacimy 20 złotych. Wygląd specyficzny, styl niedbały i rupieciarski, zero ekskluzywnych sof, żyrandoli i błyskotek. Klimat PRL-u. Plakaty i symbole z lat 80. Dwie sale, różna muzyka. Mieszanka. Mnóstwo staroci. Drink w cenie 25 złotych. Piwo za 10. Ludzie przeróżni, reprezentujący jakąś subkulturę lub jej brak. Zauważam koleżankę rozmawiającą z chłopakiem z włosami prawie do pasa, ubranym w czarną koszulkę. Zaczepił ją na drodze z toalety. Zbyła go po kilku minutach. Mnie zaczepia ktoś inny i proponuje wspólny powrót do domu. Dziękuję i wracam do koleżanki wyzwolonej od długowłosego. – Człowiek z lasu o ciebie pytał. Podobasz mu się – wybuchamy śmiechem w tym samym momencie. Tańczymy. Jest już po 1. SMS. Kolega gej czeka na nas pod Utopią o 1.30. Opuszczamy epokę lat osiemdziesiątych i zmieniamy bajkę. Utopia jest na Jasnej. Blisko. O północy jest tam jeszcze pusto. Nie jest łatwo tam wejść. Jeśli nie jesteś pięknym gejem, stałym bywalcem z kartą klubową lub celebrytą jak Doda, możesz nie spodobać się selekcjonerowi. Nie ryzykujemy i wykorzystujemy kontakty w postaci kumpla geja stałego bywalca, którego wszyscy znają i szanują, bo przychodzi od 3 lat co weekend. W środku jest cukierkowo. Króluje róż i biel. Telebimy z całującymi się chłopakami. Dyskotekowe, srebrne kule, nażelowani barmani. Muzyka sama porywa do tańca. Madonna, Britney i Michael Jackson. Jest też rock’n’roll i inne zagraniczne przeboje, które można usłyszeć na weselach. Osoby, które siedzą, policzę na palcach jednej ręki. Dziewczyn zdecydowanie mniej. – Masz chłopaka? – zagaduje mnie po angielsku dziewczyna z Cypru. Szukam nerwowym wzrokiem mojego kumpla geja i wskazuje na niego. – Fajną masz dziewczynę! – krzyczy do niego turystka. – Wiem – odpowiada bez chwili zawahania mój gej wybawca. Utopia jest znana z bycia elitarną, gości DJ-ów z całego świata. Piwo 10 złotych, drinki od kilkunastu w górę. Zabawa kończy się wraz z wyjściem ostatniego gościa, czyli różnie. Nie ryzykujemy i nie sprawdzamy tego, do 9 nie damy przecież rady.

Niedziela. Koniec tam, gdzie początek. Londyn

Koniec tygodnia, noc z niedzieli na poniedziałek powinna być cicha z uwagi na rozpoczęcie pracy następnego ranka. Nie w Rumbie. Jest północ na Shaftesbury Avenue przy styku z Piccadilly Circus. Nie ma tłumów, ale pusto też nie jest. Przed wejściem do klubu dwóch czarnych osiłków. Pytają o ID. Ciemne schody w dół prowadzą do sali z barkiem i miejscami do spoczynku. Na lewo sala taneczna. Czarne ściany i ogólnie ciemno. Większość klientów też czarna. Otyłe murzynki w krótkich połyskujących mini odbijają delikatne strumienie reflektorów świecących nad DJ-em. DJ miksuje większość utworów, nadaje im nowe brzmienie. Jest funky, reggae i hip-hop. Plakat informuje, że w soboty grają salsę. Jest nas czwórka, mieszane towarzystwo, nikt nas nie zaczepia. Kupujemy piwo w cenie 3,5 funta. Miła obsługa z szerokim uśmiechem. Liczba przybyłych zupełnie nie pozwala myśleć, że za kilka godzin miasto zacznie swój pracujący tydzień. Czuć atmosferę weekendu i leniwego poniedziałku. Bar stopniowo pustoszeje przed 3 rano, jednak na parkiecie wciąż miłośnicy tańca wyrażają swe poparcie dla kolejnego utworu DJ-a. Po jego twarzy widać, że ta praca sprawia mu radość. Pewnie cieszy go też myśl, że jest jednym ze szczęśliwców, których nie dotyczy gehenna rannego wstawania w poniedziałki…

Dominika Brodowska

Przybrane matki robotników

February 16, 2010

Męskie to były czasy, gdy na przełomie wieku XIX i XX walczono w Ameryce o chleb i godność. Działacze robotniczych związków zawodowych byli represjonowani, bici, a nawet zabijani przez Pinkertons (Pinkerton National Detective Agency), czyli ludzi wynajętych przez związki zawodowe kapitalistów. Najwspanialszą postacią tego okresu była Mother Jones (Mary Harris Jones). Pozbawiona nienawiści odwaga kobiet tworzy sytuacje, w których mężczyznom nie wypada się bać.

Mary Harris urodziła się w 1837 roku. W 1862 wyszła za mąż za działacza związkowego George’a Jonesa. Podczas epidemii żółtej febry, w 1867 roku, umiera jej mąż i czwórka dzieci. Mary Jones przeniosi się wtedy z Memphis do Chicago i otwiera zakład krawiecki. Podczas wielkiego pożaru w Chicago, w 1871 roku, Mary traci wszystko, co posiada. Postanawia wtedy resztę życia poświęcić na pomaganie innym. Działa w organizacji Knights of Labour (Rycerze Pracy), która przekształca się przy jej dużym udziale w związek zawodowy Industrial Workers of the World (Światowy Związek Pracowników Przemysłu).

Następnym przełomowym momentem w życiu Mother Jones była zorganizowana w 1902 roku dziecięca krucjata. Mama Jones (właśnie wtedy zaczęto ją nazywać Mother Jones)  poprowadziła, z Kensington w stanie Pensylwania do domu prezydenta Teodora Roosvelta  w Oyster Bay w stanie Nowy Jork, procesję kilkuset dzieci. Prezydent Roosevelt nie przyjął przyniesionej przez Mother Jones i „jej” dzieci petycji, ale było to bez znaczenia. Opinia publiczna nie chciała już dłużej ignorować zmuszania dzieci do pracy – w nieludzkich często warunkach.

Ogromna była również rola Mother Jones w czasie górniczych strajków w Zachodniej Wirgini i Kolorado. Nazywano ją wtedy aniołem górników. Aby rozumieć to, co się wtedy działo, trzeba pamiętać, że strajki przekształcały się często w regularne bitwy, podczas których strzelano w obie strony. Specyfikę tamtych czasów dobrze obrazują wspomnienia Mother Jones ze strajku w kopalni Dietz. Na miejsce spotkania ze strajkującymi prowadził ją młody górnik. „Czy masz przy sobie pistolet? – zapytał. – Nie pozwolę na to, aby cię zabito. – Synku, w tym kraju noszenie ukrytej broni jest sprzeczne z prawem, zostaw pistolet”.

Po drodze zatrzymała ich grupa Pinkertons. Towarzyszący jej górnik nie był już jednak potencjalnym skrytobójcą, którego można bezkarnie zastrzelić, tylko człowiekiem, który odważnie demonstrował swoje niezbywalne prawo do nietykalności osobistej. To budziło respekt. Nie licząc obelg i grzywny za wejście na prywatny teren (całe miasteczko należało do właściciela kopalni), wszystko skończyło się wtedy dobrze.

Ale nie zawsze było tak łatwo. W krytycznym momencie strajku w Holly Grove na uwagę starego górnika, że chyba wszystko stracone, Mother Jones odpowiedziała: „Nic nie jest stracone, póki nie jest stracony nasz duch”, i choć była przeciwniczką przemocy, to zdarzały się i takie przypadki: „Podróżowałam wzdłuż rzeki, organizując zebrania, podnosząc ducha zmęczonych  górników. Zebrałam trzy tysiące uzbrojonych górników i utrzymując nasze zamiary w tajemnicy, przeszliśmy przez góry do Charleston, gdzie odczytaliśmy deklarację wojny gubernatorowi Glasscocksowi, który – wystraszony jak zając – spotkał się z nami na schodach przed siedzibą władz stanu. Daliśmy mu dwadzieścia cztery godziny na to, aby usunął bojówki, obiecując, że zacznie się piekło, o ile tego nie zrobi. Zrobił. Wysłał gwardię stanową, która jest odpowiedzialna przed społeczeństwem, a nie tylko przez właścicielami”.

Strajk ten zakończył się zwycięstwem, ale Mother Jones została oskarżona o zamiar popełnienia morderstwa. Skazano ją na dwadzieścia lat. Wywołało to tak dużą falę protestów w całej Ameryce, że szybko została zwolniona. Mother Jones tak opowiadała o pobycie w wiezieniu: „Zapytałam spotkanego tam człowieka, za co siedzi.  Powiedział, że za kradzież butów. Odpowiedziałam mu, że gdyby ukradł linię kolejową, to zostałby senatorem”.

Najlepszym podsumowaniem życiowej filozofii Mother Jones jest chyba jednak opowieść o tym, jak w Kolorado postawiono ją przed sądem i rozkazano, aby do sędziego zwracała się słowami Your Honor. Odpowiedziała: „Nie wiem, czy on ma honor”.

Mother Jones zmarła 30 listopada 1930 roku. Jej prochy spoczęły na cmentarzu Mount Olive w Virden, w stanie Illinois. Leży wśród „jej chłopców” – górników poległych podczas strajku w 1898 roku.
Jeśli będziesz tam kiedyś, to przypomnij sobie jej nieśmiertelne słowa: „Módl się za umarłych i  jak diabeł  walcz o żywych”.

Męskie to były czasy, gdy w PRL-u walczono o chleb i godność. Działacze opozycji byli represjonowani, bici, a nawet zabijani przez SB-ków. Najwspanialszą postacią tego okresu była Anna Walentynowicz. Pozbawiona nienawiści odwaga kobiet tworzy sytuacje, w których mężczyznom nie wypada się bać.

Anna Walentynowicz urodziła się 1929 w roku.  Osierocona w czasie wojny, aby jeść i mieć dach nad głową, musi pracować u obcych ludzi. Dorosłe życie pani Ani splata się z losem stoczni. W grudniu 1970 roku szła w pochodzie pod komitet PZPR. Tak wspomina tamte dni, gdy gotowała zupę dla 17 tys. „jej chłopców”: „Czuję, że dzieje się coś wielkiego, że i ja mam w tym swój udział, a więc staram się być tam, gdzie najbardziej mogę się przydać. Obrać ziemniaki, ugotować zupę, roznieść ją na wydziały. To umiałam”.

Gdy zmarł na nowotwór jej mąż, a dorosły syn usamodzielnił się, Anna Walentynowicz zostaje sama. Postanawia wtedy resztę życia poświecić pomaganiu innym. Zaczyna działać w Wolnych Związkach Zawodowych. Narastające szykany ze strony dyrekcji Stoczni Gdańskiej i SB nie są w stanie zmusić jej do zejścia z raz wybranej drogi. Pani Ania staje się dla stoczniowców wzorem człowieka, który nie umie kłamać i odwracać oczu, gdy innym dzieje się krzywda.

Władze zdają sobie  sprawę z tego, że rośnie jej autorytet i chcąc zastraszyć stoczniowców, zwalniają ją – 7 sierpnia 1980 roku – z pracy dyscyplinarnie. Skutek jest odwrotny od zamierzonego. W stoczni wrze i 14 sierpnia wybucha strajk. Jednym z postulatów jest przywrócenie do pracy Anny Walentynowicz. Przewodniczącym komitetu strajkowego zostaje Lech Wałęsa. Na wieść o strajku w stoczni zaczyna strajkować w Trójmieście wiele innych przedsiębiorstw. Bardzo szybko – już 16 sierpnia – władze ustępują i akceptują postulaty stoczniowców.

Lech Wałęsa ogłasza zakończenie strajku. Decyzja ta wywołała sprzeciw obecnych w stoczni  przedstawicieli innych strajkujących zakładów. Decydujące jest ostre, apelujące o solidarność, przemówienie przedstawicielki  tramwajarzy Henryki Krzywonos. Komitet strajkowy zmienia decyzję i ogłasza kontynuację strajku. Stoczniowcy o tym jednak nie wiedzą i opuszczają zakład. Strajk uratowała szybka reakcja czterech kobiet: Anny Walentynowicz, Henryki Krzywonos, Aliny Pińkowskiej i Ewy Osowskiej. Pojechały one na bramę numer 3 i zatrzymały kilkuset stoczniowców. Powstał Międzyzakładowy Komitet Strajkowy i, jak ładnie napisał Bartosz Gondek, „mężczyźni wiecowali, kobiety prowadziły modlitwy. Mężczyźni pisali manifesty, kobiety poprawiały w nich błędy. Gdy oni się załamywali, one podtrzymywały ich na duchu”.

Tak powstała „Solidarność”. Dalej było, niestety, tak jak było, gdyż Wałęsa jest taki, jaki jest. Anna Walentynowicz została usunięta z MKZ. Było to jednak bez znaczenia. Historia nie ocenia ludzi w oparciu o to, jaką formalną funkcję pełnili. Anna Walentynowicz była, jest i zawsze będzie matką „Solidarności”.

Pamiętajmy o Annie Walentynowicz, tak jak Amerykanie pamiętają o Mother Jones. Pamiętajmy też o tym, że refren hymnu amerykańskich związków zawodowych – napisany przez Ralpha Chaplina po strajkach, w latach 1912-1915, w kopalniach Zachodniej Wirginii – to słowa: Solidarity forever, For the union makes us strong.

Jerzy Jacek Pilchowski
korespondencja z USA

Grey uniforms, snow and goalkeepers

February 10, 2010

Growing up in Britain as a half Pole during the 80s and 90s had a considerable downside. Poland’s reputation was worth less than the zloty, to the average Brit Poland was a grey, backward hell-hole where everyone drove a tank and as such one could expect to be ridiculed or painfully patronised, unless you were playing football, in which case there was always a pair of goalkeeper gloves waiting for you.

Mention to a native British acquaintance that you were born in Poland or have Polish roots and you will likely as not be met with a question regarding where one can purchase good pirogi, when the best time of year to visit Krakow is, or why Poland produces so many goalkeepers. If the Brits in question fancies himselve as a low rent satirist, perhaps with a view to one day appearing on ‘Mock the Week’, he may ask you which building site you are working on, but this is as close to a negative reaction as you are likely to get. With the sheer number of Poles now living in the UK and the resulting abundance of shops selling Pudliszki ketchup and Tyskie lager, and with low-cost flights meaning many from this country have actually experienced Poland first-hand, most Britons have at least some awareness of Polish culture and those living in larger cities have at least one Polish friend with whom they can share jokes about Germans. In short, a Pole arriving in 21st century Britain can generally expect to find welcoming and accommodating natives.

Rewind some thirty years however and this was far from the case.  Tell someone you were Polish and you would be met with plain bemusement. This was perhaps to be expected by any foreign national arriving from a country that Britain had neither been at war with nor colonised. It is very easy to forget how parochial a nation Britain still was at this time when trips abroad were limited to Spain or its islands and foreign cuisine meant chicken curry. Almost fifty years had passed since Neville Chamberlain declared Czechoslovakia to be ‘a far off country of which we know little’, yet remnants of this attitude lingered. What did the average Brit know about Poland? Well, they were invaded by Germany. Repeatedly. Asked to name a famous Pole, most Britons could name only two; Pope John Paul II, because he was, well, the Pope, and Jan Tomaszewski, who in single-handedly preventing England from qualifying for the 1974 World Cup had become a household name and instilled a belief, which largely persists to this day, that Poland knows something the rest of the world doesn’t about training goalkeepers.

wloclawekPoland in the imagination: Postcards such as this infromed the British view of Poland for many years

Bemusement however was preferably to the astounding ignorance and misinformed opinions others would great you with. The problem was most Britons believed they knew exactly what Poland was like and had a very vivid image of the place. Unfortunately their opinions were based almost solely on Cold War propaganda. Back in the early 1980s, in order to justify the billions being spent on a nuclear deterrent – money that would perhaps have been better spent creating jobs for the three million unemployed – the British government found it necessary to scare the living hell out of its population at the prospect of life under communism. In this battle of ideologies, capitalism, we were told in the West, was the only system extant under which a society could prosper or even function. Such indoctrination was present in Margaret Thatcher’s speeches, in press horror stories of life in the East BlocBack in 1980. On the eve of Martial Law and a new heightened period of economic turmoil, anyone wishing to denigrate Communism would’ve looked no further than Poland, where food shortages and a population who, even when happy, refuse to smile to the camera provided perfect material. And if a story of hardship on the streets of communist Poland was deemed not frightening enough then it could easily be exaggerated and manipulated for political ends by the predominately right wing and pro-nuclear press. The British public lapped up these stories, whilst skillfully ignoring the rows of homeless men, women and children that lined high street pavements and shop doorways. Life in the Eastern Block, we were told, was something akin to serfdom, where rows of glum faced workers were marched to work day after day, where the shelves were forever bereft of food, and where the population had nothing to do other than toil and drink their miserable lives away with cheap home made vodka. In this vision ‘the East’ was presented as one homogenous whole; Warsaw, Moscow, Budapest, all lived through the same eternal winter where, like Narnia incarnate, it snowed all year round.

Whilst hardship was of course a reality for Poles, the British perceived Poland to be firmly in the Third World and not merely the Second. Economic bankruptcy was mistaken for – or manipulated to entail – cultural and intellectual bankruptcy also. Actual poverty combined with falsification and misconception meant that when my Mother arrived in London from Włocławek in 1980 she found herself on the wrong end of some particularly odd questions from the natives and patronised to within an inch of her life. “Is it nice to be able to wear coloured clothes?” she was asked by one Londoner under the impression that the Communists had banned the wearing of couloured garments. “You must like the weather here?” asked another whose belief in the eternal Communist winter was so engrained that they even came to see the weather in England as preferable. Shock was often expressed when she revealed that she had listened to the Beatles and Rolling Stones and watched Monty Python in her youth, as the impression in the West was that everything in the Eastern Bloc, including culture, had to be of Soviet origin. An English friend once gave my Mother a Bible as a gift, in the belief that the holy book of Christianity had been banned in Poland by Stalin or one of those chaps.

In isolation some of this ignorance could be excused, or even deemed charmingly quaint, remnants of a time when the world was not such a small place. When encountered on an almost daily basis they become utterly frustrating, and not to say a little insulting. No one likes to be made to feel as though they are from another planet, but then that was essentially how the Easter Bloc had come to be seen. The closest modern equivalent would be telling someone you’d just arrived in the country from a heroin farm in Helmand Province. As such you can understand why Brits would be amazed that they read Shakespear in Polish schools.

When misinformation was combined with sheer stupidity, the results could be dumfounding. It was once put to my mother that “it was nice of them to put that Live Aid concert on for you”, as news stories of food shortages in Poland had led this poor sap to believe that the large music event staged to raise funds for the starving of Ethiopia had in fact been put on for the benefit of the ever suffering Poles.

That was a measure of how low Poland’s stock was. No communist state was viewed with envy at this point, but when combined with her reputation for constantly being a battleground for large-scale wars and being permanently bullied by her neighbours, Poland was held in lower esteem than probably any other nation in Europe. The name of the country became a synonym for ‘impoverished’ and this view of the country was all pervasive, reaching all corners of everyday life, even the escapism of a football match. As a child I would travel religiously to Stamford Bridge to watch Chelsea, then a football club at the nadir of their fortunes. The Stamford Bridge of the eighties was a decrepit shell of a once glorious stadium. Crumbling stands housed lunatic hooligans who came to support a football club on the brink of bankruptcy and teetering on the edge of footballing oblivion. A visit to the toilets in the West Stand of the ground was a suitably demoralising experience. A particularly grim part of an already dilapidated stadium, the corrugated iron shed that housed the conveniences, with human effluence seeping from every crack, was nicknamed by the fans ‘Poland’.
As a child of Polish decent, this was all dispiriting to say the least. I did not recognise the Poland I had visited in these stereotypes. Coming from a particularly deprived part of London, I could not even see much difference in material wealth, yet I was allowed to feel little pride in my Polish roots and, sadly, ultimately resorted to keeping them a secret from my peers. Children are not known for their reticence in exploiting someone’s difference for the purpose of belittlement; having a parent from somewhere as alien as Poland was bad enough, but with ‘Poland’ being a byword for ‘rubbish’, derogatory comments were all I would receive whenever the subject of my nationality arose and it was regularly used as a stick with which to beat me. As a result, when I moved on to secondary school I took it as a blessing that surnames are patrilineal and hid behind my Irish fore- and surname, revealing myself to be a Slavo-Celt to only a select few.

Despite the fact that by the mid-1990s Poland had undergone great change, the British public’s view of the country had not. Between the imposition of Martial Law and the expansion of the EU in 2004, Poland barely featured in the news or in the press, it had slipped off the public radar and as such there was nothing to challenge what were by now gross misconceptions. When the Eastern Bloc crumbled the world’s eyes were fixed upon denim clad Berliners sporting mullets and hammers, indulging in the mass DIY dismantling of a big wall. Even the Białe Orły couldn’t help raise Poland’s profile, failing to qualify for a single major tournament between 1986 and 2002. Can Poles even remember what Aleksander Klak looks like?

patrick krakow Poland in reality: Fun in the snow (only in winter) and the beauty of Krakow

It took low-cost airlines and Poland’s accession to the EU to change matters once and for all. As the Cold War faded to a memory, Britons began to broaden their travelling habits and Poland became an affordable and fashionable tourist destination. A new generation began to reappraise life in the former Eastern Bloc and came to appreciate its art, culture and history and realised that life there was not quite as horrific as had previously been suggested. And then to England’s green and pleasant land came the Poles themselves. En masse. And they arrived wearing just as colourful clothes as the natives and let it be known in no uncertain terms what they thought of the weather here. Eventually questions about the nightlife in various Polish cities replaced questions such as ‘has your family ever seen a banana?’ Today British men lusting after beautiful young Polish girls who invariably reject them, feature as the butt of jokes in countless unfunny Harry Enfield sketches. In fact friends will now often try to impress me with a little Polish they have picked up from the barmaid in their local pub, where if one trumphets one’s Polish heritage loudly enough, a free drink may be the reward.

The old perceptions did not of course die overnight, and for some they still linger. In 2007, whilst expressing dismay at a UNICEF report that claimed Britain to be the second worst of the 22 OECD nations in which to raise a child, former Oasis guitarist Noel Gallagher – always good for a quote – summed up his ire by exclaiming : “There’s people saying that kids are better off in Poland! That’s not right!” To some Poland still represents the epitome of hardship, but such instances are no longer the norm. The War on Terror has replaced the Cold War, and The Middle and Near East have subsumed Poland’s synonymous relationship with ‘poverty’ in the popular imagination. Poles now have a reputation for knowing how to drink, for working bloody hard and for loving the Pope; they are essentially Irish. Today most in this country can point to Poland on a map, many have tried pierogi and all have developed their own unique of pronouncing it. One aspect of the old Polish reputation remains however, and shows no signs of abating; Artur Boruc, Tomasz Kuszczak and Łukasz Fabiański have seen to that.

Patrick J. Barrett

Polish Connections

February 10, 2010

Life has been hugely enriched this year at St George the Martyr, because of our developing relationship with the Polish community in Southwark. I was reflecting recently on how this Polish Connection has evolved. My thinking took me back to the first Polish friends I ever made.

They lived in an apartment in the same house as me at Blackheath in the seventies. They were medical doctors, working at a local hospital, with two very gifted children, one who would become an artist and one a writer. We became very close and I suppose the impression they made on me influenced a general sense of how I imagined Polish people to be. This impression included qualities like warmth, intellect, creativity, humour and great strength. I have to say that although generalisations can be unhelpful, most Polish people I have met since have an abundance of these qualities.

I didn’t come to know any other Polish people until I came to this parish in 2007. The sculptor, Danuta Sołwiej, lives near to the church and as neighbours we have come to know each other. I also had the pleasure of marrying a Canadian man, Ian, to a Polish woman, Paulina, last year and they have become great friends. They have just opened a Polish restaurant at the Elephant and Castle called Mamuśka. Excellent Polish food at very affordable prices.

But it was Danuta who drew my attention to an exhibition of Polish art at Nolia’s Gallery in April 2009.This turned out to be one of those life-changing experiences that take one by surprise. My intention was to casually call in if I had time, but it turned out to be a very significant visit for me and, I hope, for the community of Polish artists in Southwark. I was again back in the atmosphere I associated with my Polish friends from the seventies. An atmosphere that is quite difficult to define, but it is something I have experienced many times since when my new Polish friends are gathered together. It is a spirit of stimulating intellectual and artistic activity, together with warmth, strength and great humanity.

The connections I made that day have continued fruitfully and joyfully. I have had the pleasure of hosting several Polish events at St George’s since then, including the very successful ARTeria experience in September and very recently an artistic ball. And we have several events planned for this coming year.

All these inspired me to plan my first visit to Poland. I was looking forward to a short stay in Krakow. However, the snow led to the airport being closed and the trip being cancelled. This was very disappointing, but I plan to try again later in the year and look forward to sharing some of my impressions of Poland with you.

Father Ray Andrews
Parish Priest of St George the Martyr, Southwark

Zosia rediscovers pierogi

February 8, 2010

After completing my degree, I found that I was no longer sure what to do with myself. As a literature student, most of university was supposed to be spent in private study due to the quantity of reading (which usually culminated in lying on my bed and falling into a deep sleep around page 5 of any said text). My friends and I threw ourselves into revelling over the summer, anticipating the beginning of ‘real’ life. Those who chose more practical degrees found their three-year stint qualified them to do something – literature proved that I could read and write coherently and structure an opinion of a text – not skills which appear in an employer’s top ten. I was at a loss, my friends were either bogged down in further academia and the mire of a life-consuming Masters degree, or working jobs which made them want to ‘end-it-all’. By chance a friend told me about the programme at Uniwersytet Jagielloński: a six month to one-year course in the Polish language with a choice of subjects from cooking to Polish history. I knew I had to go. Kraków is my favourite city, far outweighing Venice or Paris in my humble opinion – truly romantic with its cobbled streets steeped in history, enchanting tiny alleyways and stone dungeon-like basements.

I have always felt a sense of being torn between two cultures. As a child I grew up in what we affectionately termed the ‘United Nations’: of all my inner city friends, not one was completely English, so the whole business of being picked up by relations and przyszywane ciocie who did not speak English was an ordinary experience. I much preferred the freedom of Poland, spending every holiday there with my ciocia and wujek who live in a small town. Each day I was let out to run free with all the children on the street, knowing I had to come back for obiad at two o’clock and kolacja followed by Dobranocka at seven. It was so much more relaxed than the London way of mums ringing each other and driving and picking up children. The freedom of expressing myself in two languages has been a discovery – I am completely different in each language and culture but my identification had been primarily with Poland. Whether that is because my mother is Polish and I grew up with her, I am not sure. Yet, I felt that I had not completely immersed myself in ‘Polishness’ because I had never lived there. As I progressed through my okres buntu, I was able to stop fighting being English and accept that I am mixed, which allows me the possibility of picking the best qualities from each culture. It took me a long time to realise that in rejecting being English, I was rejecting half of myself, not to mention my father. Over time, having reconciled myself to being a ‘mongrel’, I felt that I would like to live in Poland in order to meet the practicalities of being a citizen, such as the procedure for paying bills and opening a bank account. This opportunity was perfect. I trusted that I would have a wonderful six months because the city itself promotes contentedness in its beauty, but I could not have known that I would meet friends who I hope to know for the rest of my life.

At the Uniwersytet Jagielloński we were told to walk around Kraków looking up and down from the kamienice to the dachy in order to appreciate the richness of the city. Whilst there I met many mieszanki like myself of all shapes and ages, with Polish heritage. There were students from Egypt, America, Australia and all over Europe. It was wonderful to interact with so many ‘mixed’ people who could all relate to the stereotypical bossy Polish mother and the ciocie who kept you well fed over the holidays. Attending our school there were also a couple of men who had married Polish women and wished to learn the language (this greatly impressed everyone) and more than a few Japanese students who wished to be able to read Polish pedagogues who were not often translated into Japanese. One character who I remember with a smile was a sixty-something retired Japanese man who was dismayed to find that his wife did not like suddenly having him around the house with nothing to do. He therefore went to a language school and the first teacher he had the opportunity to speak with being a Polish one, sent him to Kraków where he was happily studying whilst living with a Polish family.

On Dunajec River

The six months that I spent there were golden; full of ruskie pierogi, piwko, friends, dancing and walks by the Wisła. Nasza paczka consisted of four girls: Detta from Australia, Ania from Germany but living in Italy, Basia from Hungary and myself from England. And two boys: Mateusz from America and Stefan from Holland. Together we were ‘The Snobs’ (ironically named because we had tried to encourage others to party with us and break up language and ability groups). We were all on different language levels; some had been forced into Polish Sunday school, some had two parents at home speaking Polish and some had spent many holidays in the native land. The school provided classes for people from dzień dobry to Mickiewicz and was situated on the ulica Grodzka, which for me meant a daily walk across the Rynek, at eight in the morning when the locals could be seen, hurrying to work and re-stocking the much frequented bars, cafes and restaurants on the central square and a very different walk in the early evening when the tourists would take-over, strolling through the square. Kraków is the only city I have seen, apart from London, where there is no noticeable ebb and flow of tourism in the Rynek – come snow or sun, they are out in their droves. This is potentially annoying if you live in the city, but it does mean that there are lots of young international people to feed the club and bar scene. One particular club which stood out was the legendary Kitsch which by now must have made it into the guide books, as many tourists are finding their way there every night. When we first started going there was only the occasional sticker on a street corner as a clue. This towering building houses three different musical offerings from rock to cheese to pop heaven. It is a health and safety nightmare with no visible fire escape routes, a murky interior and three storeys of beer-coated narrow stairways. A grimy feast of sweat, smoke and terrible music usually playing the same tunes repeatedly – why did we go there almost every night? Because it was at Kitsch that I discovered it did not take chemical substances to dance until six a.m.!

Aside from the partying, Kraków inspired me to explore its crevices, which are full of tiny coffee shops where you can imagine ladies in velvet gloves smoking dainty cigarettes out of long holders. Detta and I decided to be cultured by agreeing one night a week where we played chess in a coffee shop or bar – whoever lost had to buy the beers. One of the interesting things we found was how many men would stare in disbelief at two young women using their brains. Sometimes they were polite and asked if they could watch, others just hovered around us, but in the main we met some locals and made some friends this way (with a few check-mates being avoided). Although – truth be told, it was admittedly fun to shock people – it was only men who seemed to react, I do not recall a woman ever looking at us when we played – the implications are quite worrying. Are women not expected to be able to play chess? Has our media promotion of bimbos lowered women’s image? Or do two people sitting and playing a game seem old-fashioned now – would it be less conspicuous if we had our heads plugged into game consoles?

Our group of friends all came together at different times in life, in order to take the next step in meeting ourselves. Poland gave us all a wonderful experience, a sense of connection to our roots that reached beyond childhood and family and into an immediate contemporary experience. The school part was more demanding than I had anticipated. I thought I was getting a break from serious study, but the Polish system is more rigorous than our own (I now thoroughly understand the widespread use of ściągi by students of all ages in Poland). We were in the class room from eight-thirty sharp for ‘meldowanie’ with pan Pyzik, the best wychowawca (if you are ever going to do the course, pray to be in his class), sometimes until seven at night.

‘The Snobs’ are all in touch, we have planned one reunion this year without Detta and a big one next year for Ania’s wedding which Detta will fly over for. We will all take the time to be together in Kraków again around the wedding because Kraków will always be synonymous with an especially happy time in all our lives. The week when everyone left was full of tears but also of laughs, at how lucky we all were to take the decision to come back to the native land when we did. Certainly Kraków marked a turning point for everyone.

‘The Snobs’ are all in touch

Sophia Butler

Politykierstwo

February 4, 2010

Że zacznę od anegdoty na te pieskie czasy. Mąż siedzi w fotelu i czyta gazetę. Podchodzi do niego żona i mówi z wyrzutem: – Może byś czasem powiedział jakieś ciepłe słówko? Na co mąż: – Kaloryfer.
To tak á propos zimy tu i w kraju. Zima przejdzie,
a pieskie życie pozostanie. Komu je zawdzięczamy? Głównie politykom – jak głosi powszechna opinia. Tym zimnym politycznym draniom.

Polityczne draństwo ma swoją skalę. Jak nawałnice w skali Bouforta czy sejsmiczne trzęsienia ziemi. Im państwo potężniejsze, tym większe polityczne draństwo. Wielka Brytania przez parę wieków uchodziła za wielkie mocarstwo. Podbijała kontynenty, zniewalała ich ludność, eksploatowała ich ziemię i surowce. Ale uchodziła za kraj wielkiej tolerancji i przyzwoitości. Za model kraju, w którym nie istniała korupcja. Przekupstwa były tu nie do pomyślenia, jak myśleliśmy.
I co się okazało? Na jednym choćby przykładzie? Szereg lat temu mieszkająca u nas młoda Polka, przybyła z PRL-u, zapragnęła tu zostać na stałe. Ale jak? Trzeba jej znaleźć męża z obywatelstwem brytyjskim. Znalazł jej takiego ochotnika za odpłatą znany na emigracji małżeński pośrednik. Suma za tzw. stułę była wielosetna. Kiedy przyszło do rejestracji młodej pary w urzędzie stanu cywilnego, urzędnik zaczął kręcić nosem. Coś wywąchał. Umowny narzeczony zaczął się wahać. Ale umowna narzeczona wzięła sprawę w swoje ręce. Kupiła kilka butelek wódki i magnum szampana. Dotarła z butelkami do owego urzędnika. I ślub się odbył w oznaczonym terminie. Potem, po rozwodzie, zamarzyło jej się mieszkanie. Samorządowe, przydzielane według list. Jako ex-panna po rozwodzie, bez dziecka, nie miała szans. Ale powtórzyła zabieg z butelkami. Tym razem odbiorcą był radny samorządowy. Czyli już niby polityk, bo pochodził z wyborów lokalnych. No i dostała w blokach dwa pokoje z kuchnią i łazienką. Nauczyła się tych korupcyjnych chwytów w PRL-u.

Dziś to już nikogo w tym kraju nie dziwi, że za przekupstwa przekręty, fałszywe dokumenty można tu dostać mieszanie albo dom i tzw. socjal na utrzymanie. Celują w tych praktykach przybysze z byłych brytyjskich kolonii. W tym potencjalni terroryści. Wszyscy o tym wiedzą. Ale urzędu antykorupcyjnego tu nie ustanowiono. Bo któżby się tu przyznał do powszechnej korupcji?

Znacznie większą skalę przybrała tu korupcja polityków. Korupcja kamuflowana obchodzeniem i naciąganiem przepisów finansowych. No i co? No i prawie nic, poza wielką wrzawą medialną. Gdyby nie media, głównie Daily Telegraph, nigdy by tu nikt tych przekrętów nie podejrzewał. Czy powołano tu komisję przesłuchującą publicznie polityków? Nie powołano. Sprawy rozpatrywano we własnym zakresie raczej poufnie. Rozrywek telewizyjnych z indagowaniem świadków i podejrzanych o naciąganie nie było. I nie będzie. Nie godzi się bowiem boleśnie godzić w matkę parlamentów.

Przekręty i wykręty finansowe są niczym wobec matactw w skali wielkiej polityki. A takim matactwem – jak się teraz okazuje – była decyzja przystąpienia do wojny z reżymem Saddama Husajna  w Iraku. W rzeczywistości do najazdu zbrojnego na Irak. Bodaj większość z nas uległa argumentom amerykańsko-brytyjskim o legalności tego najazdu. Włącznie z polskim rządem premiera Leszka Millera. Dziś wiemy, że niestety miał rację ówczesny prezydent Francji Jacques Chirac mówiąc, że byłoby lepiej, gdyby Polska milczała. Ale w nas zawrzała krew sarmacka. Urażono naszą narodową godność. Czy rozliczono z tego rząd Leszka Millera? Nie rozliczono i pewnie go nie rozliczą. Awantura iracka pochłonęła tysiące ludzkich istnień, zdewastowała kraj, naraziła Zachód na odium muzułmańskie. Iracki wrzód powoli pęka. W Anglii odbywa się teraz w sprawie legalności tej agresji dochodzenie komisji Lorda Chilcota. Flasze w telewizji, relacje w prasie. Głowy za to nie polecą, kariery polityków są i tak schyłkowe. Na ekranach telewizyjnych nie ma z politykami igrzysk i igraszek. Kilku politycznych gladiatorów szermuje dwuznacznymi argumentami. I tyle.

A w Polsce? Komisja za komisją w telewizji. Przesłuchiwania jak na sali sądowej. Popisy erudycji prawnej śledczych. Świadkowie posiłkowi. POty i potknięcia przesłuchiwanych. Z kim pan był i co pan robił tego i tego dnia tego i teg roku. Czy zna pan Panna X i c pana łączyło z panem Y. Na cmentarzu na stacji bnzynowej, na przyjęciu sylwestrowym i w hotelach. No i w tym Pędzącym Królliku, warszawskim ustroniu restauracyjnym, miejscem rzekomych niecnym korupcyjnych schadzek. KOmisja pod pędzącym królikiem zastępuje komizmem kabarety. A o co chodzi? O przecieki. Nie o przekupstwo, nie o łapówki, nie o narażanie skarbu państwa na straty. Ani rodzin na utratę bliskich. POlski kocioł polityczny kipi furią demokratyczną. Zdrowy to objaw? ZDrowszy od brytyjskiego umiaru demokratycznej dyskrecji? Starej i wybróbowanej w politycznej szermierce przez wieki? Wniosek chyba taki, że nas ponosi demokratyczna młodość i zapał i zapłon polityiczny. I ten typowy dla nas brak umiarkowania. A tu w Wielkiej Brytanii nawet lord goldsmith naczlenhy prokurator, najwyższa prawna instancja, orzekająca w sprawie legalności najazdu na Irak, otrzymeł ponad dwa tysiące funtów na osobistą pomoc prawną. Żeby się dobrze bronił przed komisją bo tak nakazuje tradycja starej demokracji. A my, w naszej młodej demokracji wciąż płacimy byłym ubekomi i przestępcom peerolowskim za ich zbrodnie bez kary.

Nic tak dobrze nie robi na te pieskie czasuy, ja kanegdoty. Do pewnego spotkanego polityka zwraca się dziennikarz mówiąc: – – Przepraszam, ale pańska twarz wydaje mi isę znajoma. –Musiałem ją widzieć w innym miejscu. – Niemożliwe  – odparł polityk. – Swoją twarz noszę zawsze na tym samym miejscu. – Oj nie na dłlugo, nie na dłlugo – burknął dziennikarz. Do kolejnej komisji.

EXODUS

February 4, 2010

W-14428

Syberia, odwieczne miejsce cierpień i katorgi, była kwintesencją carskiej polityki kolonizacyjnej. W polskiej historiografii jest ona znikoma, lecz znamienna. Na początku dokumentowano przekazy rękopiśmienne i wydawano podręczniki Carskiego Towarzystwa Geograficznego, których kopie można oglądać do dziś w Bibliotece Instytutu Polarnego w Cambridge. Natomiast pisanie pamiętników rozpoczęli zesłańcy konfederacji barskiej i żołnierze Tadeusza Kościuszki.

Najbardziej znane i wiernie oddane są pamiętniki Maurycego Beniowskiego, powstałe z końcem XVIII wieku, które posłużyły Wielkiej Emigracji, zwłaszcza Adamowi Mickiewiczowi, do nagłośnienia we Francji i uświadamiania Zachodu, że banicje obywateli Rzeczpospolitej rozciągają się głęboko na Wschód azjatyckiej Rosji. Nic dziwnego, że Syberia nazywana jest przez niektórych uczonych przybraną ojczyzną Polaków. Mieliśmy wielu odkrywców, badaczy Syberii – Wacława Sieroszewskiego, Edwarda Piekarskiego oraz mało znanej młodej Polki, wykładowczyni etnografii na Uniwersytecie w Oksford, okres 1914, Marii Antoniny Czaplickiej, badaczki kultury plemion Tunguzów, która wydała książkę One year in Siberia (pochowana została na oksfordzkim cmentarzu w 1920 roku).

W mych osobistych poszukiwaniach dotyczących tego tematu badałam archiwa Biblioteki Polskiej w Paryżu, a konkretnie czasopismo „Głos Wolny”, powstałe w Londynie w 1863 roku, które z powodu uszczuplenia emigrantów nie przeżyło kryzysu i po pewnym czasie przeniosło się do Paryża. Pierwszym redaktorem pisma był Antoni Żabicki, „Głos” drukowano przy Thanet Street, visa vis obecnej British Library, która o dziwo nie posiadała tego czasopisma, mimo że skwapliwie kolekcjonowała Polonica. Obecnie posiada kopie paryskie, jednak oryginał ma coś ujmującego w sobie i z wielkim natchnieniem czytałam stare, pożółkłe, nadszarpane strony „Głosu”. Wzrok mój padł na dział Wiadomości z Polski, pod tytułem „Zmarli na Syberii”, 10 stycznia 1867.

„W Dzienniku Poznańskim znajdujemy list z Syberii pisany 13 czerwca 1867 roku o męczeństwie naszych braci w tamtych stronach [tu wylicza nazwiska i imiona 73 zmarłych osób]. Zesłanych Polaków do kopalni Narczyńskich za Bajkałem jest aż 8000; w kopalni Aleksandrowskiej jest 300; w kopalni Akatni księży i zakonników jest 150. W Kadai 100, w mieście Chita, we wsi Siwakowej i zaściankach przeszło 100. W Streteńsku 200, w Piotrkowskim Zawodzie (kopalnia żelaza) 300. Przy robotach w składach Bajkałskich jest 1,000. Przed Bajkałem w okolicach Irkucka w kopalni soli we wsi Usoli posłano najwięcej żonatych. Do Nikołajewskiego Zawodu (kopalnia żelaza) zesłane są same Polki.”

Ta ponura lista zesłańców, drukowana w pruskim zaborze, znów powraca do mej myśli, szczególnie w tym roku, gdy mija 70. rocznica deportacji, czyli zsyłek obywateli polskich w głąb Rosji Sowieckiej w latach 1940-41. 17 września 1939 nieprzewidziany najazd Armii Czerwonej na Wschodnie Kresy Polski, dwoma frontami – białoruskim i ukraińskim – sparaliżował wschodnie tereny Polski i pozbawił zarazem obywatelstwa polskiego, włączając do Związku Sowieckiego, ponad 12 milionów ludności polskiej.

Odtajnione w 1993 roku dokumenty Archiwum Służby Bezpieczeństwa, tj. NKWD, Federacji Rosyjskiej (GARF), niezbicie świadczą, kto był odpowiedzialny za operacje aresztowań i wywózek nie tylko żołnierzy polskich, ale i ich Bogu winne rodziny. Już 10 października 1939 roku komisarz Beria wystosował rozkaz do towarzysza Sierowa we Lwowie i towarzysza Canawy w Białymstoku, aby sporządzić ewidencje wszystkich osadników, leśniczych i policjantów wraz z rodzinami we wszystkich zajętych powiatach i województwach. Rozporządzono, by aresztować tych, o których wroga działalność była wiadoma. Przeprowadzić rewizje, skonfiskować broń, zarejestrować oficerów zawodowych będących jeszcze na wolności i tych w miejscowych aresztach.

Źródła emigracyjne z braku dokumentacji obliczały liczbę wysiedlonych na blisko milion. Dopiero teraz udostępnione archiwa rosyjskie umożliwiają historykom zweryfikować tę liczbę, przyjętą zresztą tuż po wojnie przez władze emigracyjne, a opartą na badaniach profesora Wielhorskiego i Biura Informacji i Dokumentacji przy 2 Korpusie.

Jeżeli chodzi o cztery deportacje w okresie 1940-1941, ogólna liczba osób według dokumentacji NKWD wynosi ponad 300 tys. Pierwsza deportacja odbyła się 10 lutego, objęła 142 tys., głównie osadników i leśniczych z rodzinami. Druga, 13 kwietnia, dotknęła 61 tys. rodzin jeńców wojennych i więźniów politycznych. Trzecia, 29 czerwca, objęła 75 tys. uciekinierów z terenów Polski okupowanej przez Niemców (najliczniejsi byli obywatele polscy narodowości żydowskiej). Ostatnia deportacja na przełomie maj-czerwiec 1941, w sumie 36 tys. osób, które pochodziły głównie ze środowiska inteligencji.

W-14670W-14411Jako dziecko byłam jedną z setek tysięcy, które przeszły tę drogę na Wschód Związku Sowieckiego – Ałtajski Kraj, rozległe pustkowie nad granicą Chin, o trzaskających mrozach i krótkich letnich spiekotach – dziś miejsce zakazane, gdyż mieści się tam ośrodek rakietowy. Każdy z nas, z tak zwanej „starej emigracji” (jak nazywają nas nowo przybyli), ma swoje miejsce zsyłki – jedni trafili w rejon Archangielska, inni do Workuty, Świerdłowska, Czelabińska, Tomska, Krasnojarska, Karagandy, Nowosybirska, Irkucka, Kołymy, nie wyliczając setki posiołków i sowchozów w pustkowiu Kazachstanu, gdzie mieszkało się w lepiankach – chatach z gliny pokrytych darniną lub dzielono mieszkanie z tubylcami. Wszystkich czekała ciężka praca rolna. Ci w Rosji i na Syberii wznosili sami prymitywne jednomieszkaniowe ziemianki, wkopane głębiej w ziemię, ściany i dach pokrywając syberyjskim torfem. W zimowe miesiące śnieg zasypywał kompletnie te chaty i gdyby nie przezorność sąsiadów do wykopania mieszkańców ze śniegu, zmarłoby więcej niż faktycznie podają źródła. Praca była w lesie oraz w kopalniach rudy żelaznej, węgla, soli czy złota. Norma stanowiła świętość dla brygadzisty; normą była ilość ściętego drzewa, głębokość wykopanego rowu czy liczba wypalonych cegieł. Kto nie wyrobił swej dziennej normy dostawał zmniejszoną rację czarnego chleba z 300 g. Na samo miejsce pracy trzeba było chodzić kilka lub kilkanaście kilometrów. Praca w lesie, zwłaszcza dla kobiet, była ciężka, polegała na karczowaniu pni, piłowaniu piłami lub cięciu drzewa siekierą. Pracowano też przy spławie drewna. Obowiązkiem starszych dzieci było zbieranie drzewa, aby przynieść je na opał dla siebie i swoich.

Małe dzieci, jak ja, chodziły do Dzietsadu, tj. przedszkola w Domu Dziecka. Decyzja Mamy kierowana była faktem, że raz dziennie podawano tam gotowaną kaszę – co nie raz było wybawieniem od śmierci głodowej, gdy zabrakło sucharów.

Wybawieniem prawdziwym stała się umowa polsko-sowiecka z 30 lipca 1941 roku, na mocy której Ojca wypuszczono z więzienia w Bernaul. Zaciągnął się on do Polskiej Armii; myśmy wraz z Mamą opuszczali posiołek Zmijnagorsk nielegalnie; wielokrotnie wyrzucani z wagonu, czekaliśmy dniami przy bocznych torach kolejowych na załadowanie do Taszkientu, gdzie na dodatek okradziono nas doszczętnie z marnych rzeczy; najbardziej żałowaliśmy przedwojennych fotografii, nie mamy żadnej dokumentacji, która by mówiła o naszej przynależności.

Według dokumentacji rosyjskich liczba obywateli polskich w Związku Sowieckim miała wynosić 391,575; ogólna liczba zwolnionych była 389,041, w tym 200,828 narodowości polskiej. W drugiej połowie 1942 roku ewakuowano do Persji zaledwie 114,732 w tym 76,110 wojskowych, którzy odjechali do Iraku oraz 38,622 osób cywilnych – jako uchodźcy zostali rozmieszczeni w krajach, które ich przyjęły: Persja, Palestyna, Indie, Afryka, Nowa Zelandia i daleki Meksyk; ostatnie dwa kraje przyjęły sieroty. Połączenie rodzin nastąpiło w Anglii dopiero po 1946 roku, w okresie przysposobienia wojska do życia cywilnego. Rodziny, które miały kogoś w wojsku, miały pozwolenie osiedlić się w Anglii. Stąd zaś w latach 50. emigrowano dalej za chlebem do Argentyny, Kanady, Stanów Zjednoczonych i Australii.

Wszystko, co opisałam, działo się 70. lat temu – szmat czasu, ale nie zatartej pamięci, bowiem grono wychowanków szkół junackich, Młodszych Ochotniczek, szkół gimnazjalnych w Indiach i Afryce (dziś już starszyzny emigracyjnej) zadało sobie trud, by tę 70. rocznicę naszych wywózek zaprezentować retrospektywną wystawą w Galerii POSKu oraz widowiskiem w Sali Teatralnej – 6 lutego, gdzie młodsza generacja. zaprezentuje nam historię naszej tułaczki. Redaktora „Nowego Czasu”, jak też wszystkich jego Czytelników gorąco zapraszam.

Eugenia Maresch

Next Page »